piątek, 13 maja 2016

Photoderm Max krem tonujący SPF50+ [Bioderma]

Słońce robi dobrze naszemu samopoczuciu , ale niestety dla skóry jego działanie zarówno długo jak i krótko terminowe jest jak cichy zabójca. Nieustannie jesteśmy poddani promieniowaniu, chociaż wydaje nam się czasami,że nie w każdym warunkach jest to możliwe. Świadomość wzrasta , a co za tym idzie coraz chętniej sięgamy po kosmetyki które prócz właściwości pielęgnacyjnych zawierają także filtry przeciwsłoneczne.

Czym dokładnie jest SPF?

Nawet jeśli ktoś jeszcze nigdy nie zagłębiał się w tematykę ochrony przeciwsłonecznej na pewno miał okazję dojrzeć na opakowaniach kosmetyków ( chociażby w drogerii) skrót SPF z wartością liczbową przy boku. Jak większość funkcjonujących skrótów ten znalazł swoje początki w języku angielskim i oznacza ni mniej ni więcej tylko wskaźnik ochrony przeciwsłonecznej od  sun protection factor. Jego wartość jest różna i przez to wyróżnia się także różne stopnie ochrony od słabego do  ultrawysokiego. Kosmetyki z SPF co prawda nie chronią nas zupełnie przed oparzeniami słonecznymi, ale zdecydowanie wydłużają  możliwy czas ekspozycji skóry na słońce. Co ciekawe istnieje kilka "zabronionych" zwrotów odnoszących się do kosmetyków z filtrami. I tak wg UE nie wolno na nich podawać informacji o całkowitej bądź całodziennej ochronie, bo nie ma na chwilę obecną produktów , które mogły by nam takową zapewnić. Zresztą na większości na szczęście widnieje zapis o potrzebie ponownego nałożenia produktu lub unikania nadmiernej ekspozycji na bezpośrednie działanie promieni słonecznych. 

Kosmetyk Biodermy na chwilę obecną jest w mojej kosmetyczce najmocniejszą ochroną , a jego SPF wynosi 50. Do tak wysokich filtrów zawszę podchodziłam z dozą niepewności, bo naczytałam się u wielu osób, że filtry lubią "bielić" twarz. Sama nie najlepiej wspominam wakacyjne nakładanie mleczek na ciało, bo wszystko się rozmazywało i nieprzyjemnie lepiło. Stąd też teraz z perspektywy czasu jestem zadowolona, że nie miałam wpływu na zakup tego produktu, bo pewnie gdybym miała zwyczajnie by do mnie nie trafił...Zacznijmy jednak od tego, że nie mamy w tym przypadku do czynienia z filtrem samym w sobie, bo jest to dokładnie rzecz ujmując krem tonujący mający za zadanie nadać skórze delikatny, wyrównany koloryt. Wersja którą posiadam , czyli  Teinte Claire przeznaczona jest do buziek o jasnej karnacji.Nie mniej jednak po otwarciu tubki i wyciśnięciu kosmetyku na dłoń miałam pewne obawy. Niepotrzebnie, ale o tym za chwilę. 






Jak obiecuje producent produkt ten zakryje drobne niedoskonałości skóry i wyrówna jej koloryt. Faktycznie pod tym względem nie mam co do tego kosmetyku żadnych zarzutów. Pozostawia jednak naturalny efekt i siłą rzeczy z większymi problemami skórnymi sobie nie poradzi .Nie ma co się łudzić, że wszelkie wypryski nie będą spod niego widoczne, bo będą. Ale to właśnie to zapracowało u mnie na plus. Latem podczas wakacyjnych wyjść np. na plażę nie czuję potrzeby nakładania na siebie całej kolorówki jaką posiadam.Zresztą pełen makijaż w takich warunkach aż głupio wygląda (wg mnie).Mogę być wręcz niespecjalnie ładna dla otoczenia, byleby  samej czuć się komfortowo. Ten kosmetyk taki komfort mi zapewnia.  Nie myślałam o tym, że jestem zupełnie saute, bo jednak coś na twarzy było. Bezzapachowa i wodoodporna formuła dodatkowo świadczy o tym, że warto o nim pomyśleć nie tylko przed wakacjami, ale i przez cały rok. Na szczęście nie obciąża buźki i jak twierdzi producent nie powinien zatykać porów. U mnie żadne złe zmiany podczas jego używania nie zaszły,chociaż moja skóra bardzo szybko wyłapuje wszelkie "złe" dla niej rzeczy i reaguje stosunkowo szybko.  Wracając do tematu kolorystyki jak możecie zauważyć na zdjęciu poniżej kolor zdecydowanie odbiega od mojego naturalnego odcienia. Ogólnie jestem bladolica i gdy zobaczyłam tą maź doszłam do wniosku, że na pewno nie nałożę tego na twarz i nie zrobię sobie takiego kuku świadomie. Ciekawość zwyciężyła i stało się! Zaskoczenie było spore, bo po dobrym zaaplikowaniu buźka nie straszyła, a co więcej nabrała przyjemnego zdrowego blasku. Jak widać na kolejnym zdjęciu kolor nie zanikł zupełnie i jakieś tam delikatne tony zostały, ale na twarzy prezentowało się to jak delikatne muśnięcie słońcem. Zupełnie do przeżycia. Zwłaszcza z czasem, gdy już faktycznie nabrałam lekkich kolorów.



Tubka 40ml to obecnie koszt około 40-45zł w zależności od sklepu więc w dość przystępnej  cenie  można go zakupić. Ważność od otwarcia to jedyne 6 miesięcy, o czym należy pamiętać. Jeśli jednak wyrobimy w sobie nawyk codziennego stosowania filtrów to jak najbardziej realne jest zużycie tej tubki w takim czasie.No chyba, że ktoś pamięta o ochronie wyłącznie "od większego święta" , wtedy ciężko o wykorzystanie go w 100%. Dostępne są jeszcze dwie wersje tego kosmetyku: bezbarwna oraz do ciemniejszych karnacji. Sama zamierzam teraz skusić się jednak na tą pierwszą ze względu na to, że zwyczajnie dla mnie byłaby praktyczniejsza. Jeśli ktoś z Was ma jeszcze takie filtrowe rozterki to zachęcam się do przyjrzenia tej niepozornej tubce z bliska. Może okaże się Waszym ochronnym ideałem?! 


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Komentarze są Waszą odpowiedzią na moje posty.
Dziękuję za cenne uwagi w nich zawarte, opinie, miłe słowa...
Autoreklama nie jest tu mile widziana.Zawsze odwiedzam blogi osób , które zostawiają coś od siebie;)

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia