szach i... MAT od Garniera  [szybki konkurs z Garnier Czysta Skóra]

szach i... MAT od Garniera [szybki konkurs z Garnier Czysta Skóra]

Pogoda nas nie oszczędza. Za oknami bardzo wysokie temperatury, co z jednej strony cieszy, a z drugiej jest powodem do zmartwień zwłaszcza dla posiadaczek kapryśnych buzi. Moja twarz zdecydowanie potrzebuje teraz zmatowienia i właśnie z takim problemem mierzy się nowość od Garniera- Korygujący krem Matujący z serii Czysta Skóra. Jeśli ktoś z Was ma ten sam problem i chciałby podjąć wyzwanie razem ze mną - zapraszam do dalszej części posta.



Zasady :
W komentarzu pod postem na blogu pozostawcie odpowiedź na dwa proste pytania:
  1. Który owoc  nawilża skórę , jednocześnie działając wygładzająco   i pomagając zwalczyć zmiany skórne? 
  2. Czego oczekujesz od idealnego kremu?



  • Będzie mi miło jeśli zechcecie podzielić się informacją o konkursie na swoim blogu lub fb - nie jest to jednak warunek konieczny. 
  • Konkurs trwa od 30.06 - 03.07.2016r. do godziny 23:59
  • Laureat zostanie wybrany w ciągu 24 godzin od zakończenia konkursu spośród osób które udzielą poprawnej odpowiedzi na pierwsze pytanie , a którego odpowiedź na drugie pytanie okażę się najbardziej kreatywna.
  • O wygranej poinformuję w poście na blogu oraz blogowym fb - proszę o śledzenie informacji 
  • Biorąc udział w konkursie potwierdzacie, że akceptujecie REGULAMIN .

Życzę powodzenia! 





Total Effect na rzęsach ! [Celia]

Total Effect na rzęsach ! [Celia]

Kilka tygodni temu dostałam się do testów kosmetyków Celia o czym pisałam Wam zresztą na fb. Przez jakiś czas mascara przewijała się przez moje instagramowe zdjęcia, by ostatecznie zagościć na blogu.  Co niesie za sobą stwierdzenie "Total effect 3w1"?  

Moje opakowanie nie prezentuje się już może najlepiej , co  pewnie widać , ale początkowo złotko zdecydowanie przyciągało wzrok. Prosta szata graficzna bardzo mi odpowiada, ale niestety swoim zwyczajem nakładam tusz na końcu nie zawsze myjąc uprzednio dłonie z innych kosmetyków kolorowych przez co opakowanie nie wyglądało najlepiej po kontakcie z nimi. W każdym takim przypadku sięgałam po wacik nasączony płynem micelarnym i czyściłam skrzętnie i to właśnie na zdjęciach widać...Chociaż przyznam i tak dobrze się trzyma.  Za tajemniczym 3w1 kryją się : wydłużenie, pogrubienie i wzmocnienie. Za to ostatnie ma odpowiadać zastosowanie w składzie m.in  odżywczego wosku z otrąb ryżowych. O ile dwa pierwsze efekty można zauważyć "gołym okiem", o tyle w przypadku wzmocnienia ciężko faktycznie zweryfikować działanie. Rzęsy w moim przypadku nie uległy żadnej zmianie : ani na dobre , ani na złe. 


Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć efekt po nałożeniu jednej warstwy. Niestety w czasie  ich robienia  delikatnie zmieniło się światło stąd też nieco różny odcień. Mascara zdecydowanie należy do grona tych kruczoczarnych. Najbardziej odpowiadała mi na samym początku stosowania, gdy   konsystencja była najrzadsza . Mniej więcej po miesiącu używania dało się zauważyć stopniowe gęstnienie, a teraz zdecydowanie jest już  dość mocno gęsta i jej  idealna aplikacja nie przychodzi zbyt łatwo, natomiast zadowala mnie nadal... I idąc za ciosem. Gdy tusz był świeży mogłam sobie pozwolić spokojnie na trzy warstwy bez tworzenia się na rzęsach grudek czy sklejania ich. Obecnie poprzestaję na jednej warstwie i wygląda to tak  jak widać. Nie osypuje się , ale bardzo wysokie temperatury zdecydowanie jej nie służą. Podczas ostatnich kilku dni było to widoczne ( a temperatura oscylowała u nas ok 36st.). Nawet po kilku godzinach od aplikacji potrafiła delikatnie "odbić się" na skórze.  Przyjmując jednak za wyznacznik normalne warunki . nie mam jej nic do zarzucenia. Najbardziej widoczny jest dla mnie efekt  wydłużenia i pod tym względem to mój faworyt. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę cenę tego produktu, która jest niska - ok 14zł. 




Gdybym faktycznie miała się czego czepiać, to bez wątpienia byłaby to szczoteczka. Nie raz i nie dwa miałam mascarę z silikonowymi wypustkami, ale prawdę mówiąc tylko tym okazem "udało mi się" dźgnąć się w oko, co nie należało do najprzyjemniejszych odczuć.Jest to jednak dość mocno sporna kwestia czy wina leży bardziej po stronie samej szczoteczki czy mojego obejścia się z nią. Nieuchronnie zbliża się  okres 3 miesięcznej przydatności do użycia i biorąc pod uwagę to co się z tym kosmetykiem dzieje wraz z upływem tego czasu dochodzę do wniosku, że jest to idealna synchronizacja czasowa. Najlepsze co można z niej wyciągnąć mieści się w tych granicach.Nie wiem czy kolejnym razem sięgnę po tą wersję czy skuszę się na inną . Zwyczajnie nie spodziewałam się, że w tej cenie można utrafić dobry tusz. I jeśli Celia ma więcej takich niespodzianek to chętnie będę je widziała u siebie w kosmetyczce.
Żel pod prysznic z owsem [A-derma]

Żel pod prysznic z owsem [A-derma]

Zdecydowanie na początku jako istota wścibska zaczęłam zapoznanie z produktem od wygooglania sobie czym wspaniałym charakteryzuje się ta zastosowana w kosmetykach A-Derma roślina. Mowa tu o owsie Rhealba. Prawdę mówiąc na temat samej rośliny dokładnie tego gatunku nie ma za wiele informacji nie licząc tych od producenta kosmetyków. Nie mniej jednak wiadomo,że owies sam w sobie odznacza się wieloma właściwościami które sprawdzają się na wielu płaszczyznach...

Roślina znana przede wszystkim z tego, że jest powszechnie uprawiana przez rolników i przetwarzana na paszę dla zwierząt lub jedzenie dla ludzi. Prawdę mówiąc owsianka jest teraz  "na czasie" , a duży wpływ ma na to moda na zdrową żywność. Ja jeszcze nie dałam się skusić, ale kto wie... kto wie. Sam owies posiada całe mnóstwo zastosowań i wskazań , a w kosmetyce najczęściej wykorzystuje się go w preparatach przeznaczonych dla skór wrażliwych. Działa zmiękczająco i nawilżająco, a dodatkowo łagodzi podrażnienia.


Nie powiem, po otrzymaniu tego żelu na krakowskim spotkaniu zżerała mnie ciekawość. Normalny ludzki odruch. Za ultra bogatą konsystencją na dobrą sprawę mogło się kryć wszystko. Jak pisze sam producent  żel ma za zadanie oczyszczać, odżywiać i...chronić! Aż tak wiele od kosmetyku pod prysznic jednak bym nie wymagała. Ale ten owies nie dawał mi spokoju!Składnik w 100% naturalny i rodem z Francji działał na moją wyobraźnię. Szybko zużyłam to co miałam pod prysznicem (obiecałam sobie, że nie rozpocznę kolejnego kosmetyku zanim nie skończę poprzednika :P ) i w końcu po kilku dniach od spotkania mogłam go wypróbować.Człowiek czeka na taki moment z niecierpliwością, a życie szybko weryfikuje czy było warto.Po pierwsze zdecydowanie żel ma mocno lejącą konsystencję i przelewa się przez palce , a producent zaleca nakładanie go za pomocą dłoni. Co ciekawe wylać go przypadkowo z buteleczki nie sposób, bo zastosowano jakieś " mądre" błonki przez które sam z siebie nie wypłynie.A uściślając trzeba użyć całkiem sporej siły, żeby coś wycisnąć z tubki.Zapach przyjemny , soczysty , ale bardzo delikatny. Sam żel pomimo , że jak głosi napis na opakowaniu nie zawiera mydła, oczyszcza skórę i pieni się bardzo dobrze. Jestem skłonna powiedzieć, że moja skóra lepiej zachowywała się po depilacji i szybciej wracała do siebie za jego sprawą. Efektu nawilżenia specjalnie nie odczułam, ale nie wysuszał  też skóry , co w przypadku kosmetyku myjącego do ciała jest już dużym plusem.




Opakowanie 200ml wystarczyło mi na miesiąc ( używane przez jedną osobę) to troszkę mniej niż w przypadku gęstszych żeli, ale wynik jest  i tak zadowalający. Zdecydowanie używało się go przyjemnie, ale czy był to dla mnie efekt wow? U mnie spisał się dobrze, ale nie mam jakiś szczególnych problemów ze skórą na ciele. Interesuje mnie jak faktycznie zadziałałby u osób problemami. Co ciekawe na opakowaniu widnieje informacja, że kosmetyk ten może posłużyć również do mycia twarzy.  
Któraś z Was używała kosmetyków z tej serii? Spisały się?
Pozdrawiam

Czy maseczkowe niebo istnieje ? [7th Heaven]

Czy maseczkowe niebo istnieje ? [7th Heaven]

Cały post powinnam zacząć od tego, że maseczki które trafiły w moje ręce nie są dla mnie zupełną nowością, bo jednak mieszkając przez jakiś czas w Londynie miałam z nimi styczność. Faktycznie są one tam bardzo rozpowszechnione i nie trzeba ich specjalnie szukać, bo naprawdę ciężko trafić na miejsce w którego asortymencie by ich nie było. W tamtejszych stały całe szafy wypełnione nimi po brzegi, więc cieszę się podwójnie, że i u nas w końcu zaczęły się pojawiać na szerszą skalę. Co prawda nie miałam jeszcze okazji być np.w Hebe, żeby przyjrzeć się ofercie na polski rynek z bliska, ale podejrzewam, że na "naszych" półkach też robią wrażenie. 

Sama firma funkcjonuje dość długo i tak naprawdę maseczki nie są zupełną nowością, bo istniały wcześniej produkowane pod  inną nazwą- Montagne Jeunesse. Zdecydowanie dobrym posunięciem było posłuchanie angielskich klientów i zmienienie nazwy na łatwiejszą do zapamiętania, a i według mnie kojarzącą się w pozytywny sposób. Od teraz na każdym z opakowań dumnie prezentuje się nazwa 7th Heaven  utrzymana w iście tęczowej kolorystyce.  Dla moich stałych czytelników lub podglądaczy nie jest to post niespodziewany, bo już od jakiegoś czasu starałam się na bieżąco pisać o swoich odczuciach na ich temat na FB. Dzisiaj przyszła pora na małe podsumowanie.

Brazilian Mud Fabric Masque - była ostatnią otrzymaną maseczką po którą sięgnęłam. Wstępnie o swoich odczuciach na jej temat pisałam Wam tutaj . Dzisiaj opowiem o niej trochę więcej. Sam fakt, że maska była w formie nakładanego na twarz płatu , a do tego miała działać nawilżająco nasunął mi na myśl standardowy produkt tego rodzaju i nie spodziewałam się niczego innego. Po otwarciu opakowania zaskoczył mnie jej kolor, odcień lila wpadający w szarości. Pomyślałam- "Ok, producent miał  na nią taki pomysł i tyle". Dopiero w momencie pierwszego kontaktu z nią  za pomocą dłoni poczułam, że za tym kolorem jednak coś stoi...Maska nasączona była na moje oko naprawdę rzadko rozrobioną glinką, która co prawda na twarzy ani na masce nie zastygała, ale zostawiała taką jasną poświatę. Kto używa masek z glinek bądź błotnych będzie wiedział o czym mówię. To ten moment, gdy generalnie kosmetyk jest już zmyty. ale jednak nie do końca. Sam płat był na mnie zdecydowanie za duży przez co ubrudziłam sobie nieco czuprynkę. Stąd też pisałam na fb, że polecam jej stosowanie wtedy, gdy wiecie, że będziecie miały czas na ewentualne mycie włosów.No chyba, że tylko ja taka nieporadna w tej kwestii... Efekty " po" były przyjemne, ale jednak nie tak spektakularne jak w przypadku pozostałych masek. Buźka była miękka, nie wymagała natychmiastowego nawilżenia. Zapach owoców dawał się dość mocno wyczuć przez co samo użytkowanie pomimo małych niedogodności było przyjemne. 


W jej składzie  znalazło się kilka ciekawych składników. Zaraz po wodzie znaleźć można było kaolin czy brazylijską glinkę Argilla. Trochę niepotrzebnie zaraz po nich pojawia się zapach. Wiem, że to dla niektórych naprawdę ważny element , ale jeśli ktoś już sięga po maskę błotną czy glinkę to zdecydowanie liczy się z tym, że może ona specyficznie pachnieć. Ja osobiście nawet lubię ten ziemisty aromat. Na dalszych pozycjach znajdują się kolejne glinki i kilka ekstraktów z czerwonych winogron czy jagód Acai. Jak w większości maseczek tej firmy z którymi miałam do czynienia pojawia się także aloes oraz w tym przypadku olej z avocado.

Blemish Mud- jedna z pierwszych masek po które sięgnęłam. Bezsprzecznie uwiodła mnie na samym początku swoim zapachem o czym też wspominałam tutaj. Jej głównym działaniem było oczyszczanie twarzy i uważam, że wywiązała się z niego całkiem dobrze.  Wbrew pozorom  jej rozprowadzenie na twarzy nie było większym problemem. Ja osobiście jestem zdania, że delikatnie chłodzi skórę  stąd też bez wątpienia nadawałaby się idealnie na panujące obecnie upały.  Zastyga na twarzy jak naturalne glinki i jej usunięcie może być nieco problematyczne. Zdecydowanie była jedną z tych maseczek po których efekty były u mnie najlepiej zauważalne. Skóra była mocno rozmiękczona, jak po użyciu dobrego peelingu enzymatycznego. Sprawiała wrażenie skrzypiąco czystej.Każdy nałożony po niej produkt idealnie się wchłaniał. W składzie m.in kaolin , rozmaryn ( zdecydowanie wyczuwalny)  czy też oczar wirginijski. Ten ostatni stosuję też na swojej twarzy w postaci hydrolatu. 



Red Hot Earth Sauna Masque- idealna maseczka dla zmarzluchów o wyczuwalnym efekcie rozgrzewania. Dla mnie bardzo przyjemnym, intensywnym , ale nie powodującym dyskomfortu. Zdecydowanie jej zapach najmniej zapadł mi w pamięci, był dość neutralny o czym zresztą wspominałam zaraz po użyciu . Konsystencja nieco toporna w aplikacji i delikatnie lepka. Miała niestety tendencję do skapywania z buźki zwłaszcza z miejsc gdzie nałożyłam jej dość  dużo lub z tych wystających części twarzy jak nos czy broda. Po zmyciu jej z twarzy widać było, że pory są dość mocno rozszerzone. Jak w przypadku poprzedniczki buźka była przyjemnie czysta. Efekt nawilżenia jaki miał także zapewniać ten produkt  nie był jednak dość mocny, więc podejrzewam, że posiadaczki naprawdę suchej skóry musiałby się czymś wspomóc. Na odwrocie jeden z krótszych składów a w nim m.in... kaolin :)  


Strawberry Souffle- jedna z przyjemniejszych w odbiorze maseczek. Lekka konsystencja , pachnąca zdecydowanie truskawkami zawierająca w sobie drobiny z nasion , co widać na zdjęciu tutaj  . Kosmetyk 2w1 , a do takich zawsze podchodzę z dużą rezerwą. Maseczka ma za zadanie i oczyszczać i nawilżać. Stawiałam na to, że albo będzie "działało" jedno albo drugie, ale muszę przyznać, że w ostatecznym rozrachunku całkiem fajnie wypadła. Suche partie mojej buźki wizualnie wyglądały lepiej, więc jestem skłonna pokusić się o stwierdzenie, że działanie nawilżające było. W miejscach problematycznych  miałam rozszerzone pory, a na czole pojawiły się małe wypryski i grudki, tak jakby maseczka wyciągnęła wszystko co "złe" ku górze. Przez dwa kolejne dni twarz na czole ulegała oczyszczaniu i po tym czasie muszę przyznać, że nie zapowiadało się już na kolejnych nieprzewidzianych gości. Zmywanie było przyjemne , a nasionka fajnie delikatnie masowały twarz. Tym razem bez kaolinu, ale z bentonite ( glinka).


Dead Sea Mud Pac- Maska  lekka i przyjemna w użyciu. Zapach zdecydowanie w moim guście, przypominający męskie perfumy. Kolor niestety w rzeczywistości nie tak nasycony jak na opakowaniu przez co czuje się delikatnie wprowadzona w błąd :) Działanie oczyszczające wspierane przez zawartość minerałów z Morza Martwego. Twarz po użyciu zdecydowanie skrzypiąca, ale trzeba uważać, żeby nie przesadzić. Chociaż trzymałam się czasu podanego przez producenta, skrzydełka mojego nosa zostały lekko przesuszone i niestety delikatnie zaczęła mi się łuszczyć na nich skóra. W składzie również glinki, algi czy lawenda. 



Dwie ostatnie prezentowane przeze mnie maski na pewno jeszcze nie raz pojawią się na mojej twarzy. Biorąc pod uwagę całokształt : fajnie,że producent zaleca próbę uczuleniową. Przy takich składnikach aktywnych pozwoli to uchronić się przed  ewentualnymi reakcjami alergicznymi. Opakowania zawierają od 15-20ml lub gram ( różne oznaczenia na opakowaniach). Taka ilość pozwala na dokładne pokrycie zarówno twarzy jak i szyi bez obaw, że produktu zabraknie. Obecnie na facebookowym profilu 7th Heaven  trwa konkurs w którym możecie zdobyć paczkę maseczek dla siebie i drugiej osoby.


Sponsorzy I edycji Beauty by Bloggers

Sponsorzy I edycji Beauty by Bloggers

Spotkania to przede wszystkim dobra zabawa i okazja do poszerzenia swojej wiedzy. Nie jest jednak tajemnicą , że to też możliwość dla nas blogerek poznania nowych produktów i przetestowania ich na samych sobie. Dzięki upominkom od sponsorów , którzy zechcieli wesprzeć I edycję Beauty by Bloggers będę mogła napisać na blogu o produktach , które do tej pory były mi nieznane.  Od samego patrzenia na nie , czuję się piękniejsza :) 


Moje włosy zdecydowanie będą mogły teraz "zakosztować" różnego rodzaju pielęgnacji. Będę zużywała kosmetyki seriami, ponieważ chciałabym móc ocenić dla Was ich działanie w rzetelny sposób.  A o ich dobrą kondycję zadbali: Bioxsine  ,  Farmona, Lemone, Drogerie Polskie, Cureplex, Mia, Lee Stafford.




Pielęgnacja twarzy:  Tołpa, Lemone, Dermaglin,  Tołpa trafiła w samą porę ze swoim kremem pod oczy, bo akurat wykończyłam poprzednika. Mam też całą masę próbek do przetestowania, a z większością z tych produktów spotykam się pierwszy raz. 


Pielęgnacja ciała: Bielenda, Farmona, Tołpa, Eveline Cosmetics, Etja, Natura dla Ciała,  Do wyboru do koloru. Gładkie , nawilżone ciało to must have każdej z nas.


Drogerie Polskie, Cosmepick, Eveline Cosmetics, Decoderm,  Ingrid Cosmetics,  Sporo otrzymanej kolorówki nie znam i z chęcią zapoznam się z tymi kosmetykami bliżej. Mam już w tym gronie nawet swojego ulubieńca do brwi.


Mia, Cztery Pory Roku, Minerwa.net, Equilibra, Bio-kraina.pl Pierwszy raz mam do czynienia z kremem do stóp w piance. Bez wątpienia taka forma podoba mi się bardziej niż kremowe odpowiedniki. 


Equalibra , Etja, Lemone, Decoderm, Bio-kraina.pl , Mia Kocham próbki, to moje małe kosmetyczne zboczenie. Witaminę C przyjmuje od pierwszego dnia po spotkaniu, ale pudełeczko mieści aż 90 tabletek, więc na opis działania będziecie musiały jeszcze poczekać.


Esentire - Nie muszę chyba mówić, że jak to u prawdziwej maniaczki maseczek są one już w użyciu.


Polskie Świece  - wśród tej gromadki znajduje się jeden zapach, który powalił mnie na kolana. Kto zgadnie jaki?! Świece te będą na pewno obecne w moim życiu.W tajemnicy powiem Wam, że zakupiłam już kilka innych zapachów w wersji tealight.

Patronat medialny nad wydarzeniem objęli: 7dni Tygodnik Regionalny  , Życie Częstochowy



Dziękuję sponsorom za to, że zechcieli wesprzeć spotkanie i przekazać nam swoje produkty.
Ani -raz jeszcze za perfekcyjną organizację, 
Dziewczynom- za mile spędzony czas.

Pozdrawiam!
Beauty by Bloggers... czar częstochowskiego spotkania!

Beauty by Bloggers... czar częstochowskiego spotkania!

Dawno, dawno temu...No dobra , nie tak dawno, bo kilka tygodni temu zobaczyłam na jednym z blogów informację o organizowanym w Częstochowie spotkaniu blogerek. Zaintrygowało mnie to niezmiernie, bo jednak nie kojarzyłam tego miejsca z bogato rozwiniętą sferą blogową. W sumie jak się później okazało znałam kilka blogerek z tamtejszej okolicy, ale nieświadoma byłam tego faktu. A wracając do tematu... Zapisałam się i prawdę mówiąc nie robiłam sobie nadziei na to, że zostanę wybrana. Ale oto ja szara mysz z podnóżka Bieszczad trafiłam na szczęśliwą listę uczestniczek Od początku wiedziałam, że to spotkanie będzie inne, bo organizatorka Ania nie ukrywała, że chce postawić na aspekt szkoleniowy co bardzo mnie cieszyło. Jedni lubią prelekcje- inni nie. Ja zdecydowanie lubię słuchać... Bo mówię raczej mało, chociaż wydaję mi się że na tym spotkaniu i tak padł mój rekord :)  

Na miejscu czyli w Resto&Cafe29  pojawiłam się zdecydowanie za wcześnie, ale jestem z tych osób, które wolą poczekać niż się spóźnić. Na szczęście czas oczekiwania na kolejne uczestniczki upłynął bardzo szybko i z godziną 14.00 ruszyła pierwsza edycja Beauty by Bloggers!  Uśmiechnięta dziewczyna ze zdjęć to właśnie pomysłodawczyni częstochowskiej serii spotkań - Ania zamieszkująca Kolorowy kraj :) Dopracowała w każdym szczególe swój pomysł i tak na stołach pojawiły się nawet notesy w których mogłyśmy skrzętnie zanotować interesujące nas informację. A musicie wiedzieć, że każda minuta spotkania była wypełniona wiadomościami. 


Pierwszymi gośćmi okazały się trzy uśmiechnięte panie reprezentujące  Beauty Club Lemone
Na nasze pytania z chęcią i ogromną dawką wiedzy odpowiadała pani dr. Agnieszka Tomala. Chyba nie było tematu z dziedziny medycyny estetycznej który mógłby ją zaskoczyć. A poruszane były kwestie nie tylko zabiegów , ale też wpływu suplementów na nasze ciało. Porozmawiałyśmy także o skutecznej ochronie przed promieniowaniem słonecznym i obejrzałyśmy wspólnie przygotowany przez panie film związany z tematem. Każda z nas otrzymała także zestawy produktów  ( dla mnie same nowości) , które przedstawię Wam w kolejnym poście.


Następnie pojawił się w naszym babskim gronie mężczyzna i zaczarował nas zapachami swoich świec. Mowa oczywiście o panu Jacku Krzanowskim , który przyjechał do nas prosto z Fabryki Świec Light  . Ja pierwszy raz o tym miejscu i produktach przeczytałam stosunkowo niedawno, bo w relacjach z innego blogowego wydarzenia. Byłam ciekawa przede wszystkim jego osoby, bo każdy wspominał w postach, że to barwna i charyzmatyczna postać. To prawda! O czym by nie mówił zwyczajnie chciało się go słuchać. Jestem pewna, że jeszcze chwila a dałabym się namówić na oferowaną również w hurtowni chemię basenową, chociaż sama posiadaczką basenu nie jestem :)  A gdy do całej opowieści doszedł jeszcze zapach świec... Zachwytom nie było końca i chociaż każda z nas ma odmienny gust w kwestii zapachów to i tak znalazła coś dla siebie. Niespodzianką nawet dla samej organizatorki był fakt, że pan Jacek zechciał na nasze spotkanie przygotować świece upamiętniające ten dzień. To bardzo miłe z jego strony, a dla nas zostanie niewątpliwie oryginalna pamiątka.




Z ostatnią prelekcją pojawiła się pani Iwona Nalewajka z Ministerstwa Urody. Opowiedziała nam o na o sposobie sprawdzania włosów pod względem tego czy potrzebują one tak popularnych teraz zabiegów "plex". Sama wspomniała o produktach na których pracuje , dzięki czemu wiem już do czego przeznaczone są kosmetyki  Cureplex.  Przygotowała dla nas także krótki pokaz krok po kroku pokazując jak wykonać szybkie ale efektowne upięcie długich włosów. Ja sama jeszcze będę musiała trochę poczekać , żeby wykonać coś podobnego na sobie, ale przyznam szczerze, że bardzo mi się podobało. Jestem pod wrażeniem czasu w jakim uzyskała taki efekt, bo zajęło jej to dokładnie kilka minut, a fryzura zdecydowanie na żywo wyglądała jakby poświęcono jej sporo czasu.  Bardzo pozytywna osoba w której ręce bez wątpienia mogłabym się oddać. 



Małe grono sprzyjało lepszemu poznaniu się. Można było spokojnie skupić się na rozmówcy i poznać lepiej inne osoby. A przyznam szczerze, że kilka osób kojarzyłam, ale o kilku blogach wcześniej nie słyszałam. To pokazuje tylko jak bardzo rozwija się blogosfera. Sponsorami naszego spotkania było tak wiele firm, że pozwolę sobie poświęcić im oddzielny post.Ani jako organizatorce raz jeszcze dziękuję za to, że coś w tej mojej bazgraninie zobaczyła i dała mi możliwość uczestnictwa w spotkaniu i  rozwoju, bo wyniosłam z niego sporo wiadomości. 



W spotkaniu udział wzięły ( kolejność przypadkowa) : Kolorowy- kraj,  Blonde Bangs, Elfie's PlanetPsychodeliczny świat testów, Optymistyczne dni, Matka na obcasie, Szkatułka, Delightful, Killukitty oraz ja. A na zdjęciach uwieczniła nas tego dnia Paulina Arcab. 

Pozdrawiam!
Zakonnice odchodzą po cichu?! [recenzja]

Zakonnice odchodzą po cichu?! [recenzja]

Jakiś czas temu moja mama trafiła na zapowiedź pewnej książki. Osobiście nie lubię poruszać kwestii religijnych zwłaszcza online, bo to jedna z tych dziedzin w których nie toleruję narzucania  swojego zdania innym. Do każdej z religii odnoszę się ( mam nadzieję) z należytym szacunkiem. Od zawsze interesowały mnie jednak te tematy odnoszące się do religii katolickiej o których najchętniej sam kościół jako instytucja nie mówiłby wcale. To chyba tak jest, że tematy tabu jak zakazany owoc smakują najlepiej gdy chociaż trochę się je odkryje. Nie mniej jednak książkę zakupiłam w prezencie dla mamy , bo to początkowo jej najbardziej zależało na lekturze. Aż pewnego deszczowego popołudnia sama sięgnęłam po tą pozycję i...przeczytałam jednym tchem.



Prawda jest taka, że przeciętny człowiek  wie o zakonach mało.Właściwie zwykle są to strzępki informacji dotyczące nazwy zgromadzenia czy też ewentualnych działań charytatywnych w które zaangażowana jest dana formacja. Wiemy też, że istnieje jakiś podział obowiązków, ale nikt nie zagłębia się przecież w  tym temacie na co dzień.I pewnego dnia Marta Abramowicz, osoba w głowie której zrodził się pomysł na tego typu książkę ruszyła do działania. Jak sama pisze chociaż siostry odchodzą ze zgromadzeń ( co akurat tajemnicą nie jest) nie chcą ostatecznie w żaden sposób komentować swoich decyzji. Udało jej się jednak dotrzeć do kilku osób, które zechciały mówić. Dla mnie jako czytelnika było to w odbiorze jak spowiedź. Każda z nich odeszła z innych powodów, ale w wielu przypadkach o ile nie w większości przewijał się jako jeden z powodów temat samotności. I wcale nie chodziło o brak partnera, ale o możliwość utrzymywania normalnych koleżeńskich , a właściwie siostrzanych relacji z innymi członkiniami. Zgromadzenia chociaż liczące niejednokrotnie sporą liczbę kobiet  były dla nich samotnią w której ograniczały się do wykonywania obowiązków przełożonej.A te niejednokrotnie były co najmniej dziwne i niezrozumiałe. 



Jestem w stanie zrozumieć decyzję o całkowitym zawierzeniu swojego życia Bogu. Nie mieści mi się jednak w głowie, że zakon- formacja, którą sama do tej pory uważałam za mającą na celu również niesienie pomocy innym ma swoje priorytety, które z wytycznymi religii katolickiej nie  mają nic wspólnego . Kobiety które zdecydowały się opuścić klasztorne mury wskazują na to, że niejednokrotnie od ofiarowania pomocy potrzebującym były ważniejsze sprawy dotyczące  dóbr materialnych. Siostry przełożone karały ich za zbyt długie przebywanie z chorymi i zadawały prace w obejściu klasztora do wykonania "za karę" w ciągu nocy. Pranie czy mycie były uznawane za wymysł i można było z nich skorzystać tylko na pozwolenie  siostry przełożonej, co według rozmówczyń miało czasami miejsce raz na kilka miesięcy. Według ich relacji panowały tym nieludzkie warunki i  ubliżające ich godności. Wiele z nich po odejściu, chociaż minęło od niego czasami kilka lat nie może poradzić sobie psychicznie. Niektóre zupełnie zatraciły realną ocenę sytuacji. W niektórych zgromadzeniach nakazywano prowadzenie im dzienników w których zapisywać miały co powinny poprawić i jakiś przewinień dopuściły się każdego dnia. I pierwsze myślałam, że to nieco naciągana historia do czasu mojej sobotniej podróży do Częstochowy. Tak się złożyło, że w pociągu na miejscu obok mnie  siedziała siostra zakonna. Przez całą drogę trzymała w dłoniach notes ,który co jakiś czas otwierała i skrzętnie coś w nim zapisywała. Normalna rzecz, nie jedna z nas coś planuję i swoje myśli przelewa na papier. W pewnym momencie siedzące za nami dziecko zaczęło kopać w nasze siedzenia. Siostra nie wytrzymała i westchnęła po czym tym razem rozłożyła zeszyt na blacie i zanotowała " moja cierpliwość została wystawiona na próbę, której nie podołałam".  Wiem, że nieelegancko z mojej strony było , że zerknęłam na jej notatki, ale cóż słaby człowiek ze mnie i poddałam się swojemu wścibstwu. Ta sytuacja tak naprawdę uświadomiła mi, że faktycznie nie wiem nic w tym temacie. Czytałam tą książkę myśląc o niej jak o sf, a życie dość szybko zweryfikowało, że jednak coś jest na rzeczy. Zagłębiając się w każdą kolejną opowieść trafiamy na kolejne sytuacje ,które w naszym normalnym świecie byłyby odebrane co najmniej jako nieodpowiednie zachowanie człowieka w stosunku do innego człowieka.


Dodatkowo, żeby nie było tylko o kobietach autorce udało się porozmawiać także z zakonnikami. Okazuje się, że u nich reguły rodem ze średniowiecza już dawno zostały zniesione. Sami jak mówią widzą problem i często muszą się z nim zmierzyć gdy siostry szukają u nich pomocy, ale ... nie mogą nic zrobić prócz dodania im odrobiny otuchy. To nie jest książka do opowiedzenia. Trzeba ją samemu przeczytać, żeby pewne rzeczy sobie uświadomić. Ja po lekturze będę na siostry zakonne patrzeć inaczej. Nie mniej jednak jako czytelnik czuję niedosyt. Chciałabym wiedzieć więcej i więcej, ale niestety w kwestii milczenia byłych zakonnic pewnie niewiele się zmieni...

Bio- regeneracja z trawą w tle [ Eveline Cosmetics]

Bio- regeneracja z trawą w tle [ Eveline Cosmetics]

W tym roku, podczas kolejnej już edycji Meet Beauty firma Eveline Cosmetics postawiła na nasz głos. Każda z uczestniczek mogła sama wybrać produkty ,którymi była zainteresowana i które chciałaby przetestować. I ja oczywiście jako fanka peelingów wszelkich wybrałam sobie ich ówczesną nowość... Bio- regenerujący peeling do ciała.

Na peeling zdecydowana byłam od początku. Gdy okazało się, że do wyboru została tylko wersja z Trawą Cytrynową miałam jednak chwilę zwątpienia. Moje obawy dotyczące zapachu były  na szczęście bezpodstawne ( tak , tak myślałam, że będzie "dawać "jakimś zielskiem). A tu po otwarciu wybija się mocno cytrusowy zapach według mnie limonkowy. Chociaż równie dobrze, można podciągnąć go pod lemoniadę :) Opakowanie to znana już wszystkim tubka. Firma bardzo często korzysta z takiego rozwiązania i osobiście uważam, że jest ono wygodne, bo tworzywo poddaje się pod wpływem ucisku i łatwo wydobyć nawet resztki. Dodatkowo zawsze można gdzieś taki kosmetyk usadowić na skraju wanny. 



Peeling jak zapewnia producent , dzięki zawartości wyciągów roślinnych jest w stanie zapewnić naszemu ciału bio- regenerację. A wykorzystano tym razem m.in guaranę i kofeinę oraz brzmiącą tajemniczo Centellę Asiaticę znaną jako Wąkrota Azjatyca. Siostrę naszej rodzimej Wąkrotki Pospolitej, którą każdy pewnie choć raz w życiu widział. Ta niepozorna roślinka ma jednak szerokie spektrum  zastosowań w kosmetyce i tak na przykład  wykorzystywana jest w leczeniu chorób skórnych.Działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie oraz pobudza produkcję kolagenu. Użyte w kosmetyku drobiny są małe i stosunkowo delikatne stąd też ja stosowałam ten kosmetyk jak zwykły żel pod prysznic, a nie typowy peeling zdzierak. Nie nastawiałam się i słusznie , że zapewnią one mocne oczyszczenie.  A że dodatkowo w  połączeniu z wodą całkiem dobrze się pieni... 




Trochę niepotrzebnie w moim odczuciu dorzucono do całości złote drobiny.  Na opakowaniu znajdziemy informację o rozświetlających mikroperełkach, ale wprawne oko zauważy na zdjęciach, że perełki sobie, a drobiny sobie. Wygląda to na najzwyklejszy drobno zmielony brokat. Efekt na ciele nie jest jednak spektakularny i na całe szczęście nie grozi nam tandetne świecenie . Ogólnie pomimo, że peeling okazał się być w moim odczuciu żelem peelingującym to jednak jestem zadowolona z faktu, że jest w moim posiadaniu. Ze względu na zapach to idealna dawka energii na cały dzień!
W temacie pianek... [ Matująca pianka do twarzy- Tołpa]

W temacie pianek... [ Matująca pianka do twarzy- Tołpa]

Kosmetyki Tołpy znam nie od dziś, ale do tej pory zdecydowanie miałam do czynienia z produktami przeznaczonymi do ciała, a tu się okazuje, że w pielęgnacji twarzy poczynili znaczne postępy i... każdy może znaleźć coś dla siebie.  Za jakiś czas na blogu pojawi się porównanie ich zdecydowanie różniących się od siebie płynów micelarnych, a dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o produkcie w piance. Kolejny raz złożyło się tak, że kosmetyk właśnie w tej formie podbił moje serducho.

Matująca pianka do twarzy jest dla mnie zupełną nowością,a może dokładniej... BYŁA. Obecnie jestem już zdecydowanie blisko wykończenia pierwszego opakowania i mogę śmiało powiedzieć, że dobrze się już poznałyśmy. Co więcej, zrodził się z tego nawet romans. Buteleczka mieszcząca 150 ml produktu  powinna wystarczyć na około 1,5 miesiąca użytkowania- namiętnego.Ja co prawda używam jej od miesiąca, ale zostało mi jeszcze 1/3 buteleczki więc śmiem twierdzić,że spokojnie na 2-3 tygodnie jeszcze mi jej wystarczy. Sama stosowałam ją czasami nawet kilkukrotnie w ciągu dnia. Pewnikiem było mycie nią buźki rano oraz wieczorem z tym, że przed snem pozwalałam sobie nanosić ją za pomocą masażera z wypustkami żeby jeszcze dokładniej oczyścić buźkę. A że ja lubię na bogato to jednak za każdym razem wyciskałam około czterech pompek produktu, chociaż pewnie spokojnie jedna dałaby radę. Zdarzało mi się także dość często w tygodniu przemywać nią twarz pomiędzy innymi zajęciami - oczywiście gdy nie nakładałam makijażu.Przydatna okazała się zwłaszcza przed babskimi dniami, bo moja kapryśna buźka wyglądała wtedy zdecydowanie źle i trzeba było szybko przywrócić ją do stanu akceptowalnego przeze mnie. 


 Butelka jest wykonana z tworzywa , zamykana. Zastosowano w niej całkiem sprawnie działającą pompkę, więc z aplikacją nie było większych problemów.  Tak jak na wszystkich kosmetykach firmy i na tym opakowaniu znaleźć możemy krótką informację na temat ich  ideologii oraz ciekawostki . Pianka przeznaczona jest do skóry wrażliwej, tłustej/mieszanej nadmiernie produkującej sebum. Składniki aktywne jakie wykorzystano to m.in ekstrakt z lukrecji, który działa  przeciwzapalnie oraz bakteriostatycznie , a także ekstrakt z lipy łagodzący stany zapalne i działający lekko ściągająco . Dodatkowo w piance znalazły się także substancje nawilżające dzięki czemu pomimo dokładnego oczyszczenia nie odczuwamy dyskomfortu, skóra nie jest przesuszona i nie piecze. Seria z której pochodzi pianka nazwana została nie bez powodu dermo face, strefa T. Każdy z posiadaczy problematycznej buzi zna to pojęcie i zdecydowanie nie jest to nic fajnego. Często zdarza się, że na jedną część twarzy trzeba zastosować inne kosmetyki niż na drugą. Tu idealnie udało się połączyć to w całość. Po piance produkcja sebum w strefie T znacząco się u mnie uspokoiła, a policzki( chociaż obawiałam się ich przesuszenia) na tym nie ucierpiały.



Zapach dla mnie bliżej nieokreślony. Zdecydowanie czuć coś świeżego , ale jednak odrobinę kremowego. Sam producent pisze o tym by unikać kontaktu z oczami. Ja mam za sobą takie przeżycia. Nic przyjemnego, ale do zniesienia, na pewno mniejszy ból niż po przypadkowym dostaniu się do oczu np. szamponu.Dla mnie pianka ta stanowi obecnie główny fundament pielęgnacji. Zdecydowanie czuję potrzebę zastosowania jej po demakijażu płynami. Mam wtedy pewność, że usunęłam z twarzy wszelkie pozostałości m.in po kosmetykach kolorowych czy inne zanieczyszczenia. Jak wszystkie kosmetyki Tołpy tak i ta pianka ma stosunkowo krótki okres przydatności po otwarciu, bo jest to 3 miesiące. Co w moim przypadku działa motywująco i zmusza do regularnego użytkowania.Inaczej pewnie po 1-2 użyciach nie dałabym jej szansy i odstawiła na półkę nieświadoma straty... 


P.S. Wyniki rozdania z MUR pojawiły się już na blogowym fb.
Komu się marzy weekend bez końca?! [Endless Weekend - Bath and Body Works]

Komu się marzy weekend bez końca?! [Endless Weekend - Bath and Body Works]

Jestem zdecydowanie w tej grupie ludzi, którzy poświęcają swój i czas i uwagę na zaplanowanie wypoczynku idealnego. Lubię gdy mój czas wolny faktycznie zapewnia mi sporą dawkę relaksu i wyciszenia. I cenię sobie błogie lenistwo. Tak mam! I chociaż mojemu mężowi początkowo było wszystko jedno, teraz jest w stanie docenić takie detale jak dobra muzyka w tle i przyjemny zapach.

Podobnie mam w kwestii kosmetyków. Znam całą masę produktów , które choć nie pochodzą  z najwyższej półki cenowej to jednak sprawiają, że czuje się komfortowo i luksusowo podczas korzystania z nich. Nie inaczej było  z kosmetykami Bath &Body Works. Z samą firmą poznałam się stosunkowo niedawno i głównie spowodowane było to faktem, że niestety dostępność stacjonarna jest do nich mocno ograniczona ( nabyć online jednak można). A ja jestem jednak z tych ludzi co od czasu do czasu lubią wejść do sklepu i zapomnieć się w zapachach i ferii barw na półkach. Ostatecznie w kwietniu było mi dane i pierwszy raz odwiedzić BBW w stolicy oraz nawiązać współpracę , dzięki której również trafiły do mnie kosmetyki tej firmy. Po wizycie w sklepie rozumiem już dziewczyny, które namiętnie kupują ich kolejne serie. Wszystko idealnie skomponowane i poukładane woła wręcz z półek zachęcając do kupna. Naprawdę ciężko byłoby mi się zdecydować na konkretny zapach. 


Po pierwszym otwarciu swojej pianki do rąk (bo oto nadszedł ten moment, żeby przedstawić bohatera dzisiejszego wpisu) poczułam się... zagubiona. Oto ja, osoba trwająca w przekonaniu, że świeże zapachy nie są dla niej, trafiła na taki który namieszał jej w głowie. Zawsze mogłam powiedzieć, że przemawiają do mnie tylko zdecydowane mocne nuty, a teraz?! Teraz mogę powiedzieć, że moje dłonie pachną nie tyle weekendem co wakacjami wręcz! Pomieszanie zapachu świeżych kwiatów z cytrusami to już jest coś, a gdy do tego całość zatopić w morskiej otchłani... Zapach jest intensywny, ale lekki. Mnie bezsprzecznie kojarzył się będzie z wakacjami nad ukochanym morzem.To ten moment gdy rześki wiatr od wody zderza się z rozgrzanym piaskiem...





Endless Weekend - zapach utrzymuje się na dłoniach jeszcze chwilę po użyciu pianki. Ona sama jest przyjemnie miękka. Nie jest to w dotyku piana jaką znam np. z płynów do kąpieli , ale coś bardziej jak mus. W moim domu korzysta z niej od miesiąca 4 osoby i pozostało jeszcze około 1/3 opakowania,  więc uważam że to całkiem dobry wynik przy pojemności 259 ml. Opakowanie chociaż wykonane z tworzywa nie wygląda tandetnie, a jego kształt jest dość ciekawy . Pompka działa bez zarzutu , chociaż początkowo zdziwiła mnie jej wielkość, bo to zdecydowanie największy okaz z jakim miałam okazję współpracować. Ze względu na zapach jak i formę wydaje mi się, że produkty te będą w stanie przekonać do siebie każdego.
 Z chęcią nabędę jakieś inne zapachy , ale może Wy będziecie mi coś w stanie polecić?! Linki do recenzji mile widziane. Z chęcią poczytam o Waszych odczuciach.
Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger