Pink - boxing III , czyli  jesienna edycja blogerskiej wymianki.

Pink - boxing III , czyli jesienna edycja blogerskiej wymianki.

Dopiero chwaliłam Wam się na fb efektem wymiany z II edycji wymiany Pink Boxing zorganizowanej przez I love dots, a już trwa kolejna. Zapisy ruszyły z pierwszym dniem miesiąca dlatego zupełnie nie spodziewałam się, że tak szybko zostanę obdarowana. W życiu mojej wymiankowej pary, czyli Perfect Foundation, ostatnio dużo się dzieje stąd też jej "pośpiech" z przygotowaniem paczki dla mnie. Muszę Wam powiedzieć, że poczułam się mocno dopieszczona, bo jak zresztą zaraz zobaczycie, Ania skupiła się na moich zachciankach wymienionych w ankiecie. Dodatkowo widać, że poświęciła chwilę swojego czasu i zajrzała na bloga tudzież inne moje SM i na ich podstawie wybrała te rzeczy, które mogłyby mnie ucieszyć. Gotowi na prezentację zawartości?!


Byłam w sporym szoku, gdy listonosz dostarczył mi dzisiaj sporych rozmiarów pudełko. Początkowo nie skojarzyłam zupełnie, że może to być ta konkretna przesyłka, ale gdy dobrałam się do zawartości wiedziałam już, że nie ma w niej przypadku. W moje ręce trafiło dużo, dużo więcej dobroci niż śmiałabym oczekiwać, dlatego pozwoliłam sobie na dokładniejszą prezentację.Kto mnie zna, ten wie, że jestem szczerze zakochana w produktach firmy Organic Shop.Ich peelingi to stały element mojej pielęgnacji i powtarzam to z uporem maniaka przy każdej możliwej okazji. Ania nie tylko podarowała mi iście jesienno-zimową wersję scrubu do ciała, ale postawiła też w ramach uzupełnienia pielęgnacji na czekoladowy mus do ciała. Czego chcieć więcej, no czego? 


Żele pod prysznic zużywam w hurtowych ilościach. Ten z Balea na pewno przywoła wspomnienie lata w te coraz chłodniejsze dni. Ania podeszła do sprawy kompleksowo dodając mi do paczki również produkt do pielęgnacji włosów. Moje kochają odżywki, a ja lubię  fundować im w każdej wolnej chwili takie małe, włosowe spa. Krem do twarzy jest jedyną rzeczą, której nie jestem pewna czy zużyje ją osobiście. Wszystko to z prostej przyczyny- obecnie służy mi pielęgnacja od YR i trochę wstrzymuję się przed zbędnymi eksperymentami. Chociaż znając mnie ten stan nie będzie trwać wiecznie... Cieszy mnie natomiast maska do twarzy, bo kosmetyki z wit.C nie są mi obce, a już zwłaszcza  cenię sobie te o działaniu rozjaśniającym czy wyrównującym koloryt.
.


Teraz już mniej widać to na blogu, ale nadal mam zajawkę na makijaż. W ankiecie przesyłanej Ani wspomniałam o tym, że zawsze są u mnie w cenie ciemne pomadki. Wzięła to sobie do serca i takim sposobem trafiła do mnie kolejna "Kate". Uzupełnieniem okazała się paletka utrzymana w brązowej kolorystyce, a to właśnie takie odcienie noszę najchętniej na oku. Ci którzy mnie znają wiedzą, że koty, herbata i książki to stały element mojego życia.Taką chwilę dla siebie często urozmaicam unoszącym się zapachem. Spójrzcie na zdjęcie poniżej: są koty w formie kolczyków, jest herbata i nawet zapalić będzie co.



Zawsze przy okazji wymiankowych paczek i wszelkich innych blogowych zabaw wymieniam, że chciałabym otrzymać maseczki w saszetkach. To moje małe kosmetyczne skrzywienie, które niestety często jest ignorowane, a ja naprawdę bardzo lubię i chcę je otrzymać. Teraz mam do wyboru, do koloru. Cała paleta właściwości i formuł. Tak bardzo 💛. Całości dopełniła cała masa próbek, które widać zresztą na zdjęciu zbiorowym. Teraz chyba rozumiecie moją ekscytację dzisiejszą przesyłką ?! 


Perfect Foundation wysoko podniosła poprzeczkę i boję się, że moja paczka może nie sprostać jej wyobrażeniom. Mam jednak cichą nadzieję, że chociaż odrobinę trafię w jej gusta, bo mnie przyniosła naprawdę wiele radości. Dziękuję! Jednocześnie każdemu życzę takiej frajdy z otwierania tych spodziewanych i niespodziewanych przesyłek.
Twoja skóra się starzeje? Zapobiegaj temu  procesowi z linią Elixir Jeunesse od Yves Rocher.

Twoja skóra się starzeje? Zapobiegaj temu procesowi z linią Elixir Jeunesse od Yves Rocher.

Starzeć, to się trzeba z klasą -tak mówią. Nie oszukujmy się, każdy z nas kiedyś spojrzy w lustro i zobaczy w jego odbiciu pierwszą zmarszczkę i pierwszy siwy włos. I niby nie ma dramatu, ale staramy się jednak przeciągać ten moment najdłużej jak się da. A z pomocą w tych działaniach przychodzą nam marki kosmetyczne. Stosunkowo niedawno światło dzienne ujrzała linia kosmetyków Elixir Jeunesse Yves Rocher. Stylistyka opakowań jest już dobrze znana klientom firmy, ale tym razem do akcji wkracza nowy składnik aktywny.



GENIUSZ ŻYCIA... APHLOIA

Roślina ta zwróciła uwagę naukowców za sprawą swojej nietypowej zdolności. Gdy jest narażona na działanie niekorzystnych czynników zewnętrznych zaczyna wytwarzać zwiększoną ilość cząsteczki z rodziny polifenoli. Ta natomiast podwyższa  odporność na niekorzystne działanie i wspomaga proces regeneracji. Roślina może dzięki temu rozpocząć proces całkowitej wymiany kory. Udało się przenieść tą zdolność na inny grunt, dzięki czemu właściwościami aphloi możemy się cieszyć również w kosmetykach.Badania pokazują, że wyciąg z tej rośliny  jest metabolizowany przez komórki skóry.


LINIA ELIXIR JEUNESSE

Yves Rocher postanowiło stworzyć nową linię kosmetyków wzbogaconą o wspomniany już składnik. Tworzy ją sześć kosmetyków, z czego o czterech będę mogła opowiedzieć Wam coś więcej, ponieważ od miesiąca są one w moim posiadaniu.
  • Esencja Podwójny Efekt Elixir Jeunesse
  • Krem Restrukturyzujący na dzień
  • Detoksykujący żel micelarny
  • Rewitalizujący Roll-on pod oczy niwelujący oznaki zmęczenia
  • Krem- maska na noc niwelujący oznaki zmęczenia
  • Błyskawiczna maska detoksykująca




Detoksykujący żel micelarny to mój zdecydowany faworyt z tego zestawienia. Z taką formą kosmetyku zetknęłam się już wcześniej i  odpowiada mi zdecydowanie bardziej niż tradycyjne płyny. Nie jest tak, że żel nie spływa z płatka, bo jednak wciąż jest to ciecz, natomiast mam wrażenie, że dotarcie do trudno dostępnych miejsc jest zwyczajnie łatwiejsze. Dobrze radzi sobie również z kosmetykami kolorowymi, natomiast ja traktuję go jako element kończący mój demakijaż. Najpierw oczyszczam twarz olejkiem, myję pianką, a następnie stosuję żel.Dzięki temu czuję że moja skóra jest naprawdę gotowa na przyjęcie kolejnej dawki kosmetyków pielęgnacyjnych. Sam żel pozostawia na skórze uczucie nawilżenia i ukojenia. Forma wpływa na zwiększenie wydajności kosmetyku.Co ciekawe opakowanie w którym zamknięto żel wykonane jest w 25% z plastiku z recyklingu.

Na drugim miejscu na dobrą sprawę uplasowały się oba kremy do twarzy. Nie potrafię wyróżnić żadnego z nich, chociaż delikatnie skłaniam się ku temu na noc z prostej przyczyny : ze względu na możliwość wykorzystania go jako 2w1. Krem - maska na noc ma za zadanie zniwelować oznaki zmęczenia. Staram się nie dopuszczać do takich sytuacji, ale czasami każdy z nas ma za sobą gorszą noc... Zaskoczeniem była dla mnie naprawdę lekka (jak na krem przeznaczony na noc) konsystencja. Aplikacja i wklepywanie okazały się dla mnie naprawdę czystą przyjemnością i traktuję je w kategoriach zabiegu relaksacyjnego. Do całkowitego wchłonięcia potrzebuję czasu, ale efekt jaki pozostawia na skórze wart jest odczekania chwili przed pójściem spać. Podobnie jest w przypadku kremu na dzień. On również odznacza się lekką konsystencją, ale tym razem proces wchłaniania przebiega zdecydowanie szybciej. Bardzo przypomina mi pod tym względem inny krem z tej firmy, a dokładniej Intensywnie nawilżający krem- żel. Sprawdza się jako podbudowa makijażu, dobrze współgra z kosmetykami kolorowymi.  Oba posiadają przyjemny, szczęśliwie nienachalny zapach. Każdy zamknięty jest w solidnych, szklanych słoiczkach, a te po zużyciu produktu nadają się do przetworzenia czym firma kolejny raz podkreśla swoją dbałość o środowisko naturalne.

Na ostatnim miejscu w moim zestawieniu plasuje się produkt pod oczy, chociaż wcale nie oznacza to, że jest gorszy od poprzedników.Tutaj prócz samego działania właściwego dochodzi dodatkowy element, a mianowicie specyficzny aplikator, na który składają się trzy masujące metalowe kulki. Podbijają one efekt końcowy. Relaksują i ułatwiają wchłanianie kosmetyku. Sam krem nałożony na skórę  mrowi i chłodzi, jednocześnie delikatnie ją napina.Potrzebowałam kilku dni by móc oswoić się z jego działaniem, bo do tej pory stosowałam kremy po których aplikacji nie odczuwałam żadnych dodatkowych  doznań. 


ZMIANY, ZMIANY, ZMIANY...

Miesiąc z linią Elixir Jeunesse nie sprawił, że nagle odmłodniałam o kilka lat. Mam jednak świadomość, że jakość mojej skóry uległa poprawie. Na pewno wzrósł poziom nawilżenia i moim skromnym zdaniem trochę mniej widoczne stały się  stare przebarwienia. Oczywiście moją twarz nadal zdobi kilka nieprzyjemnych niespodzianek, ale w tym wypadku stawiam jednak na tło hormonalne. Wydajność każdego z kosmetyków pozwoli mi na kontynuowanie testów przez co najmniej miesiąc i wtedy mam nadzieję będę mogła powiedzieć Wam jeszcze więcej na ten temat.

Znacie? Który z kosmetyków zainteresował Was najbardziej?
Blog Matters, czyli nadmorski wysyp blogerek. Relacja.

Blog Matters, czyli nadmorski wysyp blogerek. Relacja.

~~OSTRZEŻENIE~~ 
Przed Wami post tasiemiec, ale musiałam jakoś zebrać tu dwa mega intensywne dni! Przyjemniej lektury.

Tegoroczny urlop kolejny raz spędziliśmy nad polskim morzem. Jedyne czego byłam pewna, to tego, że musi to być wyjazd po sezonie. I gdy już wszystko było dopięte na ostatni guzik, a ja namiętnie odliczałam dni, trafiłam na facebooku na informację o spotkaniu Blog Matters. Niestety zapisy  na nie odbywały się wcześniej, a ja wówczas jeszcze nieświadoma, przeoczyłam je. Zostawiłam jednak pod jednym ze zdjęć na profilu spotkania komentarz z ubolewaniem, że o całej sprawie dowiedziałam się już poniekąd "po" fakcie. Organizatorki zaskoczyły mnie jednak wiadomością prywatną w której napisały, że spokojnie znajdą dla mnie jeszcze miejsce siedzące.Nie było się nad czym zastanawiać. I tak dzięki uprzejmości Mileny i Moniki miałam możliwość 16-17 września spędzić w gronie koleżanek blogerek podczas wspólnego zdobywania wiedzy. A gdzie? W Mielnie, a dokładniej w Hotelu Unitral, który udostępnił nam przyjemną miejscówkę na spotkanie.



Nie ukrywam, że moje zakręcenie dało o sobie znać. Zapomniałam z domu przyszykowanych na specjalnie na potrzeby spotkania kreacji stąd też mój look wyglądał dosyć ubogo i bliżej mi było do wyjścia na ryby niż do imprezy w gronie pięknych pań. Wybaczcie! 😁 Trochę się bałam, bo  jednak na drugim końcu Polski raczej ciężko o  znajome twarze. Szczęśliwie jednak kilka piszących kobiet poznałam wcześniej online, co trochę ułatwiło mi kontakty. Jednak nie ta tyle, bym mogła powiedzieć o sobie, że miałam okazję poznać się ze wszystkimi. Wiecie, ja to jednak taka cicha myszka jestem... Na samym wstępie otrzymałyśmy identyfikatory i tak przystrojone udałyśmy się do właściwej sali wyposażone w łakocie, kawę i herbatę, co by mieć siłę na dalszy etap. 
To jest ten moment w którym muszę wesprzeć się zapiskami sporządzonymi podczas eventu w kreatywnym notatniku - jednym z prezentów przywiezionych ze Blog Matters.Sorry memory.

Jako pierwsza pojawiła się przed nami Agata Ciesielska, którą  znajdziecie na facebooku, instagramie i stronie jej studia. Z jej pomocą zgłębiłyśmy tajniki prawidłowego tworzenia zdjęć produktowych na bloga. Sporo miejsca poświęciła kompozycji i przedstawianiu produktu w aranżacji. Podpowiedziała jak stworzyć swój własny niskobudżetowy pomocniczy zestaw fotograficzny. Z Agatą rozpoczynałyśmy ten dzień i kończyłyśmy- wspólnymi warsztatami z "flat lay".



Kolejną prelegentką tego dnia była Ewa Popielarz - facebook, strona osobista.  Kobieta żywioł! Od razu jak tylko weszła na środek i zaczęła swoją opowieść o tym jak pisać, żeby ludzie chcieli za to płacić, przepadłam. Ewa opowiadała o tym CO pisać, GDZIE szukać zleceń , JAK podejść do współpracy i ILE liczyć za swoją pracę, tak by mieć z tego satysfakcję. Wielki plus za to, że prezentacja i przemowa nie były sztucznymi frazesami. "Dupochron" zapadł chyba w pamięci każdej z nas, tak samo jak wspomniane "Pisz bez obaw, redaguj bez litości". Po tej mega motywującej pogadance miałam ochotę siąść i pisać, pisać, pisać...



Na opowieść o "Happy marketingu" zaprosiła nas Agata Ossowska, dziennikarka pisząca dla Happy Koszalin. Jej prezentacja krążyła wokół tematu  storytellingu. Było trochę o tym jak opowiadać by nas słuchano. Dowiedziałam się także, że każdy autor ( również my blogerki) posiada swoje charakterystyczne cechy, które można dopasować do uniwersalnego wzorca bohaterów. Niestety mimo kilku prób nie potrafiłam samodzielnie ustalić do której postaci mi bliżej.Agata udowodniła, że zwykle fabuła opiera się na klasycznej konstrukcji i w każdej nowej historii wykorzystywane są te same wzorce ( chociaż czasami z pominięciem niektórych punktów). Sama chociaż bardzo dużo czytam nigdy nie doszłam do podobnych wniosków i dopiero po tym spotkaniu zaczęłam się bardziej interesować tą kwestią, w kategorii ciekawostek.


Na koniec czas wypełniła nam Anita Bednarczyk ze swoją opowieścią o Infografice, o której więcej znajdzie na jej stronie. Przyznaję, że zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, bo to strefa o której wiedziałam wcześniej tyle co nic. Oczywiście czasami znajdowałam w sieci podobne twory nie mając nawet pojęcia, że to akurat TO. Anita przekazała  cenne informacje, chociaż nie bardzo wiem jak mogłabym wykorzystać taką formę akurat w przypadku bloga. Może kiedyś...


Już po pierwszym dniu byłam naładowana pozytywną energią. Dobrze, że w Mielnie byłam z mężem i miałam komu wieczorem opowiadać o tym czego się dowiedziałam. Pogoda  jak na połowę września nam dopisała i chyba większość  z dziewczyn popołudnie i wieczór spędziła na plaży (takie wnioski nasunęły mi się po  późniejszym przejrzeniu insta).Ja oczywiście kolejny raz zrobiłam milion pięćset sto dziewięćset zdjęć zachodzącego słońca. Wiecie, taki zapas na resztę roku...Niedzielny poranek był dla mnie już nieco bardziej nerwowy. Ze względu na pracę męża musieliśmy się nastawić na szybszy niż planowaliśmy wyjazd. Przez to też nie mogłam zostać na ostatnim niedzielnym wykładzie p.Sławka Ludwikowskiego, czego żałuję. Ale zanim do tego...

Niedziele rozpoczęłyśmy od wspólnego śniadania, chciałabym napisać, ale akurat mnie na nim zabrakło, bo byłam w trakcie pakowania.Nie mniej jednak punktualnie o godz. 9:00  stawiłam się na pierwszym tego dnia wykładzie prowadzonym przez Olę Gościniak. Kim jest i czym się zajmuję chyba nie muszę Wam mówić? Gdyby ktoś jednak jeszcze nie wiedział to zapraszam na stronę oraz do grupy interaktywnych kobiet. Ola przedstawiła nam możliwości sprzedaży własnych produktów. Wspomniała też o przygotowaniu ciekawych treści i zamknięciu ich w formie kursów czy e-booków. Poznałyśmy koszty wykonania począwszy od korekty, aż do promocji.Było i o SEO i afiliacji. To dzięki Oli dowiedziałam się, że google "karze" za usuwanie wpisów, obniżając pozycję w wynikach wyszukiwania. To by wyjaśniało dlaczego po przeprowadzonych przeze mnie "porządkach" tak spadły mi zasięgi 😃


Nadeszła pora na prelekcję Krzysi Bezubik, autorki kursów i warsztatów kreatywnego pisania, którą znajdziecie na stronie Piszę Bo Chcę.  Krzysia vel. Krysia opowiedziała nam o tym jakie są zasady współpracy z wydawnictwami oraz jak według niej najlepiej wydać własną książkę. Sporo czasu poświęciła na omawianie plusów i minusów korzystania z opcji self- employed. Na pewno zyskały na tej wiedzy osoby posiadające już gotowy tekst, który czeka gdzieś nadal na dnie szuflady na to by wyjść na światło dzienne.


Ania Teodorczyk  wprowadziła nas do  swojego świata grafiki, dla chcących wiedzieć więcej- linki: facebook, strona Ani. Razem z nią odkryłyśmy na co zwraca uwagę odbiorca, jakie elementy grafiki są istotne, a których nasz wzrok zupełnie  nie wyłapuje. Najchętniej dziewczyny podpytywały Anię o dobór i ilość fontów w projekcie. Dowiedziałyśmy się również co nieco o współpracy grafika z klientem i o projektach pod zamówienie.


Swoją energią i zapałem podzieliła się z nami także Magdalena Bek, kobieta zafascynowana światem mediów społecznościowych , o którym pisze również na swoim blogu. To jedna z tych prelekcji na jakie czekałam z zapartym tchem. Byłam ciekawa wskazówek Magdy i nie zawiodłam się. Podpowiedziała ona z jakich aplikacji i narzędzi korzystać, by móc szybko i sprawie śledzić SM.  Warto ustalić cel jaki chcemy osiągnąć i mierzyć w odpowiedniego odbiorcę.



Dobrnęliście do tego momentu? To fajnie, chociaż to jeszcze nie koniec...

Organizacja tak dużego spotkania wymagała sporo pracy. Nie obeszłoby się również bez sponsorów i patronów medialnych. Dzięki temu miałyśmy się gdzie spotkać, co jeść jak również otrzymać upominki. Wielkie brawa należą się też prelegentom którzy nieodpłatnie zechcieli przyjechać do nas i podzielić się swoją wiedzą. Smutne jest tylko to, że niestety sporo osób nie poinformowało wcześniej organizatorek o tym, że nie dadzą rady pojawić się na spotkaniu. Dziewczyny włożyły w przygotowanie wszystkiego  masę serca, poświęciły swój wolny czas i chociażby krótkie słowa wyjaśnienia zwyczajnie  (w moim odczuciu) im się należały. 

Sponsor główny: MPS
Zdjęcia:  Aleksandra Piec






Dziękuję raz jeszcze za możliwość uczestnictwa, za sporą dawkę wiedzy i przyjemnie spędzony weekend. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie okazja...



Czym pachniała Kleopatra?! Possess by Oriflame

Czym pachniała Kleopatra?! Possess by Oriflame

Intrygujący flakonik i bogata mieszanka aromatów to element charakterystyczny zapachu  Possess, który trafił do mnie za sprawą Agnieszki Kowal z Oriflame. Nim jednak skupimy się na samym zapachu warto przypomnieć czym tak naprawdę są perfumy. W większości krajów przyjęto nazwę wywodzącą się od francuskiego zwrotu "par fumee", co w dosłownym tłumaczeniu oznacza "przez dym". W języku łacińskim jak i włoskim już dawno funkcjonowało słowo o podobnym brzmieniu "perfumare" - przedymiać.W takiej formie rozgościło się więc szybciej i sprawniej od francuskiego le parfum. Nazwa z wykorzystaniem cząstki par-, funkcjonuje natomiast nadal m.in w Niemczech. To czy mieszanka mocno skoncentrowanych substancji zapachowych ( i innych półproduktów) zostanie zakwalifikowana jako perfumy, a nie np. woda toaletowa, uzależnione jest od  wykorzystanej przy produkcji ilości rozpuszczalnika w stosunku do  procentowej zawartości tych pierwszych.




Mówi się, że perfumy są jak muzyka. Faktycznie powiązań między jednym a drugim jest sporo. W obu przypadkach proces powstawania jest twórczy i pracochłonny, a na udany efekt końcowy składają się umiejętnie dobrane... nuty. 

  • głowy - najbardziej lotna, ale zdecydowanie najmocniej wyczuwalna po aplikacji
  • serca - rozwijająca się w kilkanaście minut po aplikacji  pod wpływem kontaktu ze skórą i powietrzem
  • bazy - kumuluje pozostałe składniki, utrzymuje się najdłużej 

Do sedna...



Szukając informacji o zapachu Possess, trafiłam w sieci na wpis wiążący go z Kleopatrą. Wszystko to za sprawą zapachu kwiatów ylang- ylang uznawanego za skuteczny afrodyzjak. Nie jestem w stanie sprawdzić wiarygodności tamtego wpisu, ale skoro królowa tak silnie działała na swoich poddanych to faktycznie musiał w tym tkwić jakiś sekret. Twórcy wody perfumowanej  Possess postanowili wykorzystać tak pożądany składnik. Co ciekawe został on zamknięty w nucie serca w asyście maliny i kwiatu pomarańczy. Udaną "grę wstępną" zapewniają : ananas, grapefruit i frezja. Bazą i  jednocześnie najbardziej wyczuwalnym aromatem jest połączenie wanilii, paczuli i drzewa sandałowego, przez co wiele użytkowniczek określa ten  zapach  jako  skonkretyzowany i ciężki. 

Przyznaję, że sama byłam w stanie rozpoznać wyłącznie ostatnie akordy zapachowe i stawiałam na to, że Possess plasuje się w kategorii kwiatowo- orientalnej. Okazało się jednak, że kwiaty owszem i tak, ale sam zapach należy do tych określanych jako kwiatowo - szyprowy. O ile w takim zestawieniu nie zdziwił mnie zupełnie grapefruit, o tyle ananas i maliny okazały się  niespodzianką. Prawdopodobnie to właśnie im zawdzięczamy delikatnie przebijającą się słodką nutę, bo  zdecydowanie nie jest to jedynie zasługa wanilii. Trwałość zapachów uzależniona jest w głównej mierze od pH skóry, ale ja szczęśliwie nie mogę w tej kwestii narzekać i dzięki uwagom często przypadkowych osób wiem, że Possess długo po aplikacji nadal jest wyczuwalny na moim ciele. Sporym zaskoczeniem był dla mnie flakonik bez  dodatkowego zamknięcia atomizera. Do tej pory nie posiadałam zapachu zamkniętego w tak zdobnej oprawie i szczerze przyznaję, że z rozmachu kilkukrotnie "zdjęłam" właściwy atomizer. Na szczęście po powrocie na miejsce docelowe nadal działa bez zarzutu, a musicie uwierzyć, że jest namiętnie wykorzystywany. Zdaję sobie sprawę, że sporo osób zakwalifikuje ten zapach jako perfumy idealne na obecną i nadchodzącą porę roku, czyli miesiące chłodne. Ja zaliczam się do grona tych osób, które nie stosują się do takiego kategoryzowania i będę używała go również przez resztę roku.  Biorąc pod uwagę zapachy stworzone  na potrzeby Oriflame, Possess zalicza się do grona tych droższych, ale jednocześnie o zwiększonej wydajności. 


Po jakie zapachy Wy sięgacie najchętniej ? Może macie swoich faworytów wśród tych proponowanych przez Oriflame?



"Dance, sing , love. Miłosny układ" do wygrania!

"Dance, sing , love. Miłosny układ" do wygrania!


Zapraszam Was serdecznie do udziału w konkursie, w którym do wygrania jest  bestseller z Wattpad'a. Książka, która uzyskała ponad 2.5 mln wyświetleń. Jej lektura sprawiła mi sporo przyjemności i tym bardziej cieszę się, że mogę jeden egzemplarz przeznaczyć dla Was.

DANCE, SING, LOVE. Miłosny układ - Moim okiem :) 



Regulamin:
Konkurs trwa od 23.09 - 30. 09. 2017r. Wysyłka nagrody na terenie kraju  na mój koszt.Wyniki zostaną ogłoszone do 5 dni od zakończenia konkursu.Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych ( Dz.U. z 2004 r. Nr 4 , poz. 27 z późniejszymi zmianami) . Szczegółowy regulamin dostępny tutaj.

PYTANIE KONKURSOWE: 
Jaka tegoroczna nowość książkowa zwróciła Twoją uwagę? Uzasadnij w kilku słowach. (Odpowiedzi jak zawsze zostawiacie pod postem konkursowym. Nie jest wymagane posiadanie konta blogger)

Będzie mi bardzo miło jeśli zajrzycie na profil książki na facebooku - "Dance, sing, love"  .


Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger