Odświeżyłam kolor+ makijaż niby ślubny.

Odświeżyłam kolor+ makijaż niby ślubny.

W sobotę postanowiłam odświeżyć kolor. Tym razem wykorzystałam dwie henny Venita , ale tym razem w postaci proszkowej ,a nie gotowej mieszanki. Od razu dało się zauważyć różnicę, głównie w zapachu- ta pachniała przepalonym tytoniem z nutą ziół. Mnie osobiście zapach odpowiadał.Na swoje włosy rozrobiłam 2 saszetki po 25g w 140ml wody. Trzymałam ok 3 godzin. Włosy są po niej nieco bardziej sztywne, niż po gotowej wersji. Z połączenia dość jasnych odcieni wyszedł mi całkiem ciemny i nasycony kolor.
 Trochę nawet jestem nim zaskoczona :) Aczkolwiek podobać mi się podoba.

Tak to się mniej więcej prezentuje, bo aparat niespecjalnie oddał kolory. Włosy do tej pory nieco mi czuć charakterystycznym zapachem. Dopiero dzisiaj zaolejuję je i umyję. Ciekawa jestem czy zyskają nieco na miękkości. Przyznam szczerze, że przeszła mi już usilna potrzeba zamalowywania odrostów jak tylko się pojawiają. Niestety z długości nie widzę większej różnicy, może dlatego, że końce teraz wariacko mi się podwijają.  CZasami doprowadza mnie to do szału, ale są dni, że podoba mi się  efekt ich  " życia własnym życiem". 

Dzisiaj miałam wenę  zmalować jakiś makijaż ślubny , niestety stanęło na jednym oku, bo pech chciał, że przy takim świetle jak dzisiaj mój aparat  bez lampy nie chciał działać. Z lampą natomiast nie działa mi zoom... i tak źle i tak niedobrze. Może jutro się uda:) Generalnie miało być nico brązu i nieco miedzi...
W rzeczywistości kolory były bardziej nascycone, ale grunt, że z ponad 100 zdjęc udało mi się wybrać coś sensownego i nie rozmazanego. Ciężko mi się ostatnio współpracuje z moim Olympusem;/


Miłego dnia:)
;*

p.s wyniki rozdania pojawią się  jutro na blogu

Róż w wersji soft -lasting finish by Kate 101

Róż w wersji soft -lasting finish by Kate 101

Moja faza na "różowe" trwa. Tym razem prezentuję Wam szminkę z serii o której pisał już chyba każdy.Lasting finish by Kate w kolorze 101 rossetto/rouge a levres trafiła do mnie już dawno podczas jednego ze spotkań blogerek. Był to okres gdy róż był obcym mi kolorem , a ja podchodziłam do niego jak przysłowiowy pies do jeża.Zaczęłam ją jednak używać najpierw na próbę jedynie w domu. Obecnie efekt  mi się podoba  i czuję się w niej na tyle dobrze, że często gęsto po nią siegam i nawet wychodzę z nią na ustach z domu :D  Mogę wręcz powiedzieć, że zwiedziła ze mną sporo miejsc... :)  Taka słodka i całuśna jednocześnie.
Pudrowy róż, przyjemny pudrowy róż... Delikatne wykończenie , wg mnie lekko matowe. Kosmetyk zamknięty jest w przyjemnym graficznie dla mojego oka opakowaniu. Bez przesytu, ale z zawartymi najważniejszymi informacjami.Moja wersja jest już nieco sfatygowana i przeżyła niejeden upadek, ale na szczęście nic złego się nie stało. Nie ma nawet pęknięcia. Zamknięcie ku mojemu zdziwieniu działa tak jak na poczatku, a mam skłonność do irytującego wręcz otwierania i zamykania w ramach zabicia nudy( gdy mam jakąś pomadkę pod ręką ).

Nie wypowiem się co do trwałości bo szczerze mówiąc nie zwracałam na to wiekszej uwagi. Jak mam czas to poprawiam usta nieustannie. Gdy go nie mam , zostawiam ich samym sobie... Zauważyłam jedną wadę tegoż kosmetyku ( chociaż dla mnie i tak jest idealny) niestety ma skłonności i to dość spore do podkreślania suchych skórek. W okresie zimy, gdy mam z tym problem muszę niekiedy z niej zrezygnować bądź nałożyć pod nią nawilżającą pomadkę ochronną.

Przepraszam za mój mało wyjściowy look na zdjęciu, ale przypomniałam sobie o zrobieniu zdjęć dopiero teraz- pod koniec dnia.

Wypatrzyłam natomiast u Neny matowe pomadki Golden Rose i wydaje mi się, że będą one dla mnie równie interesujące. Jak tylko je gdzieś wypatrzę.... ;)
Całusy;*



Wiosna zawitała w moich tworach

Wiosna zawitała w moich tworach

Weekend pomimo mojego pesymistycznego podejścia okazał się przyjemny, bardzo przyjemny...
Z racji tego, że zmianiłam tabletki miałam teraz nieco większe wahania nastroju, ale wspomogłam się Harmonellą i jest lepiej.Nie chcę jednak zapeszać.Bądź co bądź kolejnej zmiany bym nie chciala :P
A może któraś z Was również używała Kontracept'u?  Na początku przeraziłam się, że tak mało pozytywnych opinii jest na jego temat, ale hormony to tak indywidualna sprawa, że gdyby chciał to i tak nigdy wszystkim nie dogodzi.


A wracając do właściwego tematu w ramach odstresowywania poczyniłam dwa "cosie" kartkowe.



W drodze do mnie są już kolejne kwiaty i papiery;) Coś się będzie działo:)
Pozdrawiam;*



Zapachniało magnolią... Wiosna?! Ach, nie... to krem :)

Zapachniało magnolią... Wiosna?! Ach, nie... to krem :)


Mała, niewinnie wyglądająca tubka  dotarła do mnie dzięki Twojej Mydlarni . Już jakiś czas temu pisałam, że otrzymałam od nich do testów  olejek do paznocki , o którym innym razem. Jako gratisowy upominek w paczce znalazłam właśnie pachnący magnolią krem do stóp. W pierwszej kolejności zdziwiła mnie pojemność, bo tubka mieści 40ml kosmetyku. W sam raz na wypróbowanie zwłaszcza dla osób które szybko się nudzą, jak ja. W drugiej kolejności zaskoczył mnie zapach- dość intensywny jak na krem do stóp. Nie wypowiem się na temat tego czy ładny czy nie , bo akurat woń kwiatów nie specjalnie jest tym co lubię, aczkolwiek mojej mamie przypadł bardzo do gustu. Nie mniej jednak na ciele nie utrzymuje się zbyt długo.  Trzecią rzeczą, która mnie w nim zaskoczyła było działanie. Jestem w gorącej wodzie kąpana stąd też odstawiłam zaraz wszelkie kremy do stóp które miałam już napoczęte i zabrałam się do użytkowania tegoż cudaska. Krem ma dość lekką i w miarę szybko wchłaniającą się konsystencję. Mnie ona odpowiada. Najważniejsze jest jednak to co później... Krem po wchłonięciu tworzy przyjemny film na skórze. Trochę jakbyśmy wypełnili wszelkie ubytki i nierówności skóry.  Przy aplikacji na stopy rzecz jasna używałam rak własnych i takim o to sposobem doszłam dość szybko do wniosków , że moim dłoniom służy jeszcze lepiej niż stopom. Podzieliłam się swoim spostrzeżeniem z Małżem i... tak oto odtąd oboje stosowaliśmy go raz dziennie wieczorem grubą warstwą na dłonie. Muszę wspomnieć, że dłonie mojego męża wołają o pomstę do nieba , bo w pracy( jest mechanikiem) narażony jest nieustannie na różne drażniące płyny,a także na uszkodzenia naskórka i wymagania ma naprawdę spore co do działania kremów do rąk. Ten im sprostał. Przejrzałam już ofertę Twojej Mydlarni i dojrzałam tam sporo innych kremów tej firmy zarówno do rąk jak i do stóp  w cenie 4,80zł/szt. Jak tylko będę miała gotówkę na wyjściu spodziewajcie się posta zakupowego , bo mam zamiar przygarnąć kilka tych maleństw:) 
Skład możecie sobie podejrzeć na zdjęciu. Jak widać, mnie kremu pozostało dosłownie na jedną , dwie aplikację. Przy użyciu przez 2 osoby raz dziennie starczył nam na 2 tygodnie, więc to całkiem dobry wynik jak na taką małą tubkę. Plus za łatwośc wyciskania, bo tworzywo z którego wykonana jest tubka jest miękkie i łatwo z niego wycisnąć kosmetyk.  


Podobno na Sally H. zawieść się nie można...a jednak.

Podobno na Sally H. zawieść się nie można...a jednak.

Spory czas temu z czystej ciekawości przygarnęłam pewien obiecujący jak mi się wówczas wydawało kosmetyk mający na celu dogłębne oczyszczenie porów. Sally Hansen Thermal Pore Purifier-według obietnic producenta kosmetyk ten ma sprawić, że nasza buźka ulegnie wygładzeniu, zyska zdrowszy wygląd, a co najważniejsze, że pory zostaną oczyszczone i ulegną zmniejszeniu.
 










Za około 16 złoty otrzymałam tubkę mieszczącą 28g wraz ze szczoteczką/masażerem. Byłam przekonana, że konsystencją kosmetyk przypominał będzie peeling. Widziałam, że przed użyciem należy go rozgrzać, ale nie byłam nastawiona aż na tak twardą i toporną masę. O wyciśnięciu chociażby odrobiny bez rozgrzania można zapomnieć. Niestety po rozgrzaniu wcale nie jest lepiej. Osobiście torturowałam tubkę w wodzie o temperaturze ok 70stopni przez mniej więcej 5 minut. Po tym czasie pasta dała się wycisnąć, ale aplikacja musiała być szybka i przebiegać naprawdę sprawnie, bo szybko ( za szybko) wracała do stanu początkowego. Palcami ciężko było rozetrzeć kosmetyk na twarzy. Masażer z zestawu niespecjalnie się sprawdzał, żeby nie powiedzieć, że to taki bajer na który liczyli złapać większą ilość klientów :P Może z innym peelingiem...
 Stosowałam go regularnie przez 2 miesiące mniej więcej 2-3 razy w tygodniu. Przy "parówce" dało się zauważyć efekty , ale kosmetyk stosowany samodzielnie nie robił NIC... No może prócz straty mojego czasu.  Ciężko mi zakwalifikować ten kosmetyk do jakiejś konkretnej grupy. Na peeling jest zbyt delikatny, jak na maseczkę jest zbyt ciężki  i grudkowaty.  Zbyt dużo czasu i energii kosztowało mnie jego użytkowanie. Musiałam pamiętać o gorącej  wodzie, a zabieg oczyszczania , który lubię celebrować musiałam wykonywać ekspresowo.
Gdyby ktoś się zastanawiał, ja powiem krótko : nigdy więcej bym go nie kupiła.
Jest cała masa kosmetyków przynoszących efekty w podobnej granicy cenowej.
Miał ktoś? Były efekty? 
Może to moja buźka jest jakaś toporna na działanie tegoż kosmetyku?!

Liczi, bo o rambutanie nie wspomnę + efekty koloryzacji henną

Liczi, bo o rambutanie nie wspomnę + efekty koloryzacji henną

Mikołajkowa (tak wiem już marzec... ;p ) paczka od Moniki skrywała w sobie wiele dobroci, ale ten okaz wyjątkowo przypadł mi do gustu. Nie wiem czemu sama omijałam tą serię , bo wydawało mi się, że kosmetyki będą nijakie, a obietnice producenta o przyjemnych zapachach nie zostaną spełnione.
 Kremowy peeling myjący, nazwa całkiem przemyślana. Gdyby nazwali go zwykłym peelingiem wiele z nas poczułoby się oszukanych w związku z tym, że do hardcorowego peelingowania  się zupełnie nie nadaje. Żelem peelingującym też trudno go nazwać bo konsystencja faktycznie typowo
 żelowa nie jest. Myć myje, coś tam sobie łaskocze na skórze, ale krzywdy się nim zrobić nie da. Dla mnie to dobra alternatywa "pomiędzy". Około 2 razy w tygodniu stosuję inne mocno zdzierające peelingi, a tego używam w pozostałe dni. Szczerze mówiąc  i tak i tak bym go używała, bo zapach ma obłędny.
Ja czuję wyłącznie liczi, jak ktoś miał okazję spożywać zapuszkowaną  wersję tegoż owocu  wie o jakim zapachu mówię ;) Czytałam, na kilku blogach, że w niektórych wersjach zapachowych z czasem coś złego się z nim dzieje i zaczyna śmierdzieć. Mnie na szczęście nic podobnego nie spotkało, chociaż otwarty po raz pierwszy był jeszcze w grudniu. Osobiście podoba mi się poręczne opakowanie, acz szata graficzna jak na me gusta jest za bogata, ale taki problem to nie problem ;) Buteleczka mieści 250ml kosmetyku - ceny nie znam.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
A to już ja i moje włosięta. Wiele z Was zainteresowało się wzmianką o tym, że chcę podjąć próbę koloryzacji henną, na farbę chemiczną. Czytałam o tym sporo i wiedziałam o całkiem sporym prawdopodobieństwie co do tego, że "po" mogę wyjść całkiem zielona z  całej sytuacji ;) Taki jednak ze mnie typ, że jak mam na coś ochotę... to to robię.

Dzień przed po raz pierwszy umyłam włosy mydełkiem , którym chwaliłam się post wcześniej. Nic na nie nie nakładałam.Wczoraj wbiłam się w robocze ciuchy Tż, co by swoich nie upaćkać zaraz henną i zabrałam się do nakładania. Postawiłam jednak na gotową, rozrobioną hennę w saszetkach w kolorze rubin. Koszt to ok 3zł/szt- firma Venita. Ma ona całkiem rozbudowany skład, bo znajduje się na nim około 25pozycji, więc podobnie jak w tzw.szamponetkach. Henna z tego co pamiętam zajmowała dopiero siódme miejsce...

Na początku łudziłam się, że 40g saszetka wystarczy na moje asymetryczne i wcale nie tak długie włosy.Niestety po nałożeniu koloru na odrosty i czubek, zabrakło mi na włosy na długości  więc  zmuszona byłam zaaplikować drugą saszetkę. Nałożyłam, spokojnie mleczkiem do demakijażu usunęłam mieszankę z ze skóry przy linii włosów. Zawinęłam w folię( nie sreberko, a zwykła spożywcza) i nałożyłam ręcznik. Całość trzymałam 2,5 godziny , chociaż na opakowaniu pisało, że tak do 40 minut i gotowe.







Efekt "po" bardzo mi się podoba. Dla niektórych problemem może być zapach , ponieważ dość długo się utrzymuje. Mnie osobiście natomiast bardzo się podoba. Po koloryzacji nie myłam ich szamponem , a jedynie wypłukałam resztki farby.Dzisiaj wieczorem zapewnię im sporą dawkę olejku kokosowego i tak też pewnie będą sobie trwać do rana. Czytałam , że dzięki takiemu olejowaniu kolor dłużej się trzyma i nabiera intensywności, ale ile w tym prawdy?!
od lewej: zdjęcie "przed" - środek: zdjęcie "po" bez lampy, prawa: zdjęcie "po" z lampą
No  i to chyba wszystko , co chciałam Wam dzisiaj powiedzieć ;) 
Pozdrawiam;*
Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger