Maseczka z fasolą Mung [Bioaqua]

Maseczka z fasolą Mung [Bioaqua]

Wiem, że są i zwolennicy i przeciwnicy kupowania kosmetyków na Aliexpress. Ja jak widać kupuję i stosuję. Jest to indywidualna kwestia i myślę, że najlepiej jeśli każdy rozstrzygnie wszelkie za i przeciw w zgodzie ze sobą. Ryzyko uczuleń istnieje zawsze- nawet w przypadku kosmetyków przebadanych na wszelkie sposoby i w zgodzie z obowiązującymi w Europie standardami.

Prawdę mówiąc miałam nie umieszczać na blogu wpisów na temat każdego z zakupionych kosmetyków jednak wiem jak trudno o ich opis czy recenzję w języku polskim czy chociaż angielskim. Stąd też dzisiejszy wpis chciałabym poświęcić maseczce Bioaqua- mojemu pierwszemu kosmetycznemu nabytkowi z Aliexpress. Nie traktujcie tego jako typowej recenzji.Jest to przede wszystkim wpis traktujący o moich odczuciach dotyczących tego produktu wraz ze zdjęciami celem jego przedstawienia Wam w jak najlepszy sposób.


Niestety na opakowaniu możemy znaleźć tylko kilka słów w języku angielskim i cały opis  po chińsku. Pobawiłam się  tłumaczem ( co trochę mi jednak zajęło) i jestem w stanie przedstawić Wam podstawowe informacje.Maseczka ta ma według informacji z opakowania trzy składniki aktywne, które mają wpływ na jej działanie : ekstrakt z fasoli Mung, olejek z drzewa herbacianego oraz wulkaniczne błoto mineralne( pełnego składu nie odnalazłam). Przeznaczona jest do skór z problemami: trądzikiem, przebarwieniami oraz tych zwyczajnie potrzebujących oczyszczenia. Według opisu dodatkowo ma także właściwości wybielające , nawilża i podobno działa przeciwzmarszczkowo. Ogólnie fasola Mung jest ceniona zarówno w kuchni jak i w kosmetykach i o niej samej jak i o jej właściwościach można znaleźć sporo informacji w internecie.


Maseczka ma gęstą konsystencję, ale większych problemów z nakładaniem jej na twarz nie miałam. Przyjemnie pachnie ( trochę waflami z kukurydzy, a te osobiście uwielbiam), chociaż wiem- nie wygląda :) Początkowo bałam się, że zastygnie na twarzy jak większość maseczek błotnych lub glinek. Na szczęście nic takiego nie ma miejsca i skóra nie jest nieprzyjemnie ściągnięta.O dziwo faktycznie czuć, że jest nawilżona i przyjemnie miękka.W miejscach w których miałam wypryski po nałożeniu czuć było lekkie pieczenie, a właściwie mrowienie - podejrzewam, że to przez olejek z drzewa herbacianego. Twarz po zmyciu miała normalny odcień, nie była zaczerwieniona.Według mnie to dobra opcja przed manualnym oczyszczaniem twarzy, ponieważ na nosie ( z którym mam problemy) widać było, że zanieczyszczenia zostały praktycznie wyciągnięte na zewnątrz. Prosiło się aż o zastosowanie dobrego plasterka oczyszczającego.  Jedyne zastrzeżenie: do zmywania polecam gąbeczkę , bo dłońmi trochę ciężko pozbyć się jej z twarzy. Polecany czas trzymania jej na twarzy to 15-20 minut i ja oczywiście wybrałam tą drugą opcję. Koszt to około 2,30 zł w zależności od kursu dolara i/lub ewentualnej prowizji w banku. Waga 20g- przy takiej ilości jak ta nałożona na moją buźkę (na zdjęciach) wystarczyła na 2 aplikacje, co daje całkiem dobry wynik.Mnie efekt spodobał się na tyle, że zakupiłam inną fasolową maseczkę w pełnowymiarowym opakowaniu ( na którą czekam).

Jeśli używałyście jakiś kosmetyków z Aliexpress to z chęcią poczytam Wasze recenzje - śmiało możecie zostawić linki w komentarzu.
Transparentnie [ Kobo]

Transparentnie [ Kobo]

Nawet u mnie maniaczki i posiadaczki całkiem sporej ilości kosmetyków nadchodzi czasami taki moment, że oto... coś się kończy. Jest to najlepszy dowód na moją miłość względem danego kosmetyku i chociaż za serce chwyta żal to jest i radość, bo dobrze jest trafić na coś naprawdę dobrego w całym morzu oferowanych nam kosmetyków. Jako posiadaczka cery mieszanej muszę dodatkowo zadbać o to, by ze strefy T nie umknęło mi to co najistotniejsze w moim makijażu. Korzystam z baz pod podkład, na większe wyjścia używam fixera, ale poczucie bezpieczeństwa w tej kwestii od zawsze zapewnia mi puder. Przez moje ręce trochę się ich przewinęło i były to zarówno prasowane jak i sypkie okazy. Z czasem doszłam do wniosku, że jednak ta druga forma jest mi bliższa.Tak wiem ma tylu zwolenników co przeciwników, bo przecież się osypuje, bo produkt ulega zmarnowaniu , bo może się niepostrzeżenie wysypać... A mimo to dla mnie jest ideałem.



Jak widzicie w moim opakowaniu zostało coś jeszcze na potrzeby zdjęć i kilkukrotne użycie.Właściwie nawet nie przypuszczałam, że nadchodzi pora rozstania się z tym konkretnym opakowaniem, bo tak dobrze było nam razem... Zdecydowanym minusem jest ścierający się napis. Chciałabym na zdjęciach umieścić pięknie prezentujące się opakowanie, ale moje jest już zwyczajnie w dużej mierze wytarte. Oczywiście w niczym to tak naprawdę nie przeszkadza, prócz niezbyt ciekawego efektu wizualnego. Pomimo, że jest wykonane z plastiku jest trwałe.U mnie zaliczyło kilka upadków i nie pojawiły się chociażby pęknięcia. Aplikator- siteczko sprawia swoje zadanie, Początkowo bałam się, że tymi dziurkami wszystko się wydostanie, ale obeszło się bez takich czarnych scenariuszy. Ja zwykle robiłam to tak, że przechylałam zakręcone opakowanie na chwilę " do góry nogami". Po tym zabiegu delikatnie odkręcałam, a kosmetyk do użycia znajdowałam na wieczku skąd  nakładałam go sobie za pomocą pędzla.  Taka metoda sprawdziła się u mnie najlepiej, ale z chęcią poznam i Wasze sposoby.




Puder w moim przypadku działał na tyle dobrze , że nie robiłam poprawek w ciągu dnia . Kosmetyk nie bieli buźki, ale warto uważać na pierwsze przyłożenie, bo jeśli znajduje się go za dużo na pędzlu to można się później zdziwić :) Pomimo matu twarz wygląda na świeżą i zdrową.Uważam też, że jest wydajny. U mnie wykorzystywany był niemalże każdego dnia ( a trafił do mnie w grudniu), teraz mamy koniec kwietnia i jego też jeszcze troszkę jest. Przez pięć miesięcy skrupulatnie wykorzystywałam to swoje 8g szczęścia. Z każdym z moich podkładów bardzo dobrze współgrał.Prawdę mówiąc stosowałam go z powodzeniem także na kremy BB i te nasze i te azjatyckie. Jego składniki aktywne mają pochłaniać nadmiar sebum i w moim przypadku tak było. Trudno się więc dziwić, że jest on dedykowany głównie tłustym buziom lub do makijażu scenicznego. Widziałam w sieci sporo zróżnicowanych opinii. Dla jednych jego zdolności matujące są za słabe innym przeszkadza ,że delikatnie wpada w beż. Ja mogę śmiało powiedzieć, że nie mam mu nic do zarzucenia, a tak różne zdania potwierdzają tylko regułę , że każda twarz jest inna.


Co przywiozłam ze sobą z Meet Beauty?! [sponsorzy]

Co przywiozłam ze sobą z Meet Beauty?! [sponsorzy]

Był czas na relację z sobotniego wydarzenia, nadeszła więc pora na wpis w którym chciałabym Wam przedstawić upominki od sponsorów. Tym razem zaangażowało się jeszcze więcej firm, a wśród nich takie z którymi nie miałam jeszcze styczności. Tym bardziej cieszy mnie więc możliwość poznania i przetestowania  tych kosmetyków.  Tym razem podarunki różniły się między sobą np.zapachem/kolorem. Eveline pozostawiło dowolność w wyborze kosmetyków, a że akurat do tej firmy dostępność nie jest jakoś specjalnie utrudniona ja sama sięgnęłam tylko po dwie nowości pielęgnacyjne. Nie udało mi się też "wystać" w kolejce do stanowiska Pilomax, ale na pewno kojarzycie te kosmetyki. Prawdę mówiąc mam jeszcze pół maski z poprzedniej edycji więc nie widziałam sensu przygarniania kolejnych, zwłaszcza , że być może na spotkaniu były osoby ,które jeszcze nie miały z nimi styczności.


Moim odkryciem są bez wątpienia dwie firmy : Indigo Nails Lab oraz Annabelle Minerals. Nigdy wcześniej nie miałam z nimi do czynienia. I o ile w asortymencie kosmetyków mineralnych się orientowałam o tyle produkty Indigo były dla mnie dotychczas zupełną tajemnicą. Zarówno o jednych jak i o drugich kosmetykach na pewno będziecie z czasem mogli u mnie poczytać, bo nie omieszkam ich wnikliwie przetestować.



Lirene zechciało się z nami podzielić swoją nowością - podkładem No Mask. Ja wstrzymam się jeszcze z użyciem, bo mam kilka niedawno otwartych gagatków i zwyczajnie szkoda mi marnować kolorówkę. Miniaturowe tubki u mnie zawsze mają wzięcie i ciesze się , że dzięki nim będę mogła lepiej poznać ofertę firmy. Z Eveline tak jak wspominałam przywiozłam tylko dwie nowości.Przyciągnęły mnie one swoimi zapachami i mam nadzieję, że ostatecznie też skutecznym działaniem.



Jednymi z pierwszych kosmetyków po jakie sięgnęłam po spotkaniu były te do włosów. Już śmiało mogę powiedzieć, że co najmniej jeden z nich stanie się z czasem moim ulubieńcem. A z całej piątki znałam dotychczas wyłącznie lakier, który nawet gości w mojej łazience. Nowym egzemplarzem podzieliłam się więc z kuzynką. Bielenda postawiła na urozmaicenie i podarowała nam zarówno coś z pielęgnacji i kolorówki. Żaden z tych kosmetyków nie był mi wcześniej znany, ale samą firmę oczywiście znam już od dawna.



Tołpa oprócz warsztatów o rozsądnym kupowaniu podzieliła się z nami swoimi produktami.Tak w moje ręce trafił  m.in upiększający krem BB. Krem do rąk w małej , uroczej tubce nada się natomiast idealnie do torebki.Golden Rose postawiło na klasykę: lakier i pomadkę do ust. Ani z jedną ani z drugą linią nie miałam jeszcze styczności i chociaż początkowo nieco obawiałam się odcienia swojej pomadki na ustach szybko okazało się, że to strzał w 10! Gadżeciarski długopis do kompletu w sam raz dla fanki kosmetyków.



Palmer's był mi znany z opowiadań, a teraz będę mogła sama przekonać się co w tych kosmetykach jest tak hipnotyzującego.  A na dokładkę Glov poczęstowało nas swoim " nowym dzieckiem", rękawiczką w kolorze. Czyż niebieska wersja nie jest urocza?! 




Dziękuję zarówno organizatorom jak i sponsorom, bo bez nich ten NASZ dzień nie byłby możliwy. 
Jeszcze nie ochłonęłam - Meet Beauty II

Jeszcze nie ochłonęłam - Meet Beauty II

Jest poniedziałek, a ja nadal żyję sobotnim wydarzeniem. Niestety nie miałam możliwości relacjonować Wam drugiej edycji Meet Beauty na bieżąco, ale teraz postaram się przelać na tego posta wszystkie te emocje, które towarzyszyły mi tamtego dnia.Z domu wyruszyłam tym razem już w piątek rano , tak by wieczór i noc spędzić już spokojnie w stolicy. Podczas pierwszej edycji nic tak nie dało mi się we znaki jak zmęczenie całonocną podróżą i powrót zaraz "po". To był mój pierwszy raz na Stadionie Narodowym. Co prawda kilka razy widziałam go przejazdem, ale co innego widzieć, a co innego być. Miejsce okazało się być idealnym na spotkanie w tak dużym gronie. Praktycznie  fizycznie nieodczuwalny był fakt, że było nas tam 300 szaleńczo rozkochanych w kosmetykach osób. 


Bardzo fajnie, że każdy z kolejnych "etapów" spotkania znajdował się w odrębnych salach i tak zaczynając od recepcji przechodziłyśmy do" strefy jedzeniowej", sali ogólnej, sal wykładowych i miejsca gdzie prezentowały się firmy. Zdecydowanie było widać, że organizatorki po pierwszej edycji wzięły sobie do serca nasze uwagi pozostawione w ankietach. Tym razem zadbano o każdą z kwestii w najdrobniejszym szczególe i ja osobiście nie mam się do czego przyczepić. Po oficjalnym przywitaniu powędrowaliśmy do poszczególnych sal. Na mojej liście jako pierwsze były warsztaty makijażowe organizowane przez Lirene. Muszę przyznać, że bardzo pozytywnie je odebrałam. Firma nie przedstawiła suchych faktów, ale opowiedziano nam o nowościach wchodzących dopiero na rynek, o zastosowanych technologiach.I co dla mnie najistotniejsze jedną z osób reprezentujących firmę okazała  się Anna Orłowska. Kto ogląda TVN Style ten na pewno ją kojarzy. Przedstawiła nam sposób na wykonanie makijażu rozświetlającego, sprzedała także kilka patentów,które z pewnością wykorzystam podczas wykonywania swoich makijaży. Ogólnie każda z przedstawicielek Lirene emanowała energią i dało się odczuć, że faktycznie robią to co lubią w życiu.


Byłam trochę rozdarta wewnętrznie , bo musiałam dokonać wyboru na jakie warsztaty nie pójdę. Stanęło na tym, że tym razem odpuściłam sobie panel paznokciowy , ale nie mogę napisać, że żałuję, bo w tym czasie trafiłam na fantastyczny wykład Marty z bloga SuperStyler. Opowiadała nam ona o tym jak wystartować z prowadzeniem swojego instagrama i na co zwrócić uwagę. Wywarła na mnie wrażenie; miła , wyluzowana kobieta z fajnym poczuciem humoru. Fajnie, że odnosiła wiele z podpunktów wykładu do swojego  życia. Takie opowieści zdecydowanie dłużej pozostają w pamięci.  Co prawda sama nie zamierzam wprowadzać jakiś radykalnych zmian , ale spodobało mi się  jej podejście do tego, że zna wartość przekazywanych przez siebie treści.  To prawda, że sporo osób podgląda nas na fb albo insta, ale nie reaguje w żaden sposób na to co robimy. Jeśli te  podglądające  osoby są w stanie płacić za artykuły w gazecie czy opłacać abonament to dlaczego  tak ciężko przychodzi im "nagrodzić" nas lajkiem czy komentarzem. Sama wiem, że od czasu do czasu poczytują mnie znajomi , bo wspominają o tym w rozmowach prywatnych, a jednak na żadnym z moich profili nie są aktywni. A tak już trochę z przymrużeniem oka śmiało mogę powiedzieć, że... zdecydowanie czeka mnie wizyta w Ikea :)  
Posilona pysznym jedzonkiem po wykładzie Marty powędrowałam do sali warsztatów pielęgnacyjnych prowadzonych przez Tołpę. Początkowo byłam przekonana , że skupimy się na samych kosmetykach tej firmy, a tu zaskoczenie. Temat zdecydowanie nawiązywał do ideologii firmy i miałyśmy okazję podyskutować o konsumpcjonizmie i świadomych zakupach. Wnioski były różne. Jedne kupują mniej , inne bardziej świadomie. Nie ukrywam, że ja jednak sporo rzeczy marnotrawię, ale nie umiem się zwyczajnie powstrzymać przed zakupem/otwarciem nowego kosmetyku, podczas gdy na półce stoi jeszcze ten niezużyty.

Meet Beauty to jednak przede wszystkim możliwość poznania nowych osób lub tych znanych nam już z życia wirtualnego. Miałam w końcu okazję porozmawiać na żywo  z  kilkoma dziewczynami które podczytuję - Martą znaną jako  Kaczka z piekła rodem i  Sylwią z Makijażowy Świat Sylwii. 
Poznałam też kilka osób , których wcześniej nie znałam (a co za tym idzie nie znałam też ich blogów) m.in  Darię  i Asię  z którymi spędziłam czas na poszczególnych warsztatach i przerwach między nimi. Fajnie byłoby uzyskać listę wszystkich uczestniczek, a właściwie linków do ich blogów czy kanałów, bo na pewno są wśród nich takie których jeszcze nie znam. Podziękowania za tak udany dzień należą się zarówno Organizatorkom, jak i firmom sponsorującym nasze spotkanie.  O nich jednak chciałabym napisać oddzielny post na który zapraszam kolejnym razem. 


Mam nadzieję, że spotkanie widziane moimi oczami da Wam chociaż na chwilę poczuć ten klimat.
Pozdrawiam:)
Moja kosmetyczka na Meet Beauty + wyniki

Moja kosmetyczka na Meet Beauty + wyniki

Pewnie jest jeszcze ktoś, kto tak jak ja  próbuje się skutecznie spakować na wyjazd do Warszawy. Przed nami II edycja Meet Beauty. Tym razem nie zarwę nocy na podróży i pojawię się w mieście dzień wcześniej, nie będę także musiała zaraz po spotkaniu biec na busa. A w związku z tym, że w stolicy zabawię dłużej niż te kilka godzin trwania spotkania , muszę też więcej zabrać ze sobą. Postanowiłam pokazać Wam co w tej chwili jest najczęściej używanymi  przeze mnie kosmetykami i co zabiorę ze sobą. 

Postawiłam na kryjący podkład AA z którym się polubiłam. Początkowo myślałam o jakiejś lżejszej alternatywie, ale po drodze przypałętało mi się jakieś paskudztwo, a niestety podczas choroby zawsze coś tam na mojej buźce się pojawia. Tym razem nie było inaczej i potrzebuję  teraz zakryć kilka większych przebarwień. Gdyby jednak jakimś cudem podkład nie dał sobie z nimi rady spakowałam także różową wersję kremu BB od Skin79, któremu złego krycia zarzucić nie można. Zastosuję go punktowo. Całość dopełni transparentny sypki puder Kobo oraz bronzer z tej samej firmy. Moi ulubieńcy. Sięgam po nich przy każdym makijażu , co widać po startych już napisach na opakowaniach. Jak miliony monet będę się świecić dzięki rozświetlaczowi z Lovely o którym była mowa w ostatnim poście. Wczoraj korzystając z   promocji przygarnęłam jego drugą wersję. Biorę ze sobą także chusteczki do demakijażu, ale każdy ma jakieś swoje ulubione więc... Ja postawiłam na te biedronkowe, bo z takiego rozwiązania korzystam tylko podczas wyjazdów , więc nie potrzebuję czegoś specjalnego.


Brwi postaram się poskromić za pomocą paletki z Gosh'a. Na ustach zagości matowa pomadka z Bell- mój najnowszy nabytek, ale dodam jej odrobiny połysku i utrwalę za pomocą wodoodpornego topu z Lovely. Postawiłam na  mascarę z IsaDory, głównie przez to , że to  miniatura. 


Moje hybrydowe próby spełzły na niczym , o czym pisałam na fb więc nie chcę się powielać. Zmuszona jestem więc na użycie tradycyjnych lakierów, a ich trwałość na moich łapkach nie jest jakoś specjalnie zadowalająca. Muszę więc ze sobą zabrać zmywacz w płatkach, odżywkę i lakier (Essie 282 Shearling Darling)  do ewentualnych poprawek. Zabieram ze sobą także zapach CK Eternity w formie próbki, bo akurat mam do odebrania dwa pachnidełka zamówione u Kasi. Pozwoliłam sobie nie dodawać zdjęć tak przyziemnych rzeczy jak deo itp.


A Wy co ze sobą zabieracie? Znając mnie i tak zapomniałam o czymś oczywistym :) 
Kolejny wpis pojawi się dopiero po moim powrocie z Warszawy, postaram się jednak wrzucać coś na instagrama. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

WYNIKI

Zestaw książek nr 1 - Gabi K
Zestaw książek nr 2 -Wioleta Sadowska ( awiola)

Gratuluję! I zapraszam do mojego kolejnego rozdania z paletką MUR,

Rozświetl się! [ wibo]

Rozświetl się! [ wibo]

Już jutro rusza kolejna edycja rossmannowskich wyprzedaży. Prawdę mówiąc chyba na nic się nie skuszę, a już na pewno nie mam potrzeby specjalnej wyprawy na zakupy- ewentualnie przy okazji wrzucę coś do koszyka. Chciałabym Wam jednak napisać  o rozświetlaczu Wibo - Lovely- najwyższa pora , bo kupiłam go jeszcze na jesieni i jak zauważycie na zdjęciach niewiele mu już zostało :) 


Wersja którą posiadam jest jak pisze producent " o chłodnym odcieniu" . Sama nazwa trochę myląca, bo niby SILVER, ale na pierwszy rzut oka wydaje się bardziej złota. Dopiero po aplikacji widać tak naprawdę różnicę w stosunku do tej drugiej faktycznie złotej wersji-GOLD.  Na promocji -49% wychodzą za niego naprawdę grosze, a myślę że warto się temu kosmetykowi przyjrzeć z bliska. Aż sama się dziwię, bo mówię to ja- osoba ,która przez pewien okres w życiu obywała się bez takich rzeczy w codziennym makijażu.



Odcień Silver dedykowany jest do cer chłodnych, ale generalnie można go nazwać produktem uniwersalnym , ponieważ tak naprawdę pasuje do większości  karnacji. Na twarzy daje przyjemny i nienachalny efekt. Buzia jest wizualnie przyjemnie rozświetlona i wygląda na zdrową i pełną autentycznego blasku. Aplikować można go na kilka sposobów uzyskując zróżnicowany efekt. Ja najczęściej nakładam go zwyczajnie- pędzlem , muskając lekko szczyty kości policzkowych. Gdy zależy mi na naprawdę mocnym efekcie rozświetlenia wklepuję go opuszkami palców. Na buźce utrzymuje się naprawdę długo i prawdę mówiąc jeszcze mi się nie zdarzyło bym musiała poprawiać go na twarzy. Pomimo tego, że pakowanie pod względem wykonania nie jest najwyższych lotów  jestem w stanie przymknąć na ten fakt oko. Zaliczyło kilka upadków- przetrwało. Nie prezentuje się może zbyt elegancko w kosmetyczce, ale jest to najmniej ważny czynnik.Pomimo moich obaw nie zdarzyło się jeszcze by przypadkowo odkręciło się wieczko.

efekt"po"
Używacie?Próbowałyście któreś z wersji?!
Wybierz paletkę dla siebie! Rozdanie z MUR

Wybierz paletkę dla siebie! Rozdanie z MUR

Ostatnio spotkało mnie sporo dobrych rzeczy, a szczęście dobrze jest posłać w świat! W związku z tym i z wieloma innymi rzeczami dzisiaj przychodzę do Was z rozdaniem.Okazji jest sporo, chociażby moje nadchodzące urodziny -im jestem starsza tym bardziej się nimi jaram. Fajnie jest! 

A ponieważ nie chciałam zbyt mocno narzucać nagrody , ale jednak pozostać w sferze makijażowej postawiłam na palety MUR. Zwycięzca będzie miał do wyboru jedną z tych umieszczonych na banerku.A są to  kolejno :
- Ultra Eyeshadows -Eyes Like Angels ,
 - Ultra Brush & Contour Palette - Hot Spice, 
- Blush & Countour - All About Bronze



Rozdanie trwa od 15.04-30.05.2016 r. Wysyłka tylko na terenie Polski.

Obowiązkowo:
Obserwuję jako : ....
E-mail: (celem skontaktowania się w przypadku wygranej)

Dodatkowe losy:
Lubię na fb jako... ( nazwa)
Obserwuję na instagramie jako : ...
Baner na blogu: TAK/NIE link
Udostępnienie publicznie na fb : TAK/NIE link


                                                Zachęcam do udziału i życzę powodzenia! 
P.S.Zapomniałam dla jasności dopisać : rzecz  jasna nagroda będzie nowa, zakupiona po wyborze zwycięzcy :) 
Drogeryjny podkład rozświetlający- ile jest wart?! [ Dax Cosmetics]

Drogeryjny podkład rozświetlający- ile jest wart?! [ Dax Cosmetics]

Co prawda stosunkowo niedawno zatrzymałam się na etapie kremów BB i CC , a tu w moje ręce wpadł podkład GG- Glamour Glow od Dax Cosmetics. Jak  to często bywa wypatrzyłam tego gagatka zupełnie przypadkowo na promocji - nie chcę Was okłamać, ale kosztował po obniżce chyba około 14zł. Jakiś czas temu to jednak było, a człowiek nie młodnieje- mogłam zapomnieć :)  Nie mniej jednak jego cena w jednym ze sklepów z asortymentem na rynek zagraniczny mnie zaskoczyła, bo tam kosztował blisko 15... funtów. Teoretycznie nie potrzebowałam kolejnego kosmetyku tego typu, ale żal było mi go zostawić zwłaszcza, że obietnice producenta zawsze rozbudzają w człowieku ciekawość. 

  

Mój egzemplarz jak widać jest w kolorze jasnego beżu. Prawdę mówiąc nie zagłębiałam się w temat i nie sprawdzałam ile jest dostępnych odcieni i czy w ogóle są jakieś inne, bo zwyczajnie ten po próbie z testerem ( o dziwo u mnie w Rossmannie był jego tester) okazał się być odpowiednim dla mnie. Sam podkład dość dobrze radzi sobie z niedoskonałościami pomimo tego, że nie jest wersją kryjącą. Wyrównuje koloryt cery i jak twierdzi producent dzięki specjalnym mikropigmentom odbija światło ładnie rozświetlając buzię. I tu muszę Wam powiedzieć, że zgadzam się z tym. Efekt "po" bardzo mi się podoba i mam nadzieję, że i Wy dopatrzycie się w nim jego potencjału, chociaż moje zdjęcia nie są w ostatnim czasie najlepszej jakości. Nie mniej jednak mam wrażenie, że wykończenie można by spokojnie zakwalifikować jako półmatowe.


Konsystencja lekka , dobrze rozprowadzająca się na skórze.Współgra z bazami i kremami , nie roluje się. Utrzymuje się na twarzy około 8-10 godzin bez potrzeby poprawek. Nie tworzy efektu maski i tak naprawdę nie wiem czy da się z nim "przesadzić". Jest wydajny , bo do pokrycia twarzy wystarczy naprawdę mała ilość kosmetyku. Osobiście stosuję go w te dni gdy nie czeka na mnie jakieś ważne wyjście i nie muszę dodatkowo nakładać warstwy pudru. Wydaje się być dobrym rozwiązaniem na lato ( ale nie miałam jeszcze okazji używać go w naprawdę wysokich temperaturach więc...sama jestem ciekawa ). To jeden z tych zakupów o których z powodzeniem mogę powiedzieć, że były dobrym wyborem.A pewnie gdyby nie promocja nie miałabym okazji go przetestować...


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Słońca moje przepraszam, że tak rzadko teraz dla Was piszę, ale czekam na nową kartę pamięci do aparatu , bo stara zakończyła swój żywot. Jak wiecie z blogowego fb albo i nie czekam na sporo paczek z aliexpress. Starałam się zamówić i coś z biżu i z kosmetyków i z galanterii, żeby móc poznać jakość tych rzeczy i w ogóle.Z ciekawości! Pierwsze paczki powoli dochodzą więc pozwolę sobie po uzbieraniu odpowiedniej ilości zrobić wpis na ich temat. Wczoraj okazało się , że jadę na Beauty by Bloggers do Częstochowy i niesamowicie cieszy mnie ten fakt. A że trochę zajmie mi podróż , dzięki spotkaniu uczynimy sobie chyba cały weekendowy wypad , bo aż głupio być i nic nie zwiedzić. Wygrałam też  rozdaniowe cudeńko u Kosmetyczne Szaleństwo.  A tak poza tym u mnie nic nowego. Uciekam właśnie do łóżka wyleżeć przeziębienie , co by znowu nie straszyć na Meet Beauty niewyjściową buźką.

Całuję ;*
Pure Illusion [C-Thru]

Pure Illusion [C-Thru]

 Każda z nas zaczynała kiedyś swoją przygodę z kosmetykami. Mnie w pamięci utkwił pierwszy wygrany w czasopiśmie "Dziewczyna" ( swoją drogą ciekawe czy jeszcze istnieje) tzw. zestaw upominkowy od C-Thru. Pamiętam jak dziś , że buteleczka z brzęczącymi drobinkami wywarła na mnie wrażenie. Sam zapach- Black Diamonds również mile wspominam. Na lata jakoś zapomniałam sobie jednak o istnieniu tych produktów. Sięgałam po różne inne zapachy , aż pewnego zimowego jeszcze dnia błądząc po Rossmannie zahaczyłam o półkę z zapachami. Sama mdła nieco pod względem kolorystyki butelczyna niespecjalnie przykuła mój wzrok. Trafiłam  jednak na dobry moment, ponieważ wersja którą przedstawiam Wam obecnie na zdjęciach- Pure Illusion- wchodziła wtedy do drogerii jako nowość. A nowości jak wiadomo są na specjalnych warunkach i wychodzą z każdego zakamarka, czasami nawet zbyt nachalnie. 


Nie mając nic do stracenia sięgnęłam po całkiem świeżutki i pełny po brzegi tester celem zapoznania się z zawartością. Jeden psik...i przepadłam.  Bergamotka, czarna porzeczka, jaśmin, drzewo sandałowe i piżmo - połączenie które zaspokaja moje potrzeby w każdym calu. Całość niby nieco pudrowa, ale jednak przełamana trochę soczystą kwaśnością. Na skórze wyczuwalny do około 5 godzin , ale jak na wodę toaletową dość małych rozmiarów to nie problem by wrzucić ją do torebki i zabierać ze sobą. Oczywiście wróciłam z rzeczoną do domu. Później okazało się, że nieco przepłaciłam bo jej koszt w Rossmannie to ok 27 zł  , a w Biedronce była wówczas dostępna za 19,90. Nie mniej jednak nie jest to jakaś wygórowana cena, a do tej wersji  będę z przyjemnością wracać.


Szata graficzna jak w pozostałych zapachach. Kolorystyka jak już wspomniałam dla mnie zupełnie mdła, ale wg producenta mająca się kojarzyć z  elegancją. W serii ukazały się dwie pojemności wód toaletowych, deo oraz żel pod prysznic. Na ten ostatni nabrałam ochoty , ale nigdzie go jeszcze nie spotkałam. Mam tylko nadzieję, że za jakiś czas nie okaże się, iż tego zapachu już nie ma, bo niestety produkcja kilku wersji zapachowych C -Thru została zatrzymana, a miały całkiem spore grono fanek z tego co widziałam na forach. Od siebie mogę tylko dodać, że warto powąchać każdą z linii, bo kilka zapachowych niewypałów niestety też tam jest  ( ja osobiście nie cierpię Lime Magic. bleee...). Nie ma się co zniechęcać po jednym nietrafionym zapachu, bo inny może się okazać całkiem niezły.

A jaki był Wasz pierwszy "zapach"?:)
Niedzielny wypad [w bliskie, ale nieznane]

Niedzielny wypad [w bliskie, ale nieznane]

Znam kilka osób , które nie lubią jeździć samochodem.Co więcej sporo jest takich dla których długie podróże czy niedzielne wypady to zło, a najlepiej jest w domu przed sprawdzonym telewizorem. Sama lubię sobie od czasu do czasu dłużej pospać na weekendzie, ale na szczęście oboje z Małżem lubimy też aktywnie spędzać czas. Nie zawsze jest czas i nie zawsze możliwości finansowe pozwalają na dalekie wojaże, ale te bliskie okolice wbrew pozorom też są fajne.


W niedzielne popołudnie ruszyliśmy w kierunku miejscowości Wapowce.  Znajduje się tam niewielki dworek , który służy obecnie głównie jako sala weselna lub baza noclegowa. W jego pobliżu utworzono Park Robali Parkus Gigantus, na terenie którego można obejrzeć powiększone wielokrotnie okazy owadów. Wejście dla osoby dorosłej to koszt 6zł ( nie orientuje się jak jest z dziećmi). W moim odczuciu ta kwota jest maksymalną jaką zdecydowałabym się wydać na taką "atrakcję". Niestety lata świetności ma już za sobą , co widać po poniszczonych już nieco eksponatach. Przy każdym z nich w zamierzeniu stać miała tablica informująca skąd dany owad pochodzi, czym się charakteryzuje. Niestety kilka z nich było zwyczajnie porozrzucanych. Szkoda, bo naprawdę niewiele wysiłku wymagałyby małe poprawki, które wpłynęłyby na inny odbiór parku. Na miejscu spotkaliśmy kilka par z dziećmi, bo to głównie dla nich dedykowana jest ta atrakcja, ale samo usytuowanie jak i ścieżki wcale nie zachęcały do spacerów z maleństwem. Na chwilę obecną o wjechaniu tam wózkiem można chyba pomarzyć, bo alejki wysypane są żwirkiem w którym zapadają się stopy, a co dopiero kółka.Zbrakło mi także fajnie rozmieszczonej zieleni. Wiem, że jest dopiero wiosna, ale są rośliny które mogłyby zakryć tą mało ciekawą dla oka folię. Kilka zdjęć jednak mam więc nie omieszkam ich wrzucić. Tego typu miejsca nie są chyba dla mnie, bo byłam równie mocno rozczarowana jak Ocean Parkiem we Władysławowie ( a tam bilety były jeszcze droższe ;p).



Kolejnym punktem na naszej trasie okazał się Krasiczyn wraz ze swoim zamkiem, a właściwie zespołem zamkowo-parkowym . Tam mieliśmy okazję raz być, ale wyłącznie na terenie parku.Wczoraj zdecydowaliśmy się na wejście na dziedziniec.Wykupiliśmy również bilety wstępu do lochów, które mnie osobiście rozczarowały. Spodziewałam się autentycznych lochów z czymś co faktycznie nawiązywałoby do tego miejsca. A czekał na nas kamienny korytarz z jedną salą w której we wnękach ściennych kryły się "straszne " rzeczy i wydobywały się upiorne odgłosy. Ogólnie na dzieciach pewnie zrobiłoby wrażenie , jednak zdecydowanie było tam za ciemno. Dobrze ,że miałam przy sobie telefon i oświetlałam drogę, bo nie było możliwości dostrzec w tych ciemnościach schodów czy łuków.Samo miejsce idealne na spacery. Mnóstwo par decyduje się jednak na urządzanie tam swoich sesji zdjęciowych więc trzeba mieć na uwadze, żeby nie wejść komuś w kadr. Na miejscu znajduje się także zamkowa restauracja ( danie dnia około 25zł, promocja kawa+ ciacho 10zł) . Zwiedzanie zamku 15zł, wejście do lochów 5zł, wejście do parku 4zł - dla osoby dorosłej.





A jak Wy spędzaliście niedziele?!
Pozdrawiam:*
Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger