sobota, 5 listopada 2016

Mazury na wakacjach- 2016r.

Mogłabym ten post spokojnie nazwać " Jak zaplanować urlop, a pojechać... gdzie indziej". Od początku mój plan na tegoroczny urlop był prosty. Naoglądałam się wielu zabawnych słowackich i czeskich komedii z winem w tle i zamarzyło mi się... Szybko przeszukałam internetowe zakamarki celowo pomijając te najbardziej znane miejsca i znalazłam całkiem przyjemny nocleg w interesującej mnie okolic. Nie tak daleko od nas zresztą, słowacką Velką Domasę.Plan był ambitny, sporo zwiedzania i tylko z każdym dniem coraz mniej miałam ochotę tam jechać, bo nagle okazało się, że w tym roku chyba wszyscy wybrali te okolice :P 

Zupełnie na spontanie wpisałam więc w google kolejne interesujące mnie hasło- "Mazury" zaznaczając przy okazji ze nocleg tani, miejsce ciche. I nie uwierzycie, ale w środku sezonu urlopowego trafiłam na perełkę ukrytą wśród lasów- w Raszągu. Zastanowi Was pewnie gdzie jest ten koniec świata? A w okolicach Biskupca. Natrętnie wydzwaniałam i wypisywałam o nocleg i okazało się, że miejsce jest, pokoje schludne,okolica cicha i tylko 35zł za noc. Długo się nie zastanawiałam! Sam wyjazd wypadł nam praktycznie tej samej nocy, co 30-tka na której byliśmy, więc jakoś specjalnie nie udało nam się przespać. Dla odmiany tym razem postawiliśmy na transport własny, bo pociąg dał nam mocno w zeszłym roku popalić. Zresztą do Rasząga raczej nie po torach droga :P  Na miejscu pojawiliśmy się około godziny 14. Wieś okazał się być naprawdę mała, a sam ośrodek "Warmińskie uroczysko" faktycznie mieści się na uboczu i autentycznie jest ostoją spokoju. Uwielbiam miejsca z historią, w które ktoś tchnął nowe życie i tak też stało się tam. Nie czułam się jak na wakacjach, ale jak w domu. Taki sielankowy klimat, jakbyśmy jeździli tam od lat i dobrze znali się z właścicielami. Naprawdę polecam, każdemu kto potrzebuje życiowego resetu albo zwyczajnie dość już ma miasta. Za dodatkową opłatą można tam zakupić wyżywienie dzienne, natomiast my z tej opcji nie korzystaliśmy, bo dni chcieliśmy przeznaczyć na aktywne zwiedzanie.

Warmińskie Uroczysko

 Pierwszego dnia z lenistwa odkryliśmy tylko co kryje Biskupiec. Polecam z tego miejsca dwa lokale w których można dobrze i tanio zjeść. Starą Kaflarnie, gdzie serwują największe pizze jakie widziałam w śmiesznie małych pieniądzach. A wierzcie albo nie jestem wprawiona w jedzeniu pizzy i razem z dwoma rosłymi chłopami nie daliśmy jej rady. Druga propozycja to Przystań Warmińska. Tanie, smaczne , regionalne zestawy obiadowe. Do tego pyszne ciasta własnego wypieku. A syty obiad dla 2 osób w wersji full nie kosztował nas więcej niż 50zł. Dodatkowo bardzo miła obsługa. Na początku w ogóle nie wiedziałam od czego zacząć naszą przygodę, bo co innego polecali nam ludzie, a co innego ja sama miałam w planach. Udaliśmy się więc nad jezioro Dadaj do ośrodka Słoneczny Brzeg, który posiada całkiem fajnie przystosowaną i dla dzieci i dla dorosłych strefę do pływania i piaszczystą plaże. Fajne miejsce na leniwe popołudnie, chociaż podejrzewam, że w pełni sezonu musi tam być tłoczno ( nasz wypad był we wrześniu, ale było ciepło więc skorzystaliśmy z kąpieli).

Następnie kolejny dzień stanął pod znakiem Mrągowa. Od zawsze marzyłam, żeby tam być i zobaczyć w końcu na własne oczy to słynne z koncertów jezioro Czos. Przy okazji udało nam się zajrzeć w ciekawe w moim ( a w chłopaków już na pewno) odczuciu miejsce- muzeum sprzętu wojskowego. Było tam wszystko od czołgów zaczynając , po wozy straży pożarnej na przestrzeni lat, a kończąc na nyskach. Wiele wyglądało mocno przerażająco, a wbrew pozorom miały niegroźne dla ludzi przeznaczenie. Na tamtą chwilę koszt biletu dla osoby dorosłej wynosił 8 zł co uważam za przyzwoitą cenę. Jednym minusem była lokalizacja, bo trochę zajęło nam trafienie do tego miejsca. 
W tym samym mieście trafiliśmy do punktu na którym zależało najbardziej mnie, czyli do Ogrodów pokazowych i motylarnii Markiewicz. Obawiałam się, że towarzysze podróży będą się nudzi, ale ze względu na układ ogrodów i zastosowane tam elementy nawet facetom było się w stanie spodobać. Na miejscu można również kupić sadzonki różnych roślin. Nie muszę chyba pisać, że wróciłam z dwoma krzewami :) Koszt również 8zł/osoba. Ubolewam z tego miejsca jeszcze raz nad faktem, że straciliśmy zdjęcia i nie mogę Wam przedstawić ani skrawka tego co tam zobaczyliśmy. Początkowo myślałam, że zwiedzanie zejdzie nam dłużej  i zupełnie na spontanie podjęliśmy decyzję o wyprawie do Mikołajek.

Mikołajki

 Żal było nie zahaczyć, zwłaszcza że dzieliła nas od nich raptem godzina drogi. Tam delektowaliśmy się rybką w porcie i cieszyliśmy pogodą, która wyjątkowo nas rozpieszczała. Doszło nawet do tego, że musiałam na miejscu kupować letnie ubrania, bo nie nastawiałam się już na takie upały :p W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Galindię w Bartlewie. Powiem Wam, że miejsce mnie urzekło swoją historią i tym co właściciele tam stworzyli. To zdecydowanie temat na osobny wpis. My jedynie zwiedzaliśmy, ale istnieje tam możliwość noclegu w niecodziennych okolicznościach i warunkach. Mam nadzieję, że kolejny raz pojawimy się tam na dłużej.

Galindia

Udało nam się także w kolejnych dniach odwiedzić Lidzbark Warmiński i zwiedzić tamtejszy zamek. Nie pamiętam już jednak jaki był koszt biletów. Samo zwiedzanie zajęło nam blisko 2 godziny i bardzo miło wspominam zwłaszcza chłód panujący w tych murach. Kolejno na naszej drodze stanął Olsztyn i rozczarowanie. Dla turysty znalezienie miejsca parkingowego czy przebicie się przez miasto graniczy z cudem. Nie wiem jakim sposobem udało nam się w miarę wprawnie zaparkować w bliskiej okolicy zamku, który oczywiście zwiedziliśmy.Z wizyty w planetarium nie wyszło nic. Kosztowała mnie sporo nerwów z tego względu, że na stronie były podane inne godziny wizyt niż te rzeczywiste , a właśnie ten dzień planowaliśmy "pod" to. Na poprawę humoru i koniec wyprawy udaliśmy się do Arboretum Leśnego w Kudypach. Całkiem fajne miejsce, ale spodziewałam się troszkę więcej. Bilety - 5zł/os. 
Na Mazurach mieliśmy zostać do sobotniego poranka, ale również spontanicznie w piątek nad ranem wybraliśmy się w podróż nad morze. Nie muszę chyba mówić jak bardzo byłam tym faktem ucieszona i ile mąż sprawił mi radości.Morze jest moją drugą miłością i najchętniej przeniosłabym się tam na stałe. Najbliższe a znane mi z czasów kolonii miejsce Stegna , stało się punktem głównym naszej wycieczki. Po drodze zjechaliśmy do Sztutowa by zobaczyć tamtejszy dawny obóz zagłady (wstęp do muzeum jest wolny- warto się wybrać). Teraz , po 10 latach od pierwszej wizyty  , o wiele bardziej świadoma dość mocno pod względem emocjonalnym odebrałam to miejsce. Cichy zakątek,a jednocześnie krzyczący głosami ludzi którzy tam zginęli.  Później spędziliśmy leniwie pół dnia na stegnieńskiej plaży. Zaskoczyło mnie jednak, że ludzie jeszcze o tej porze roku uprawiają tzw. parawaning znany mi z naszej wizyty we Władysławowie. Jako , że żadne z nas nie miało ochoty na siedzenie w miejscu postanowiliśmy zboczyć z trasy i udać się do Krynicy Morskiej, gdzie chłopcy zwiedzili tamtejszą latarnie, na co ja sama już się nie zdobyłam. Zaskakujące że będąc gówniarzem bałam się mniej :) Po drodze udało nam się jeszcze trafić do Muzeum Zalewu Wiślanego w Katach Rybackich. Krynica powitała nas słoneczkiem, niemalże pustymi plażami i ... czystym piaskiem. Różnica w stosunku do tego ze Stegny ogromna. Tam udało nam się uzbierać trochę muszelek na pamiątkę i nacieszyć się ciepłą jeszcze morską wodą.  


Za jedyny minus tej wyprawy uznaję powrót. Z dwóch powodów : bo był POWROTEM i dlatego, że daliśmy się namówić znajomemu na jazdę autostradą. Dojeżdżając do Tarnowa byliśmy już jak zombie i na każdym zjeździe ratowaliśmy się kawą i bieganiem. Zdecydowanie autostrada tak, ale nie na tak długie trasy. Poza tym koszt tej od Gdańska mnie przeraził. Wjazd 30zł, a żeby nawierzchnia była jakaś szałowa, co to to nie... 

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Może ktoś dzięki mnie odkryje jakieś miejsce na przyszły urlop? Pozdrawiam

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są Waszą odpowiedzią na moje posty.
Dziękuję za cenne uwagi w nich zawarte, opinie, miłe słowa...
Autoreklama nie jest tu mile widziana.Zawsze odwiedzam blogi osób , które zostawiają coś od siebie;)