poniedziałek, 24 lipca 2017

Ulubieńcy ostatnich miesięcy/ nowości.

Czerwiec i lipiec przelały mi się przez palce. Miałam na głowie parę spraw, które nie pozwalały mi spokojnie zasnąć. Szukałam pociechy w weekendowych wypadach na ryby i szczerze przyznaję niewiele myślałam w tym czasie o blogowaniu. A w tej kwestii działo się sporo.W miarę na bieżąco z wydarzeniami w moim życiu  były osoby śledzące moje Insta stories, bo to tam zaglądałam najchętniej i najczęściej.

Początek czerwca był czasem dobrych wiadomości, bo udało mi się wtedy dostać do dwóch większych projektów kosmetycznych. Pierwszym z nich był udział w testach Himalaya Herbals, a kolejnym ambasadorowanie Yves Rocher  - #luckyyvesrochergirls. W obu przypadkach paczki okazały się naprawdę skrupulatnie  przygotowane i z pewnością recenzję znalezionych w nich produktów pojawią się z czasem na blogu (zwracam na to uwagę,  bo jednak niektórym nadal wydaje się,  że  niespełna dwa  tygodnie to wystarczający okres na rzetelne przetestowanie produktu- otóż nie!). 





Podczas jednego z wyjazdów udało mi się zajrzeć do stacjonarnego sklepu YR. Skusiłam się na jedną z obowiązujących promocji  i zakupiłam wodę toaletową z tej samej serii co otrzymana w ramach współpracy od firmy mgiełka do włosów. Zdecydowanie czegoś tak energetycznego potrzebowałam na lato. A ponieważ upały naprawdę dają się teraz we znaki dodatkowo postanowiłam wypróbować nawilżającą mgiełkę do ciała z aloesem. Muszę przyznać, że odkąd ją mam jest w użyciu naprawdę często, bo taka forma wyjątkowo przypadła mi do gustu. Za całość zapłaciłam ok 36zł.


Dałam się delikatnie ponieść swoim chciejstwom i zupełnie bez potrzeby przygarnęłam miętowy (och jaki on jest cudowny!) żel pod prysznic od Organic Shop oraz mleczko do demakijażu Vianek. Początkowo bałam się trochę, że mleczko może okazać się za ciężkie dla mojej grymaśnej buźki, ale chyba się polubiliśmy.


"Środy z Orange" w Multikinie motywują nas do  w miarę regularnego korzystania z seansów. W czerwcu wybraliśmy się na kolejną część "Piratów z Karaibów" i muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak rozczarowana. A właściwie oboje, bo mężowi produkcja również nie przypadła do gustu.Naprawdę miałam ochotę wyjść w połowie seansu, bo ani trochę nie czułam tej magii płynącej z poprzednich części. Dodatkowo wspólnie doszliśmy do wniosku, że jednak Cezary Pazura jako Jack Sparrow to jednak nie to.  Początkiem lipca wybraliśmy się na polski film "Volta". Wiedziałam, że rodzima produkcja będzie ok. Zwłaszcza, że sporo przeczytanych opinii wskazywało na podobieństwo do "Vinci"- film który oboje naprawdę lubimy. Nowa produkcja Machulskiego okazała się naprawdę przyjemna. Nie ukrywam, że bardzo lubię Katarzynę Herman na ekranie. Poniekąd przez to zdecydowaliśmy się już w domowych pieleszach na seans z  filmem "W sypialni" z nią w roli głównej. Niewiele mam do powiedzenia na temat tego filmu ponad to, że jest mocno psychodeliczny. Kolejny raz nie poświęciłabym na niego swojego czasu.

Pisanie dla portalu książkowego motywuje mnie do regularnego i namiętnego czytania książek. W ostatnim czasie przeczytałam kilka naprawdę interesujących  tytułów. Ponieważ jednak nie każdy ma czas być na bieżąco ze wszystkim postanowiłam zebrać przeczytane i zrecenzowane przeze mnie pozycje w jednym miejscu ( zakładka Recenzja dla BookParadise). Mam powód do dumy, bo zostałam wybrana jako jedna z ambasadorek książki, której historia zaczęła się na popularnym teraz serwisie wattpad.pl. Wspomnę tylko, że jej recenzja pojawi się tutaj na blogu za jakiś czas. Będę również miała egzemplarz dla jednej z Was, stąd też spodziewajcie się konkursu w połowie sierpnia. 


Książek w moim domu było zawsze sporo i teraz postanowiłam pokazać Wam ostatnich kilka tytułów jakie do mnie dotarły. Tematyka naprawdę różnorodna. Ostatnio sporo było u mnie literatury faktu, teraz też przewijają się powieści historyczne. Dzięki Book Tour zorganizowanemu przez Recenzja pisana emocjami w moje ręce trafiła kolejna powieść p.Doroty Gąsiorowskiej. Jestem jej bardzo ciekawa i przede wszystkim potrzebuję teraz czegoś w takim wydaniu.



W ostatnim czasie korzystam z dobrodziejstw natury. Suszę zioła,  a także wykorzystuję je do produkcji kosmetyków DIY. Wiem, że sporo z Was również próbuje się zmierzyć z taką pielęgnacją. Trzeba korzystać, póki jest możliwość, bo ani się obejrzymy a znów będzie zima. 



Ciekawa jestem jak Wam minęły te pierwsze miesiące lata? Z chęcią przejrzę zamieszczone pod wpisem linki, jeśli będziecie mieli ochotę podzielić się nimi ze mną. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 lipca 2017

Macerat ze skrzypu polnego - właściwości, działanie.

Kolejna pora roku cieszy nas swoim bogactwem.Korzystając z okazji postanowiłam uzupełnić braki w swoich olejach ziołowych i zabrałam się za wykonanie ich z  kilku roślin. Wiele z nich to produkty uniwersalne, które sprawdzą się nie tylko w pielęgnacji ciała czy twarzy, ale i włosów. O ile lubicie oleje, bo zdaję sobie sprawę, że to przyjemność nie dla każdego.



Dostęp do nieskażonych opryskami łąk niewątpliwie ma swoje plusy. Udało mi się w tym roku zebrać zarówno zioła celem wysuszenia jak i przetworzenia  w sposób który zaraz opiszę. Po pierwsze warto sprawdzić jakie rośliny dzięki swoim właściwościom mogą być remedium na Wasze kłopoty. Ja zdecydowałam się na wykorzystanie ziół przyśpieszających gojenie czy wpływających na poprawę ogólnego stanu skóry. Specjalne miejsce w mojej naturalnej pielęgnacji zajmuje skrzyp polny.


Zebrane ziele pokroiłam na kawałki i umieściłam w szklanej butelce zalewając je olejem słonecznikowym. Należy pamiętać, by wykorzystywane rośliny zostały całkowicie zakryte. Zapobiegnie to m.in pleśnieniu. Następnie butelkę zakręciłam i odstawiłam na skąpane w słońcu okno. Przez okres 5 tygodni codziennie wstrząsałam buteleczką obserwując zachodzące w zanurzonej roślinie zmiany. Mój macerat potrzebował czasu, ale proces ten można przeprowadzić w przyśpieszonej wersji.  Wówczas należy zalany olejem surowiec wstawić do kąpieli wodnej na 2-3 godziny ( nie gotować). Można także  przez trzy kolejne dni wstawiać mieszankę do kąpieli wodnej na około godzinę. 




Gotowy olej roślinny przelewamy przecedzając przez drobne sitko lub gazę do butelki wykonanej z ciemnego szkła. Od tego momentu cieszymy się mocą jaka płynie z ziół. WAŻNE! Macerat nie lubi słońca.


MACERAT ZE SKRZYPU POLNEGO- DZIAŁANIE:

 ➤ przeciwzapalne 
 ➤ściągające
 ➤uszczelniające 
 ➤mineralizujące


Skrzyp sprawdzi się w pielęgnacji cer trądzikowych i problematycznych. Działa oczyszczająco na skórę, wzmacnia odporność i poprawia elastyczność naskórka.Zastosowany na włosy sprawia, że stają się one mocniejsze , bardziej lśniące. Dodatkowo ograniczone zostaje ich wypadanie.Macerat ze skrzypu nadaje się także jako dodatek do kąpieli.Wpłyną one  nie tylko na poprawę elastyczności, ale dodatkowo wspomogą proces uwalniania organizmu od toksyn. Z maceratem ze skrzypu polnego polubią się również osoby ze skłonnością do pękających naczynek, dzięki jego wzmacniającym  właściwościom.


Wykonujecie  samodzielnie maceraty czy może korzystacie z gotowych wersji?



Czytaj dalej »

poniedziałek, 10 lipca 2017

W duecie raźniej? Purifying Neem Scrub / Neem Mask - Himalaya Herbals

Pielęgnacja skóry mieszanej, a jednocześnie ze skłonnością do przesuszeń nie jest rzeczą łatwą. Od dawna staram się unikać zarówno peelingów z drobinami jak i mocno oczyszczających maseczek. Co prawda pod względem działania nie mam tym produktom w większości nic do zarzucenia, ale niestety bardzo często czysta skóra = suche , nieestetyczne skórki. Bardzo ostrożnie podchodzę do kosmetyków o takim działaniu, ale niestety czasami ostrożność to za mało. Gdy w paczce od Himalaya Herbals zobaczyłam zarówno tradycyjny peeling jak i maseczkę o działaniu oczyszczającym byłam pełna obaw. W dalszej części wpisu przekonacie się czy słusznie.





Swoją dzisiejszą opowieść zacznę od Purifying Neem Scrub, czyli  peelingu do twarzy przeznaczonego do cery normalnej i tłustej. Jest to kosmetyk z drobinami z pestek moreli, które delikatnie masują, a jednocześnie złuszczają martwy naskórek. Te drobiny, przyznaję, trochę mnie stresowały. Dawno nie korzystałam z takiego rozwiązania i bałam się, że moja twarz może drastycznie zareagować. Ostatecznie odważyłam  się na pierwszą próbę, za którą z czasem pojawiły się kolejne. Nabierałam całkiem sporą ilość kosmetyku i delikatnie dość długo masowałam nim twarz. Ponieważ starałam się by moje ruchy były naprawdę subtelne, dla uzyskania efektów wydłużyłam czas. Zwykle około 5 minut pieściłam delikatnie swoje lico wykonując przy tym ruchy odpowiadające tym z tradycyjnego masażu twarzy.  Szczęśliwie ani raz po takim zabiegu nie pojawiły się przesuszenia. Samo celebrowanie tego zabiegu przyniosło mi sporą satysfakcję i przyjemność. Działanie oczyszczające w tym produkcie wzmacnia dodatkowo wykorzystanie miodli indyjskiej ( tajemnicze neem występujące w nazwie), która wykazuje działanie przeciwbakteryjne. Bez wątpienia kolejnym jej atutem w moim przypadku jest regulacja wydzielania sebum. Moja strefa T lubi sobie czasami zaszaleć więc naprawdę dodatek w takim wydaniu mnie uszczęśliwił. Za właściwości ściągające  w kosmetykach z tej serii odpowiada natomiast kurkuma. Trochę ubolewam nad faktem, że składniki te znajdują się dość daleko w składzie. Nie mniej jednak kosmetyk robi to co powinien i pod tym względem nie mam mu nic do zarzucenia, ale... pozostawia na twarzy dość tłusty w moim odczuciu film , co niekoniecznie mi odpowiada. 

Skład: aqua , stearic acid, catyl alcohol, caprylic/capric triglyceride, polyethelene, sorbitan stearate & sucrose cocoate, parfum, carbomer, phenoxyethanol, prunus armeniaca seed powder, sodium hydroxide, tocopheryl acetate, methylchloroisothiazoline & methylisothiazolinone, benzyl alcohol, disodium EDTA, melia azadirachta leaf extract, curcuma longa rhizome extract, butylphenyl methylpropional, hexyl cinnamal, linalool, citronellol.




No właśnie zawsze jest jakieś "ale". W tym przypadku tkwi ono w maseczce, która swoim działaniem przyćmiła jednak peelingowego krewniaka.  Purifying Neem Mask, to produkt o takim samym przeznaczeniu, ale zdecydowanie skuteczniejszym działaniu. Tutaj również w składzie występuje i miodla indyjska i kurkuma, ale dodatkowo znajdziemy tam także kaolin i ziemię fulerską. Z tym ostatnim składnikiem spotykam się po raz pierwszy, więc musiałam sprawdzić jakie właściwości wykazuje. Okazało się, że znany jest on także pod nazwą Multani Mitti  co oznacza "błoto z Multan". W Indiach to jeden z częściej wykorzystywanych półproduktów do oczyszczania twarzy, ciała i włosów. Przeznaczony jest do cer z problemami  ze względu na swoje głęboko oczyszczające właściwości. Dodatkowo co istotne posiada również właściwości rozjaśniające. Produkt ku mojemu zaskoczeniu również miał zróżnicowaną strukturę. Niby nakładałam na twarz kremową maskę ( kolor trochę odtrącający) , ale pod dłońmi wyczuwałam delikatne drobiny. Przy aplikacji nie żałowałam sobie kosmetyku, przez co wystarczył mi na 8 użyć. Na opakowaniu widnieje informacja o stosowaniu jej raz w tygodniu, jednak ja robiłam to dwukrotnie i mojej cerze to zdecydowanie odpowiadało. Za pierwszym razem podczas wysychania aplikowałam na maskę mgiełkę wodną celem zapobiegnięcia jej całkowitego wyschnięcia. Później pozostawiałam ją już na twarzy zwykle na 15 minut po czym delikatnie zwilżałam i wykonywałam dłuższy masaż. Taka opcja sprawdziła się w moim przypadku idealnie i po zmyciu faktycznie czułam, że moja twarz jest czysta. Pomimo moich skłonności do przesuszeń, problem nie wystąpił.  Efekt "po" spodobał mi się na tyle, że gotowa byłam przymknąć oko na delikatne pieczenie skóry pojawiające się w chwilę po zaaplikowaniu.  W tym przypadku jestem pewna, że kosmetyk ten pojawi się w mojej kosmetyczce ponownie.  




Skład : aqua, kaolin, melia azadirchta leaf extract, propylene glycol, bentonite, fuller's earth, curcuma longa root extract, fragrance, sodium methylparaben, imidazolidinyl urea, DMDM hydantoin, xanthan gum, sodium propylparaben citric acid, disodium EDTA, sodium lauryl sulfate 


Podobało mi się, że mogłam przetestować kosmetyki serią ( post dotyczący pianki pojawi się za jakiś czas). Ku mojemu zaskoczeniu odpowiadał mi zapach tych produktów, chociaż przyznaję , że zastanawia mnie umieszczenie go w połowie składu, bo nie jest to aż tak ważny w moim odczuciu element.  Być może jednak inni konsumenci przykładają do tego większą wagę. Prawda jest taka, że nawet jeśli coś nie zachwyci mnie zapachem, ale naprawdę skutecznie  zadziała, to w większości przypadków ponownie sięgnę po taki produkt. Pojemność opakowań - 75ml, to  dla mnie idealna wielkość wystarczająca na miesiąc stosowania. Sama szata graficzna bez zarzutu, chociaż gdybym bardzo chciała się czepiać, to jednak trochę brakuje tu polskiej wersji językowej, bo wciąż są ludzie którzy j.angielskiego nie znają i być może z tego powodu mają obawy przed zakupem.Tak jak wspominałam wcześniej maska znalazła miejsce w moim serduchu. Co do peelingu był jak najbardziej przyzwoitym kosmetykiem i pewnie niejednej osobie naprawdę się sprawdzi w pielęgnacji , natomiast ja  raczej sama go już nie zakupię. 

http://himalayaherbals.pl


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia