Missha Signature Complexion Coordinating B.B Cream

Lato już za nami ( dla mnie na szczęście, dla Was pewnie niestety ) . Był to okres w którym zdecydowanie wolałam sięgać po lżejsze kosmetyki kolorowe. Akurat tak się złożyło, że wraz z początkiem maja i spotkaniem blogerek w Krakowie w moje ręce trafił krem B.B od Missha. Przez kilka ciepłych miesięcy stosowałam go namiętnie by teraz, mając zaledwie odrobinę na dnie przekazać Wam swoje odczucia względem niego.


Za dużo oryginalnych kremów BB w swoich rękach nie miałam, więc wybaczcie, ale nie będzie to recenzja okiem znawcy tematu. Nie mniej jednak miałam okazję używać sporej ilości podkładów o różnym wykończeniu i przeznaczeniu, więc jakieś rozeznanie posiadam. W tej chwili najbardziej zaskakująca jest dla mnie wydajność tego produktu, a muszę Wam powiedzieć, że na początku zdecydowanie za dużo go aplikowałam, a tym samym marnowałam. Dopiero z czasem doszłam do tego, że zadowalający mnie efekt można uzyskać zaledwie odrobiną produktu, a  na ewentualne niedoskonałości delikatnie  go dołożyć. Trwał sobie ze mną od maja do teraz, a tylko kilka razy używałam innych produktów- na większe wyjścia, gdy jednak potrzebowałam mocniejszego efektu. Biorąc pod uwagę konsystencje , gdyby nie napis na opakowaniu pomyślałabym, że mam do czynienia z podkładem. Jedyne co było dość mylące, to kolor. Po wyciśnięciu z tubki był ciemniejszy niż odcienie po jakie sięgam na co dzień. Jednak na twarzy, co możecie zauważyć na zdjęciach poniżej wypada dość blado. Słyszałam o tym, że produkty w skutek utleniania ciemnieją, ale żeby jaśniały?!  Aplikowałam go na różne sposoby, jednak najbardziej zadowalający efekt, a tym samym największe krycie zapewniało mi nakładanie go dłońmi.



Ponieważ w mojej ocenie ma dość mocno pudrowe wykończenie , sama przed aplikacją sięgałam po lekkie, ale mocno nawilżające kremy. Po ich wchłonięciu zabierałam się dopiero za niego, gdyż nałożony za szybko potrafił jednak trochę się rolować. A nie na takim efekcie nam- kobietom zależy.
Nie zauważyłam pogorszenia stanu cery, a co więcej mogę powiedzieć, że wszelkie niedoskonałości szybciej się przy nim goiły ( pewnie to wpływ kojącego ekstraktu z kaktusa, który znajduje się w składzie). W zamierzeniu krem ten ma kryć niedoskonałości i delikatnie rozjaśniać przebarwienia (arbutyna, ekstrakt z granatu,ekstrakt z bakopy białej) , co zresztą robi w całkiem przyjemnym stopniu, a także wygładzać strukturę skóry. I pozostając przy tym drugim aspekcie jego działania, muszę wspomnieć tu, że wg mnie niestety podkreśla wszelkie załamania i nierówności, przez co nie jest najlepszym produktem dla osób ze zmarszczkami. Idealnie natomiast nadaje się na lato, zwłaszcza że posiada dość wysoką ochronę przed promieniowaniem SPF 43. Cena oscyluje od 60 do blisko 80zł. Sam produkt po otwarciu jest zdatny do użycia przez 12 miesięcy ( czyli całkiem długo).
Bez wątpienia cieszę się, że mogłam się z nim lepiej poznać, ale czy wrócę? Na rynku jest sporo  pokus ( nawet z tej samej firmy) i znając życie... To bardzo przyzwoity i przyjemny w użytkowaniu krem, ale nie porwał mnie chyba na tyle, by z łezką w oku żegnać puste opakowanie.

A Wy znacie ten krem?!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są Waszą odpowiedzią na moje posty.
Dziękuję za cenne uwagi w nich zawarte, opinie, miłe słowa...
Autoreklama nie jest tu mile widziana.Zawsze odwiedzam blogi osób , które zostawiają coś od siebie;)

Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger