wtorek, 30 grudnia 2014

żyje w innej czasoprzestrzeni [ makijaż/mapa marzeń ]

Nie ogarniam czemu połowa moich znajomych żyje dziś myślą, że jutro Nowy Rok. Może i czas mamy tu nieco przesunięty w stosunku do PL, ale o kalendarzu nic nie słyszałam:) Nie mniej jednak planów sylwestrowych nie mam, a kolejny rok powitam w pracy , więc prócz refleksji nad zeszłoroczną mapą marzeń jakoś specjalnie nie odczuję zmiany.

Żeby nie było drętwo i wyłącznie o tym co się udało lub nie w zeszłym , a właściwie jeszcze trwającym roku na wstępie wrzucam kilka zdjęć bardzo zwykłego makijażu wykonanego w jeden z wolnych dni :P Podejrzewam , że większość Was pozostanie wyłącznie na tym etapie posta, czego nie mam nikomu za złe. Kto by chciał czytać kolejne podsumowanie z rzędu... :) 




A przechodząc do rzeczy ( ponieważ nowej mapy marzeń jeszcze nie mam) dzisiaj skupię się na podsumowaniu tej zeszłorocznej. Zdumiewające ile z moich pragnień zostało chociaż w jakimś minimalnym stopniu zrealizowane.
No więc: 
- nowy aparat został nabyty stosunkowo niedawno,
- pędzle w zamówieniu ,
- decyzja o zapuszczaniu włosów zapadła i w końcu mam kudły które można związać, a nie jedynie postawić na żelu,
- nadal poszukuję swojego złotego środka, ale skonkretyzowałam nieco swoje podejście do wiary, świata, ludzi (konkretnych :P),
- wybrałam się z mężem i przyjacielem na kilka spontanicznych mniej lub bardziej rozsądnych wypraw,
-mieszkam obecnie bliżej wielkiego zbiornika wodnego niż w PL ( nocleg nad polskim morzem był już załatwiony, ale jakoś ta Anglia tak wypadła - może za rok),
- tatuażu co prawda się nie dorobiłam, ale tak mocno jęczałam na ten temat mojemu Ślubnemu, że w chwili obecnej sam już przegląda różne wzory ( a był zagorzałym przeciwnikiem takich ozdób ciała),
- pracuję i powoli, bardzo powoli staram się zmieniać swoje życie na bardziej usystematyzowane (chociaż do przysłowiowej kury domowej mi jeszcze daleko). Zresztą jak to mówi mój mąż " nie ten typ po prostu ",
- wydaje mi się, a właściwie jestem pewna , że poczyniłam małe postępy dotyczące sztuki makijażu - jeszcze kilka lat i zostanę mistrzem  w tej dziedzinie :) Taki żart. Słyszałam już , że maluję specyficznie i zdaję sobie sprawę, że jakieś mega landrynkowe te moje twory to jednak nie są,
- przełamałam w tym roku strach przed publicznym śpiewaniem ( zapora w Solinie zdaje się być do tego naprawdę dobrym miejscem) , a uwierzcie mój głos  podczas śpiewu"boli "  słuchaczy ,
- pobiłam niechlubny rekord jedzenia ogromnej ilości fast foodów  odkąd w naszej rodzimej okolicy powstała nowa budka z żarełkiem - do tego panini gyros to mi się tęskni, oj tęskni ( tu nadrabiam " chicken'em")

I tylko mojego Morświnka nie mogę przeboleć. Nasz koci przyjaciel zaraz po naszym wyjeździe zaginął, i tyle ile przeryczałam z tego powodu wie tylko mój mąż. Morze łez i tak nie zapełni pustki. 
I chociaż komuś może się to wydawać śmieszne lub żałosne, to ten kociak był dla mnie jak dziecko.Ale to zrozumie tylko prawdziwa kociara....

A poza tym bez zmian - nadal jestem mentalnie starym, zmęczonym życiem człowiekiem, który przejawia objawy szaleństwa. I nadal nie wiem co chcę robić w życiu...Ale do tego akurat idzie się przyzwyczaić  :D 


A co do marzeń, to mówią, że podobno lepiej ich nie mieć.... 
Lepiej je realizować... na bieżąco :P 

Bawcie się dobrze Kochani!
Nie tylko w sylwestra, ale przez całe życie.
:*

niedziela, 28 grudnia 2014

Zieleń & złoto [makijaż]

W tym roku okres świąteczny nie był dla mnie czasem wolnym. Właściwie przez cały czas prócz jednego dnia spędzałam święta w pracy i taki stan utrzymywać się będzie jeszcze jakiś czas.Niestety czasu na życie  było stanowczo za mało stąd też  jeśli chodzi o bloga nawet nie zabierałam się za pisanie postów. Dzisiaj pojawiam się w końcu ze świeżynką makijażową - dzisiejszym oczkiem wykonanym przy użyciu paletek MUA.





Tym razem użyłam... 
- podkład 123 Perfect Bourjois,
- puder korygujący HD Be Beauty,
-  mascara Black Jack  Bourjois,
- cienie z palet : Twelfth Night Winter Shades , Romantic Efflorescence MUA


sobota, 20 grudnia 2014

uproszczone retro.[makijaż dzienny+ nowe palety MUA]

Bez zbędnych wstępów przedstawiam Wam dzisiaj mój zupełnie zwyczajny makijaż dzienny.Szczerze mówiąc w wolne od pracy dni staram się dać odpocząć swojej buźce od zbędnych warstw. Dzisiaj planowałam jednak wypad do Superdrug po paletki MUA i jakoś nie pasowało mi wyjście bez drobnych poprawek.

Zacznę od tego, że wczoraj na stronie drogerii wypatrzyłam informację o promocji. Zakup  kosmetyków MUA za kwotę przynajmniej 8f miał mi dać możliwość odbioru najnowszej paletki za darmo. Ponieważ w planach i tak miałam uzupełnienie kolorówkowych braków wybrałam się do pobliskiego Superdruga po konkrety. Zdecydowana byłam na dwie paletki : Poptastic ( ponieważ brakowało mi tutaj kolorowych cieni zupełnie), Romantic Efflorescence ( bo od pierwszego spojrzenia faktycznie przemawiała do mnie jej kolorystyka). Miałam już na tym etapie zakończyć wybór, bo wymagane 8f mi się uzbierało, ale wypatrzyłam jeszcze PowerBrow czyli pisak do podkreślania brwi w połączeniu z rozświetlaczem ( do wykorzystania na łuk brwiowy) za 3f. A że takich produktów nigdy dość. Poza tym ciekawość mi nie dawała... ;) 

Przy kasie nie doczekałam się jednak na swój dodatek więc zupełnie nie będąc sobą upomniałam się o niego grzecznie. Jeszcze jakiś czas temu zawiedziona wyszłabym z drogerii bez słowa... Oczywiście pani obsługująca nie miała pojęcia o żadnej promocji chociaż i na szafie Mua jak i na ulotkach przy kasie była o niej mowa. Dopiero ochroniarz uratował sytuację potwierdzając, że faktycznie powinnam dostać jako prezent paletkową nowość Twelfth Night Winter Shades. I takim oto sposobem stałam się posiadaczką kolejnej trójki :)

Nie mniej jednak siłą rzeczy makijaż jaki dzisiaj prezentuję nie jest wykonany z ich użyciem, a trochę szkoda, bo kolory zwłaszcza ze środkowego okazu z chęcią bym już wykorzystała.

 Kolejna okazja zmalowania czegoś innego dopiero w czwartek , kiedy to będę miała jeden dzień wolny od pracy, żeby się trochę poobijać :)

czwartek, 18 grudnia 2014

Mix domowy+ Macadamia Oil Extract Foot Pack [ spa dla stóp]

Czwartkowe popołudnia są jakieś nostalgiczne. Pogoda smętna i nie ma we mnie odrobiny chęci do działania. Najchętniej schowałabym się w czeluściach łóżka pod swoją nową zwierzęcą pościelą rozkoszując się świątecznym woskiem Yankee.

Wcale nie jest tak, że czuję jakiś niesamowity pociąg do tej marki. Nie mniej jednak wygodnie mi teraz kupować ich woski czy samplery, bo są na wyciągnięcie ręki. Poza tym zapachy mają na tyle intensywne, że bez wątpienia są w stanie przygłuszyć zapach angielskiej wszechobecnej stęchlizny.
Nie czuję też magii świąt. W ogóle nie czuję nawet, że nadchodzą, więc w sztuczny sposób staram się wywołać w sobie chociaż odrobinę  świątecznego nastroju. Zresztą zakup nowego kominka jest chyba wystarczającym pretekstem do zakupienia dwóch nowych zapachów ;) 

Bez wątpienia poprzednik był oryginałem sam w sobie. Zamiast pomagać w wypalaniu wosku skutecznie go chłonął. Na zdjęciu nie jest to tak widoczne, ale jego  biel już do połowy nieestetycznie nasiąkła. Przy różowym mam chociaż pewność , że nie będzie się to tak rzucało w oczy. 

Wracając do tematu skusiłam się na dwa świąteczne zapachy. Byłam zdecydowana na zakup dwóch wosków , ale nic konkretnego mnie nie przyciągnęło, a  Christmas Baking dostępne było tylko jako sampler właśnie. Więc wzięłam. W kominku wypalam jednak właśnie drugi z dzisiejszych zakupów Frosted Snow. Obawiałam się nieco, że nie będzie wyczuwalny, ale jest dość inwazyjny.

Nie mogłam nie dodać zdjęcia nowego kubka, a właściwie rozmiarowo wręcz garnka :) W nim nektar bogów , którym raczę się w UK często gęsto- kawa z piankami Marshmallow. A żeby nie było, że po pracy tylko się obijam , co to to nie- uczę się- języka. W końcu najwyższa pora... 

Przechodząc w końcu do właściwego tematu posta...
Dzisiaj kilka słów poświęcę na opisanie Wam maski do stóp w znanej już w blogosferze formie skarpet. Tym razem nie będzie o złuszczaniu, ale o spa stóp dla leniwych. Przyznaję, że stopy to ta część ciała o którą dbam, ale wciąż jakby za mało. Postanowiłam więc zapewnić i sobie i im odrobinę relaksu. Do wyboru w Funciaku było 3 lub 4 wersje masek w takiej formie, a mnie zdecydowanie skusiło opakowanie.  Same skarpety na szczęście są nasączone wyłącznie wewnątrz. Co ciekawe skarpeta składa się z dwóch części: wewnętrznej nasączonej "czymś" oraz zewnętrznej foliowej. Po założeniu na stopy ja dodatkowo ubrałam jeszcze normalne skarpetki, żeby całość przypadkiem nie zsunęła mi się ze stóp. Producent  przewiduje 15-20 minut na zabieg z czego ja swoje SPA zakończyłam na 15 ze względu na uczucie chłodu jakie zapewnia kosmetyk. Zdecydowanie jest to wersja którą można polecić na upalne dni. 
 Jednorazowy zabieg nie sprawił cudów, ale i nie na to liczyłam.Zależało mi na nawilżeniu przesuszonych partii i tak też się stało. Zaskakujące jak dobrze poradził sobie ten produkt. Oczywiście nie wygładziło i nie odmłodziło mi to stóp w 100%, ale są one miękkie , a co za tym idzie przyjemniejsze w dotyku. Potraktuję takie maski jako pomoc doraźną i będę je stosować regularnie - przynajmniej raz w tygodniu. Na plus oceniam także folię z której zostały wykonane. Nie jest to bowiem typowo szeleszczący i irytujący materiał, ale całkiem przyjemna grubsza wersja.Cena- 1f.

I jedyne na co mogę trochę ponarzekać,  to fakt, że uczucie chłodu utrzymuje się na stopach jeszcze jakiś czas po usunięciu foliowych skarpet ;p 

środa, 17 grudnia 2014

Twarzowa zmiana pielęgnacji [ Ayuuri/Ayumi Naturals]

Jakiś czas temu okazało się, że nie wszystko mojej buźce służy. Drogą dedukcji za zły stan mojej cery koniec końców obarczyłam chusteczki do oczyszczania twarzy, ale że trafiła się okazja wymiany pielęgnacji nie mogłam nie skorzystać.

Zaczęło się od tego, że idąc na łatwiznę zaczęłam tutaj korzystać z chusteczek do demakijażu i oczyszczania twarzy. Niestety po pewnym czasie w okolicach ust i brody , a także na czole zaczęły się pojawiać podskórne grudki. Z czasem ewoluowały one w wypryski, by potem stać się czerwonymi uciążliwymi plamami, które z twarzy zniknąć nie chciały. Nie byłam pewna co tak naprawdę dokładnie wywołuje taki stan, więc przez pewien okres straszyłam wyglądem, a jednocześnie eliminowałam kolejne kosmetyki. Niestety o chusteczkach pomyślałam jako o ostatnich, a powinnam postawić je na samym początku swojej testowej kolejki za sam fakt posiadania alkoholu w składzie.
Nie mniej jednak jak tylko doszłam do wniosku, że to one są winne całemu zamieszaniu ruszyłam po nowy zestaw pielęgnacyjny. Stosuję go zaledwie od 3 tygodni , ale już widzę znaczną poprawę. 
Zdecydowałam się na zakup kosmetyków firmy Ayuuri tudzież Ayumi Naturals. Produkowane są one przez ta samą firmę w UK, szata graficzna jest łudząco podobna stąd też wnioskuję, że zmianie uległa tylko sama nazwa.
Mój zestaw ratunkowy składa się z trzech kosmetyków: maski, żelu i kremu na dzień.Brakowało mi porządnego oczyszczenia bez wysuszenia na wiór. Z dozą niepewności podchodziłam do  żelu, ale nie zawiódł mnie. Zmywa nawet najcięższy gabarytowo makijaż, bez przesuszenia skóry, Nie czuć nawet delikatnego napięcia, ale spokojnie daje się odczuć jego moc myjąca, gdyż buźka po umyciu jest wręcz skrzypiąco czysta ;) Polskie tłumaczenie na opakowaniu brzmi mało zachęcająco 
" Oczyszczanie dziki mycia twarzy kurkuma" , ale cóż. I tak jestem w szoku, że w ogóle jakieś się znalazło. Żel ma ogólnie za zadanie oczyszczać skórę z problemami. Radzi sobie z tym dobrze i podejrzewam, że kupię go ponownie nie raz. Zresztą kurkuma na mojej twarzy dawała bardzo dobre efekty podczas stosowania w domowych maskach więc nie zaskakuje mnie zbytnio ten fakt. 

 W komplecie do żelu dobrałam maseczkę. Wspólnym mianownikiem tych dwóch produktów jest kurkuma. W masce połączono ją z Papają. Przeznaczenie takież samo jak w poprzedniku  z tym, że dla odmiany tutaj możemy się jeszcze doszukać m.in lukrecji czy ekstraktu z jagód goji. Konsystencja dość przyjemna w użytkowaniu, ale radziłabym wstrząsnąć tubką przed każdym kolejnym myciem, bo czasami coś lubi się rozwarstwić. Producent radzi pozostawić kosmetyk na 20 minut na twarzy po czym zmyć. Moje max to 15 minut, ponieważ maseczka mocno oczyszcza i złuszcza, a niekoniecznie lubi to mój nos. Raz zaryzykowałam 20 minutowym działaniem co zaowocowało jego wylinką ;p Chociaż raz na jakiś czas takie złuszczanie nie jest złe. 
Do kompletu dobrałam krem na dzień którego składniki aktywne są połączeniem dwóch w.w produktów z dodatkiem Arjuna extract cokolwiek by to nie było. Tubka całkiem spora, bo 100ml mieści istną bombę zapachową. Dla mnie trochę za dużo tych zapachów zwłaszcza , że raczej nie są one wyłącznie naturalnym tworem ( ale mogę się oczywiście mylić). W chwilę po nałożeniu na szczęście nic nie jest już wyczuwalne.Krem wchłania się bardzo szybko i trzeba nabrać wprawy w jego aplikacji. Świetnie współgra z kosmetykami kolorowymi.Ma najdłuższy spośród tej trójki skład i trochę się boję dokładnie wnikać co tam w nim w środku siedzi, bo skoro działa...
Maleństwo kosztowało 5f, natomiast 200ml butle żelu i maski - 3f/szt.

Dzięki tej świetnej trójcy przebarwienia na buźce udało mi się nieco przygasić. Podskórne grudki uległy już prawie całkowitej degradacji. Natomiast zaskoczyło mnie to jak wyglądają obecnie moje pory na nosie, a właściwie jak nie wyglądają. Przyjemnym efektem ubocznym użycia tych produktów jest liczna eliminacja zaskórników.Pory są zwężone i już nie straszą tak ja na początku mojego pobytu tutaj. Jestem zadowolona z wprowadzonych zmian, ale przyznam, że inne serie kosmetyczne z tej firmy również mnie kuszą. Może z czasem... 


poniedziałek, 15 grudnia 2014

hello hydration conditioner [Herbal Essence]

Nie mam co do tego wątpliwości, że dzisiejszy post będzie postem pochwalnym na cześć odżywki, która nie tyle zawładnęła moim światem , co włosami.

Ponieważ w nowej pracy godziny powrotu do domu są nieustannym zaskoczeniem, nie mogę sobie pozwolić na olejowanie włosów tak często jakbym tego chciała. Odczuwałam jednak silnę potrzebę wygładzenia i nawilżenia, stąd też rozglądałam się od dłuższego czasu za jakąś ciekawą odżywką. Przyznam , że ta o której dzisiaj mowa, na samym początku uwiodła mnie zapachem. Kokos i orchidea pachną mi typową pinacoladą. Jest słodko, ale przyjemnie. Dopiero po dokonaniu zakupu i powrocie do domu zainteresowałam się tak naprawdę tym kosmetykiem. Znalazłam na jego temat sporo pochlebnych recenzji , chociaż trafiło się też kilka zwracających uwagę na mało ciekawy skład. Przyznam , że nie zagłębiałam się w ten temat licząc na to, że zwyczajnie moje włosy się z nią polubią. 

Naczytałam się także o różnorakim sposobie stosowania. Osobiście wypróbowałam 2 metody: nakładałam ją na godzinę przed myciem bądź mieszałam z szamponem i używałam do mycia włosów. Wersja druga jest wersją mocno przyśpieszoną i kilka razy byłam zmuszona z niej skorzystać. Włosy po takim  umyciu były łatwe do rozczesania i bardziej zdyscyplinowane. Mnie jednak bardziej podoba się efekt z użyciem odżywki na sporą chwilę przed myciem włosów szamponem. Po pierwsze cudny zapach pozostaje na włosach. Po drugie wizualnie wyglądają bez porównania lepiej. Są błyszczące i zdrowo wyglądające. Co najważniejsze sypkie. Odżywka nie obciąża moich włosów. Nie sprawia też puszenia, z czym miałam problem przy stosowaniu czystego oleju kokosowego. Znalazłam niezłego sprzymierzeńca w cenie 1f za 400ml kosmetyku.  Pomimo tego, że nie oszczędzam jej  sobie podczas nakładania wydaje mi się , że z butelki mało co ubywa. Być moźe skuszę się również na inne odżywki z tej firmy, bo przyznam , że ciekawość nie daje mi spokoju.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Piękno Ziemi Brzozowskiej... moje zdjęcia

We wrześniu męczyłam Was informacją o tym, że udało mi się dostać na kurs fotografii. Sponsorowany  był on ze środków unijnych , a głównym celem było wypromowanie regionu zamieszkania.

Kurs udało mi się skończyć , ale niestety na wystawę "po" już się nie załapałam, ponieważ w momencie gdy była ona organizowana , ja byłam już w UK. W końcu mam jednak dostęp do zdjęć i mogę się pochwalić tymi które  ja wykonałam. Naprawdę trudno było mi popatrzeć na swoją miejscowość inaczej niż dotychczas. Nie będę ukrywać, że swojej wsi miałam swego czasu po dziurki w nosie i byłam przekonana, że żadnego piękna nie będę w stanie się w niej dopatrzeć. 
Ze swoich zdjęć jestem średnio zadowolona. Osobiście wybrałam zupełnie inne zestawienie wiążące się bardziej z przyrodą czy detalami, ale prowadzący warsztaty świetni zresztą ludzie z Kuźni Światła postawili tzw. kropkę nad I wybierając spośród moich zdjęć właśnie te. Typowo miejscowe- siedliszczańskie :P 





Jak widać motywem przewodnim mojej planszy był czas. Ponieważ nie chciałam powielać wschodu i zachodu w takim samym ujęciu dość spontanicznie powstał pomysł z odbiciem w lustrze. Całość upływu czasu chyba dość dobrze obrazuje opuszczony i zapomniany od dawna dom...

Gdzie kiedyś tliło się czyjeś życie....

Ciekawa jestem jak Wy przedstawilibyście piękno swojej miejscowości? Dostrzegacie jej urok na co dzień?

piątek, 5 grudnia 2014

Moja lista przyziemnych życzeń

Nie pisałam dla Was przez całe dwa tygodnie. Było to związane z naszą przeprowadzką oraz z pracą. Wczoraj miałam pierwszy dzień wolnego i postanowiłam coś dla Was napisać. A ponieważ z samego rana wybrałam się na zakupy do Primarka liczyłam na to, że po powrocie uraczę Was postem chwalipięckim. Niestety przez najbliższy okres będę musiała korzystać z zasobów zdjęć , które mam już na laptopie, bo z dniem wczorajszym nasz aparat definitywnie umarł.Nie jestem sobie obecnie w stanie pozwolić na nowy zakup, więc będę musiała również wycofać się z wyzwania makijażowego nad czym chyba najbardziej ubolewam. Nawet zakupy nie poprawiły mi humoru - no może prócz butów , które naprawdę mi się podobają. Przygarnęłam sukienkę z myślą o X-mas Party w pracy, ale jakimś cudem pomyliłam rozmiar. Dopiero w domu zauważyłam, że na metce nie widnieje 6...
Dodatkowo ekspedientka nie policzyła mi mgiełki do ciała, a ja nie zwróciłam uwagi na to ,że nie została wyjęta z koszyka. Tak więc zostałam bez mgiełki z  dużą sukienką do tego :P

Podchodziłam do napisania tego posta wczorajszego wieczoru kilka razy, ale gdy tylko sobie pomyślałam... Nie mniej jednak ochłonęłam i przychodzę do Was dzisiaj z moją listą przyziemnych życzeń.

Choruję na kilka drobiazgów z Primarka. Niestety w tym w którym wczoraj byłam nie były one dostępne w ogóle  lub nie było zwyczajnie mojego rozmiaru.
W Superdrug'u zainteresował mnie olejek do twarzy i perfumy- głównie ze względu na flakonik. Czyż nie jest uroczy?!:)

W Asdzie podobno dostępne są pełne miłości talerze i miski. Niestety w tej koło mnie ich nie widziałam...

Wygooglałam sobie również zupełnie przypadkowo ubrania które mnie zaciekawiły. Niestety nie wiem jakiej są marki i gdzie można je dostać. Jednak tak wpadły w mi w oko, że nie mogłam nie umieścić ich w tym zestawieniu.


O aparacie wspominać chyba nie muszę. Na chwilę obecną przydałby mi się jakikolwiek działający :)
A Wy o czym marzycie?

sobota, 22 listopada 2014

El romantico - II makijaż wyzwaniowy.

Kończy się  drugi już tydzień wyzwania  u Zakochanej w kolorkach. Ponieważ motywem przewodnim było hasło  rozważna i romantyczna, taka też starałam się być. Ponieważ mnie osobiście zawsze rozczula jesień i to wtedy tak naprawdę odczuwam ogrom miłości dookoła postanowiłam wykorzystać jako dodatek nieco tej jesieni własnie... 


Moja wersja makijażu nie emanuje z każdej strony miłością. Jest to jednak taki look w jakim mogłabym się wybrać na randkę, chociaż z fioletem nieustannie się oswajam. Ponieważ nie miałam w swoich zbiorach kosmetycznych  tutaj w UK nic "lżejszego" z kolorówki musiałam zrobić małe zakupy w funciaku rzecz jasna. Ale tym co kupiłam pochwalę się pod koniec posta. Teraz czas na prezentacje mnie w podobno romantycznym wydaniu.





Zdjęcia robione przy dwóch różnych światłach co zresztą widać...

A teraz przejdźmy do rzeczy. Tym razem w makijażu jak już wspomniałam zagościły nowości. Skusiłam się m.in na kuleczki brązujące, , kremowy cień CK w kolorze gold velvet, shimmer od Rimmela z linii Wake me up - kolor 003 peach glow. A na zdjęciu widoczny jest również lakier obok którego nie mogłam przejść obojętnie. Jest to kilkuetapowy zestaw który w ostatecznym efekcie ma nadać paznokciom wygląd żelowych bez użycia lampy. Dzisiaj wieczorem pierwsza próba. Póki co zdecydowałam się na neutralny kolor, ponieważ nic wyskokowego do pracy nosić nie mogę...

Z niecierpliwością czekam na podsumowanie tego tygodnia na blogu Pauliny, bo jak znam życie będzie bardzo zaskakująco i zróżnicowanie.

piątek, 21 listopada 2014

W filmowym kadrze (2)- przegląd filmów polskich

Po raz kolejny przychodzę do Was z podsumowaniem naszych filmowych maratonów. Z każdym kolejnym filmem coraz bardziej przekonuję się do polskich produkcji. No może poza małym wyjątkiem z dzisiejszej listy, ale w sumie ten film powstał przy współpracy różnych państw...

Na pierwszy rzut oka film wydawał mi się niespecjalny. Ot, rozterki dorastającego chłopaka, a w sumie już mężczyzny. I gdyby nie fakt, że główny bohater staje przed niecodziennym wyborem pewnie uznałabym go za zwykły zabijacz czasu. Ale nie... W tym filmie nie ma mowy o zdradzie mężczyzny z kobietą. Jest za to o ciężkim wyborze... Kuba od dwóch lat trwający w związku z kobietą pewnego dnia poznaje Michała. Jego świat wywraca się do góry nogami. Nie jest gotowy sam przed sobą do przyznania się, że jest homoseksualistą. Potrzebuje czasu, a wraz z jego upływem pojawia się coraz więcej innych problemów. Dziewczyna, reakcja społeczeństwa, żądze... Nie jest to szczęśliwa historia o miłości budzącej się do życia. Film wart uwagi. Nie mniej jednak od teraz na Radka z " Pierwszej Miłości" patrzę nieco inaczej. Taka rola wymaga wyrzeczeń  i zaskoczył mnie fakt, że to akurat on się jej podjął.

Kolejne zaskoczenie nadeszło wraz z tym filmem. Znałam ogólny zarys fabuły, ale nie spodziewałam się, że wywrze na mnie tak mocne wrażenie. Po pierwsze sam fakt, że Macieja Stuhra możemy zobaczyć w thrillerze, a nie w komedii wydaje mi się dość zaskakujący. Ciężko było mi się przestawić pod tym względem.Po drugie spodziewałam się tematu drażliwego, ale chyba nie spodziewałam się , że będzie to temat tak odważny. Film pokazujący , że tak naprawdę wojna jest bestialska bez wyjątku. Wymusza i pobudza do zachowań haniebnych. Spokojna wieś zamieszkiwana przez Polaków i Żydów staje się miejscem tragedii. Miejscowa ludność żydowska ginie , ale nie tak jak to utrzymują mieszkańcy z rąk Niemców. Ich własne pokryte są krwią. Tak bardzo wypierają się tego faktu, że z biegiem czasu praktycznie nikt tak naprawdę nie wie jak to było . Młody mężczyzna odnajduje kilka tablic- nagrobkowych. Przyzwoitość i sumienie nie pozwalają mu na dalsze bezczeszczenie ich przez mieszkańców. Im głębiej drąży temat tym więcej tragedii ukazuje się jego oczom. Decyduje się na krok , który na zawsze zrujnuje jego kontakty z resztą wsi. Nawet ingerencja brata nie jest w stanie zatrzymać machiny nienawiści wywołanej głównie strachem...
Piękny film i w końcu pokazujący, że to nie jest tak, iż w czasie wojny narody wybiórczo mordowały lub były ofiarami. Każdy kraj miał do czynienia i z jednym i z drugim aspektem , tylko o tym się nie mówi...Szczerze mówiąc, po obejrzeniu sporo się zastanawiałam nad tym, jak to było w mojej okolicy. Być może niejedna płyta nagrobkowa albo anonimowy krzyż niosą za sobą historię nie do uwierzenia...

Zapowiadało się na kolejnej zwyczajnej historii. Niesłusznie oskarżony chłopak trafia do więzienia , gdzie ma odczekać czas do  całkowitego rozwiązania sprawy. W więzieniu słyszy nieustannie   o przemocy bądź jest świadkiem takich sytuacji. Po pewnym czasie wsiąka w środowisko i w chwili gdy do celi jego i współwięźniów trafia pedofil nie mają oni chwili zwątpienia. Wydają na niego wyrok śmierci- dla dobra społeczeństwa. Więzienie , które miało mu rzekomo pomóc w powrocie do normalności narzuca mu inne spojrzenie na świat. Podobno właściwe. Niesłuszny wyrok z normalnego chłopaka czyni  przestępcę...


Ostatnia i wg mnie najmniej udana produkcja spośród dzisiejszego podsumowania. Brytyjskie agencje pracy prowadzą nabór na pracowników sezonowych m.in w Polsce, na Ukrainie. Cały film traktuje o nadziei jaką daje się tym ludziom w związku z ich wyjazdem na wyspy oraz o warunkach, nierzadko nieludzkich w jakich  muszą oni żyć i pracować już tu na miejscu. Pieniądz goni pieniądz... A pracownicy czy właściciele agencji tak naprawdę żyją tylko myślą o nakręceniu nowego interesu. Smutna opowieść o tym jakimi prawami rządzi się ten świat. I chyba tym bardziej mnie to boli, że sama  z własnego doświadczenia wiem jak jest. Na emigracji Polak Polakowi wilkiem, więc co dopiero obcokrajowiec...


A jakie są Wasze odczucia? Oglądaliście którąś z przedstawionych dziś pozycji? :)

czwartek, 20 listopada 2014

*** to nie jest najlepszy dzień....

Brakuje mi... ostoi.
Brakuje materialnego pewnika, zwanego domem- własnym domem.
W którym to ja byłabym tzw. panią domu.
Gdzie mogłabym się zamknąć i spokojnie pomyśleć.
Z ukochanym mężczyzną przy boku, zestarzeć się przy kubku herbaty.
Takie pragnienie mam...


Ci co nas nie znają, piszą jak nam dobrze. 
Tak dobrze nam- mamy siebie.
Na szczęście ani ja ani ON nie mówimy o tym jak czasami jest źle. 
Jak kłody walą się z każdej stron pod nogi.
MUSI być dobrze.
I JEST...


Zmiany w naszym życiu nie biorą się znikąd. 
Dążymy do nich.
Wy też możecie.
To proste.
Po prostu zróbcie to...


Tak, tutaj jest inne życie. 
Są tacy co zazdroszczą. 

Nie  wiem  tylko czy jest czego?!
To nie takie proste, gdy wyrywasz się bardziej z przymusu niż z chęci
ze swojego poukładanego świata.
Spośród ludzi których kochasz.
I nagle znajdujesz się daleko
Praktycznie sam.
Nieco zagubiony... W wyizolowanym świecie.


A wszystko dlatego, że dążąc do realizacji swoich marzeń czasami trzeba poświęcić coś innego.
Chciałabym żeby kolejne pokolenia nie musiały emigrować, żeby "coś " mieć. Nie musieć żyć na kredyt, nie myśleć czy wystarczy do pierwszego ... Taki mam ból dupy dzisiaj.Szkoda, że mój kraj zabija nadzieję i pozbawia perspektyw... No chyba, że komuś się marzy kredyt na 30 lat i nieustanny lęk o to co dalej....


                                  




poniedziałek, 17 listopada 2014

No stress z kremem naprawczym na noc- Proastiq

 Są kosmetyki, które czekają u mnie na zrecenzowanie całą wieczność. Wszystko spowodowane jest faktem,  że najzwyczajniej w świecie nie potrafię się z nimi rozstać.Ale gdy wspólnie sięgniemy dna...Trzeba!

Moja przygoda z Proastiq rozpoczęła się pewnego pięknego, lipcowego dnia , kiedy to wybrałam się na swoje ostatnie przed wyjazdem spotkanie blogerek kosmetycznych w Rzeszowie. To właśnie na nim pojawiło się dwóch młodych mężczyzn , którzy zaprezentowali nam rodzimą(!) linię kosmetyków będącą prawdziwym zaskoczeniem. Po pierwsze zaskoczył mnie fakt, że kosmetyki powstały dzięki inicjatywie mężczyzn.Po drugie zaskoczył mnie składnik aktywny. Pewnie miałyście okazję poczytać już o tych kremach i o składniku jakim jest astaksantyna na innych blogach. Gdy ja w ramach spotkania otrzymałam  swój pierwszy słoiczek kremu nie miałam pojęcia czym ona jest. Pozwolę sobie przytoczyć cytat ze strony producenta obrazujący w prosty sposób ten składnik.
Astaksantyna jest świetnym antyutleniaczem, z której właściwości mogą korzystać także ludzie. Można z powodzeniem nazwać ją czerwonym cudem dla zdrowia skóry. Działa jak szczoteczka, która wyłapuje wolne rodniki przyłączając je do swoich włókien (długich łańcuchów polienowych), dzięki czemu jest niezwykle silnym antyoksydantem. A to właśnie wolne rodniki, które czyhają z każdej strony przede wszystkim przyspieszają proces starzenia się skóry.


W chwili obecnej jestem w posiadaniu dwóch wersji kremu: na dzień i na noc, jednak to na tej drugiej- naprawczej - chciałabym się dzisiaj skupić.
Kolor jest tym co odróżnia ten krem od innych. No może nie kolor sam w sobie, bo akurat nadać odcień kosmetykom za sprawą chemii to nie sztuka, ale za sprawą składnika aktywnego już tak! To własnie dzięki astaksantynie krem ma łososiowy, a właściwie wpadający w pomarańcz odcień.
Konsystencja wg mnie nieco maślana. Właściwie kojarzy mi się trochę z margaryną Aero. Niby tłusta , a bardzo przyjemna i łatwa w aplikacji. Co dla mnie osobiście bardzo ważne krem ten wchłania się   szybko i bezproblemowo. Za każdym razem po  jego aplikacji moja twarz odczuwa ulgę. To tak jakby ktoś dał spragnionemu, schorowanemu człowiekowi szklankę wody...
Prawda jest taka, że używałam tego gagatka nie tylko na noc, ale i na dzień. Był dla mnie świetną bazą pod makijaż. I tak naprawdę mogę mu zarzucić tylko jedno...za szybko się skończył :P
Odsyłam zainteresowanych na stronę producenta, gdzie szczegółowo będziecie mogli zapoznać się ze składami, działaniem itp. Od siebie mogę jedynie dodać, że istnieje możliwość zamówienia próbek, dzięki którym same będziecie mogły się przekonać czy jest to krem dla Was. 
Mojej mieszanej, ale i zestresowanej skórze przypadł mocno do gustu.

Spodobał mi się również sam fakt , że firma rozpoczęła swoje działania promocyjne wśród blogerek z terenu na którym kosmetyk jest produkowany - z Podkarpacia. Chociaż raz nie byłyśmy na szarym końcu i mogłyśmy się jako pierwsze pochwalić,że tak oto mamy swoją kosmetyczną perełkę.Nie mniej jednak to, że kosmetyk otrzymałam w ramach spotkania nie wpływa w żaden sposób na moją ocenę. Krem naprawczy broni się sam w sobie! ;) 

sobota, 15 listopada 2014

Łapiemy jesień z Zakochaną w kolorkach - czI

Jesień potrafi być czasami mocno upierdliwa. Zwłaszcza jeśli chodzi o niespodziewany deszcz. 
Trochę wczoraj zmokłam w drodze do pracy, a dzisiaj leżę sobie grzecznie w łóżeczku i niestety odchorowuję....

Jakiś czas temu Paulina, której chyba nikomu przedstawiać nie trzeba, ogłosiła wyzwanie makijażowe. Pierwsza jego część o temacie "Łapiemy jesień " właśnie ma się zakończyć z dniem jutrzejszym. Ponieważ cały tydzień spędziłam w pracy liczyłam na to, że dzisiaj spokojnie się pomaluję. Do południa czułam się jednak tak źle, że dopiero teraz ostatnie promienie zachodzącego już powoli słońca zmotywowały mnie do wyciągnięcia  pędzli i cieni i stworzenia czegoś jesiennego. 
Moja jesień pewnie będzie się różniła od wizji innych dziewczyn, ale własnie o to w tym wszystkim chodzi. Postanowiłam, że nie będę się skupiać na samych brązach i w roli głównej osadziłam piękną butelkową zieleń. Jak to ujął mój mąż- całość przypomina nieco gnijące liście ;] No może nie do końca tym się zainspirowałam, ale...
zresztą same zobaczcie.



Wybaczcie, że tylko 3 zdjęcia i to w takich pozach ( tło z pierwszego przemilczmy ;p ). Niestety nie miałam dzisiaj weny na walkę z aparatem o światło. Poza tym jutro znowu idę do pracy i wolałam nie rozstawać się na dłużej z łóżkiem.
Obiecuję poprawę w przyszłym tygodniu wraz z kolejnym tematem.
Pozdrawiam
m.

środa, 12 listopada 2014

Primark, George... i niezawodna czerń !

Nie przypuszczałabym, że praca wymusi na mnie zakupy.Ale cóż , jeszcze miesiąc temu nie byłam sobie w stanie wyobrazić, że można powybrzydzać z wyborem pracy... W UK moje obecne zajęcie jest 5-tym (!) w ciągu miesiąca.Tak! No więc, mam nową pracę ;) 

Jednym z wymagań mojego nowego zajęcia jest kolorystyka ubioru. Mogę nosić wyłącznie czarne rzeczy. Pomimo tego, że przywiozłam takowych całkiem sporo z PL , okazało się, że kilka drobiazgów muszę jeszcze dokupić.
Pierwsze zakupy zrobiłam w Asdzie nabywając tam basic'ową czarną bluzkę oraz baleriny. Niesamowicie kojarzą mi się te buty z '80 latami. Wpadły mi w oko, numer był , więc niespecjalnie się nad nimi zastanawiałam. Koszt bluzki to 3,50f, buty kosztowały 8f. 
Urzekający jest wg mnie ten napis w środku:) 


Specjalnie udałam się dzisiaj do Primarka, bo doszłam do wniosku, że jak mam coś kupić wyłącznie z myślą o pracy to nie muszą to być extra drogie rzeczy. Przygarnęłam więc kolejną prostą czarną bluzkę , tym razem jednak z nieco innym dekoltem- koszt 3.50f. Dobrałam do niej skinny za 7f. 
Nie mogłam nie wziąć 50 gumek do włosów za 1f, a 7 par stopek za 2f mimochodem wpadło do koszyka. Na zdjęciu pojawiła się również najzwyklejsza czapka dla TŻ.
Co prawda zakupiłam jeszcze jedną rzecz z biżuterii, ale jest ona na prezent dla mojej mamy, a wiem, że czytuje ona mojego bloga- tym samym nie chcę jej więc zepsuć niespodzianki.



Wczoraj natomiast skusiłam się na sampler YC o czym wspominałam zresztą na fb. Zżerała mnie ciekawość czy faktycznie topi się on równie dobrze co woski. Póki co jestem zachwycona samym zapachem ;) 
I tym , jedynym kolorystycznym akcentem  (innym niż czerń;p) zakończę tegoż posta.
Pozdrawiam;*