poniedziałek, 29 lutego 2016

LashVolution : serum pobudzające wzrost rzęs

Nie często na moim blogu pojawia się recenzja produktu przeznaczonego do rzęs, a jednocześnie nie będącego mascarą. Cieszy mnie bardzo, że miałam okazję poddać testom serum pobudzające wzrost rzęs-  jedno z dostępnych obecnie na rynku kosmetycznym.

Nie jest tajemnicą , że serum trafiło w moje ręce podczas przygotowań  do spotkania listopadowego
którego organizacji podjęłam się wraz z Aldoną.  Akurat ja miałam przyjemność prowadzić konwersację z przedstawicielką firmy i pierwsze co dało się od razu odczuć to pełna świadomość na temat produktu jaki firma oferuje. Uzyskawszy całą masę informacji czekałam na dzień w którym mogłabym na własnej skórze przekonać się o tym czy i jak LashVolution poradzi sobie z moimi rzęsami.


Prawdę powiedziawszy nigdy nie miałam powodów do narzekań. Moje rzęsy nie są naturalnie specjalnie długie i gęste, ale dostępne jest obecnie całe spectrum dedykowanych im produktów.Wszelkie braki nie trudno uzupełnić.  Nie odczuwam jednak presji związanej ze zmianą ich wyglądu.  I do serum podeszłam bez wygórowanych wymagań. Chciałam z babskiej ciekawości poznać jego działanie. Uderzyła mnie precyzja w przygotowaniu samego produktu i otoczki wokół niego. Pudełka są personalizowane,  a wszystko utrzymane jest w przejrzystej przyjemnej dla oka kolorystyce.


Przepraszam za niezbyt wyjściowe zdjęcia zbliżeń , ale mój aparat miewa ostatnio złe dni. Spostrzegawcze oko dostrzeże jednak różnicę. Przed rozpoczęciem kuracji moje rzęsy wahały się z długością pomiędzy 4-5 mm, co zresztą widać na pierwszym zdjęciu.  Kurację kontynuowałam przez kolejnych 6 tygodni i dokonałam ponownego pomiaru.Tym razem widać,że całość jest już bardziej wyciągnięta i dla mnie zdecydowanie przyjemniejsza w odbiorze. Bardziej moją uwagę zwróciło coś, czego niestety na zdjęciach ująć nie potrafię. Mianowicie utworzyła mi się  nowa linia rzęs minimalnie nad tymi starszymi. Widać sporo małych egzemplarzy ,które gdy jeszcze trochę podrosną zagęszczą a dzięki temu również przyciemnią oprawę mojego oka.Unoszą się również delikatnie ku górze przez to też trochę ciężko oddać na zdjęciu zachodzące pozytywne zmiany.  Chciałam kurację kontynuować bez przerw, bo 3 ml produktu są bez wątpienia bardzo wydajne, ale miałam nieprzyjemny incydent z kroplami do oczu i byłam na prawie miesiąc zmuszona odstawić wszelkie produkty mające z nimi bliski kontakt. Obecnie na nowo powróciłam do stosowania serum,ale jak wspomina producent najlepsze efekty przypadają właśnie na  6 tydzień stosowania co mnie udało się zauważyć.



Serum wyposażono w dość giętki pędzelek,którym nie trudno było precyzyjnie je zaaplikować.Jak dla mnie troszkę za dużo się na niego nabierało, a że jestem panikarą ogólnie bałam się trochę że nadmiar dostanie się do oka. Oczywiście  ostatecznie nic takiego miejsca nie miało :)  W ogóle nic złego z oczami przez cały czas używania serum się nie działo. A to dość wrażliwe okolice i cieszę się, że tak gładko i przyjemnie przeszło testy. Na stronie producenta w zakładce opinie, możecie przejrzeć efekty po stosowaniu serum u innych osób, co na pewno pozwoli Wam podjąć ostateczną decyzję.


Ja jestem zadowolona, a Wy?!

sobota, 27 lutego 2016

Ultra Aqua Brow Tint : light / medium [ MUR]

Farbki do brwi od MUR ciekawiły mnie już podczas pobytu w UK. Używałam jednak wówczas kredki od MUA, która dobrze się spisywała w związku z czym nie kupowałam innych kosmetyków do podkreślania/uzupełniania brwi. Dwa kolory Aqua Brow trafiły do mnie dzięki temu , że ich kolor nie przypasował zupełnie kuzynce. I tak zaczął się mój romans z tym produktem...


Stałam się posiadaczką dwóch odcieni: jasnego brązu wpadającego bezsprzecznie w rudości zwanego przez producenta LIGHT  oraz trudnego do rozgryzienia koloru przemieszania brązu z burgundem a na mój gust wpadającego nieco w śliwkę - MEDIUM.  Nazwy dość mylące, bo my bladolice jednak częściej kojarzymy je z nieco innymi odcieniami.  Farbki obie są jednakowo mocno napigmentowane, a ich konsystencja faktycznie przypomina farby akwarelowe dla plastyków. Nie jest za gęsta  i śmiało można ją rozprowadzać na brwiach rysując wprawne linie , a jednocześnie nie jest za rzadka i nie ucieka tam gdzie nie trzeba. Do stworzenia idealnego wizerunku wystarczy naprawdę kropla produktu.Ja nakładam go najpierw na dłoń gdzie delikatnie pędzelkiem wytracam intensywność koloru i dopiero w takiej formie obrysowuję i wypełniam swoje brwi. Muszę jednak przyznać, że korzystam wyłącznie z koloru LIGHT , który przy rudych i czerwonych włosach całkiem fajnie wygląda. Mnie osobiście się podoba, chociaż na jednym ze szkoleń nasłuchałam się, że najgorszym  złem  jest nałożenie rudości na brwi.Po opakowaniu zresztą widać, że swoje już przeszło. Niestety napisy starły się z niego stosunkowo szybko. Odcień MEDIUM wypróbowałam z ciekawości raz. Przerysowany i nienaturalny efekt jaki zyskałam skutecznie mnie od niego odstraszył. Naprawdę nie wiem czy ktoś dobrze by się w nim czuł. Może gdyby wymieszać go z innymi odcieniami...




Fajne jest to, że farbką da się wprawnie manewrować podczas nakładania, ale już w chwilę "po" zastyga.Nie tworzy na szczęście nieestetycznej skorupki, ale trwa sobie na miejscu i deszcz jej nie straszny. Trzeba użyć dobrego kosmetyku do demakijażu, żeby usunąć ją z pomiędzy brwi. Bezwzględnym atutem jest fakt, że trzyma się nie tylko na włoskach, ale i skórze dzięki czemu możemy wypełnić braki czy przedłużyć łuk brwiowy. Dla mnie zdecydowanie to jedno z lepszych rozwiązań. Obecnie cena w PL wynosi około  15 zloty za tubkę.

Ktoś z Was używa?

~~~~~~~~~~~~~~~~


środa, 24 lutego 2016

Małe , szybkie rozdanie!

Nie będę niepotrzebnie przedłużać i napisze tylko, że zapraszam Was na szybki i mało wymagający konkurs w którym do zdobycia kosmetyczne drobnostki. 

Kosmetyki są nowe, nieużywane. 
Nie mam wymagań co do obserwacji bloga.
Byłyby mi miło gdybyście jednak polubili moją nową Fb stronę- Uscrapowana. Każdą osobę która zdecyduje się na taki krok proszę o takową informację w komentarzu ( będzie za to dodatkowy los). 
Kosmetyki ze zdjęcia pierwszego wchodzą w skład zestawu nr 1, jeśli znajdzie się chętna duszą na zestaw nr 2 oddam jej 10 farb w kolorze Czerwona Porzeczka 231. Zmieniam nieco sposób koloryzacji i mnie się już nie przydadzą.

Wysyłka na terenie Polski.
Rozdanie trwa od 24.02-15.03.2016r.




I to by było na tyle!
Życzę powodzenia!

poniedziałek, 22 lutego 2016

Maska czy masło?! [Gliss Kur maska przeciw rozdwajaniu się włosów]

Jeśli budzicie się każdego ranka z napuszonymi włosami w zupełnym nieładzie - ten post jest dla Was. Co prawda maska o której chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć ma w teorii nieco inne właściwości , ale nie wiem czy są jakieś włosy, które byłyby w stanie się jej oprzeć. 


Złoto w czystej postaci na opakowaniu, a co w środku?!  Maskę przywiozłam z zeszłorocznego Meet Beauty. Prawdę powiedziawszy dla mnie szczęśliwym trafem, bo podejrzewam  , że na drogeryjnej półce nie zwróciłaby mojej uwagi. Gdy trafiła w moje ręce kondycja mojego upierzenia pozostawiała wiele do życzenia. Końcówki zdecydowanie były już rozdwojone i wypadało je nawet obciąć , ale zwlekałam z tym krokiem najdłużej jak się dało.  Długo nie dałam jej na siebie czekać i dość szybko dobrałam się do zawartości plastikowego słoiczka. Pierwsza aplikacja i zaskoczenie... Zdecydowanie jest to kosmetyk cięższego kalibru. Przyzwyczajona do lżejszych produktów początkowo musiałam się oswoić z kosmetykiem zbliżonym konsystencją  do masła. Co prawda nigdy nie nakładałam naturalnego masła na włosy, ale podejrzewam, że efekt " po " byłby podobny do tego , gdy nałożyłam sobie to cudo na całej długości. Nawet po zmyciu miałam na głowie mało apetyczne kluski. Szczęście, że był czas na ponowne próby jej zmycia :) Większość z Was dojdzie pewnie w tym momencie do wniosku, że trochę sobie dziś ponarzekam. I tu Was zdziwię! Tak naprawdę chciałam opowiedzieć o tym jak bardzo kosmetyk ten przypadł mi do gustu 


To prawda, nasze pierwsze spotkanie z bliska nie wyszło najlepiej. Ale z czasem- gdy emocje  trochę już opadły, a było ich sporo- poczytałam opinie w sieci i zalecenia samego producenta. Zaczęłam tego gagatka nakładać mniej więcej od połowy w stronę końców włosów do których generalnie kosmetyk jest przeznaczony.I wtedy na mojej głowie zaczęły się dziać cuda. Puchate i niesforne pasma z którymi budziłam się co rano stały się nagle ułożone. Co więcej podatniejsze na  stylizację. Układanie ich na szczotce przestało być zmorą. Ostatecznie włosy znacznie skróciłam ( za co pokutuję do tej pory) , ale maskę nadal nakładam na końce. Zapobiegawczo! Póki co nic złego się z nimi nie dzieje. W składzie można się doliczyć kilku olei, więc nie ma się co dziwić, że działanie obciążające jest dość wysokie. Pachnie... dla mnie nieco orientalnie, dość ciężko i jednak trochę chemicznie. Jest jednak bardzo wydajna, bo 200ml zużywam prawie 4 miesiąc, a stosuję ją 2-3 razy w tygodniu. Jak widzicie jeszcze coś tam na dnie jest do wykorzystania. A teraz przyznam się , że uprzedzona byłam do niej bardzo....Zwłaszcza przez to , że jednak szampony tej firmy nie zrobiły na mnie specjalnie dobrego wrażenia. Posiadaczkom włosów ze skłonnością do przetłuszczania lub nadmiernego obciążenia jednak bym jej nie polecała. Chyba , że faktycznie w minimalnej ilości  używanej na same końce. Niedługo będzie mi  dane używać innego kosmetyku do włosów z olejami w składzie. Ciekawa jestem jak wypadnie. 

Całuję ;*

sobota, 20 lutego 2016

małe nowości kosmetyczne

Nie wymagajcie ode mnie zbyt wielkiego wysiłku przy sobocie, proszę :) Przychodzę do Was z krótkim postem o tym co trafiło ostatnio w moje ręce. Co prawda czekam jeszcze na kilka kosmetyków z ostatnio nawiązanych współprac, ale nie mogłam się powstrzymać.

Jak już pisałam i pokazywałam na facebooku ,skusiła mnie wyprzedaż outletowa w sklepie AA. A ponieważ kosmetyki wcale nie miały takich krótkich terminów przydatności ( bo do 2018r.) to zdecydowałam się zakupić większą ilość. Jeden zestaw do demakijażu przedstawiony na fb trafi jutro w ręce kuzynki. Sobie zostawiam po dwa egzemplarze. Ostatnio takie produkty schodzą u mnie jak woda. Nie chcę Was wprowadzać w błąd , ale z tego co pamiętam i za żele i za płyny płaciłam ok 2.40zł/szt. Krem był droższy, bo jego koszt to blisko 5zł, ale i tak zdecydowanie taniej niż w cenie regularnej.






Na allegro przyciągnął mnie wybielający proszek do zębów od Fitokosmetik . Dostępne były również inne wersje. Prawdę powiedziawszy rodzaj był mi obojętny.Zwyczajnie byłam ciekawa jak  taki dziwak się spisuje. Na początku zdecydowanie zaskoczył mnie rozmiar , bo spodziewałam się małego pudełeczka, a jest ono całkiem spore  bo ma ok 10cm średnicy.A myślałam, że będzie to taki uroczy mały gadżet do zabrania w podróż.


Następnie przygarnęłam szampon-balsam pokrzywowy.W aukcji przedstawiony był sporo skrócony skład i dlatego się na niego skusiłam. Po odebraniu i przyjrzeniu mu się z bliska okazało się, że SLS jest jednak obecny w składzie. Specjalnie mi to nie przeszkadza, bo w kwestii włosów staram się nie popadać w paranoję. Dobrałam sobie do pary odświeżającą maseczkę do twarzy, znaną już pewnie większości z Was. Póki co użyłam każdego z kosmetyków po jednym razie więc nie mogę nic więcej powiedzieć na ich temat.


A na TRND załapałam się do kampanii z Monte i tak sobie teraz umilamy chwile zajadając się deserami w 8 wariantach smakowych.


Całuję:*

poniedziałek, 15 lutego 2016

Ziołowe ukojenie od Sylveco [balsam do ciała]

U mnie na tapecie zioła w każdej postaci. Nie dość, że popłynęłam podczas zakupów nasion to jeszcze piszę Wam dzisiaj o balsamie do ciała- niecodziennym, bo z wykorzystaniem ziół właśnie. Generalnie, co da się zresztą zauważyć korzystam z szerokiego przekroju kosmetyków. Raz bliżej mi do tych bardziej chemicznych, a innym razem stawiam na ECO, a właściwie SylvECO. Nie będę ukrywać , nie bez znaczenia jest dla mnie pochodzenie tych kosmetyków, bo czuję się z nimi związana regionalnie... Nie dość, że polskie, to jeszcze NASZE - podkarpackie.



Balsam przywiozłam ze sobą z sanockiego spotkania organizowanego przez Magdę w maju. Miałyśmy wtedy możliwość na wszelkie sposoby przetestować ówczesną ofertę firmy. A jak wiecie od tamtego czasu miała ona okazję rozrosnąć się o całą nową serię kosmetyków VIANEK. Tych akurat jeszcze nie miałam, ale wszystko przede mną. Naoglądałam się na blogach tych cudów i mam ochotę na kilka konkretów, ale muszę zużyć nagromadzone zapasy. Wracając do tematu , bo dzisiaj chciałam Wam napisać o KOJĄCYM balsamie do ciała. Dedykowany dla skóry przesuszonej i podrażnionej , po opalaniu lub depilacji. Początkowo trochę zastanawiały mnie te konkrety we wskazaniach do stosowania. Jednak po pierwszym użyciu było jasne dlaczego...


Balsam ma przyjemną  stosunkowo lekką konsystencję. Wchłania się generalnie bez problemu, chyba że nałożymy zdecydowanie dużą ilość kosmetyku- wtedy potrzebuje odrobiny czasu.  Po użyciu zdecydowanie odczuwalne jest uczucie chłodu. Stąd też idealnie nada się do skór ze wskazań z opakowania. Jednak prawda jest taka, że każdemu kto lubi takie doznania powinien przypaść do gustu. Warunkiem dodatkowym powodzenia takiego romansu ciała z kosmetykiem jest zdecydowanie uwielbienie do ziół, a właściwie do mięty. To ona przeważa swoim zapachem w balsamie i wyczuwalna jest nie tylko w czasie aplikacji , ale i w chwilę "po". To co ja dodatkowo lubię to dość bogato rozbudowana na opakowaniu informacja o składnikach aktywnych. A ten kojący gagatek w nie obfituje. Zaczynając od witaminy E przez olejki np. z pestek winogron właśnie ,aż do ekstraktów : z kory brzozy, aloesu czy krwawnika pospolitego. Większość z nich odpowiedzialna jest właśnie za przyspieszenie procesu regeneracji czy też zniwelowanie uciążliwych skutków podrażnień.  Dla mnie podczas cieplejszych dni, a zwłaszcza po nadmiernej ekspozycji na słońce był on prawdziwym wybawieniem. Nie dość, że poprawiał mój komfort psychiczny,  to jeszcze skóra przy regularnym stosowaniu wydawała się szybciej regenerować. Jak ktoś również opala się na raka jak ja, ten wie ile to niesie za sobą nieprzyjemnych odczuć. Z tym balsamem było mi zdecydowanie lżej przejść przez to wszystko.


Od strony technicznej: opakowanie z pompką ( dobry pomysł) mieszczące 300ml kosmetyku. Balsam ważny 6 miesięcy od otwarcia. Cena w zależności od sklepu 34-38zł. Skład zapożyczony ze strony producenta : Woda,  Olej z pestek winogron,  Triglicerydy kwasu kaprylowego i kaprynowego, Gliceryna,  Sorbitan Stearate & Sucrose Cocoate,  Stearynian glicerolu,  Kwas stearynowy,  Alkohol cetylostearylowy,  Ekstrakt z krwawnika pospolitego, Witamina E,  Olejek miętowy,  Alkohol benzylowy,  Betulina,  Ekstrakt z aloesu, Guma ksantanowa,  Kwas dehydrooctowy 



poniedziałek, 8 lutego 2016

Smooth Make-up Base [Kobo Professional]

Powodzeniem każdego makijażu oprócz odpowiedniego uprzedniego przygotowania buźki jest również dobór odpowiedniej bazy. Do tej pory poszukiwałam swojego ideału , ale sięgałam po kosmetyk tego typu od tzw. święta. Głównie dlatego , że moja twarz reagowała na nie zwyczajnie źle. Wystarczyło jedno użycie by na mojej buźce pojawiały się nieestetyczne grudki. Czy z bazą Kobo pozbyłam się tego uciążliwego problemu czy okazała się być jak inne?!





Zaskoczeniem była dla mnie wielkość. Pierwszy raz spotkałam się z bazą o pojemności 40ml. Zwykle były to albo zupełne maleństwa albo okazy o pojemności 30ml, których zużycie było dla mnie z racji małej częstotliwości użytkowania niemożliwe. Zadaniem tego kosmetyku ma być oczywiście przedłużenie trwałości makijażu oraz pomoc  w rozprowadzeniu podkładu. Jednak baza ta posiada także kilka ciekawych składników aktywnych. Moja uwagę zwrócił przede wszystkim kompleks cząsteczek z rośliny Tara , dzięki któremu nasza skóra zyskuje dodatkową dawkę nawilżenia. Za sprawą alantoiny przyspieszony zostaje proces  odnowy i regeneracji naskórka. 



Kosmetyk ma konsystencję lekkiego kremu. Dobrze rozprowadza się na skórze  i szybko wchłania . Nie pozostawia nieprzyjemnego filmu. Pachnie delikatnie, nieco pudrowo. Prawda jest taka, że gdyby nie napis na opakowaniu byłabym przekonana , że mam do czynienia z kremem nawilżającym.  Pod tym względem baza bardzo przypadła mi do gustu. Najfajniejsze w tym kosmetyku jest jednak to, że działa. A pomimo tego, że okazji miałam sporo i zdarzało się, że korzystałam z niej codziennie, nic złego z moją twarzą się nie działo. Zdecydowanie jest to inny kosmetyk niż silikonowe , ciężkie bazy  z którymi miałam do czynienia wcześniej.A dodatkowo przyjemna jest również jego cena, bo koszt 40ml to około 18zł.

piątek, 5 lutego 2016

Czarna hybryda w dwóch wydaniach [paznokcie mamy i córki]

Stęskniło mi się za Wami. Niespodziewanie rozłożyła mnie choroba i dopiero wczoraj tak naprawdę wróciłam do żywych. A presja była spora , bo już jutro czeka nas rodzinna uroczystość na którą miałam do przygotowania kilka scrapowych rzeczy. Wczoraj dopiero udało mi się wydrukować potrzebne dodatki , a do pracy zmusiłam też męża. A co, w końcu to dla jego przyszłej chrześnicy :) 

Nie wiem jeszcze w czym dokładnie się zaprezentuję więc postawiłam na paznokciach na klasyczną czerń. Taką samą decyzję podjęła również moja mama. Wykorzystałam czerń od Neonail Pure Black.Po ostatniej bardzo nieudanej przygodzie z kolorem Pink Doll od Semilac, który mnie uczulił daję sobie spokój z tą firmą na swoich paznokciach. Zacznę od mamy, która postawiła na połączenie hybrydy z lakierem do paznokci którym wykonałam zdobienia.



Ja sama wykorzystałam dwa kolory od Neonail : wspomniane Pure Black  oraz Marron. Piękny brąz  wpadający w złoto !  Wykorzystałam również czarną tasiemkę do zdobień. Ale o tasiemkach i  tym jak do mnie trafiły wspomnę w dalszej części posta. Całość ciężko było mi samej uchwycić za pomocą samowyzwalacza stąd zdjęcia takie a nie inne :) 




W ostatnim czasie wpadło mi w ręce kilka lakierów Silcare wraz z bazo/topem. Połowę kupiłam na stronie firmy, resztę na allegro. I muszę przyznać, że o ile te prosto od producenta są strasznie toporne pod względem konsystencji o tyle te z allegro są całkiem przyjemne. Nie wiem  jednak od czego to jest zależne.Tasiemki przywędrowały do mnie z grupy dla... scrapujących. Robiłam akurat zakupy prac z papieru i wypatrzyłam u jednej z osób tasiemki zareklamowane jako idealne do tworzenia kartek. A że cena za sztukę była dość przyjemna , bo nie przekraczała magicznych 80 groszy, przygarnęłam kilka sztuk. 



I to by było na tyle. Wracam do regularnego pisania po weekendzie.
Całuję:*