Serum oczyszczające do skóry głowy [Bionigree]

Serum oczyszczające do skóry głowy [Bionigree]

Czasami zastanawiam się jak mogłam żyć bez niektórych kosmetycznych udogodnień. Z przetłuszczającą się skórą głowy czy z  łupieżem walczyłam domowymi sposobami lub drogeryjnymi szamponami. Niestety to pierwsze było mało praktyczne i zdecydowanie długotrwałe, a szampony  często podrażniały skórę. Podwójnie cieszę się więc, że w moje ręce trafił kosmetyk, który pozwala mi na wiele więcej. 

Bionigree znalazło niszę na rynku.  Firma z polskim kapitałem postawiła na serię kosmetyków naturalnych, w których elementem jednoczącym jest jeden ze składników - czarna porzeczka. A ta wykazuje całkiem przyjemne właściwości kosmetyczne. Sama do tej pory kojarzyłam ją głównie   z dużej zawartości witaminy C, ale po zagłębieniu się w temat okazało się, że kryje w sobie jeszcze więcej. Zdecydowanie więcej!  Owoce zapobiegają przedwczesnemu starzeniu się skóry, działają nawilżająco i silnie regenerująco. W połączeniu z liśćmi idealnie sprawdzają się w pielęgnacji skór trądzikowych i tłustych za sprawą działania antybakteryjnego i tonizującego. Regulują  wydzielanie się sebum co jest dodatkowym atutem, zwłaszcza dla osób zmagających się z problemem przetłuszczających się włosów.  W oczyszczającym serum do skóry głowy znajdziemy jednak prócz oleju z czarnej porzeczki inne  składniki wspomagające działanie oczyszczająco - ochronne jak np. kwasy AHA. Co ciekawe sama firma informuje o tym, że aż 90% użytych surowców jest  pozyskiwanych od  polskich dostawców.


Serum oczyszczające jak wskazuje sama nazwa ma na celu usunięcie nadmiaru zrogowaciałego naskórka a także rozpuszczenie łoju zalegającego w mieszkach włosowych.Preparat  dodatkowo wykazuje działanie antybakteryjne i przeciwłupieżowe. Pozostawia po sobie uczucie odświeżenia i delikatnego uniesienia włosów u nasady. Polecany jest również w przypadku  wspomagania leczenia chorób skórnych jak grzybica, egzema czy atopowe zapalenie skóry.

Właśnie dzisiaj wydobyłam ostatnie kilka kropel serum, które otrzymałam podczas wrześniowego spotkania blogerek w Rzeszowie od firmy. Przyznaję jednak, że początkowo nie było z naszego sam na sam wielkiej miłości ponieważ... zaskoczył mnie efekt chłodzenia i delikatnego mrowienia. O ile to drugie było dość przyjemne, o tyle zimno nie jest przeze mnie akceptowalne. No chyba, że efekt na tyle mnie zadowoli, by móc się przemóc do ponownego użycia. Jak widzicie kosmetyk miał w zanadrzu cały arsenał argumentów "za" skoro udało mi się zużyć go w przeciągu niecałych 3 miesięcy. Producent przed użyciem zaleca  wstrząśnięcie buteleczką celem wymieszania zawartości, która ze względu na naturalne składniki może ulec rozwarstwieniu. Serum można aplikować bezpośrednio z pipety wykorzystując 5-10ml produktu lub nakładając je równomiernie na skórze za pomocą nasączonego wacika. Następnie na 30 minut pozostawiamy  preparat na głowie, dając mu czas na działanie. Jeśli zachodzi taka potrzeba, można je pozostawić  na całą noc. Należy jednak pamiętać, by ostatecznie zmyć kosmetyk przy użyciu szamponu do włosów. Po takim zabiegu skóra jest w stanie efektywniej wchłaniać składniki odżywcze.  Przy regularnym stosowaniu (raz w tygodniu) zauważyłam, że faktycznie unormowało się wydzielanie sebum, z czym przez długi okres czasu musiałam się mierzyć. Efekt uniesienia nie był w moim przypadku spektakularny, ale zauważalny.Nawet częste stylizacje i  nieustające zmiany  produktów przeznaczonych do pielęgnacji włosów nie wywołały u mnie w tym czasie  problemów z którymi borykałam się wcześniej  w przypadku takich działań.  Z czasem kosmetyk stał się dla mnie pretekstem do poświęcenia włosom większej uwagi. Dopiero dzięki niemu zrozumiałam jaki błąd w pielęgnacji popełniałam nie przykładając  wcześniej większej uwagi do stanu i kondycji skóry głowy. 

Znacie kosmetyki Bionigree? Jakie są Wasze odczucia związane z nimi?

Mikołaj alkoholik czyli  #gpe

Mikołaj alkoholik czyli #gpe

Nawet święci mają na sumieniu drobne grzeszki. Mój tegoroczny Mikołaj nawet całkiem spore przewinienia, bo kto to widział żeby przehandlować paczkę zamiast tradycyjnie podrzucić do komina. Od tej pory będę się bliżej przyglądać panom spod GS-a, bo być może wśród nich ukrywa się ten łachudra, który ostatecznie wyręczył się jakże uczynną Niewyparzoną. Kto wie co by się stało, gdyby ta dziarska i przebojowa kobieta nie wkroczyła do akcji. Pewnie właśnie roniłabym ciche łzy, bo w końcu taka grzeczna byłam w tym roku... Nie będę jednak poświęcać czasu komuś, kto nie miał go dla mnie. Więc SORRY MIKOŁAJU, do mnie już nie musisz zaglądać... i do flaszeczki też się nie dorzucę!


Niewyparzona Pudernica w kilku słowach wyjaśniła mi akcję z białobrodym który zamiast nosić prezenty  postanowił w tym roku mocno zabalować. Szczęśliwie ostatecznie ona zadecydowała o zawartości paczki dla mnie rozumiejąc idealnie potrzeby prowincjonalnej blogerki (czyt. moje).   Ten kto posiada kota ten wie, że normalnym (podobno) jest się przy pierwszym, ja już dawno minęłam ten etap przechodząc w stan który można by spokojnie określić wynajmowaniem pokoju u kota, bo zdecydowanie te cztery kąty nie są już moje. Całkiem mnie jednak pofiziało, bo doszłam do wniosku, że kolejna kocia gromadka nadal jest u mnie mile widziana. Takim sposobem trafił do mnie gigantyczny kubek mieszczący spore ilości napoju bogów, a już na pewno bogiń (i tak, dalej mam na myśli siebie) - herbaty, która również znalazła się w zestawie. Wracając do kubka jak widzicie okazał się prezentem trafionym i już wczoraj wieczorem przechodził pierwsze testy palpacyjne.


Kto lepiej zrozumie kobietę jak nie druga kobieta? Fakt, są wyjątki wśród mężczyzn. Mój chłop już tak mnie wyczuł, że wygląda na to iż rozumie te wszystkie milczące fochy i nerwy z rana spowodowane debilnym snem.Nie mniej jednak na to rozwiązanie raczej by nie wpadł.W puli kolejny trafiony prezent. Ale zacznijmy od początku. Marznę. Ot, moja krew jest za leniwa by krążyć na tyle szybko i móc sprawnie rozgrzać ciało. W moim stałym repertuarze są litry gorącej herbaty, koc i długie kąpiele niemal we wrzątku. A ponieważ przez moje dotychczasowe działania w blogosferze jestem tzw. blogerką kosmetyczną, lubię się też czasami wypindrzyć lub oddać innym przyjemnościom płynącym ze stosowania kosmetyków. Nie ma nic gorszego niż potraktowanie ciepłego ciałka zimnym balsamem, mleczkiem czy co tam w siebie wsmarowujecie... Ogrzewanie w dłoniach nic nie daje ( no chyba, że to ręce faceta 😁 i całość będzie miała dalszy ciąg). Dlatego  też stałam się fanką świec do masażu. Nie dość, że okazja, bo i pachnie i nawilża, to dodatkowo przyjemnie ciepłe w momencie aplikacji.  Tak, świecą już też się wczoraj miziałam... 

Także z tego miejsca raz jeszcze śle gorące podziękowania w stronę wiadomej osoby. Niech Ci kto chce i w czym Ty chcesz wynagrodzi. A cała wymiana miała miejsce w ramach Gwiazdkowej Paczki Elity.


Egipt różą pachnący! Egyptian Powder - puder brązujący do twarzy i ciała  z olejkiem różanym od Hean

Egipt różą pachnący! Egyptian Powder - puder brązujący do twarzy i ciała z olejkiem różanym od Hean

 Przejadły Wam się tradycyjne pudry brązujące? Całkiem niedawno na  ciekawe rozwiązanie postawiła marka Hean, a ich wyrób odznacza się na tle innych czymś szczególnym...


Opakowanie chociaż wykonane z tworzywa jest wyjątkowo solidne i jak w większości produktów tego typu, na jednej z jego części umieszczono przydatne przy wykonywaniu makijażu lusterko.Zaskoczeniem była dla mnie kolorystyka, bo nowa linia firmy  wyraźnie odznacza się od reszty za sprawą połączenia czerwieni i złota.Było to dość ryzykowne działanie, bo w przypadku tak charakterystycznych kolorów granica między elegancją a kiczem jest mocno umowna. Udało się jednak zachować styl, dzięki czemu mogę sobie pozwolić teraz na "ochy" i "achy". Egipskie słońce zamknięte w postaci pudru brązującego przeznaczone zostało zarówno do twarzy i ciała.Przyjemnym aspektem stosowania produktu jest możliwość stopniowego budowania zadowalającego efektu. Można nim delikatnie musnąć skórę by wyłącznie podkreślić opaleniznę, ale  za jego sprawą da się również mocno zaakcentować  wybrane  miejsca. Atutem tego kosmetyku są właściwości nawilżające i pielęgnujące skórę. Takie działanie możliwe jest dzięki zastosowaniu dodatkowo glinki kaolinowej i olejku różanego.Zawartość tego drugiego jest odczuwalna przy aplikacji kosmetyku. Już przy  otwarciu opakowania wydobywa się delikatny różany aromat, który przy  kolejnych ruchach pędzla  zyskuje na intensywności. Bez obaw - woń kwiatów nie przytłacza i po nałożeniu na twarz nie jest już zupełnie wyczuwalna. Stanowi tylko miłą odmianę podczas wykonywania makijażu. 


Egyptian powder pozytywnie mnie zaskoczył i z przyjemnością używałam go w ciągu cieplejszych miesięcy, gdy na mojej skórze widoczny był subtelny romans ze słońcem. Początkowo jednak miałam małe obiekcje co do odcienia, który na pierwszy rzut oka wydawał się wpadający w pomarańczowe tony. Teraz coraz bardziej się do niego przekonuję, chociaż mocno różni się od używanego przeze mnie do tej pory pudru brązującego od Kobo. 


Kolejną zaletą pudru  jest przystępna cena. Normalnie można go zakupić w granicach 16-18zł, ale dla chcących poznać się z nim bliżej przygotowano promocję na stronie oficjalnego sklepu marki i  pełnowymiarowe opakowanie mieszczące 9g Egipskiego Słońca można przygarnąć za mniej niż 10zł.  Ciekawa jestem czy znacie ten kosmetyk i jakie są Wasze odczucia  z nim związane?

*Kosmetyk otrzymałam podczas spotkania Blog Matters. Fakt ten nie ma wpływu na moją ocenę względem opisywanego produktu.


Crime story w polskim wydaniu : mafia, policja i inne takie. [Tendencyjne] zestawienie książek dla mężczyzn.

Crime story w polskim wydaniu : mafia, policja i inne takie. [Tendencyjne] zestawienie książek dla mężczyzn.

Mężczyzna czytający romanse wciąż budzi spore zainteresowanie. Podobnie, acz już nieco mniej kontrowersyjnie jest, gdy  to kobieta sięga po książki przeznaczone dla facetów. Kategoryzujemy, chociaż oficjalnie żaden sensowny podział nie istnieje, bo i po co miałby istnieć. To, że czytam mocno krwawe i kontrowersyjne książki nie sprawia, że jestem mniej kobieca, chociaż gdyby na to spojrzeć z większej perspektywy to chyba nie służę za najlepszy przykład, bo w moim obyciu jest jakiś pierwiastek męski. Kiedyś wiele rzeczy zwyczajnie " nie wypadało", na szczęście dzisiaj nie ma z tym większego problemu, chyba że mieszka się na wsi (podobnej do mojej), gdzie nie wszystko jest jeszcze tak oczywiste jakby się mogło wydawać. Wracając jednak do właściwego tematu dzisiejszego wpisu zapragnęłam stworzyć dla Was krótkie zestawienie kilku starszych i nowszych tytułów (w większości reportaży) , które moim zdaniem godne są uwagi, lub nie. 



Podobnie jak Vega lubię kontrowersje, a już całkiem podoba mi się fakt, jak ludzie reagują na jego nazwisko podczas dyskusji. Jego twórczość ma równie sporo zwolenników, co przeciwników. Z jednej strony można powiedzieć, że ten to dopiero jest tendencyjny w swoim postrzeganiu świata, a z drugiej, każdy z nas trochę jest , a on fantastycznie zbiera to w całość  ( tudzież "kupę", w zależności od punktu widzenia). Spory szum zrobił się wokół niego po niedawno wyświetlanym w kinie "Botoksie". Nie jest tajemnicą, że mnie wylewające się z ekranu chamstwo i prostota przekazu nie rażą. Ot lubię nawet, gdy ktoś rzuci jakąś k***ą, bo to takie polskie :P  Ostatnia produkcja przesycona była wieloma scenami, które jedni uznawali za nieprawdopodobne, inni za prawdziwe. Było o uzależnianiach lekarzy,  przekrętach, nieludzkich praktykach  podczas wykonywania zabiegów. Jeśli zainteresował Was ten problem to szczerze polecam książkę "Mali bogowie.O znieczulicy polskich lekarzy" Pawła Reszki .Zbiór  równie kontrowersyjnych  wypowiedzi z ust lekarzy z różnym stażem i doświadczeniem zawodowym, który widocznie mocno zainspirował Vegę, bo w "Botoksie" chwilami leciały hasła żywcem wyjęte z tej pozycji. O ile bardzo podobał mi  się także  w reżyserii tegoż samego "Niebezpieczne kobiety", o tyle sama książka już niespecjalnie. Zbiór rozmów z policjantkami zapowiadał się naprawdę ciekawie i byłoby tak gdyby nie fakt, że niektóre wręcz na siłę chciały zaistnieć mocno koloryzując swoje opowieści. Bardzo nie lubię, gdy ktoś przedkłada własne "ja" ponad wszystko inne i zamiast o właściwym temacie muszę słuchać wywodu o "zajebistości" rozmówczyni. Tej książki zdecydowanie nie kupiłabym na prezent.  

Każdy zna Masę. Muszę przyznać, że facet znalazł sposób na wypromowanie się w mediach, pomimo tego, że niczym specjalnym nie błysnął. Jest trochę jak mleczna kanapka "klaśnij i masz". Chcąc niechcąc wyskakuje nawet z lodówki.W historii mafii polskiej takich jak on przewinęło się na pęczki, ale jako nieliczny poszedł w koronę i zechciał o tym mówić i mówić... Przeczytałam jego wywody i zupełnie tego nie kupuję, ale wiem, że dobrze się czyta i jara spore rzesze ciekawskich. Nie krytykuję tego, chociaż jestem zdania że im dalej w las... Zwyczajnie, jeśli ktoś siedzi trochę głębiej w temacie i czyta różne publikacje to z czasem dojdzie do własnych wniosków na ten temat i mit Masy wówczas zwyczajnie przygasa. Nie mniej jednak musiałam zaspokoić wewnętrzne pragnienie wiedzy i sięgnęłam po  kolejną książkę Artura Górskiego "Słowikowa i masa. Twarzą w twarz." Zestawienie dość ciekawe i mogące rzucić nowe spojrzenie na sporo mafijnych spraw.Na to liczyłam, a niestety po lekturze poczułam mocne rozczarowanie. Dosłownie o wszystkich sprawach można było już wcześniej przeczytać albo w serii Masy, albo co w moim odczuciu ciekawsze, u Sumlińskiego. Z tą różnicą, że tutaj dodatkowo doszło do przepychanki słownej. Słowikowa opowiedziała swoją wersję, Masa swoją, a później przeradzało się to w kłótnie o rację. A ta wiadomo jest jak pewna część ciała, którą każdy ma - własną, niezmiennie...Można się nad sobą poznęcać i zaserwować taką dawkę słów. Pytanie tylko  po co?!

Jeśli jednak Wasz luby lub Wy same macie już za sobą w/w Masę, to polecam sięgnąć w celu uzupełnienia swojej wiedzy tudzież jej skonfrontowania z innym punktem widzenia po książki Sumlińskiego właśnie. Jedna ma nawet przyjemnie i znajomo brzmiący tytuł "Czego nie powie Masa o polskiej mafii." Ja już wiem, pora na Was! Okładka może i nie zachwyca, ale przeczytać warto. 


Było o mafii, pora na policję. Czy jest jakaś różnica?!


Głupie pytanie. Oczywiście, że jest różnica - chociażby w zarobkach. A tak serio to w każdym zawodzie znajdzie się jakaś czarna owca, ale dzisiaj dla odmiany chcę napisać o tych pozytywnych przypadkach. Chociaż może nie do końca dobrze to sformułowałam. Wartą uwagi książką są "Policjanci. Za cenę życia". Jedna z tych książek , które musiałam mieć, bo tak i już. Zbiór historii pokazujących, że praca w tym zawodzie to ciężki kawałek chleba. Można wykonywać czyjeś głupie rozkazy, zginąć w trakcie ich realizacji, a później Ci wyżej postawieni  i tak bezkarnie zmiotą sprawę pod dywan zostawiając rodziny zmarłych z niczym. Można nie mieć  na akcji wystarczająco dobrego wyposażenia, bo pieniądze na nie przeznaczone są roztrwaniane na wiele innych sposobów. Efekt ten sam - śmierć. Zdecydowanie zaleją Was tu wpisy odnoszące się do tych znanych z mediów spraw, jak i tych które mimochodem ujrzały światło dzienne. Jeśli Twoim mottem życiowym jest (hwdp/chwdp) to polecam przeczytać i mocno się zastanowić nad sensownością swoich przekonań. 

Bardzo fajnie czytało mi się kolejną przedstawioną pozycję, a mianowicie "Jerzy Dziewulski o polskiej policji". Tym razem całość mocno związana z osobą byłego już milicjanta i antyterrorysty. Jego opowieść o zdobywaniu kolejnych szczebli kariery momentami jest mocno zaskakująca. Dziewulski nie stawia jednak tylko na siebie, odnosi się do wielu sytuacji, które w tamtym okresie działy się w polskich służbach, przytacza chociażby dość szczegółowo akcję odbicia porwanego samolotu.

...I inne takie


Nic mnie tak nie cieszy jak konkretne  książki o zbrodniach, ciekawych często przez długie lata niewyjaśnionych przypadkach. Coś w stylu "Polskich morderczyń" Bondy, ale mocniej. Taką dawkę ciekawostek znajdziecie zdecydowanie w książce "Polskie archiwum X".Przypadkowe morderstwa będące zaczątkiem większych akcji, tajemnicze zgony i pomyłki wymiaru sprawiedliwości ukazane w przystępny sposób za sprawą policjantów, którzy badali wymienione przypadki. Całość opatrzona ich komentarzem odnośnie tego co umożliwiło im ustalenie sprawców, albo wyjaśnienia dlaczego niektórych spraw sprzed lat nie sposób już rozwiązać. Natomiast dla marzących o podróży w czasie polecam "Anatomię zbrodni". Genialne ujęcie rozwoju kryminalistyki na przestrzeni ostatnich stuleci. Nawiązania do konkretnych przypadków, opisy zapomnianych już metod jak i tych doskonalonych z czasem. Śmierć w wyjątkowo przyjemnym wizualnie wydaniu. Wisieńką na torcie, która ukazała się w przeciągu ostatnich tygodni, a właściwie dni jest "W kręgu zła". Tym razem to zbiór reportaży i artykułów poświęconych wielu ostatecznie nierozstrzygniętym sprawom mającym miejsce w naszym kraju.Każdy rozdział to odrębna historia, a intrygujący język autorki sprawia, że  zwyczajnie chce się więcej...




  •  "Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy" - Paweł Reszka
  • " Niebezpieczne kobiety". - Patryk Vega
  • "Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz" - Artur Górski
  • "Czego nie powie Masa o polskiej mafii" - Wojciech Sumliński
  • "Policjanci. Za cenę życia". - Joanna i Rafał Pańsztelańscy
  • "Jerzy Dziewulski o polskiej policji" - Krzysztof Pyzia, Jerzy Dziewulski
  • "Polskie archiwum X" - Piotr Litka, Mariusz Nowak i inni
  • "Anatomia zbrodni.Sekrety kryminalistyki" - Val McDermid
  • "W kręgu zła" - Dorota Kowalska


Tak więc, gdyby ktoś chciał mi kupić prezent, to wiecie w jakim klimacie książek szukać...
Ciekawa jestem czy którąś z wybranych pozycji czytaliście? Jakie jest Wasze zdanie na ich temat?

Kochany święty Mikołaju, znowu do Ciebie piszę...

Kochany święty Mikołaju, znowu do Ciebie piszę...

Święta coraz bliżej, pewnie nie czułabym tak mocno tego klimatu, gdyby nie fakt, że pracując w galerii mam już dookoła siebie same świąteczne wystawy. Dlatego korzystając z wolnej chwili postanowiłam przygotować kolejny raz list w ramach akcji #blogmas2017 stworzonej przez Milenę z bloga Make life perfect 

Mam nadzieję, że po kliknięciu w list powiększy się on do rozmiarów umożliwiających wygodne czytanie. Ponieważ jednak biorę udział w kilku wymiankach świątecznych (z czego ogromnie się cieszę) musiałam też stworzyć listę pomocniczą dla moich par. Jak na dłoni widać, że bez kotów, haftów z ludowym motywem czy świec i wosków nie mogę się obejść.  Nie pogardzę też śmiesznymi kubkami czy dobrą herbatą. Jeśli chodzi o kosmetyki postanowiłam umieścić na swojej inspiracyjnej tablicy konkrety. 



Ciekawa jestem o co Wy w tym roku prosicie Mikołaja?!
Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger