Czy maseczkowe niebo istnieje ? [7th Heaven]

Cały post powinnam zacząć od tego, że maseczki które trafiły w moje ręce nie są dla mnie zupełną nowością, bo jednak mieszkając przez jakiś czas w Londynie miałam z nimi styczność. Faktycznie są one tam bardzo rozpowszechnione i nie trzeba ich specjalnie szukać, bo naprawdę ciężko trafić na miejsce w którego asortymencie by ich nie było. W tamtejszych stały całe szafy wypełnione nimi po brzegi, więc cieszę się podwójnie, że i u nas w końcu zaczęły się pojawiać na szerszą skalę. Co prawda nie miałam jeszcze okazji być np.w Hebe, żeby przyjrzeć się ofercie na polski rynek z bliska, ale podejrzewam, że na "naszych" półkach też robią wrażenie. 

Sama firma funkcjonuje dość długo i tak naprawdę maseczki nie są zupełną nowością, bo istniały wcześniej produkowane pod  inną nazwą- Montagne Jeunesse. Zdecydowanie dobrym posunięciem było posłuchanie angielskich klientów i zmienienie nazwy na łatwiejszą do zapamiętania, a i według mnie kojarzącą się w pozytywny sposób. Od teraz na każdym z opakowań dumnie prezentuje się nazwa 7th Heaven  utrzymana w iście tęczowej kolorystyce.  Dla moich stałych czytelników lub podglądaczy nie jest to post niespodziewany, bo już od jakiegoś czasu starałam się na bieżąco pisać o swoich odczuciach na ich temat na FB. Dzisiaj przyszła pora na małe podsumowanie.

Brazilian Mud Fabric Masque - była ostatnią otrzymaną maseczką po którą sięgnęłam. Wstępnie o swoich odczuciach na jej temat pisałam Wam tutaj . Dzisiaj opowiem o niej trochę więcej. Sam fakt, że maska była w formie nakładanego na twarz płatu , a do tego miała działać nawilżająco nasunął mi na myśl standardowy produkt tego rodzaju i nie spodziewałam się niczego innego. Po otwarciu opakowania zaskoczył mnie jej kolor, odcień lila wpadający w szarości. Pomyślałam- "Ok, producent miał  na nią taki pomysł i tyle". Dopiero w momencie pierwszego kontaktu z nią  za pomocą dłoni poczułam, że za tym kolorem jednak coś stoi...Maska nasączona była na moje oko naprawdę rzadko rozrobioną glinką, która co prawda na twarzy ani na masce nie zastygała, ale zostawiała taką jasną poświatę. Kto używa masek z glinek bądź błotnych będzie wiedział o czym mówię. To ten moment, gdy generalnie kosmetyk jest już zmyty. ale jednak nie do końca. Sam płat był na mnie zdecydowanie za duży przez co ubrudziłam sobie nieco czuprynkę. Stąd też pisałam na fb, że polecam jej stosowanie wtedy, gdy wiecie, że będziecie miały czas na ewentualne mycie włosów.No chyba, że tylko ja taka nieporadna w tej kwestii... Efekty " po" były przyjemne, ale jednak nie tak spektakularne jak w przypadku pozostałych masek. Buźka była miękka, nie wymagała natychmiastowego nawilżenia. Zapach owoców dawał się dość mocno wyczuć przez co samo użytkowanie pomimo małych niedogodności było przyjemne. 


W jej składzie  znalazło się kilka ciekawych składników. Zaraz po wodzie znaleźć można było kaolin czy brazylijską glinkę Argilla. Trochę niepotrzebnie zaraz po nich pojawia się zapach. Wiem, że to dla niektórych naprawdę ważny element , ale jeśli ktoś już sięga po maskę błotną czy glinkę to zdecydowanie liczy się z tym, że może ona specyficznie pachnieć. Ja osobiście nawet lubię ten ziemisty aromat. Na dalszych pozycjach znajdują się kolejne glinki i kilka ekstraktów z czerwonych winogron czy jagód Acai. Jak w większości maseczek tej firmy z którymi miałam do czynienia pojawia się także aloes oraz w tym przypadku olej z avocado.

Blemish Mud- jedna z pierwszych masek po które sięgnęłam. Bezsprzecznie uwiodła mnie na samym początku swoim zapachem o czym też wspominałam tutaj. Jej głównym działaniem było oczyszczanie twarzy i uważam, że wywiązała się z niego całkiem dobrze.  Wbrew pozorom  jej rozprowadzenie na twarzy nie było większym problemem. Ja osobiście jestem zdania, że delikatnie chłodzi skórę  stąd też bez wątpienia nadawałaby się idealnie na panujące obecnie upały.  Zastyga na twarzy jak naturalne glinki i jej usunięcie może być nieco problematyczne. Zdecydowanie była jedną z tych maseczek po których efekty były u mnie najlepiej zauważalne. Skóra była mocno rozmiękczona, jak po użyciu dobrego peelingu enzymatycznego. Sprawiała wrażenie skrzypiąco czystej.Każdy nałożony po niej produkt idealnie się wchłaniał. W składzie m.in kaolin , rozmaryn ( zdecydowanie wyczuwalny)  czy też oczar wirginijski. Ten ostatni stosuję też na swojej twarzy w postaci hydrolatu. 



Red Hot Earth Sauna Masque- idealna maseczka dla zmarzluchów o wyczuwalnym efekcie rozgrzewania. Dla mnie bardzo przyjemnym, intensywnym , ale nie powodującym dyskomfortu. Zdecydowanie jej zapach najmniej zapadł mi w pamięci, był dość neutralny o czym zresztą wspominałam zaraz po użyciu . Konsystencja nieco toporna w aplikacji i delikatnie lepka. Miała niestety tendencję do skapywania z buźki zwłaszcza z miejsc gdzie nałożyłam jej dość  dużo lub z tych wystających części twarzy jak nos czy broda. Po zmyciu jej z twarzy widać było, że pory są dość mocno rozszerzone. Jak w przypadku poprzedniczki buźka była przyjemnie czysta. Efekt nawilżenia jaki miał także zapewniać ten produkt  nie był jednak dość mocny, więc podejrzewam, że posiadaczki naprawdę suchej skóry musiałby się czymś wspomóc. Na odwrocie jeden z krótszych składów a w nim m.in... kaolin :)  


Strawberry Souffle- jedna z przyjemniejszych w odbiorze maseczek. Lekka konsystencja , pachnąca zdecydowanie truskawkami zawierająca w sobie drobiny z nasion , co widać na zdjęciu tutaj  . Kosmetyk 2w1 , a do takich zawsze podchodzę z dużą rezerwą. Maseczka ma za zadanie i oczyszczać i nawilżać. Stawiałam na to, że albo będzie "działało" jedno albo drugie, ale muszę przyznać, że w ostatecznym rozrachunku całkiem fajnie wypadła. Suche partie mojej buźki wizualnie wyglądały lepiej, więc jestem skłonna pokusić się o stwierdzenie, że działanie nawilżające było. W miejscach problematycznych  miałam rozszerzone pory, a na czole pojawiły się małe wypryski i grudki, tak jakby maseczka wyciągnęła wszystko co "złe" ku górze. Przez dwa kolejne dni twarz na czole ulegała oczyszczaniu i po tym czasie muszę przyznać, że nie zapowiadało się już na kolejnych nieprzewidzianych gości. Zmywanie było przyjemne , a nasionka fajnie delikatnie masowały twarz. Tym razem bez kaolinu, ale z bentonite ( glinka).


Dead Sea Mud Pac- Maska  lekka i przyjemna w użyciu. Zapach zdecydowanie w moim guście, przypominający męskie perfumy. Kolor niestety w rzeczywistości nie tak nasycony jak na opakowaniu przez co czuje się delikatnie wprowadzona w błąd :) Działanie oczyszczające wspierane przez zawartość minerałów z Morza Martwego. Twarz po użyciu zdecydowanie skrzypiąca, ale trzeba uważać, żeby nie przesadzić. Chociaż trzymałam się czasu podanego przez producenta, skrzydełka mojego nosa zostały lekko przesuszone i niestety delikatnie zaczęła mi się łuszczyć na nich skóra. W składzie również glinki, algi czy lawenda. 



Dwie ostatnie prezentowane przeze mnie maski na pewno jeszcze nie raz pojawią się na mojej twarzy. Biorąc pod uwagę całokształt : fajnie,że producent zaleca próbę uczuleniową. Przy takich składnikach aktywnych pozwoli to uchronić się przed  ewentualnymi reakcjami alergicznymi. Opakowania zawierają od 15-20ml lub gram ( różne oznaczenia na opakowaniach). Taka ilość pozwala na dokładne pokrycie zarówno twarzy jak i szyi bez obaw, że produktu zabraknie. Obecnie na facebookowym profilu 7th Heaven  trwa konkurs w którym możecie zdobyć paczkę maseczek dla siebie i drugiej osoby.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są Waszą odpowiedzią na moje posty.
Dziękuję za cenne uwagi w nich zawarte, opinie, miłe słowa...
Autoreklama nie jest tu mile widziana.Zawsze odwiedzam blogi osób , które zostawiają coś od siebie;)

Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger