środa, 29 marca 2017

Z polecenia : co obejrzeć we dwoje i kogo czytać, żeby się odstresować + serum do wzięcia za dobry link.

Pewnie oczekujecie kolejnego przyzwoitego i co tu ukrywać nieco drętwego postu o polecanych z danego miesiąca.Mogłabym napisać, że bardzo mi przykro, bo nie spełnię Waszych oczekiwań. Prawda jest jednak taka, że ani trochę z tego powodu  nie boleję. Luźne wpisy to doskonała okazja do tego byście poznali prawdziwą mnie - chociaż odrobinę, bo zupełny blogowy ekshibicjonizm jednak mnie nie kręci. Chociaż kto wie, za miesiąc wkroczę w ćwierćwiecze co oznacza że bliżej mi już do siwizny, niż dalej. A mówią, że gdy głowa siwieje to... 



Na blogach w ostatnim czasie pojawiła się kopalnia linków do naprawdę świetnych stron. Share Week  działa i tylko nielicznym udało się nie skusić na udział w tej inicjatywie. W tym mnie, bo oczywiście nic nie robiąc można nie mieć czasu. Właśnie tak to u mnie wyglądało, że po podziale czasu między najważniejsze w ostatnim czasie rzeczy w moim życiu  tj. jedzenie i sen , nie miałam chwili na napisanie czegoś sensownego. Stąd też z tego miejsca chciałabym przeprosić twórców moich ulubionych blogów za to, że nie zebrałam się w sobie wcześniej i oficjalnie nie zgłosiłam swoich propozycji. Wierzę jednak w moc swoich czytelników i w to, że naprawdę zajrzycie w linki które Wam podam, co więcej może nawet coś napiszecie lub zaobserwujecie.  






Lubicie ananasy? Ja bardzo, a ostatnio do gustu przypadł mi wyjątkowo jeden konkretny , któremu kiedyś nadano imię  Hania , a w blogosferze znana jest też za sprawą swojego bloga Pineap.pl . Co ta Hanka w sobie ma zapytacie? Otóż nieskończone pokłady optymizmu dzięki , któremu z każdej życiowej sytuacji wychodzi na tarczy. Cenię w niej to, że wyciska z swojego życia 100% normy. Piszę o tym co lubi robić gdzie bywa, a mimo tej codzienności nie wieje u niej nudą. Zanim zajęła się tym miejscem w sieci stworzyła trójmiejski blog Politechnika Fashion...



Moją uwagę Pani Sarna, bo tak pozwolę ją sobie tutaj nazywać , zwróciła już podczas emisji Rozmów w toku, gdzie to udzielała porad w swoim fachu. Byłam pod wrażeniem jej wagowej przemiany i trzymałam mocno za kobitkę kciuki. Nie przypuszczałam jednak wówczas, że poważna pani psycholog może prowadzić bloga, już mniej poważnego. Na mnie działa jak terapia śmiechowa. Nie mogłabym  Wam również nie polecić jej facebookowego profilu, bo tam dawka humoru , ironii i jakże trafnych podsumowań serwowana jest każdego dnia. Lubię to za mało... 

Blogi tylko dwa ( choć miały być trzy), ale może zwalmy to na moją kulejącą wiedzę z zakresu matematyki. Dla równowagi wspomnę jednak nie inaczej jak o trzech filmach , które mieliśmy okazję pooglądać w ostatnim czasie , a które zwróciły moją uwagę z czego w dwóch przypadkach zupełnie się tego nie spodziewałam. Na "Planetę Singli" było nam do kina zwyczajnie nie po drodze, ale skorzystaliśmy z nowego reklamowanego przez P.Vegę portalu Showmax na którym to za niewielką opłatą można uzyskać dostęp do filmów i seriali ( w tym kilku niedostępnych np. na Ipli lub Playerze) gdzie akurat film jest dostępny. Nie mówię, że to produkcja najwyższych lotów,  ale zdecydowanie miło nas zaskoczyła. To jedna z tych przyjemnie ckliwych polskich komedii w których nie ma wulgaryzmów i wyuzdanego seksu. Ale , ale... Bardziej pod względem fabuły podobały nam się  "Porady na zdrady". Tutaj dodatkowo można było się pośmiać z żartów sytuacyjnych. Poprzednie filmy tego twórcy niespecjalnie mnie porwały, a tu proszę. Minęło kilka lat i w końcu okazuje się , że polskie komedie też mogą rozśmieszyć. Osobiście kilka osób z obsady bym wymieniła, bo zwyczajnie ich nie lubię, ale to takie moje osobiste niesnaski. "Pokot " to już zdecydowanie inne klimaty. Przed seansem przeczytałam o nim sporo , a po tym bardziej dziwiły mnie opinie o eko - terrorze. Umówmy się, każdy z nas ma bzika na jakimś punkcie. Wiadomym było, że przedstawienie miłości do zwierząt w takim filmie musiało być wyolbrzymione, bo na tym opierał się główny wątek, bez którego na dobrą sprawę tak specyficznej historii w ogóle by nie było. Nie mniej jednak czy się komuś podobało czy nie podziwiania pięknych widoków nie można sobie odmówić. 

Moim najnowszym nieco głupawym ze względu na poczucie humoru odkryciem jest serial emitowany w ostatnim czasie na Pulsie. Górka Dolna, to opowieść o życiu na małej słowackiej wsi, gdzie każdy każdego zna  a nowości dochodzą ze sporym opóźnieniem. Trochę rozumiem niskie oceny tej produkcji na Filmwebie,  bo wymagającemu odbiorcy ciężko sprzedać tak protekcjonalną historię. Nie mniej jednak dla mnie to idealny okaz na tzw." głupawkę" , a odmóżdżyć od czasu do czasu się trzeba. 

Do odpowiedniej oprawy podczas czytania tego posta przygotowałam Wam dwa utwory znane być może tym istotom, które pojawiają się na Woodstock'u . Odtwarzajcie je jednak na własną odpowiedzialność*. 




P.s Mam nadzieje, że polecane blogerki nie mają mi za złe podkradnięcia od nich banerków. Robiłam to w dobrej wierze :)  * Za wpływ mojego gustu muzycznego na Wasze mózgi nie odpowiadam.


Co zrobić by zgarnąć serum do twarzy od Mincer Pharma?
- wystarczy zostać obserwatorem mojego bloga ( podać nick pod jakim obserwujecie)
- w ramach zadania konkursowego zostawić w komentarzu pod tym postem link do polecanego przez Was miejsca w sieci.
Konkurs trwa od dzisiaj do 16.04.2017r. Zwycięzcę wyłonię ja wybierając najciekawszą w moim odczuciu odpowiedź.  Pełny regulamin tutaj.


Pozdrawiam 

czwartek, 23 marca 2017

Cedr w asyście cytryny i mandarynki czyli energetyzująca woda toaletowa Plaisirs Nature od Yves Rocher

Zapachy od Yves Rocher towarzyszą mi od kilku lat. Ich wody perfumowane robią na mnie wrażenie i jako fanka ciężkich zapachów regularnie po nie sięgam. Jakiś czas temu w moje ręce trafiły jednak żele pod prysznic z serii Plaisirs Nature  i tak rozkochałam się w ich zapachach. Roślinne połączenia bardzo mi odpowiadają i miałam nadzieję, że równie dobrze co w żelach obronią się w wodzie toaletowej.Myślicie , że tak było? 

Owocowe wody toaletowe na stronie Yves Rocher pojawiały się już od dawna, jednak zapach który dzisiaj Wam przedstawiam jest stosunkowo nowy. Mała, zaledwie 20 ml buteleczka idealnie nadaje się do torebki  o czym zresztą wspomina na swojej stronie sam producent. Szata graficzna jest spójna z resztą serii Plaisirs Nature i  zdecydowanie cieszy oko swoją prostotą. Wykonane ze szkła opakowanie prezentuje się dobrze,  a  plastikowa zatyczka solidnie trzyma się na swoim miejscu chociaż początkowo obawiałam się, że w " torebkowych" warunkach  może stanowić to dla niej problem.  Rozmiary buteleczki istotnie są mikroskopijne, a mimo to  zdołano umieścić na niej pełny skład kosmetyku wraz z najważniejszymi informacjami na jego temat. Niestety te w języku polskim jak w przypadku większości produktów tej firmy znajdują się już na wlepce umieszczonej na zakrętce i to niestety zaburza już moje poczucie estetyki. Rozumiem jednak, że trudno było znaleźć lepsze wyjście z tej sytuacji. 




Mandarynka & Cytryna & Cedr - wydawały się być idealnym połączeniem dla mnie. Posiadam sporo  mocno otulających zapachów i brakowało mi czegoś z tzw. powerem.  Ta wersja nie bez powodu została nazwana energetyzującą , a nuty zapachowe w niej wykorzystane określone mianem dynamizujących. Połączenie cytrusowych olejków eterycznych z cydrem  pozwoliło stworzyć niebanalną mieszankę faktycznie działającą pobudzająco na zmysły. Już po pierwszej aplikacji równie mocno odczuwalne są drzewne, nieco męskie nuty w asyście odświeżającej woni owoców cytrusowych. Gdyby minimalnie zwiększyć natężenie olejku cydrowego, śmiało można byłoby zakwalifikować ten zapach jako męski. A ja zdecydowanie takie lubię.  Specyfika takiego połączenia sprawia jednak, że na jego temat można znaleźć sporo niepochlebnych opinii. Wbrew pozorom dla fanek naprawdę lekkich i kobiecych zapachów ten może okazać się za ciężki w odbiorze. Zdecydowanym plusem jest natomiast możliwość uprzedniego powąchania go w sklepach stacjonarnych Yves Rocher. Przyznaję jednak,że ja swoją wersję zakupiłam online, bo wtedy zakupy są zdecydowanie bardziej opłacalne dzięki obowiązującym tam promocjom. Niestety zapach ma jedną dość istotną wadę , której jednak byłam świadoma- dość szybko się ulatnia, ale taki już urok wód toaletowych. Liczyłam się z takim stanem rzeczy. Z drugiej strony mobilność buteleczki pozwala  na zabieranie jej ze sobą i ponowną aplikację w ciągu dnia jeśli zajdzie taka potrzeba. 



Według zapewnień producenta aż 93% składników pochodzi z natury. Wykorzystano również alkohol pochodzenia roślinnego, a samo opakowanie nadaje się do recyklingu. Firma znana jest z resztą z różnych działań na rzecz ochrony środowiska więc powyższe informacje nie były dla mnie specjalnym zaskoczeniem. W tym przypadku koszt kosmetyku  to 19,90zł/ 20ml, a oprócz tego zapachu dostępnych jest kilka innych połączeń z czego mnie zdecydowanie interesuje jeszcze  Kwiat pomarańczy & Lawenda. Świetnym rozwiązaniem jest według mnie stworzenie całych linii zapachowych, więc zapach może towarzyszyć nam przez cały dzień aplikowany dodatkowo na ciało w formie żelu lub mleczka. 

A Wy znacie kosmetyki z linii Plaisirs Nature? Pewnie tak. Ciekawa jestem jednak czy ten konkretny jest Wam znany i jakie są Wasze odczucia względem niego?

środa, 15 marca 2017

J'aime my... Oil 3 in 1 Oleo Supreme- olejek do włosów Franck Provost Paris

Jesienią ubiegłego roku pojawiła się informacja o tym, że kosmetyki Franck Provost Paris pojawią się w Polsce, w sieci sklepów Rossmann. Niedługo po tych nowinach  pojawiło się całkiem sporo relacji z ich premiery  i już  wtedy zwróciły moją uwagę , głównie tym, że od początku swojego "istnienia" na naszych polskich sklepowych półkach zaangażowano  do współpracy blogerki. Trafne posunięcie, zwłaszcza , że to hobby wymusza poniekąd  na piszących sięganie po kosmetyki z różnych półek cenowych oraz firm, więc jednak rozeznanie w temacie wybrane osoby miały spore.Mnie o wiele łatwiej sięgnąć po coś co rekomenduje osoba którą znam i od  lat czytam, niż gwiazdka  może i większego formatu, ale znana głównie z tego , że gwiazdorzy niż z tego  jaką wiedzę posiada.  Chociaż i tu trzeba mieć wgląd na całą sytuację, a nie tylko na jednorazowe akcje, bo śledząc teraz losy blogosfery doskonale widać, że z rzetelnością to jednak różnie bywa....


Moja miłość do olei na włosach rozpoczęła się przeszło dwa lata temu podczas pobytu w UK o czym już Wam tu niejednokrotnie wspominałam. Tak więc gdy pojawiła się zapowiedź linii kosmetycznych "J'aime my... " mnie najbardziej zainteresował  właśnie olejek do włosów. Normalnie historia opierałaby się na tym, że wybrałam się do Rossmanna i zakupiłam swój egzemplarz, ale tak nie było. Swoją buteleczkę otrzymałam od Feeling Fency podczas gwiazdkowej wymiany.   Była więc u mnie już od połowy grudnia, a że mamy już połowę marca mogę o nim co nieco napisać. 


Samo zamknięcie szklanej buteleczki w kartoniku nie jest niczym nadzwyczajnym . I na jednym i na drugim pojawiaja  się dość charakterystyczne serduszkowe logo z nazwą. Na kartoniku dodatkowo znajdziemy rozbudowaną informację o tym z czym mamy do czynienia i o sposobie aplikacji produktu. A ten można aplikować przed myciem , po umyciu na mokre bądź na suche lub przed ekspozycją słoneczną- i  tak odkrywamy tajemnicze 3w1. Na szczęście produkt jest olejkiem nie tylko z nazwy. Faktycznie mamy do czynienia z mieszanką m.in olejku makadamia, z pestek winogron czy awokado chociaż zajmują one jedne z ostatnich miejsc w składzie. Przed nimi uplasowało się kilka innych substancji w tym też ta odpowiedzialna za przyjemny zapach kosmetyku, chociaż w moim odczuciu to nieco zbędny dodatek.Zapach był dla mnie zwyczajnie przeciętny , a na włosach nie utrzymywał się praktycznie w ogóle. Najczęściej korzystałam z kosmetyku przed myciem właściwym. Producent zaleca trzymanie go na włosach około 10 minut, u mnie często był to zdecydowanie dłuższy czas. Zmywał się drogeryjnymi szamponami całkiem dobrze, chociaż przy dużej ilości musiałam ten zabieg powtórzyć dwukrotnie. Taka aplikacja dedykowana jest do naprawdę suchych i potrzebujących regeneracji włosów i w moim przypadku przyniosła zadowalający efekt, ale nie mam przesadnych problemów z włosami. Raczej mogę trochę ponarzekać na suche końce niż na ogólny zły stan włosów.  Zaaplikowany na umyte suche lub mokre włosy dawał zdecydowanie słabszy efekt. Pomagał je ujarzmić, ale nie było już tak przyjemnej w dotyku miękkości i w tej kwestii mogłabym go porównać do innych znacznie tańszych produktów ,a dających łudząco podobne efekty. Dlatego też w dalszym ciągu używam go na swoich włosach , ale już wyłącznie przed myciem  dając mu chwilę na działanie. 


Szklana masywna buteleczka ma w sobie sporo uroku i świetnie wygląda na półce. Jednak kto kiedykolwiek nakładał olej na włosy ten wie, że szkło i tłuste ręce niekoniecznie idą ze sobą w parze. Zwłaszcza w łazience , gdzie zwykle dokonuje się aplikacji, a na podłodze z reguły ułożone są kafelki. Każdorazowo przyprawiało mnie to o szybsze bicie serca, ponieważ dokładając produktu na włosy ciężko było mi tłustymi już dłońmi utrzymać butelkę. Ogólnie jest to zadowalający produkt jednak mając do czynienia z kosmetykiem , który jest sygnowany  nazwiskiem mistrza fryzjerstwa spodziewałam się  czegoś więcej.Zwłaszcza, że miała być to "cała wiedza o fryzjerstwie zamknięta w sercu produktów do pielęgnacji włosów"...

Cała linia Oleo Supreme przeznaczona jest do włosów suchych i pozbawionych blasku, a w jej skład oprócz olejku który Wam dzisiaj przedstawiłam  wchodzą jeszcze m.in szampon i maska.Dodatkowo dostępne są linie dedykowane włosom z innymi problemami : Keratin Miracle do włosów zniszczonych, Revelareur de Couleur do włosów farbowanych, Createur de volume dodająca objętości oraz Blond Sublime.  Cena każdego z kosmetyków plasuje się pomiędzy 43, a 63zł , ale bardzo często można trafić w Rossmannie na promocję. 

Ciekawa jestem czy znacie te kosmetyki i jak spisały się one u Was?