poniedziałek, 30 maja 2016

Kąpielowe umilacze od Korana

Przychodzę dzisiaj wyjątkowo nie z typową recenzją, a opisem kąpielowych dobroci od firmy Korana. Pierwszy raz usłyszałam o tych kosmetykach na krakowskim spotkaniu właśnie. Dziewczyny były zdecydowanie bardziej obeznane w temacie, ale obiecuję nadrobić zaległości. Na spotkaniu oprócz pełnowymiarowych kosmetyków otrzymałyśmy do wypróbowania małe zestawy do pielęgnacji ciała i kąpieli...zwłaszcza kąpieli. Recenzji pełnowymiarowych produktów ( posiadam te z serii miodowej) spodziewać będziecie mogły się dopiero za jakiś czas ,bo chciałabym jednak  zużyć je do końca przed dokonaniem oceny. Doszłam jednak do wniosku, że nie mogę nie wspomnieć o tych umilaczach wannowych wojaży, bo może jest jeszcze jakaś zbłąkana duszyczka , która ich nie zna...

W formie próbek otrzymałyśmy kosmetyki z trzech głównych serii: Hydro, Grecka Oliwka i Miodowej. Z każdej znalazło się coś co sprawiło, że moje kąpiele stały się przyjemniejsze. Zawartość każdej z papierowych toreb wystarczyła mi na dwie aplikacje.Nieprzypadkowo taka kolejność na zdjęciach, bo zdecydowanie najbardziej do gustu przypadła mi próbka soli do kąpieli oraz pilingu solnego z serii Hydro. Ten drugi zdecydowanie mnie zainteresował i przy najbliższym przypływie gotówki chciałabym go zakupić w pełnowymiarowym opakowaniu. A rzadko który peeling solny tak zachęcająco na mnie działa. Mają już całkiem spore doświadczenie z solami spodziewałam się większej i zdecydowanie twardszej formy, a jak możecie zauważyć sole tej firmy są dość drobne, dzięki czemu ich rozpuszczanie się przebiega szybko i bezproblemowo. 


Tak samo jak w przypadku serii Hydro , Grecka Oliwka ze swoją solą również przypadła mi do gustu. Obie pachną przyjemnie, ale nienachalnie. Minimalnie zmieniają zabarwienie wody, nie wysuszają skóry i nie pozostawiają nieprzyjemnego osadu na wannie. Czego chcieć więcej? 


I dla odmiany z serii Miodowej nie sól, a puder. Ten faktycznie miał formę proszku i rozpuścił się expresowo. Z całej trójki pachnie zdecydowanie najmocniej i najdłużej, co generalnie uznaję za plus, ale jednak  nie jest to zapach w moim odczuciu bardzo przyjemny, stąd też to trzecie miejsce.Jednak miód zdecydowanie wolę  jako dodatek do herbaty :)  Miodowy peeling również cieszył moje ciało, ale wersja Hydro bardziej zapadła w pamięci. Masełko natomiast zdecydowanie ma tłustą formułę i wydaje mi się, że byłoby w stanie zadowolić  wymagające posiadaczki skór suchych.


W sklepie dostępne są również inne serie wśród których można odnaleźć kosmetyki zarówno do ciała jak i pielęgnacji twarzy. Ceny przystępne, nie odbiegają znacząco od tych drogeryjnych tworów.

A może znacie tą firmę i coś konkretnego moglibyście mi polecić?!

Pozdrawiam!

wtorek, 24 maja 2016

Z winogron, a jednak nie wino... a krem! [Organique]

Nie wiem jak Wy, ale ja mam ten problem ze swoim facetem, że naprawdę ciężko go zachęcić do  regularnego używania takich kosmetyków jak krem do rąk czy balsam. Zdecydowanie rzeczone okazy muszą spełniać dwa najważniejsze warunki : szybko i skutecznie działać oraz... intensywnie i przyjemnie pachnieć. A  to nam kobietom zarzuca się, że zapach jest dla nas ważny , choć podobno bez znaczenia...

Mam ten problem, że nie bardzo jestem w stanie zmusić się do pracy w rękawiczkach. Przy wykonywaniu domowych czynności nawet w starciu z mocnymi środkami zwyczajnie ich nie używam .Ten sam problem dotyczy również mojego męża, który w pracy także narażony jest na urazy dłoni i ich kontakt z naprawdę wysuszającymi substancjami. Od dawna szukaliśmy więc wspólnego kremowego ideału, a te schodzą u nas jak woda i naprawdę sporo okazów przez nasze ręce już się przewinęło   więc rozeznanie w temacie mamy spore. Zróżnicowanie cenowe równoznaczne było różnemu działaniu i nie raz i nie dwa potwierdziła się reguła,że tanie nie znaczy złe, a drogie nie zawsze jest  dobre.


I tak pewnego dnia wstępując po raz pierwszy do Organique przygarnęłam pod wpływem zapachu -  (początkowo!) tylko i wyłącznie krem o działaniu przeciwstarzeniowym. Obsługująca mnie osoba wiedziała czym skusić spragnioną orzeźwienia i nawilżenia kobietę bez konkretnych planów zakupowych. Chyba pierwszy raz udało mi się, że polecony produkt tak dobrze wstrzelił się w moje gusta. Niepozorna tubka o pojemności 70ml to koszt około 22zł , co dla mnie stanowi taką średnią półkę cenową jeśli chodzi o budżet przeznaczony na tego typu kosmetyki. Z czasem okazało się jednak, że "kupiony" tak naprawdę nie został krem, a ja i mój mąż. Zupełnie! Pierwsze użycie tuż przed snem  i orzeźwiający owocowy aromat winogron rozszedł się po sypialni. Na tyle skutecznie , że zwabił moją niekosmetyczną połówkę... Po dokładniejszym obwąchaniu usłyszałam- " Daj spróbować!" - a to nie zdarza się zbyt często, żeby nie powiedzieć, że miało miejsce ten jedyny raz.Przyjemna średnio gęsta konsystencja sprawiła, że produkt dość sprawnie można rozetrzeć po dłoniach bez uciążliwego efektu lepkości czy nadmiernej tłustości. W chwilę później można by śmiało powiedzieć, że nic na rękach nie było zaaplikowane, bo wizualnie nic nie widać. Efekt miękkości i nawilżenia jest jednak odczuwalny  przez dotyk.To trochę tak jakby ktoś nałożył nam niewidzialne rękawiczki ochronne. 



Zdecydowanie szybko radzi sobie z chwilowym przesuszeniem skóry jak i niweluje uczucie suchości odczuwane od dawna. Na przykładzie swojego mężczyzny mogłam zauważyć zmiany, bo niestety skóra na jego dłoniach była nieestetycznie popękana i prawie cały czas ulegała złuszczeniu.Było to odczuwalne i dla mnie i mogłabym to porównać do przejechania zadartym paznokciem po rajstopach - każda z nas chyba zna ten  " ból"... Obecnie problem chociaż nie zanikł (bo jednak dłonie cały czas są narażone na szkodliwe czynniki) to jednak widać znaczą poprawę. Pęknięcia uległy zmniejszeniu, a skóra stała się jakby jędrniejsza i odporniejsza nawet na działanie mechaniczne. Sam krem ma właśnie za zadanie regenerację, odżywienie i nawilżenie skóry, a także zapobieganie procesom starzenia.Efekty w działaniu spełnione zostają przez ciekawie skomponowane składniki, bo można wyróżnić w nim:  ekstrakty z limonki, ogórka i oliwek, olej z pestek winogron, oliwa z oliwek, masło Shea, gliceryna, pantenol, alantoina, witamina E.. Przyznajcie, całkiem sporo jak na takiego maluszka! Wbrew pozorom jednak krem wystarczył nam obojgu na równy miesiąc użytkowania przy stosowaniu około 2 razy dziennie przez każde z nas . Początkowo nakładane porcje były spore, ale już po kilku dniach dojrzeliśmy do tego, by aplikować go zdecydowanie mniej,a efekty jego działania i tak były odczuwalne. I pozostaje napisać, że jednak dobrze od czasu do czasu "mieć nosa" i kierować się nim  przy wyborze kosmetyków.


poniedziałek, 23 maja 2016

LRP uwiodło czy zawiodło?!

Moja przygoda z LRP zaczęła się dawno , dawno temu podczas pierwszej próby ratowania buźki ich najsłynniejszym kremem. Wtedy było stosunkowo dobrze, ale bez szału. Więc gdy końcem zeszłego roku miałam okazję  pojawić się na spotkaniu poświęconemu tej firmie organizowanemu przez Joy nie mogłam nie skorzystać z zaproszenia. Zwyciężyła babska ciekawość , a przede wszystkim chęć poprawy wizualnego stanu buźki. Zwłaszcza , że na przestrzeni lat zmieniły się także składy niektórych kosmetyków. Kremy i woda termalna zasługują zdecydowanie na odrębne posty i poświęcenie im większej ilości czasu i blogowej przestrzeni. A co z żelem i płynem micelarnym?! Moje zdanie poznacie w dalszej części posta.


Linia Effaclar  w zamierzeniu ma pomóc posiadaczkom cer tłustych, problematycznych. W całej serii można znaleźć produkty dobrze oczyszczające, o działaniu matującym  ale także te nawilżające i niwelujące skutki przesuszenia. Tym co wyróżnia firmę jest zastosowanie w kosmetykach wody termalnej pochodzącej z La Roche- Posay właśnie. O tym gdzie znajduje się sama miejscowość od której wywodzi się nazwa firmy znaleźć można w sieci mnóstwo informacji więc nie widzę sensu powielania ich. Na spotkaniu każda z uczestniczek, w tym też ja , otrzymała sporą kosmetyczną wyprawkę. Pozwoliła mi ona na całkowitą zmianę pielęgnacji dzięki czemu dokładniej mogłam zaobserwować reakcje swojej skóry i zachodzące w niej zmiany.  Jednymi z kosmetyków , które trafiły w moje ręce były kolejno  Effaclar Oczyszczający płyn micelarny do skóry tłustej i wrażliwej oraz Żel do twarzy.Zadaniem płynu jak we wszystkich kosmetykach tego typu było oczyszczenie skóry z zanieczyszczeń oraz nadmiaru sebum.Dzięki zawartości "cudownej" wody termalnej dodatkowo ten okaz miał łagodzić wszelkie powstałe podrażnienia. Nie zawiera on w swoim składzie ( jak większość obecnie) parabenów, alkoholu, barwników i mydła. Z oczyszczaniem radził sobie dobrze. Zmywał , odświeżał.Czy łagodził podrażnienia?Ja osobiście specjalnie tego nie odczułam (zdecydowanie lepsza była pod tym względem woda termalna w spray'u.Być może tutaj ilość składnika nie pozwalała jednak na faktyczne działanie). Biorąc pod uwagę całość wspierał na pewno działanie całej serii.Sam w sobie jednak pewnie niewiele byłby w stanie zdziałać na jej korzyść. W związku z tym nie jestem przekonana do samodzielnego zakupu tego produktu , bo jednak jego koszt to  przeszło 40zł.


Najmniej przyjemne odczucia miałam okazję poznać podczas użytkowania żelu.Z całej piątki zdecydowanie wypadł on najsłabiej, pomimo tego że był on zintegrowany z resztą serii. Nie pienił się zbyt mocno i miał za zadanie delikatnie oczyszczać twarz. Nie mniej jednak ja czułam po jego użyciu spory dyskomfort. Nie był to efekt przyjemnego oczyszczenia. Prawdę mówiąc z czasem doszło do tego, że używałam go wyłącznie po to by doszukać się efektów w całości i nie mieszać tej serii z innymi kosmetycznymi pomocnikami.Po zużyciu połowy butelki poddałam się, bo byłam już tak  nim zmęczona, że musiałam poszukać dla niego zastępstwa. O dziwo po zmianie żelu na taki z innej bajki uzyskane  dotychczas efekty nie poszły na marne, a ja mogłam odetchnąć z nieskrywaną ulgą.I takie nasunęły mi się wnioski, że jednak w moim przypadku te 40zł które miałabym wydać  na żel LRP można inaczej zagospodarować... Kupując ich wodę termalną! ;) 

woda termalna

żel  do twarzy
Ostatecznie po kilku miesiącach użytkowania została ze mną -mam nadzieję już na stałe- woda termalna.Kremy są według mnie bardzo dobre, ale jednak  w pewnych przypadkach do zastąpienia, a  spokojnie mogę sięgnąć  po inny płyn i żel. A jak to jest u Was?! La Roche Posay uwiodło, zawiodło czy okazało się całkiem neutralne?!

środa, 18 maja 2016

Republika marzeń?! czyli o tym jak "Obywatel i Małgorzata"...

Jeśli REPUBLIKA kojarzy Ci się wyłącznie z ustrojem politycznym to może jednak nie czytaj tego posta! Pewnie nie kojarzysz też faceta , którego nazywano OBYWATELEM G.C i nie masz pojęcia po jaką cholerę publikuję ten post.Być może reprezentujesz "młodsze pokolenie" i zwyczajnie jakimś cudem nie miałeś okazji usłyszeć... a może jesteś z moich lat, ale nie miałeś przy boku zafiksowanych w temacie starszych znajomych , którzy podsunęliby Ci kasetę z dobrymi kawałkami...

 Są takie momenty w których człowiek uświadamia sobie, że zupełnie nie pasuje do świata za oknem. I jedyne co może zrobić  to się do tych niesprzyjających warunków w mniejszym bądź większym stopniu dostosować. Nie wiem czy mnie się udało. Chyba nie... Mentalnie jestem zdecydowanie starsza i nie żeby było mi z tym źle, ale czasami nie rozumiem.Tak zwyczajnie nie rozumiem tego świata. Siadam wtedy w swoim pokoju i przy zgaszonym świetle wypatruję , a właściwie nasłuchuję odgłosów przeszłości. Tych czasów , gdy bunt miał sens i gdy było jeszcze o co walczyć.Zapalam świece i chłonę jej ciepło rozkoszując się płynącą z głośników donośną muzyką, krzykiem TAMTEGO pokolenia. 



Oczywistym było dla mnie więc, że gdy zobaczyłam pozycję "Obywatel i Małgorzata" (nazwaną  na wielu portalach jeszcze przed publikacją najlepszą biografią Ciechowskiego) podczas wizyty w Empiku zapragnęłam ją tak najzwyczajniej w świecie zabrać ze sobą do domu. I to chyba był błąd! Nie mój, że kupiłam i przeczytałam, ale p.Potockiej, że podjęła się jednak rozmowy o swoim zmarłym partnerze Grzegorzu Ciechowskim. Utwory Republiki czy później Obywatela G.C od zawsze przewijały się w moim życiu i może nie jestem uzależniona wyłącznie od nich, ale jestem im wierna.Zawsze do nich wracam z odrobiną żalu, że gdy wszystko się działo mnie jeszcze nie było na świecie, a u schyłku ich świetności byłam zwyczajnie za młoda i za głupia. Żal, że nie mogłam świadomie celebrować chwil z tymi utworami wtedy... O samym Ciechowskim przeczytałam sporo i były to głownie informacji z sieci więc gdy jego była partnerka postanowiła ujawnić rąbka tajemnicy wydawało mi się, że to będzie COŚ. Bez wątpienia czymś to nazwać można , ale czy udaną propozycją?! Nie zrozumcie mnie źle, zakupu książki nie żałuję, bo generalnie część prowadzona w formie wywiadu mi się podobała.Dotykała tych stref ,które budziły moją ciekawość i jakiś obraz tamtego okresu byłam w stanie sobie stworzyć na jej podstawie. Byłam jednak przekonana , że będzie to twór nastawiony głównie na Ciechowskiego i jego życie zawodowe przeplatające się fragmentami z osobistym, a ostatecznie najwięcej w tej książce o samej tytułowej Małgorzacie. Ja czułam przesyt, który po pewnym czasie wkroczył wręcz w etap irytacji. Ktoś nie mający pojęcia  o osiągnięciach  i popularności Republiki mógłby pomyśleć, że wszystko co się działo było wyłącznie zasługą jednej osoby - JEJ- Małgorzaty.  Jestem zdania, że nie powinno się mówić o uczuciach , które nadal są w nas, niby dawno wygasłe, ale jeszcze świeże. Pani Potocka odpowiada na pytania dotyczące historii ich wzajemnego poznania i późniejszego życia. Twierdzi też, że z perspektywy czasu już dawno wybaczyła zdradę i wszelkie złe odczucia zostały zażegnane, a prawdę mówiąc każde kolejne słowo zdaje się być totalnym zaprzeczeniem.Podobno coś mówionego wiele razy  z czasem staje się prawdą i może to właśnie dlatego zrodziła się u p.Potockiej potrzeba wydania tej książki?! 



W wielu fragmentach stawia ona głównie na siebie. Fakt, że miała tak potrzebne "znajomości" na pewno nie był bez znaczenia.Wydaje mi się jednak , że większość kojarzy ją z TERAZ : z seriali, filmów, a nie z ówczesnych produkcji, które miała okazję reżyserować. I to chyba nie do końca jest  tak, że była wtedy popularniejsza niż Ciechowski i torowała mu drogę do kariery jak sama o tym kilkukrotnie wspomina w wywiadzie. Za dużo w tym wszystkim emocji rozmówczyni, które tak naprawdę trudno teraz zweryfikować, bo na dobrą sprawę zwykle jest tak, że o sobie mówi się dobrze i swoich błędów czy nieprzemyślanych zachowań się nie widzi. Drugą część książki przemilczę, bo nie bardzo rozumiem jaki był sens dodawania do całości masy wpisów z dziennika pani Małgorzaty z tamtego okresu. Wyrwane z kontekstu zdania  w większości pisane bez ładu i składu patrząc z perspektywy czasu i zupełnie ( wg mnie) nie wnoszące nic do całości. Wyszło jak nieudolna próba oczyszczenia samej siebie. Pani Małgorzata chciała chyba  po latach pokazać , że chociaż świadomie zdradziła, to cierpiała z tego powodu. I to cierpienie powinno wszystkie inne sytuacje  usprawiedliwić. Mnie taka forma zupełnie się nie podoba.Jestem zdania, że jeśli ktoś wybiera  taką a nie inną drogę to powinien wszelkie jej konsekwencje ponieść , a nie szukać  po latach naciąganego usprawiedliwienia  walcząc jednocześnie usilnie o  zrozumienie. 
Dużo właściwsze byłoby nadanie tytułu " Małgorzata...i Obywatel G.C"



piątek, 13 maja 2016

Photoderm Max krem tonujący SPF50+ [Bioderma]

Słońce robi dobrze naszemu samopoczuciu , ale niestety dla skóry jego działanie zarówno długo jak i krótko terminowe jest jak cichy zabójca. Nieustannie jesteśmy poddani promieniowaniu, chociaż wydaje nam się czasami,że nie w każdym warunkach jest to możliwe. Świadomość wzrasta , a co za tym idzie coraz chętniej sięgamy po kosmetyki które prócz właściwości pielęgnacyjnych zawierają także filtry przeciwsłoneczne.

Czym dokładnie jest SPF?

Nawet jeśli ktoś jeszcze nigdy nie zagłębiał się w tematykę ochrony przeciwsłonecznej na pewno miał okazję dojrzeć na opakowaniach kosmetyków ( chociażby w drogerii) skrót SPF z wartością liczbową przy boku. Jak większość funkcjonujących skrótów ten znalazł swoje początki w języku angielskim i oznacza ni mniej ni więcej tylko wskaźnik ochrony przeciwsłonecznej od  sun protection factor. Jego wartość jest różna i przez to wyróżnia się także różne stopnie ochrony od słabego do  ultrawysokiego. Kosmetyki z SPF co prawda nie chronią nas zupełnie przed oparzeniami słonecznymi, ale zdecydowanie wydłużają  możliwy czas ekspozycji skóry na słońce. Co ciekawe istnieje kilka "zabronionych" zwrotów odnoszących się do kosmetyków z filtrami. I tak wg UE nie wolno na nich podawać informacji o całkowitej bądź całodziennej ochronie, bo nie ma na chwilę obecną produktów , które mogły by nam takową zapewnić. Zresztą na większości na szczęście widnieje zapis o potrzebie ponownego nałożenia produktu lub unikania nadmiernej ekspozycji na bezpośrednie działanie promieni słonecznych. 

Kosmetyk Biodermy na chwilę obecną jest w mojej kosmetyczce najmocniejszą ochroną , a jego SPF wynosi 50. Do tak wysokich filtrów zawszę podchodziłam z dozą niepewności, bo naczytałam się u wielu osób, że filtry lubią "bielić" twarz. Sama nie najlepiej wspominam wakacyjne nakładanie mleczek na ciało, bo wszystko się rozmazywało i nieprzyjemnie lepiło. Stąd też teraz z perspektywy czasu jestem zadowolona, że nie miałam wpływu na zakup tego produktu, bo pewnie gdybym miała zwyczajnie by do mnie nie trafił...Zacznijmy jednak od tego, że nie mamy w tym przypadku do czynienia z filtrem samym w sobie, bo jest to dokładnie rzecz ujmując krem tonujący mający za zadanie nadać skórze delikatny, wyrównany koloryt. Wersja którą posiadam , czyli  Teinte Claire przeznaczona jest do buziek o jasnej karnacji.Nie mniej jednak po otwarciu tubki i wyciśnięciu kosmetyku na dłoń miałam pewne obawy. Niepotrzebnie, ale o tym za chwilę. 






Jak obiecuje producent produkt ten zakryje drobne niedoskonałości skóry i wyrówna jej koloryt. Faktycznie pod tym względem nie mam co do tego kosmetyku żadnych zarzutów. Pozostawia jednak naturalny efekt i siłą rzeczy z większymi problemami skórnymi sobie nie poradzi .Nie ma co się łudzić, że wszelkie wypryski nie będą spod niego widoczne, bo będą. Ale to właśnie to zapracowało u mnie na plus. Latem podczas wakacyjnych wyjść np. na plażę nie czuję potrzeby nakładania na siebie całej kolorówki jaką posiadam.Zresztą pełen makijaż w takich warunkach aż głupio wygląda (wg mnie).Mogę być wręcz niespecjalnie ładna dla otoczenia, byleby  samej czuć się komfortowo. Ten kosmetyk taki komfort mi zapewnia.  Nie myślałam o tym, że jestem zupełnie saute, bo jednak coś na twarzy było. Bezzapachowa i wodoodporna formuła dodatkowo świadczy o tym, że warto o nim pomyśleć nie tylko przed wakacjami, ale i przez cały rok. Na szczęście nie obciąża buźki i jak twierdzi producent nie powinien zatykać porów. U mnie żadne złe zmiany podczas jego używania nie zaszły,chociaż moja skóra bardzo szybko wyłapuje wszelkie "złe" dla niej rzeczy i reaguje stosunkowo szybko.  Wracając do tematu kolorystyki jak możecie zauważyć na zdjęciu poniżej kolor zdecydowanie odbiega od mojego naturalnego odcienia. Ogólnie jestem bladolica i gdy zobaczyłam tą maź doszłam do wniosku, że na pewno nie nałożę tego na twarz i nie zrobię sobie takiego kuku świadomie. Ciekawość zwyciężyła i stało się! Zaskoczenie było spore, bo po dobrym zaaplikowaniu buźka nie straszyła, a co więcej nabrała przyjemnego zdrowego blasku. Jak widać na kolejnym zdjęciu kolor nie zanikł zupełnie i jakieś tam delikatne tony zostały, ale na twarzy prezentowało się to jak delikatne muśnięcie słońcem. Zupełnie do przeżycia. Zwłaszcza z czasem, gdy już faktycznie nabrałam lekkich kolorów.



Tubka 40ml to obecnie koszt około 40-45zł w zależności od sklepu więc w dość przystępnej  cenie  można go zakupić. Ważność od otwarcia to jedyne 6 miesięcy, o czym należy pamiętać. Jeśli jednak wyrobimy w sobie nawyk codziennego stosowania filtrów to jak najbardziej realne jest zużycie tej tubki w takim czasie.No chyba, że ktoś pamięta o ochronie wyłącznie "od większego święta" , wtedy ciężko o wykorzystanie go w 100%. Dostępne są jeszcze dwie wersje tego kosmetyku: bezbarwna oraz do ciemniejszych karnacji. Sama zamierzam teraz skusić się jednak na tą pierwszą ze względu na to, że zwyczajnie dla mnie byłaby praktyczniejsza. Jeśli ktoś z Was ma jeszcze takie filtrowe rozterki to zachęcam się do przyjrzenia tej niepozornej tubce z bliska. Może okaże się Waszym ochronnym ideałem?! 


środa, 11 maja 2016

Spotkanie w królewskim mieście [ 07.05.16r , Kraków]

Pamiętam jak wysyłając zgłoszenie jako jeden z powodów podałam , że będzie to dobry pretekst do wspólnego wyjazdu z mężem na weekend, bo takich okazji nie mamy za dużo. Udało się i odliczałam kolejne dni, a później godziny do spotkania z dziewczynami.Co prawda z naszego wyjazdu zrobiło się raptem 2 dni, bo Małż więcej wolnego nie otrzymał, ale coś tam nam się udało zwiedzić ( to temat na odrębnego posta jednak jest.). Nie mniej jednak nocleg udało nam się znaleźć 300m od planowanego miejsca spotkania , co bardzo mnie cieszyło. Prawdę mówiąc jednak byłam sporo przed czasem i przed resztą dziewczyn, bo zwyczajnie nie mogłam usiedzieć na miejscu.


Do miejsca spotkania czyli Hellada- Grecka Tawerna pomimo oznaczeń ciężko było nam trafić. Dzień przed planowanym spotkaniem postanowiliśmy zjeść tam obiad i przyznam szczerze, że długo zastanawiałam się czy niepozorne drzwi ze schodami kojarzącymi mi się z zejściem do piwnicy to aby na pewno wejście główne.Gdy już przebrnęliśmy przez schody powitał nas na początku dość przyjemny aromat przypraw. Samo pomieszczanie przytulne, ale dość ciemne ze względu na tą piwniczną lokalizację. Co ma swoje plusy i minusy. Zdjęcia nie bardzo chciały tam "wyjść", ale prawdę mówiąc nikt też specjalnie nie rwał się do ich robienia, bo podczas spotkania dziewczyny dyskutowały o wszystkim, ja standardowo byłam raczej słuchaczem. No nic nie poradzę na to, że jednak potrzebuję trochę więcej czasu by poczuć się pewniej.Jedzenie mnie osobiście bardzo przypadło do gustu i zupę Fakes bez wątpienia będę chciała odtworzyć u siebie w domu. Spotkanie odbyło się w kameralnym gronie , co lubię. Zwłaszcza, że dziewczyny kojarzyłam jednak tylko z sieci , a z żadną z nich nie miałam wcześniej okazji poznać się na żywo ( chociaż z kilkoma minęłam się gdzieś na MB).




Udział w spotkaniu umiliła nam także przedstawicielka firmy Korana. Prawdę mówiąc, ja o tej firmie usłyszałam po raz pierwszy dopiero na spotkaniu, ale ponieważ mają różne kąpielowe gadżety  (które lubię) nadrobię na pewno braki w wiedzy na jej temat.  Przewijało się sporo tematów zaczynając od wiadomego kosmetycznego wątku, a na gotowaniu kończąc ( p.s. u mnie dzisiaj na obiad pomidorowa z naleśnikami) . Dominika będąca głównym organizatorem z pomocą Gosi  zadbały o to byśmy faktycznie miały o czym mówić i co testować. I chociaż upominki od sponsorów są tylko jednym z elementów  , często  odsuwanym na sam koniec, bo nie najistotniejszym podczas takich spotkań, to nie sposób o nich nie wspomnieć.  Krakowskie spotkanie sponsorowali : 


Pachnąca Szafa, Bielenda, Joanna,  Livioon, Joico Polska, AA Cosmetics, Anida, Biobeauty, Bio-kraina,  Cureplex, Ducray, Eco Blik, Euro Fashion, Glov, Grota Bryza, Henkel, I Aroma, Indigo, Kosmoart.pl,  Korana, Lierac, Maurer, Missha Polska, Oladi, Phyto, Polpharma, Semilac, Tołpa, Unilever, Vianek , Revitalash, Tiande, La Chinata










Nie obeszło się bez przeszkód. Spotkanie z żalem opuściłam o 16, żeby dotrzeć do domu o w miarę ludzkiej porze, co jednak nie było nam dane. Pierwsze spóźniliśmy się na autobus, a kolejny stanął w drodze. Ostatecznie do domu dotarliśmy blisko 22.30. Niedziela w babskim gronie była zdecydowanie tym czego potrzebowałam. Dziękuję za możliwość udziału :)  Pozdrawiam!

poniedziałek, 9 maja 2016

Przeniosłam się do Afryki [Organique]

Jak każdy osobnik  spod znaku Byka lubię się od czasu do czasu porządnie rozpieścić. Na zakupy do Organique wpadłam przed wyjazdem na Meet Beauty, czyli też przed swoimi urodzinami. Wiedziałam, że mam budżet przeznaczony wyłącznie na zachcianki i skrupulatnie go wykorzystałam kupując m.in tą kulę właśnie.

Prysznic czy wanna?! To moje życiowe rozterki . Ostatecznie razem z mężem doszliśmy do wniosku, że w naszym domu pojawi się kabina prysznicowa, ale ze sporych rozmiarów brodzikiem , który na dobrą sprawę jest w sumie wanną. Nie umiałabym ani poświecić długich kąpieli na rzecz prysznica ani  też zrezygnować z takiej wygody jaką on niewątpliwie jest.  Zwłaszcza, że tyle teraz różnych cudenek które można wrzucić do wanny i podziwiać : zapach, kolor , a często też właściwości musujące. Małe  wannowe widowiska zawsze mnie relaksują. Zresztą piątce moich kotów takie przyjemniaczki też nie są obojętne. Kula przed wykorzystaniem cieszyła się sporym zainteresowaniem :) 



Nie można firmie odmówić zastosowania dobrego pomysłu - czyli zamknięcia w folii teoretycznie  jednej kuli , a tak naprawdę dwóch połówek. Rzadko kiedy zużywam taki  kosmetyk podczas jednej kąpieli , a krojenie takiego delikatesa nożem nie jestem najłatwiejszym zadaniem. Co prawda jak się rozkruszy to nie straci na wartości, ale jednak efekt musowania jest  bardziej spektakularny  gdy tyczy się całości. Sam zapach był dla mnie jedną wielką zagadką, bo tyle różnych nut może się skrywać za nazwą Afryka, że nie sposób postawić na kilka konkretnych . Składowo przedstawia się to tak : Sodium Bicarbonate, Citric Acid, Solanum Tuberosum Starch, Soja (Soybean) Oil, Avocado Oil, Grape Seed Oil, Aqua, Parfum, CI 16255, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool .Co wcale nie wyjaśnia skąd się bierze przyjemny, a jednak dość ciężki zapach. Dla mnie to rozgrzana sawanna, trochę ziemista, a jednak ze odrobiną świeżości. Bez wątpienia zawartość olei jest wyczuwalna na ciele i widoczna w postaci nalotu na wannie. Producent natomiast o tym informuję, więc jeżeli ktoś nie lubi takiego efektu to zwyczajnie może ten produkt ominąć unikając tym samym rozczarowania "po" użyciu. Poza tym akurat w Organique w którym byłam, mogłam zapytać o co tylko chciałam i otrzymywałam bardzo wyczerpujące odpowiedzi . Podejrzewam, że w innych punktach również jest podobnie dlatego - warto pytać :) 


Następnym razem skuszę się jednak na ich puder do kąpieli. Nie to, że kula mi nie odpowiada, bo jestem z jej działania i efektu zadowolona, ale pudru jeszcze nie miałam... Wiecie jak to jest, ciekawość rządzi się swoimi prawami. Marzy mi się teraz białe piżmo...
Waga 170g , cena ok 15zł. 

sobota, 7 maja 2016

Szkiełko i wokół [ książka]

Jedni lubią wypić dla relaksu piwko, inni zabawić się na imprezie, a ja czytam. Namiętnie od kilku lat. Miłość do książek zrodziła we mnie lata temu mama i jest to jedna z wielu umiejętności za które jestem jej ogromnie wdzięczna. Zaraz się dowiem , że czytania uczą nas w szkole. Teoretycznie tak.Ale ile z tych umiejących czytać  faktycznie sięga po książki?!

Warszawski Empik i stosu książek "na promocji" ściśnięte jedna koło drugiej. Trochę romansów, kryminałów i stolik z literaturą faktu przeplataną biografiami. Między kilkoma tytułami odnoszącymi się do panującej partii lub jej faktycznego ( a jednak ukrytego) przywódcy  kilka interesujących propozycji. W tym Miecugow- zduszone ostatnie dwa egzemplarze ledwie się wyłaniały. Nie sposób było nie sięgnąć po jeden z nich. Wówczas, z czystej ciekawości, bo okładka w stylu tych które lubię- nieprzesadzona, prosta a jednak mówiąca wiele o samej książce. 



Duże litery, podział na działy tematyczne i mnóstwo pytań, a na nie ciekawe często zabawne odpowiedzi.  Owszem wiedziałam przed lekturą  książki kim jest p.Miecugow i oglądałam  od czasu do czasu jego program , zwłaszcza odcinki z Marią Czubaszek , bo jej dystans do siebie od zawsze mnie magnetyzował . Nie wiedziałam jednak jaką drogę przeszedł, by znaleźć się w tym miejscu w którym jest  i na tym etapie swojego życia.Nie miałam pojęcia , że zaczynał od radia i że prawdę mówiąc go tam nie chcieli, bo jednak wymowy początkowo najlepszej nie miał.  Z pierwszej ręki dowiedziałam się także o wpływie zmian politycznych na media w Polsce. Przez każde z kolejnych pytań brnęłam szybko ku końcowi. Początkowo miałam nadzieję, że to książka na weekend- u mnie okazała się być tą " na jeden wieczór". Tak przyjemnie , prosto i zrozumiale a jednak ciekawie przeprowadzonego wywiadu  już dawno nie było mi dane przeczytać. 



Jeśli interesuje Was chociaż jedno zagadnienie z okładki ( a podejrzewam, że większość będzie zainteresowana większą ilością) to polecam sięgnąć po tą pozycję. Ja nabyłam ją za śmieszne 9,99zł i śmiało mogę powiedzieć, że były to dobrze wydane pieniądze. 

A może ktoś już miał okazję się z nią zetknąć?  Jak wrażenia?

piątek, 6 maja 2016

Grejpfrutowa fantazja [Organique]

Osobiście wszystko co kwaśne lub gorzkie darzę sporą dawką sympatii.To zdecydowanie moje smaki i z chęcią sięgam po jedzenie w którym chociaż odrobinę mogę ich posmakować.Grapefruit jest  moją owocową kumulacją szczęścia, stąd też w moim domu gości nader często. Gdy podczas swojej pierwszej wizyty w rzeszowskim Organique dojrzałam wosk o tym egzotycznym zapachu nie mogłam się powstrzymać przed zakupem.

Mało woskowa jestem.Mam kilka od miesięcy męczonych zamiennie zapachów i nie czuję potrzeby nabywania nowych jeszcze za nim wypalę poprzednie okazy. Pomyślałam sobie jednak, że na dobrą sprawę nie wiem kiedy ponownie będzie mi dane zajrzeć do Organique i zapobiegawczo przygarnęłam  to małe urocze opakowanie. No dobra, wcale nie takie mega urocze, bo utrzymane w prostocie. Kartonowe pudełeczko było dla mnie nowością, bo wcześniej miałam do czynienia z woskami w folii lub plastikowych opakowaniach. Takie rozwiązanie osobiście mnie bardzo się spodobało. Na kartoniku widnieje informacja o tym jak wosku używać się powinno ( a jak nie!) i o gramaturze jak i miejscu wyprodukowania.  


Gagatek od Organique to istne maleństwo porównując go gabarytowo do wosków innych firm. Ma zaledwie 14g, dla mnie na tyle by móc się nim nacieszyć i nie znudzić. Do swojego kominka jednorazowo wrzucałam połowę czyli mniej więcej 7 gram ( starałam się dzielić równo ). Być może dałoby radę upchnąć cały, ale wolałam nie ryzykować wylaniem zawartości. Zdecydowanie ma długi czas topnienia w stosunku do tych wosków z którymi miałam do czynienia do tej pory. Mnie osobiście to nie przeszkadza, bo zapach uwalniany jest powoli i nienachalnie. Sam aromat jest świeży i mnie  kojarzy się z czystością. Po wejściu do pokoju czułam świeże pranie... a jednak o owocowym aromacie. Zapach nie jest nachalny. I tak przy użyciu innych wosków często wietrzyłam mieszkanie, bo dla mnie zwyczajnie zapachu w zapachu i intensywności było za dużo i czułam się wręcz zmęczona tym przesytem. W tym wypadku problem nie istniał. Poza nasz pokój zapach praktycznie się nie wydobywał, a w środku dało się normalnie funkcjonować :) Tak więc spokojnie w każdym z pomieszczeń można się pokusić o użycie innej wersji bez obaw , że ulegną one zmieszaniu. Jedną część wypalałam około 6 dni po mniej więcej 2 godziny, co daje w przybliżeniu całkowity wynik 24 godziny = 14g. To tak sam raz żeby mieć poczucie, że ten zapach jest obecny , ale jednak nie przejada się. 



Prawdę mówiąc nie wiem skąd w sieci tyle złych opinii na ich temat. Może przez oczekiwania względem nich po przyzwyczajeniu do innych produktów tego typu?! Mnie zaspokaja. Fajnie, ze firma pomyślała o dopasowaniu go do całej swojej ideologii i zastosowano wosk palmowy szanując jednocześnie środowisko naturalne.  Sama zamówiłam już kolejne wersje zapachowe i liczę na to, że pojawi się ich więcej i więcej... Koszt maluszka to 5,90zł a nabyć je można w sklepach stacjonarnych lub w sklepie online Organique. Polecam wypróbować, patrząc na niego świeżym okiem, bo zdecydowanie odbiega on od tego co oferuje nam rynek. 

A u Was czym obecnie pachnie?

czwartek, 5 maja 2016

Gram w zielone z Perfect.ME

Ostatnio tak dziwnie się dzieje, że wszystko co traktowałam jako swój kosmetyczny pewnik, zwyczajnie się kończy. Dzisiejszego poranka ostatni raz ściskałam w ręce zieloną, energetyczną tubkę z szamponem  Perfect.ME - czy ostatnie dwa miesiące z duetem były dobrym czasem?!

Specjalnie sprawdzałam na swojej fb stronie kiedy dokładnie rozpoczęliśmy swoją wspólną drogę : ja i Perfect.ME. 
O ironio, było to dokładnie równe dwa miesiące temu. Jak ten czas leci, a mam wrażenie, że za każdym razem poznaję się z tymi kosmetykami na nowo. Pisałam Wam wtedy, że najbardziej w paczce urzekło mnie zakamuflowane lusterko. Cały czas je mam i uśmiecham się do siebie pod nosem za każdym razem gdy się w nim przeglądam.Niby prosty napis "Jesteś doskonała", a tyle pozytywnych emocji wyzwala. Wracając jednak do tematu...  Zielona i pełna energii seria, którą wybrałam do testów to tak naprawdę linia zapewniająca PERFEKCYJNE ODŻYWIENIE. Cała gromadka sygnowana nazwą Natural Oils Repair  odpowiada przede wszystkim za  odżywienie włosów suchych i zniszczonych, pozbawionych naturalnego blasku. Moje zdecydowanie są mocno wyniszczone ciągłymi koloryzacjami i potrzebują czegoś naprawdę skutecznego. A że same w sobie lubią też oleje... A w tej serii jest ich 5(!),  to siłą rzeczy nie mogłam nie spróbować właśnie tej wersji.


Skoro już zaczęłam o tych olejach myślę , że warto pociągnąć ten temat. Znajdują się one w środku składu i występują jeden po drugim  : olej arganowy, który jest odpowiedzialny głównie za nawilżanie i regenerację- tak zresztą powszechny obecnie w blogosferze, że nie sposób go nie znać. Kolejno olej jojoba odpowiedzialny za nadanie włosom elastyczności, ale także mający wpływ na odżywienie.Olej makadamia, któremu to zawdzięczamy m.in  odbudowę i blask. Na końcu odbudowujący olej kokosowy  i migdałowy nadający np. miękkości. Jak zapewnia producent w kosmetyku tym znajdziemy jedno wielkie ZERO- zero parabenów, konserwantów CIT i MIT, pochodnych ropy naftowej, sztucznych barwników czy ftalanów.Jest to zdecydowanie szampon mocno dociążający włosy. Ja jako posiadaczka rozwichrzonych pasm byłam z niego zadowolona, bo jako jeden z nielicznych był w stanie ujarzmić niesforne włosięta i trzymać je przy sobie. Nie wyobrażam sobie jednak zmywania za jego pomocą czystego oleju czy naprawdę ciężkiej maski , bo zwyczajnie nie jest tak agresywnie czyszczący by w zadowalający sposób dać sobie z tego typu produktami radę ( chyba , że przy kilkukrotnym dokładnym myciu). Jeśli jednak ktoś ma tzw. siano i potrzebuje zebrać te włosy w jedną sensowną całość- będzie idealny. Aplikację z tubki zaliczam do przyjemnych , chociaż początkowo bałam się, że zawartość będzie mi uciekała ze względu na konsystencję. Opakowanie wykonane z dość miękkiej gumy, więc nie sposób nie wydobyć go do tzw. ostatniej kropli. I takie rozwiązania lubię, bo nie marnuje się wówczas niepotrzebnie produktu. 


Będę z Wami szczera, pierwszy raz nie potrafiłam jednoznacznie wybrać czy bardziej przypadł mi do gustu szampon czy maska.Myślę, że te kosmetyki spokojnie oddzielnie dadzą sobie radę i przyniosą efekt, ale w duecie... Moje oczekiwania względem nich zostały zaspokojone. Maska ma konsystencję bardzo podobną do większości masek dostępnych na rynku : gęsta a jednak  lekko galaretowata. Pachnie intensywnie , ale nie potrafię dokładnie powiedzieć czym.Przyjemny słodki, a jednak trochę męski zapach utrzymuje się jeszcze chwilę po zmyciu na włosach. Maski nie używałam przy każdym myciu  włosów szamponem, bo jednak jest ona z serii tych zdecydowanie ujarzmiających włosy i nie było zwyczajnie takiej potrzeby. Przez większość czasu nakładałam ją na długości i końcach, ale zdarzało mi się także na całość , a czasami wydłużałam dodatkowo czas , bo zajęta swoimi sprawami nie zauważałam kiedy minęło te wymagane 5-10 minut. Nigdy nie pojawił się u mnie problem przesadnego obciążenia włosów. Wiadomo jednak, że tego typu kosmetyki bez wątpienia należy dopasować pod swoje potrzeby. Prosty przykład: razem z tymi kosmetykami otrzymałam także saszetki z dwoma pozostałymi dostępnymi maskami.Jedną z nich była wersja różowa także odpowiedzialna za wygładzenie włosów. I chociaż zadziałała, nie było u mnie takiego efektu WOW jak w przypadku maski z serii zielonej.





Niedługo po tym jak ja otrzymałam swoją paczkę do testów kosmetyki te pojawiły się w Biedronce. Nie omieszkałam i ja tam zajrzeć wychodząc z niebieską wersją szamponu - Perfekcyjna siła. Oczywiście nie powstrzymałam się z jego użyciem dzięki czemu miałam podgląd na różnice między tymi seriami. Niebieski to zdecydowanie silniejszy zawodnik jeśli chodzi o oczyszczanie i to właśnie on zamiennie z zielonym towarzyszyli mi w ostatnim czasie ( niebieskim oleje da się spokojnie zmyć z włosów dlatego właśnie po olejowaniu sięgałam po niego). 

Zdecydowanie podoba mi się cena tych produktów, bo są one z serii tych dostępnych na każdą kieszeń, a niska cena na szczęście nie idzie w parze  z marną jakością. Dość przyjemna dla oka jest szata graficzna i firma w przemyślany sposób podzieliła serię na kolory. Niby każda jest taka sama, a jednak inna wizualnie. O niebo lepiej jest też na chwilę obecną z dostępnością, początkowo można było je zakupić wyłącznie w Hebe obecnie już w kilku większych sieciach drogerii. Wpis o niebieskiej wersji pojawi się, gdy buteleczka sięgnie dna.Jak ta...


Używałyście?Która z serii się u Was sprawdziła?

środa, 4 maja 2016

Aliexpress : marcowo-kwietniowe zakupy

Która z nas nie lubi zakupów?! Ja na całego wkręciłam się w zamawianie na Aliexpress o czym staram się Was na bieżąco informować na blogowym facebooku. Blog ma jednak zdecydowanie większy zasięg więc postanowiłam zebrać to co przyszło mi do tej pory w jeden zbiorczy post. Może ktoś przymierza się do pierwszych zakupów, może ma coś na wishlist i zastanawia się- przygarnąć czy nie. Starałam się całość w miarę sensownie podzielić podając najistotniejsze informację. Z chęcią odpowiem też na Wasze pytania

Pierścionki
Zaczęło się niepozornie, bo sama nie miałam w planach zamawiać tego rodzaju biżuterii.Jednak o zakup poprosiła mnie jedna z blogowych koleżanek i gdy tylko dotarł do mnie jej pierwszy łup przepadłam. Wykonanie bardzo przyjemne dla oka i ta śmiesznie niska cena. Sama kliknęłam więc kilka na próbę dla siebie. I właśnie te "swoje" chcę Wam pokazać. Muszę tu wspomnieć , że generalnie nosze rozmiar 8 ( biorąc pod uwagę polską rozmiarówkę), ale 9 jest dla mnie bezpieczną opcją , bo wiem że na jakiś palec będzie pasować i nie spadnie. Posiadam także kilka "10" ,ale to już dość  masywne okazy- jak moja ślubna obrączka. W przypadku pierścionków ze zdjęć brałam  rozmiarowo chiński odpowiednik czyli 5,25 lub 5,5  w obu przypadkach pasują. Niestety złoty pierścionek z dwoma oczkami był dostępny   tylko jako "uniwersalny" rozmiar i trafił już do mojej mamy, bo na mnie zdecydowanie był za duży.


Co śmieszne na chińskich tworach można znaleźć nabite fikcyjne próby i na dobrą sprawę, teraz ciężko byłoby je odróżnić od faktycznie wykonanych ze srebra czy złota wersji. Ciekawa jestem jak to będzie wyglądało z czasem. Pierścionek-korona, używam namiętnie od jakiegoś czasu i póki co daję radę i z myciem naczyń i z kąpielami. Cenowo rozłożyło się to tak : korona z bonem na 2$ kosztowała mnie raptem 0,73zł. Złoty z dwoma oczkami pochłonął całe 3,03zł, a najdroższy z fioletowym oczkiem to koszt 4,04zł. Czas oczekiwania od 26-16 dni.


Dodatki
Gdy tylko zobaczyłam dostępne na Ali zegarki-przepadłam. Nie jestem typem , który nosi je namiętnie , ale od czasu do czasu lubię.Zwłaszcza gdy czymś się wyróżniają. Ten z fazami księżyca musiał być mój.Robiłam trzy podejścia, bo za każdym razem okazywało się, że wersja czarna nie jest już dostępna. Ostatecznie mam i już wiem, że się polubimy .Naszyjnik okazał się groszowym zakupem. I wzięłam go, bo żal było nie brać :P  Moją miłością okazały się natomiast laleczki Monchhichi. Można je dostać w wielu wersjach do wyboru i w kilku wielkościach. Różnice w cenie są spore, w wykonaniu także.Ja skusiłam się na brelok z myślą, że będzie to istne maleństwo, a faktycznie ma ok 7cm. Koszty: naszyjnik 1,81zł, zegarek 5,90zł, brelok oryginalnie kosztował prawie 16zł lecz ja wykorzystałam bon na 2$ i zgarnęłam go za 7,60zł. Prawda jest taka , że te 16 też bym za niego dała, bo to cacuszko- szkoda, że zdjęcia tego nie oddają.


Kosmetyki 
Pierwszym kosmetycznym zakupem był olejek Andrea, który jeszcze nie doszedł. Spodziewałam się jednak długiej dostawy , bo sporo osób o tym pisze na grupie.Kolejno klikałam na próbę maseczki jak ta z fasolą z Bioaqua za 2,31zł o której zdążyłam już Wam napisać - o tutaj.  Maska w płacie z taką ilością płynu , że hoho(!) o działaniu rozjaśniającym i nawilżającym- już zużyta, całkiem przyjemna, na pewno skuszę się na inne jej wersje. Koszt to 3,69zł. Zamówiłam także dwa kremy przeciwtrądzikowe i rozjaśniające przebarwienia po wypryskach- jeden dla mnie, drugi testować będzie kuzynka więc będziemy mieć jakieś porównanie .Tubka 30ml kosztowała 6,24zł za sztukę. Opakowania były zafoliowane. Tak się złożyło, że każdy z tych kosmetyków pochodzi z jednej firmy :) 

Jak wspominałam w poście z maseczką pokusiłam się o zakup pełnowymiarowego opakowania maseczki fasolowej (oczyszczająca), ale z innej firmy. Stanęło na  Caicui i nie da się ukryć, że opakowanie bardzo  przypomina te z kosmetyków Organique. Całość przyszła ofoliowana, dodatkowo w pudełeczku znajdowała się szpatułka pomagająca w nakładaniu. Pod względem koloru nie różni się od tej saszetkowej z Bioaqua, ale zdecydowanie bardziej ziemiście i nieprzyjemnie pachnie, aczkolwiek do zniesienia. W składzie także różnice,o działaniu wypowiem się więc jak już jej poużywam. Koszt 110g  to 15,38zł. Krem ślimakowy kliknął się  z myślą o mamie. Na facebookowej grupie dotyczącej kosmetyków z Ali znajdziecie masę jego recenzji ( kremu ze zdjęcia wyżej również - to właśnie efekty podpatrzone tam skłoniły mnie do zakupu). Cena za opakowanie to 6,48zł, ale można znaleźć taniej. Są jednak różnice i w zapachu i konsystencji w zależności od tego u kogo się kupuje.Przyszedł zafoliowany.  Olejek z Afy na rozstępy i ujędrnienie co prawda nie dla mnie ale postanowiłam o nim wspomnieć. Butelka jak w większości serum dostępnych na rynku z pipetą, Cudny zapach trochę cytrusowy- dla samego zapachu byłabym skłonna go używać. W składzie m.in ekstrakt z cytryny czy rozmarynu. Całość była zafoliowana. Koszt za 30ml to 10,98zł.


Ubrania
Coś czego najbardziej się obawiałam, najdłużej wzbraniałam przed zakupem, a co po kliknięciu dotarło do mnie w najszybszym czasie.Koszula z printem w usta.Kuipny rozmiar to S, ale zdecydowanie dla biustu A-B. Moje B jeszcze ładnie się w niej zapnie, ale miseczka C pewnie miałaby już problemy. To dość skromna S-ka , ale na mnie pasuje idealnie. Co prawda to  ogólnie luźniejszy krój, ale fajnie leży i na dniach na pewno zaprezentuję ją Wam już na sobie. Rękaw o dziwo także dobrej długości. Materiał dość sztuczny, ale prawda jest taka , że na pobliskim bazarku widziałam identyczne w cenie 49zł, a ja za swoją dałam  raptem 15,97zł. Zdecydowanie skuszę się także na jakieś inne wzory.  Strzałem w dziesiątkę okazał się także zakup bielizny. Przygarnęłam sobie uroczy ( wg mnie) komplecik. Rozmiarowo kliknęłam 70B, przyszło 65B- dla mnie jeszcze lepiej , bo prawdę mówiąc taki powinnam nosić, ale ciężko wyszukać małe obwody. Majteczki wypadają na S( na mnie dobre)- niestety ich rozmiaru wybrać już nie można było.Wykonanie ok, nic nie wisiało, nie odstawało. Jedyne do czego się mogę przyczepić, to że cały tył majteczek wykonany jest z materiału który jest średnio oddychający. Koszt 15,62zł. 


Inne
Uległam pokusie i zamówiłam obiektyw do telefonu. Co prawda dedykowany był do Iphone, ale spokojnie da się go dostosować do innych modeli. Daje łącznie 3 efekty o czym także można poczytać na grupie.Przyszedł zapakowany w mały , miękki woreczek. Każda z przesłon jest chroniona zatyczką.Cena 6,24zł  


Czekam jeszcze na całą masę innych rzeczy więc z czasem pojawiać się będą kolejne wpisy z tej serii.Mam nadzieję, że komuś pomogę w podjęciu decyzji.
Pozdrawiam;*