wtorek, 26 stycznia 2016

Pomalowałam się...razy kilka.

Walcząc o długie włosy i poszukując swojego miejsca w świecie zdarza mi się wykonywać tak przyziemne zajęcia jak makijaż :) Od czasu do czasu. Maluję się stosunkowo często, ale nie zawsze jest na tyle jasno  za oknem by mój aparat dał sobie radę ze zrobieniem przyzwoitych zdjęć. Kilka jest w miarę dobrych więc się nimi dzielę.

Niedzielny twór opierał się głównie na cieniu Freedom nr 219 który niestety nie jest specjalnie widoczny. Dla mnie to oliwkowa lecz połyskująca zieleń. Całkiem przyjemna w obyciu. Na buźce Revlon nr 180, co dość mocno mnie dziwi , bo zwykle sięgałam po 150.Puder i bronzer- Kobo. Rozświetlacz- Lovely, a na ustach  pomadka MUA  Matte - Wild Berry.



Makijaż numer 2 - jeśli chodzi o twarz to ta sama bajka co w przypadku pierwszej wersji. Tym razem na oku pojawiły się cienie z palety no name na 120 cieni. A na ustach MUR- Luscious. Taka "mdła" dziś jestem. Może coś w kolorze pojawi się na dniach?!




Za jakiś czas obiecuję post z nowościami, ale czekam jeszcze na kilka przesyłek. Mam teraz trochę załatwień i nie jestem w stanie codziennie tu bywać, ale staram się być obecna na fb czy Instagramie.

Całuję ;*

czwartek, 21 stycznia 2016

Trzy ostatnio obejrzane starocie filmowe!

Zima to dla nas ten okres podczas którego nadrabiamy  zaległości filmowe. Oczywiście w ciągu roku też zdarza nam się coś obejrzeć, ale jednak zimowe długie wieczory to najlepszy sprzymierzeniec. 
W ostatnim czasie obejrzeliśmy kilka filmów , które są stosunkowo stare, ale może jakimś cudem ktoś jeszcze ich nie oglądał i być może będzie miał na to ochotę.


Kolejność nie przypadkowa- według roku produkcji.

1. Wino truskawkowe.
Film polsko-słowackiej produkcji oparty na podstawie "Opowieści Galicyjskich" A.Stasiuka. W kinach pojawił się w 2008( świat, Polska 2009) roku i  zaklasyfikowano go jako komediodramat. Określenie samo w sobie nie mówi zupełnie nic. Po obejrzeniu śmiało mogę powiedzieć, że skłania się jednak ku dramatowi z  raptem jedną czy dwiema scenami w których może się pojawić na naszych twarzach lekki uśmieszek. I to jedynie pod warunkiem, że utrafią te sceny w nasze humorystyczne gusta. Cóż jest śmiesznego w nieszczęśliwej miłości, śmierci i obcowaniu ze zmarłymi?! A mimo to film jednak mi się podobał. Pewnie  dlatego, że kojarzę  miejsca w których był nagrywany. Fajnie jest móc popatrzeć na nie okiem kogoś innego- zza kamery. Nie jest to film lekki w odbiorze i trochę trzeba się skupić podczas oglądania, a przede wszystkim wczuć się w jego klimat. Tytułowe wino, chociaż w mniej ekskluzywnym wydaniu przewija się przez cały film gdzieś w tle. W pewien sposób uchwycony został inny problem małych miejscowości bez większych perspektyw. A na ekranie m.in Maciej Stuhr, Marian Dziędziel. Muzyka jest zaś dziełem Michała Lorenca. 

2. Pozostając w temacie :  "2 młode wina" . Czeska produkcja z 2009 roku będąca kontynuacją  udanej zresztą komedii "Młode wino". Przyjemna historia miłości i tej do ludzi  i tej do wina. Nie jest to może film przy którym ze śmiechu będzie bolał nas brzuch, ale na pewno jest w nim mnóstwo " momentów". Coś co zdecydowanie mogę polecić na seans we dwoje o ile tolerujecie dość zwykłe historie. Sporo śmiesznych zbiegów okoliczności. Ogólnie historia mówiąca o tym, że trzeba wiedzieć czego się od życia chce i dążyć do tego ponad wszystko. Akcja rozgrywa się w malowniczej okolicy i całkiem przyjemnym domu ... gdyby go tylko wyremontować :)  Polecam!


3. Ja, zapalona kociara nie mogłam odmówić sobie pooglądanie polskiego dramatu z kotami w tytule. "Matka Teresa od kotów" to historia,która...wydarzyła się naprawdę. Film został jednak tak skonstruowany, że gdyby nie dodatkowa informacja na ten temat można by pomyśleć, że to fikcja. Cóż , życie też jest scenarzystą raz lepszym raz gorszy. Historia przesycona bólem. Opisana od końca, bo poznajemy ją w momencie, gdy tak naprawdę finał jest już przesądzony. Z każdą minutą cofamy się wstecz i w taki sposób poznajemy historię teoretycznie zwykłej rodziny. Dzięki temu procesowi wzrasta napięcie, ale też poziom irytacji, bo gdy zna się już zakończenie... Dwaj młodzi chłopcy postanawiają zabić swoją matkę , po czym chowają jej ciało w szafie, w swoim pokoju. Naprawdę jeszcze teraz chwilami ciężko mi sobie uzmysłowić, że ta historia miała miejsce w realnym świecie.A na ekranie w rolach głównych Ewa Skibińska i Mariusz Bonaszewski.Jeśli ponure polskie kino nie jest Wam obce , zachęcam do obejrzenia.




Ciekawa jestem co z tych propozycji mieliście okazję obejrzeć i jakie są Wasze odczucia?!
Pozdrawiam!

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Nie żel,nie płyn, a pianka! [ Douglas Home Spa- Pianka pod prysznic ]

Chyba każda z nas od czasu do czasu robi sobie odskocznię od sprawdzonych i lubianych produktów celem poznania czegoś nowego. Ja jako fanka kąpieli stawiam na zdecydowane zapachy i najlepiej by dodatkowo produkt taki mocno się pienił.Taki relaks  mi się marzy!


Co jednak gdy jesteśmy posiadaczkami prysznica  a marzy nam się piana? A i o tym rozwiązaniu problemu pomyślały niektóre z firm kosmetycznych. W moje ręce trafiła pianka pod prysznic od Douglas'a, a tego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Poza tym problemem nie powinna być dostępność, bo jednak w każdej większej galerii handlowej go znajdziemy...
Produkt pochodzi z linii Home Spa  i do wyboru z tego co się orientuję są cztery główne zapachy przewodnie ( jeden to stosunkowa nowość). Każda z linii nie ogranicza się wyłącznie do pianek. Znaleźć możemy peelingi, kremy, balsamy czy olejki. W moje ręce trafiła natomiast przedstawicielka zapachu Beauty od Hawaii.



Połączenie olejku Macadamia z olejkiem Monoi jest trafione.Egzotyczny , świeży zapach unosi się podczas aplikacji produktu oraz dobrą chwilę po zmyciu go z ciała. Nie jest aż tak intensywny  by przeszkadzać, ale daje poczucie odświeżenia. Sama pianka z opakowania wychodzi już w formie jaką widzicie na zdjęciach( po uprzednim wstrząśnięciu opakowania).Co do wydajności...  W buteleczce jest 200ml produktu. O ile w przypadku żelu pojemność ta wystarcza mi na miesiąc użytkowania, to tutaj jest to praktycznie  połowa tego czasu. Ja osobiście potrzebowałam około trzech aplikacji by produktu wystarczyło na umycie całego ciała. Może to moje fanaberie, ale wydaje mi się, że jednym psiknięciem nie byłabym w stanie tego dokładnie zrobić. No chyba, że nośnikiem nie jest dłoń jak w moim przypadku, a np. gąbka... Nie wiem nie próbowałam. 


Sam produkt nie wysusza, ale pomimo zapowiedzi producenta o fantastycznej skórze po użyciu tego efektu też nie zauważyłam. Co prawda w składzie są oleje, ale znajdują się tam również substancje myjące, bo głównie do tego stworzony został ten kosmetyk  więc jakoś się to musi równoważyć. Koszt to ok 35zł więc nie najtaniej, ale dramatu też nie ma. Sama formuła bardzo mi się podoba i być może skusze się jeszcze na jakąś inną wersję zapachową.

Całuję;*


piątek, 15 stycznia 2016

10 wnętrzarskich profili na Instagramie, które śledzę.

Nie raz na blogowym facebook'u wspominałam o tym, że Instagram jest  według mnie cudownym wynalazkiem. Pozwala szybko podzielić się migawkami z naszego życia, pracy.Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić kilka profili dotyczących wystroju wnętrz , które sama śledzę i cenię.

Jestem fanką tzw." skandynawskich" wnętrz. Z przyjemnością patrzę na wykorzystanie drewna czy kamienia. Zdecydowanie przemawiają do mnie surowe formy , utrzymane w kolorystyce bieli i wszelkich odcieni szarości. Idealnie, gdy całości dopełniają żywe kolory- lecz tylko w nielicznych detalach. Daję się jednak uwieść cegle. Jeśli przejrzycie profile, które przedstawiam na pewno znajdziecie ten wspólny mianownik. Być może znajdą się wśród Was fanki takiego stylu. A może ktoś z Was podrzuci mi linki do innych ciekawych profili? Co do kolejności, jest ona zupełnie przypadkowa. Każde wnętrze i jego postrzeganie przez autora profilu podoba mi się na równi.

1.@edytafl

2.@elizabethtuiten

3.@fyinspo 

4.@hultberg75

5.@kalinka_ 

6.@linemor78

7.@marzena.marideko


9.@nataliameira08




Jestem ciekawa jaki styl jest Wam najbliższy?!
Pozdrawiam;*



środa, 13 stycznia 2016

Szczotkowanie na sucho- jak "ugryźć" ten temat?! [szczotka do masażu ciała na sucho]

Jestem fanką wielu niekonwencjonalnych i mało powszechnych zabiegów. Temat który chciałabym dzisiaj poruszyć na blogu jest...I tu się waham jakim mianem go określić, bo o szczotkowaniu ciała nie słyszało jeszcze sporo znajomych mi osób, a z drugiej strony na blogach przeżywał on swego czasu prawdziwy rozkwit. Sama bliżej z procesem szczotkowania ciała zapoznałam się stosunkowo niedawno, bo ponad rok temu podczas pobytu w UK.


W moim przypadku zmiana wody, sposobu życia czy żywienia wywarła spory wpływ na moje ciało. Nie tyle byłam zmuszona coś w tym procesie zmienić , co sama chciałam. Moja skóra ma swoje nastroje , a zupełna zmiana pielęgnacji już w ogóle pogorszyła jej stan. Suchość, pieczenie... Kolejny kosmetyk- kolejne niepowodzenie. Sięgałam po różne peelingi i mocno nawilżające balsamy żeby doprowadzić ją do ładu, ale brak efektów mnie drażnił. Przypadkowo wpadłam wówczas na temat szczotkowania ciała na sucho. Początkowo zastanawiałam się co ma na celu ten zabieg, aż pewnego dnia z czystej ciekawości zajrzałam do Boots's  i przygarnęłam masażer do ciała z włosiem. Podejrzewam, że było ono syntetyczne , ponieważ dość szybko uległo zużyciu. Zaczęłam się więc rozglądać za czymś trwalszym i naturalniejszym...
Ale od początku.Pierwsze próby szczotkowania podjęłam na swoich nogach, bo to tam miałam największe problemy. Nie będę czarować, że wówczas moje szczotkowanie zajmowało max 1-2 minuty i czułam się po nim wręcz obolała. Byłam przyzwyczajona do delikatnych masaży i dość mocnych peelingów-zdzieraków, ale jednak odczucia przy szczotkowaniu były zgoła inne. Pierwsze zaskoczenie - skala problemu z suchą skórą, a właściwie martwym już naskórkiem. Używałam regularnie peelingów, ale "efekty" po szczotce zwaliły mnie wręcz z nóg. Czułam się jak po wylince. Estetyczne to nie było, ale dzięki temu zyskałam pełną świadomość tego co dzieje się na moim ciele. 


Początkowo przez pierwsze kilka użyć udawało mi się sięgać po szczotkę zarówno rano jak i wieczorem, później aż do dzisiejszego dnia skupiłam się na wieczornym korzystaniu ze szczotki. Głównie ze względów praktycznych, chociaż przyznam szczerze , że nic tak nie pobudza jak dobry masaż z rana. 

Co daje  szczotkowanie ciała?
- pobudza do działania nasz układ limfatyczny dzięki czemu z organizmu szybciej usuwane zostają szkodliwe produkty przemiany materii,
-poprawie ulega krążenie krwi, dostajemy wewnętrznego powera, 
-odstresowuje, bo jest formą masażu jakby nie było, 
- usuwa martwy naskórek , wpływa tym samym na gładkość skóry 
- podobno regularny masaż szczotką wpływa również na zmniejszenie problemu z cellulitem , bo rozbija tkankę tłuszczową ( tego osobiście Wam nie potwierdzę, bo niespecjalnie ma mi co rozbijać),

Jak szczotkować?
Przy szczotkowaniu ciała na sucho należy pamiętać o kilku zasadach. Ponieważ jest to forma masażu zaczynamy szczotkowanie od dołu w kierunku serca. Przyjęło się również , że proces ten rozpoczynamy od prawej strony ciała, a dokładniej od stopy przesuwając się delikatnie ku górze.W przypadku brzucha i piersi ruchy powinny być delikatniejsze i odbywać się okrężnie. Należy pamiętać o tym by ciało nie było świeżo nabalsamowane. Dobrze by trwało m.in 5 minut, na spokojnie bez pośpiechu.A po nim prysznic i jakiś fajny produkt do ciała- ja akurat z przyjemnością sięgam obecnie po oleje.

http://fasja.com/pl/

Do szczotkowania używam szczotki z włosia końskiego, którą zakupić możecie tutaj. Dostępne są różne rodzaje szczotek. Takie przeznaczone do trzymania w dłoni ( mój poprzedni egzemplarz taki właśnie był) oraz te z rączkami. Będąc obecnie w posiadaniu  szczotki z rączką  jestem zwolenniczką takiego rozwiązania. O niebo łatwiej wyszczotkować nią uda czy dotrzeć do pleców. Mój egzemplarz przeznaczony jest do skóry delikatnej i dla osób rozpoczynających swoją przygodę ze szczotkowaniem. Ja co prawda mam za sobą rok takiej pielęgnacji, ale ostrość i efekt "po" użyciu mnie zadowalają. Wykonanie solidne, chociaż obawiałam się początkowo utraty włosia. Było to głównie spowodowane mało udanymi poprzednikami nabytymi w drogeriach.Ciekawi mnie jaki efekt daje mocniejsza wersja, ale w końcu jeszcze wszystko przede mną :)   

Co dało mi szczotkowanie?
Znalazłam w tym swój sposób na relaks. Przez te 5-10 minut  moje myślenie skupia się wyłącznie na ciele a codzienne troski odpływają w dal. Ciało nie tylko się odpręża, ale i rozgrzewa, a że jestem zmarzluchem... Używane kosmetyki zdecydowanie lepiej się wchłaniają, a co za tym idzie dają lepsze efekty. Skóra zyskała na jędrności i zdecydowanie wygląda lepiej. Praktycznie całkowicie pozbyłam się problemu z wrastającymi  po depilacji włoskami na nogach.  Dodatkowo w związku z wprowadzeniem do swojej pielęgnacji szczotkowania, zmusiłam się do regularnego spożywania odpowiedniej ilości wody. Co prawda wspomagam się aplikacją na telefon, bo samej ciężko byłoby mi stosować się do wytycznych. 

Każdy odnajduje jakiś sposób na dbanie o swoje ciało. Może dla kogoś z Was szczotkowanie okaże się równie owocne jak i dla mnie?!:)



wtorek, 12 stycznia 2016

Wygrana rodem z USA

Dawno nie chwaliłam się na blogu nowościami z prostej przyczyny- kupuję teraz mniej. Od czasu do czasu skuszę się jednak na jakiś konkurs z nadzieją, że się uda. Wyobraźcie sobie moją zaskoczenie i radość, gdy pewnego dnia który należał do tych z serii " to nie mój dzień" dowiedziałam się o wygranej na blogu Magdaleny

Magdę większość z moich czytelników pewnie już zna, ale gdyby ktoś jeszcze nie miał okazji gościć na jej blogu to serdecznie zapraszam. Tak się składa, że miałyśmy okazję kilkukrotnie spotykać się na blogerskich spotkaniach dzięki czemu wiem, że to pełna energii i  wewnętrznego ciepła dziewczyna, o pięknym uśmiechu. Wiadomość o wygranej dotarła do mnie dnia, kiedy byłam już dość mocno poirytowana walką z (życiowymi) wiatrakami i nie liczyłam na to, że może mnie spotkać coś dobrego. Los jednak bywa przekorny... Śmiałam się nawet do Magdy, że chyba sobie tą wygraną wymodliłam, chociaż w moim przypadku to chyba nie jest najlepsze określenie. Tak bardzo myślałam o tej palecie cieni, że telepatycznie nawiązałyśmy chyba jakąś więź :) 


Paczka zawierała w większości kosmetyki z USA, czyli dla mnie zupełne nowości. Główny sprawca zamieszania czyli paletka NUDES  na żywo okazała się być jeszcze piękniejsza niż na zdjęciach. Mój aparat niestety tego nie oddał, ale może w makijażach  kolor wyjdzie  lepiej. Kolejno mój wzrok padł na zestaw lakierów do paznokci L.A.Colors , próbowałam je już na wzorniku i zdecydowanie fiolet ze srebrem to moi faworyci. Na srebro mam już nawet pomysł w połączeniu z hybrydą i zrealizuję go zapewne w najbliższym czasie. Dodatkowo przetestuję w ten sposób na jednym z paznokci metodę o której czytałam na forach i blogach, a mianowicie połączenie zwykłego lakieru z bazą i topem przeznaczonymi do hybryd.



Dodatkowo znalazłam w paczce małą paletkę cieni , eyeliner, mascarę, błyszczyk- zresztą same widzicie. Bardzo ucieszył mnie także planer na ten i przyszły rok. Wbrew pozorom zajmuje mało miejsca i jest bardzo lekki więc idealnie spisze się do noszenia w torebce. A ja osobiście bardzo lubię mieć co gdzie zapisać. Wosk jest już w użyciu, same rozumiecie.


Zwykle nie piszę tak długich postów o swoich wygranych, ale Magda naprawdę sprawiła mi ogromną radość i poniosła tym samym na duchu. Chciałabym jej chociaż w taki sposób podziękować.
A Wy spodziewajcie się nowych makijaży i pazurków, bo mnie samą zżera ciekawość i na pewno będą się pojawiać posty z użyciem tych kosmetyków. 

Całuję;*

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Tonik i woda micelarna w jednym?! [Vevey Swiss]

Lubicie produkty "x w 1"? Ja podchodzę do nich zawsze z rezerwą , bo niestety nie raz okazywało się w moim przypadku, że jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Jednak co z kosmetykiem który pomimo funkcji 2w1 ogranicza się niemal do tego samego, a jego działania dotyczą wyłącznie jednego fragmentu ciała?!  Dziś na blogu pod lupą tonik w połączeniu z wodą micelarną.Jak myślicie spodobało mi się takie połączenie?

Zacznę od tego czym dokładnie jest ten kosmetyk. Bez wątpienia jest to płyn o właściwościach oczyszczających, a dokładniej usuwających z naszej skóry warstwy tak mozolnie nakładanego makijażu. Jednocześnie za sprawą tego kosmetyku nasza skóra ma doznać uczucia ulgi oraz  dodatkowej dawki nawilżenia.Tonik/woda przeznaczony jest do każdego typu skóry, co akurat niespecjalnie do mnie przemawia, bo jednak każdy rodzaj ma swoje indywidualne potrzeby i nie jestem pewna czy w przypadku każdej zostają one spełnione. Ja jako posiadaczka cery mieszanej ze skłonnością do przesuszeń jestem z niego zadowolona, ale nie mogę Wam tu obiecać , że u Was będzie podobnie. Zresztą czytałam już opinie na jego temat i są one skrajnie różne, co jedynie potwierdza moje obawy. 


Płyn ten dobrze radzi sobie z makijażem. Jednak w przypadku wodoodpornych tuszy niestety jest potrzebna kilkukrotna interwencja, a to niestety powoduje u mnie delikatne pieczenie i dyskomfort. Staram się więc używać go w demakijażu oka  tylko wtedy, gdy wiem że bezproblemowo poradzi sobie z usunięciem. Po użyciu na twarzy nie dzieje się nic niepożądanego. Twarz jest oczyszczona i odświeżona.Nie pojawia się uczucie ściągnięcia, a na to zwracam sporą uwagę. Ja stosuję go osobiście wyłącznie jako produkt do demakijażu( tonizuję innym produktem) W  składzie  wody odnaleźć możemy ekstrakt z nagietka , który wykazuje działanie przeciwzapalne i stymuluje proces odnowy przez co przyspiesza gojenie się ran. Dodatkowo jako składniki aktywne wyróżnione są również ekstrakt z noni - bogate źródło antyoksydantów i znany już pewnie każdemu ze swojego działania kwas hialuronowy.  W tym przypadku niska cena nie oznacza złej jakości, co cieszy. Za 300ml butelkę zapłacimy ok 13zł. Jedyne co mnie przeszkadzało w używaniu to dość intensywny zapach. Co prawda wyczuwam cytrusowe nuty, ale są one dla mnie zbyt intensywne jak na kosmetyk do twarzy. Na szczęście nie jest on długo wyczuwalny. Kosmetyki Vevey Swiss  obecnie dostępne są w Biedronce, a w asortymencie firmy znaleźć można m.in serum do paznokci oraz kremy.


sobota, 9 stycznia 2016

Miętowo - limonkowy romans! [krem do rąk The Secret Soap Store]

Niektóre zapachy mocno zapadają w pamieć. Kojarzą się czasami z wydarzeniami z przeszłości. Tak też jest z kremem do rąk od The Secret Soap Store. Gdy tylko otworzyłam mocno pachnące pudełeczko i zobaczyłam tą uroczą, małą tubkę...

Sama nigdy nie postawiłabym na takie połączenie zapachowe, ale okazało się ono strzałem w 10-kę. Zresztą kto zna chociaż trochę firmę i produkty The Secret Soap Store ten wie, że mają oni w swojej ofercie sporo nieoczywistych , ale idealnie trafionych  zapachów. Już przy pierwszym użyciu przepadłam. Kto ma w domu drzewko cytrynowe ten wie o czym mówię. Wystarczy zerwać listek i delikatnie rozetrzeć go w dłoniach, by uwolnić jego aromat.Świeży, soczysty zapach w połączeniu z orzeźwiającą miętą . Idealne rozwiązanie na lato chciałoby się powiedzieć, ale to właśnie zimą potrzebuję takiego energetycznego kopa. Krem należy do Shea Line, czyli linii kosmetycznej w której wykorzystane zostało masło Shea. Dla mnie to pożądany składnik zwłaszcza gdy temperatura za oknem spada.


W kremie tym odnajdziemy 20% zawartość masła Shea, a ma ono za zadanie łagodzić i zmiękczać skórę. Do pary dobrano oliwę z oliwek która odżywia, ale i wpływa korzystnie na kruche i łamliwe paznokcie wzmacniając je. Duży wpływ na poprawę elastyczności skóry oraz jej gęstości ma zawartość komórek macierzystych z pomarańczy. Poprawę kolorytu i rozjaśnienie skóry ma nam zagwarantować zawartość soku z cytryny. Dodatkowo delikatnie wybieli on paznokcie. Na równi z działaniem podoba mi się konsystencja. Jest ona dość zbita, ale niewielka ilość wystarczy do aplikacji na obie dłonie. Ze względu na to , że jest bogaty w składniki autentycznie działa kojąco i nawilżająco na dłonie. Nie znika z nich szybko, ale nie jest też jednocześnie uciążliwy - nic się nie lepi. 


Krem dostępny jest w dwóch wersjach pod względem wielkości. Moja tubka mieści 30ml i chociaż sięgam po nią namiętnie wystarczy mi jeszcze na najbliższe tygodnie.Taka pojemność pozwala na dobre zapoznanie się z produktem.Jednocześnie na stronie sklepu wybór jest tak duży, że podczas zakupów kolejnego opakowania będę miała nie lada orzech do zgryzienia. A w końcu coś trzeba będzie wybrać!



środa, 6 stycznia 2016

Mydło solankowe [White Flower's]

Jakiś czas temu na moim blogu pojawił się wpis dotyczący peelingu do ciała firmy White Flower's. Sporo z Was wyrażało swoje opinie na jego temat i większości zdecydowanie kosmetyk ten przypadł do gustu. Ja również go polubiłam, ale moim faworytem pod względem działania zostało jednak mydło- tej samej firmy.


Nie będę ukrywała, że do tej pory sól kojarzyła mi się wyłącznie z niepożądanymi efektami. Z tego powodu do tego  mydła początkowo podchodziłam jak przysłowiowy pies do jeża. Cóż czasami człowiek jest zwyczajnie głupi. Jak ten niewierny Tomasz czytałam w sieci opinie dotyczące tego produktu. Sama zaczynałam od wąchania. Ku mojemu zaskoczeniu zapach bardzo przypadł mi do gustu. Nie potrafię go specjalnie opisać, ale dla mnie to słona , świeża morska bryza. Kolejne działania z tym produktem ograniczyły się do mycia dłoni- standardowo. Zauważyłam wówczas, że konsystencja tego produktu różni się nieznacznie od innych mydeł w płynie z którymi miałam do czynienia. Trochę ciężej jest je nałożyć na dłonie. Pomimo płynnej konsystencji zdecydowanie użytkowanie przypomina mi historię z mydłem  Savon Noir. Praktycznie tak samo się rozprowadza i zachowuje na skórze. Nie pieni się mocno, ale zostawia zdecydowany efekt oczyszczania a jednocześnie miękkości.



Efekt "po" był dla mnie nieoczywisty. Spodziewałam się suchej , aczkolwiek czystej skóry. A moja była bez wątpienia oczyszczona, ale nie przesuszona. Kosmetyk z którym miałam do czynienia odbiegał od mojej mydlanej wizji. Zdecydowanie wywarł na mnie dobre wrażenie więc kolejnym krokiem do bliższego poznania było wprowadzenie go do higieny ciała. Zaczęłam stosować to solankowe cudo jako żel pod prysznic. Moja skóra ma skłonności do przesuszeń, ale nic złego się nie działo. Poszłam więc o krok dalej i zaczęłam nim oczyszczać twarz.Zwyczajowo robiłam to po uprzednim demakijażu innymi produktami, ale przeprowadziłam też próby wyłącznie z użyciem mydła. Wypadły całkiem dobrze, chociaż bez wątpienia z usunięciem kosmetyków wodoodpornych były problemy. Ostatecznie nie do takich celów stworzono ten kosmetyk , więc nie ma co od niego wymagać cudów. Przyznam jednak, że z chęcią zamieniłabym nim kilka innych obecnych w moich kosmetycznych zasobach produktów. 


Pokusiłam się  z czasem również o wypróbowanie go podczas oczyszczania włosów. Tak wiem, sól i włosy to nienajlepsze połączenie jednak moja ciekawość była silniejsza. Ostatecznie wypracowałam sobie system i myje nim włosy w połączeniu z szamponem w stosunku 2:1 przy czym podwójna dawka należy jednak do szamponu.  Innych pomysłów na zastosowanie tego produktu już nie mam, ale może Wy podsuniecie mi coś ciekawego?!:) Koszt 300ml butelki to około 14 zł i można go zakupić np. w Rossmanie, więc z dostępnością nie powinno być problemów. A skoro na początek tak się rozpisałam o swoich odczuciach, to chyba najlepszy moment o napisaniu czegoś o samym produkcie. Dzięki zawartości soli kosmetyk ten ma zarówno działanie przeciwgrzybiczne jak i antybakteryjne stąd też może ono wspomóc osoby z cerami problematycznymi. Pewnie zauważyliście już napisy goszczące na opakowaniu i informujące o braku SLS oraz SLES. Wiem, że dla wielu osób brzmi to jak mantra i jest ważnym kryterium przy doborze kosmetyków.Niestety, żeby nie było tak całkiem kolorowo kilku rzeczy ze składu można byłoby się wyzbyć według mnie.Chodzi mi tu głównie o sztuczne substancje imitujące zapachy. Ja osobiście poświęciłabym zapach ( który jak już wspominałam jako pierwszy mnie oczarował) na rzecz jeszcze większej naturalności. Mydło i bez niego jest się w stanie obronić i przyciągnąć rzeszę fanów. Solankowy cudak nie szkodzi, a wręcz uwiódł mnie swoim działaniem i z przyjemnością będę kontynuować kosmetyczny romans z nim w roli głównej.




poniedziałek, 4 stycznia 2016

Billy.Kot , który ocalił moje dziecko... [AKCJA: podaj książkę dalej]

Wbrew pozorom blogerki kosmetyczne  to osoby czytające. Ucieszyło mnie niezmiernie gdy nasze spotkanie listopadowe zachciała zasponsorować jedna z internetowych księgarni Platon24. Podobno czytelnictwo w naszym kraju podupada , więc najwyższa pora poprawić niechlubne statystyki. Takim oto sposobem za pomysłem Kasi  czeka na Was dzisiaj zarówno recenzja jak i możliwość otrzymania i przeczytania tytułowej książki.


Zacznę od mojej opinii na jej temat. Jak wiecie jestem fanką książek , które oparte są na prawdziwych wydarzeniach. W takiej formie lepiej dociera do mnie to co dzieje się na świecie i mam okazję poznać problemy innych ludzi. Dzięki temu uświadamiam sobie również jak błahe są moje zmartwienia w stosunku do problemów z jakimi muszą się zmierzyć rodziny z całego świata. To kolejny tytuł poruszający temat choroby dziecka. Była już schizofrenia, teraz pora na historie z autyzmem ( chciałoby się napisać w tle, ale to główny i wybijający się ponad inne temat poruszony w książce). Za każdym razem rodzą się w mojej głowie obawy.Sama nie jestem jeszcze matką i zastanawiam się jak ja poradziłabym sobie w podobnej sytuacji. Szczerze podziwiam rodziców , którzy nierzadko muszą walczyć o swoje dziecko. Myślę, że pomimo tego że jest to przeszkoda, to choroba dziecka jest jednocześnie dla nich kołem napędowym. Nie mogą się przecież poddać i odnajdują w sobie nadludzie pokłady siły i determinacji. 


Jestem również niepoprawną kociarą i od kilku lat kocham te zwierzęta bezsprzecznie. Wiem ile radości może dać taka kudłata ( czasami dość irytująca) kulka. Jako, że swego czasu miałam do czynienia aż z 7 niepowtarzalnymi kotami (dwaj moi koci pupile trafili mam nadzieję do kociego nieba), wiem jak różne potrafią być ich charaktery. Każdy z nich jest inny i nie z każdym łatwo nawiązać więź. Jedne są ufne i garną do ludzi , innym potrzeba czasu. Zaskakujące jest dla mnie jak zwierzę, które przecież mówić nie potrafi jest w stanie nawiązać tak głęboką więź z chorym dzieckiem do którego ludzka mowa niespecjalnie przemawia. Nie mogę również zrozumieć tego, że są wśród nas ludzie , którzy takich milusińskich są w stanie krzywdzić. Wiem co mówię, bo nie raz i nie dwa szukałam pomocy u weterynarzy po tym jak ktoś mścił się na moich zwierzakach. Mam nadzieję, że po lekturze tej książki chociaż jedna osoba popatrzy na koty inaczej- przychylniejszym okiem. To zawsze będzie jakiś postęp! Nie chcę Wam pisać krok po kroku co działo się w relacji Billego z Fraser'em , bo po pierwsze możecie więcej poczytać o tym w sieci, a po drugie jedna z Was będzie miała okazję otrzymać ten egzemplarz do poczytania.


Książka z mojej strony poleci do pierwszej osoby blogującej, która pod tym postem wyrazi chęć udziału w zabawie i zobowiąże się do spełnienia warunków. 

Kto czyta żyje wielokrotnie, kto zaś z książkami jest na bakier na jeden żywot jest skazany - Czechowicz 

Warunki zabawy:

1. Przeczytać książkę
2. Zrecenzować ją (miło będzie przeczytać recenzje widziane z różnych perspektyw).
3. Recenzję książki okrasić przysłowiem, które będzie dla Ciebie powiązane z książką (o czytaniu, uczuciach, życiu - dowolnie).
4. Wpisać się w książce.
5. Zamieścić link o zabawie u siebie i odsyłacz do posta Kasi, jako postu rozpoczynającego akcję.
6. Polubić przynajmniej jeden blog, którego autorka (lub autor) wziął już udział w zabawie (z listy zamieszczonej w książce).
7. Przesłać książkę dalej (do osoby, która zgłosiła się do udziału w zabawie w komentarzu pod postem u Ciebie, tym o którym mowa w punkcie 5).

Mam nadzieję, że znajdzie się jakaś chętna duszyczka  do kontynuowania akcji. 
Pozdrawiam!

sobota, 2 stycznia 2016

Trochę inna maska algowa [BingoSpa]

Ten post miał się ukazać w zeszłym roku. Jednak plany planami, a życie życiem. A "internety" odmówiły posłuszeństwa i tak naprawdę dostęp odzyskałam dzisiaj. Mam nadzieję, że nie przejściowo , ale już na stałe. Dzisiaj kolejny post dotyczący kosmetyku znanej Wam już firmy.

Maskę algową znam już od kilku lat, ale pod inną postacią. Typowo gabinetowa wersja peel off bardzo przypadła mi do gustu. Ale maski algowej w takiej postaci dotychczas nie znałam. Nie zachowuje się jak jej proszkowa imienniczka i jest zwykłą maską wymagającą zmywania. Wersja którą wybrałam wzbogacona została o 12 składników. W składzie naprawdę sporo się dzieje. Pierwszym ekstraktem jaki pojawia się na liście jest  ten z glonu należącego do rodziny brunatnic-  Morszczynu pęcherzykowatego. Później wyciąg z plechy algi dzięki któremu nasza skórę owija niewidzialny film wiążący w niej wodę dzięki czemu ograniczona zostaje jej utrata. Skóra zyskuje na miękkości i gładkości.Kolejny ekstrakt z kolejnej algi i o takim samym działaniu.I znowu glon , który co ciekawe u Japończyków gości często na talerzu. I dla odmiany alga w innym kolorze wykorzystywana w suplementach diety ze względu na jej właściwości odżywcze. Doskonale oczyszcza również skórę.Czego tu nie ma...Słowem 16(!) ekstraktów pod rząd.  


Konsystencja  to coś pomiędzy żelem a galaretką. Problemów przy aplikacji nie ma z nią żadnych. Ze zmywaniem również. Zaskakujące było dla mnie natomiast uczucie pieczenia i rozgrzewania na twarzy po nałożeniu produktu. Generalnie wyznaję zasadę, że jak piecze to działa , ale mimo to byłam nieco zaskoczona, bo naprawdę mało kosmetyków jest w stanie tak na mnie zadziałać. Nie jest to stan nie do zniesienia. Po zmyciu przez chwilę buźka była lekko zaczerwieniona, ale ten efekt nie utrzymuje się specjalnie długo. Za to jaka jest gładka i miękka. Przyjemna w dotyku. Co do oczyszczania stosuję też inne produkty , więc nie jestem jednoznacznie w stanie powiedzieć w jakim stopniu to zasługa maski. 


Brakowało mi jednak informacji na opakowaniu o ewentualnych skutkach . Zawsze to lepiej wiedzieć, że może wystąpić pieczenie niż nie wiedzieć. Ja zastanawiałam się początkowo czy to nie przypadkiem wyłącznie moja reakcja, ale popisałam z kilkoma osobami i każda z nich miała takie odczucia związane  z maseczkami do twarzy od BingoSpa. Ciekawi mnie również ich maseczka cynkowa, bo podobno radzi sobie idealnie z problemami skórnymi. Przyjdzie i na to pora. A ten gagatek o wadze 150g możecie zakupić za jedyne 14zł o tutaj