środa, 5 października 2016

Czuwałam przy uchylonym oknie...a Ty?

Miałam się zabrać za napisanie tej recenzji z samego rana, ale uświadomiłam sobie  że nie potrafię chyba znaleźć odpowiednich słów. Z drugiej strony temat jest  powszedni, bo z czasem dotknie każdego z nas. Jedni go unikają  i dopóki ich bezpośrednio nie dotknie- udają, że nie istnieje. Inni w tym ja, starają się ją oswoić. A jakie jest Wasze podejście do śmierci?


Promocje w księgarniach internetowych "niestety" nie są mi obojętne. To właśnie dzięki nim trafiają wprost w moje ręce , a później do mojego umysłu historie, które nie chcą z niego wyjść- krążą w mojej świadomości i na nowo mnie formują. "Czuwałam przy uchylonym oknie" było jednym z takich nieplanowanych zakupów. Szukałam ( jak często) historii pisanych przez życie i pozycja ta znalazła się na liście polecanych gdzieś w czeluściach sieci. Śmiesznie niska cena tylko pomogła mi w podjęciu szybkiej decyzji.

Śmierć...
Śmierć w podejściu naukowym jej definicja ulegała ewolucji. Początkowo za zmarłą uznawało się osobę u której ustały czynności oddechowe oraz krążenia, obecnie musi dojść do śmierci pnia mózgu. Statystycznie każdego dnia tylko w naszym kraju umiera około 1030 osób ( w tym 25% w wyniku chorób nowotworowych).

Historia opowiedziana łzami...

Kilkadziesiąt zapisanych cierpieniem stron to pamiętnik matki, która musiała przygotować swoje dziecko na przejście przez chorobę nowotworową... do śmierci. Początkowo poznajemy losy całej rodziny, po czym skupiamy się na drobnostce z życia chłopaka. Drobiazgu, który on sam początkowo zignorował. Takim samym , jaki każdego dnia ignoruje  wiele z nas. Dopiero gdy pojawiają się jakieś nieprzyjemne dolegliwości staramy się znaleźć chwile i w przelocie wpaść do gabinetu lekarskiego na  badania. A później wali się świat... Spływa na człowieka niedowierzanie i żal, dlaczego to właśnie mnie spotkało coś takiego. Nieco młodszy niż ja obecnie Marcin dowiaduje się, że umiera. Początkowo chłopak przez wiele miesięcy nawet po wykonaniu badania żyje w przekonaniu, że wszystko jest w najlepszym porządku. Jak pisze nie bez żalu w swoich wspomnieniach jego matka, pierwsze diagnozy były nieprawidłowe, co spowodowało znaczne opóźnienie właściwego leczenia . Na strony przelała każdy dzień i każdą zachodzącą w organizmie jej syna zmianę. Opisała negatywne skutki chemioterapii, reakcje bliskich im ludzi i gniew... Gniew wynikający z tego, że nie miała wpływu na to co nastąpi. Czytając opowieść o tym jak razem czekali na szpitalnej sali na śmierć wycisnęło ze mnie morze łez, chociaż nie jest mi  to obcy temat. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić emocji targających w tamtym czasie tą kobietą. Zwłaszcza, że miała poczucie , że wokół niej znajdują się bliscy ludzie, a jednak w tamtym momencie jakby obcy. Czasami wydaje nam się, że limit dotykających nas  nieszczęść zostaje już wyczerpany. Nie w tej historii. W kilka lat po śmierci Marcina w życie tej rodziny równie niespodziewanie kolejny raz wkroczył rak...Czytając kolejne strony miałam wrażenie, że tak naprawdę siedzę obok kobiety, która smutnym głosem, ale już z wyuczonym  spokojem opowiada o tym czego doświadczyła. Mówi o tym, że w chwilach zwątpienia znalazła pomoc dla siebie i dziecka zawierzając życie Bogu. Zwraca uwagę na to, że nikt z nas nie jest w stanie zaplanować życia pod siebie. I chyba ta oczywista prawda najbardziej we mnie uderza... 

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Komentarze są Waszą odpowiedzią na moje posty.
Dziękuję za cenne uwagi w nich zawarte, opinie, miłe słowa...
Autoreklama nie jest tu mile widziana.Zawsze odwiedzam blogi osób , które zostawiają coś od siebie;)

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia