niedziela, 31 lipca 2016

A co się kryje w Waszych kosmetyczkach?!

Nie będę ukrywać , że do wyzwania organizowanego przez portal Trusted Cosmetics skłoniła mnie przede wszystkim ciekawość i chęć poznania perełek kosmetycznych po które sięgają inne dziewczyny. W swoich zasobach mam sporo kosmetyków, ale nie o to chodzi by pokazać Wam wszystko, ale to co ma w moim odczuciu faktycznie kosmetyczny potencjał. Celowo rozmazałam pierwsze zdjęcie : ile z tych kosmetyków jesteście w stanie rozpoznać? A ilu z nich używacie? :)


Nie ukrywam ,że z każdym kolejnym postem wyzwaniowym kosmetyków będzie nieco więcej, ponieważ będę się wtedy mogła skupić na konkretnych kategoriach. Tym razem pokazuje Wam tylko te, które jako pierwsze przyszły mi na myśl jako interesujące i sprawdzające się w moim przypadku, godne polecenia. Tak wyszło , że na tym zdjęciu przewagę ma pielęgnacja twarzy, ale gdybym przejrzała swoje szafki zdecydowanie najwięcej posiadam kosmetyków kolorowych. 


KOLORÓWKA
Moim tegorocznym odkryciem są kremy BB, dzisiaj zdecydowałam się zaprezentować dwa z nich : Skin79 oraz Missha. Obecnie używam namiętnie bronzera Kobo, co niestety odbija się na stanie jego opakowania.Najczęściej sięgam teraz po puder transparentny od Lirene, a błysku nadają mi zamiennie rozświetlacze Ingrid lub Lovely. Podkłady płynne staram się zastępować wersjami mineralnymi, akurat obecnie jest to Annabelle Minerals. Na ustach goszczą pomadki w kredce, które oprócz walorów estetycznych dbają także o prawidłowe nawilżenie ( MUA, Celia). Najefektowniej moje rzęsy podkreśla mascara od Yves Rocher - Sexy Pump. 

PIELĘGNACJA TWARZY
Niezmiennie od kilku miesięcy sięgam po peeling enzymatyczny do twarzy od Lirene. Jak widzicie kolejna tubka dobiega końca i będę się musiała wybrać do Rossmana celem zrobienia zapasów. Lubię odświeżać twarz za pomocą mgiełek i wód termalnych. Wcześniej używałam Vichy oraz La Roche Posay, obecnie najlepiej sprawdza się u mnie  Uriage. Nie ukrywam , że również dlatego, że nie trzeba jej  nadmiaru odciskać z twarzy. Z przyjemnością sięgam po maseczki ze składnikami pochodzącymi z morza : oczyszczającą i nawilżającą. Z peelingów mechanicznych moim faworytem został ten Bjobj (głównie przez zapach). Na wykończeniu- niestety- mam już serum  do twarzy Repaskin od Sesderma. Jak wysoki filtr to najlepiej od Obagi - nie bieli, szybko się wchłania i idealnie współgra z makijażem.

CIAŁO I WŁOSY
Serum do rąk od Cztery Pory Roku nie tylko pięknie pachnie, ale i skutecznie nawilża dłonie. Sięgam po nie z przyjemnością od wielu miesięcy. Odkryciem częstochowskiego spotkania blogerek jest dla mnie krem do stóp w piance. Idealna formuła w połączeniu ze skutecznym działaniem to to czego oczekuję. Brązujący balsam pod prysznic to nowość od Lirene, przydatna opornym ( tak jak ja) na opalanie. Nie przepadam za mocną opalenizną , ale przyjemny delikatny kolorek nie zaszkodzi. Do złuszczania i oczyszczania używam na co dzień delikatnego peelingu pod prysznic od Tołpy.  Na włosach zdecydowanie sprawdza mi się obecnie lekka odżywka od Gliss Kur. Mam kilka jej wersji, ale ta wyróżnia się na tle reszty. 

ZAPACH
Bez względu na porę roku sięgam po zapachy dość ciężkie w odbiorze, duszące. Najtrwalszym i najmocniejszym jest obecnie ten od Yves Rocher - So Elixir. Od czasu do czasu sięgam dla odmiany po Bruno Banani Absolute Women. Zdecydowanie tańszym rozwiązaniem są zapachy od C-Thru , u mnie gości Pure Illusion . 


Pozdrawiam

środa, 27 lipca 2016

Le Fabuleux... paletka w brązach [Freedom]

Kosmetyki Freedom Makeup London swoją premierę miały stosunkowo niedawno i narobiły swoim nadejściem sporo zamieszania. Dużo mówiło się wtedy o ich podobieństwach do obecnej od kilku lat firmy , by w końcu z czasem okazało się, że za wszystkim stoi jeden producent, a marki głównie dlatego są wręcz bliźniaczo podobne. W asortymencie możemy odnaleźć wszystko co potrzebne do wykonania makijażu - co ważne w rozsądnych cenach. Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o jednej z paletek które posiadam, bo jest ich kilka i każda zasługuje na odrębny post. Le Fabuleux trafiła do mnie podczas krakowskiego spotkania blogerek za sprawą Oladi



Wydawało mi się początkowo , że brązów u mnie dostatek, ale gdy odpakowałam paletkę w domu dostrzegłam, że jednak to nie zupełnie uniwersalne  i nudne odcienie. Z czasem okazało się, że za sprawą tych 12 maleństw spokojnie da się stworzyć zarówno makijaż dzienny jak i wieczorowy. Miłym zaskoczeniem w pierwszej kolejności było odkrycie, że wykończenia kolorów są różne.W paletce możemy odnaleźć trzy odcienie matowe (w tym uniwersalny jasny beż po który chyba każda z nas często sięga). Kolejne osiem mają wykończenie metaliczno-perłowe i ciężko się z tym nie zgodzić, bo jak widzicie błysk jest! Na dokładkę czerń, tym razem w wydaniu z drobinami opalizującymi na fiolet i srebro. Niestety tego nie dałam rady uchwycić dobrze na zdjęciach.Opakowanie wykonane z plastiku nie jest może wizualnie najwyższych lotów, ale wygląda schludnie. Dość dobrze daje się z niego usunąć osypane w trakcie nabierania produkty. Jednak jak w przypadku większości paletek utrzymanych w czarnej kolorystyce i w tym przypadku nie można się ustrzec pozostawienia na niej odcisku swoich palców :) Sama jestem posiadaczką dość tłustych i niestety opadających powiek przez co nie każde cienie spełniają moje oczekiwania względem utrzymania się na oku w niezmienionym stanie chociaż przez kilka godzin.


Sceptycznie podchodziłam do paletki której koszt niejednokrotnie jest niższy niż pojedynczy wkład innych firm. W tym momencie przyznaje, że moje obawy były zdecydowanie na wyrost. Używałam tych cieni w połączeniu z bazą jak i bez niej i radzą sobie naprawdę dobrze. Pozwoliłam sobie wrzucić Wam przykładowy makijaż z jej użyciem. Jeśli chodzi o kolor na oku postawiłam tylko i wyłącznie na tą paletkę i wykorzystałam z niej pięć różnych odcieni.Śmiało taką wersję można za pomocą przyciemnienia zewnętrznego kącika i mocniejszego rozświetlenia wewnętrznego przekształcić na wydanie wieczorowe. Ja osobiście dobrze czuje się w takiej wersji. Jeśli chcecie więc małym nakładem finansowym wzbogacić swoją kosmetyczkę o nowe kosmetyki kolorowe polecam przyjrzeć się właśnie tym paletkom. Do wyboru jest zdecydowanie sporo wersji kolorystycznych i każda z Was będzie w stanie wyszukać coś interesującego dla siebie. 


Nie pytam czy znacie, bo pewnie tak- ale jakie jest Wasze zdanie na temat tych paletek? 
Jaką wersję posiadacie? Pozdrawiam


INSTAGRAM /FB 

środa, 20 lipca 2016

Kto wygrał bój?! Garnier kontra trądzik [ korygujący krem matujący]

Walka z wypryskami jest nierówna, głównie z tego względu , że przyczyn takiego stanu buźki może być wiele. W przypadku trądziku nie bez znaczenia są inne czynniki jak dieta czy obecny w życiu stres, a o ile dietę możemy sami modyfikować, o tyle na sytuacje stresogenne nie mamy już większego wpływu. Zły stan cery ma wpływ na moje samopoczucie więc szukam różnych rozwiązań i sięgam po kosmetyki z różnych półek, bo być może u mnie któryś z nich się sprawdzi. Jak myślicie jak to było z Garnierem i jego korygującym kremem matującym? Odpowiedź w dalszej części posta.


Po otrzymaniu propozycji testowania produktu poprosiłam o wydłużenie proponowanego czasu, bo uważam jednak, że krem do twarzy musi mieć kiedy zadziałać i niektóre efekty bądź niepożądane skutki pojawiają się później. I tu dziękuję za zrozumienie mojego punktu widzenia. Miałam więc do dyspozycji i czas i 40ml tubkę. Średnio taka pojemność w przypadku lekkich konsystencji wystarcza mi na około miesiąc użytkowania. Tutaj ta sytuacja ma się nieco inaczej , ale o tym później. Krem ma zdecydowanie lekką i szybko wchłaniającą się konsystencję. Pachnie trochę jak produkt leczniczy. Szata graficzna jest przejrzysta i na kartonowym opakowaniu kremu możemy znaleźć wszelkie interesujące informacje , bo na samej tubce jest już ujęte minimum. Całość wygląda schludnie i kojarzy mi się osobiście ze sterylną czystością, ale czy normalnie zwróciłaby moją uwagę na sklepowej półce? Co do tego nie jestem przekonana. Sama aplikacja jest bezproblemowa. Tubka jest zakręcana , wykonana z miękkiego tworzywa więc nie trudno wydobyć z niej produkt. Plusem jest też wg mnie precyzyjna i wąska końcówka aplikatora. 


Do testów zabrałam się wieczorem po otrzymaniu paczki, bo jednak ludzka ciekawość nie dała mi tego odłożyć na później. Już po pierwszej aplikacji zauważalne było dla mnie zmniejszenie widoczności porów na nosie. Efekt ten utrzymuje się co prawda do mycia buźki, ale jest w moim przypadku przydatny, bo nie sposób czasami poradzić sobie z tym problemem. Obawiałam się ściągnięcia skóry, ale do pewnego czasu bardzo dobrze dawał sobie radę i nie odczuwałam dyskomfortu związanego z używaniem tego kosmetyku. Z czasem jednak wraz ze zmniejszającą się liczbą niechcianych niespodzianek zaczął się u mnie pojawiać problem przesuszonej skóry chociaż stosowałam dodatkowo swoje sprawdzone już kosmetyki o działaniu nawilżającym a i sam krem miał takie zapewnić. Najbardziej widoczne było to na czole które oczyszczało się z podskórnych grudek. Wiem, że w kremie użyto m.in mikrozłuszczającego kwasu LHA,ale ciężko całkowitą wręcz wylinkę zakwalifikować jako mikro.  Od skrajności w skrajność. Chociaż na mojej twarzy nie było już tylu zaczerwienionych miejsc to nie wyglądała dobrze ze względu na przesuszenie z którym nie mogłam sobie poradzić. Zaczęłam więc sięgać po Garniera rzadziej, bo o aplikacji dwa razy dziennie ( rano i wieczorem) nie mogło być już mowy. Mój problem stał jednak w miejscu, a ja byłam wewnętrznie rozdarta.Kolejnym krokiem było aplikowanie go co 2 dni, ale przy takim stanie rzeczy ciężko było mówić o efektach w walce z niedoskonałościami. Obecnie jestem na etapie stosowania punktowego i w takiej wersji nie mogę mu nic zarzucić. Dzięki tej precyzyjnej końcówce zadanie mam ułatwione. 
I nic u mnie z jego matu ( swoją drogą radził sobie w tej kwestii nieźle) i ze zwężonych porów... Pozostaje mi tylko walczyć z jego pomocą z powstałymi już niedoskonałościami. Zdecydowanie szybciej się teraz goją i krócej "zdobią" moją twarz. Cena jest przystępna , z dostępnością też nie ma problemów. Ja mogę polecić go jako produkt do stosowania punktowo. Nie wiem jak sprawdziłby się u osób z cerami tłustymi , bo ja sama mam mieszaną, ale na pewno znajdziecie w sieci informacje na ten temat. Z rzeczy ciekawszych... Moją uwagę zwrócił napis na kartoniku iż opakowanie to zostało wykonane z kartonu z certyfikatem FSC i dzięki temu wspierana jest gospodarka leśna respektująca człowieka i przyrodę. Nigdy wcześniej nie zauważyłam takiej wzmianki.

Wiem , że sporo z Was miało okazję go używać. Jakie są Wasze odczucia?!
Pozdrawiam

wtorek, 19 lipca 2016

Peeling pod prysznicem?! [Tołpa]

Nic mnie tak nie cieszy jak odkrycie ciekawego produktu zamkniętego w zupełnie niepozornym opakowaniu. Peelingi  pod prysznic od Tołpy na pierwszy rzut oka wyglądają jak wersje testowe, które z czasem zyskają właściwe opakowanie. Ale  to nie możliwe w ich przypadku. One już takie są! Tutaj najlepiej widać chyba minimalistyczną  ideologię firmy. Odpowiada mi to, chociaż nie ukrywam, że będąc blogerką kosmetyczną ciężko wcielić niektóre z zasad w życie.Kiedyś jednak przestanę dla Was pisać, a wtedy... 


Już samo nazewnictwo do mnie przemawia. Dzięki temu, że podkreślono iż jest to peeling pod prysznic nie nastawiałam się na mocne tarcie, ale miałam nadzieję na produkt dobrze zachowujący się na ciele.I muszę przyznać, że całość wyszła im całkiem przyjemnie. Żelowa konsystencja z zatopionymi dwoma rodzajami drobin (pestki moreli i perlit) łatwo rozprowadza się na ciele zarówno za pomocą dłoni jak i innych kąpielowych gadżetów. Drobiny nie osypują się podczas nakładania i faktycznie można z ich pomocą  przeprowadzić delikatny i przyjemny dla ciała masaż.Kosmetyk dobrze się pieni i bez wątpienia można nim dokładnie oczyścić ciało , a jednocześnie łatwo go z niego spłukać. Dla mnie totalnym zaskoczeniem był przyjemny zapach. Oboje z mężem obstawialiśmy , że jest to truskawka, co jedynie wykazało, że marne mamy nosy , bo na stronie producenta doczytałam , że wykorzystano ekstrakt z czerwonej porzeczki i gruszki. Co by to nie było pachnie słodko i apetycznie. 



Według producenta kosmetyk ten ma delikatnie złuszczać naskórek , a ponieważ dzięki delikatnej formule można po niego sięgać każdego dnia zgadzam się z tym stwierdzeniem. Co za tym idzie skóra jest odczuwalnie wygłodzona. Za nawilżenie odpowiadać ma wspomniany już ekstrakt z gruszki. Skóra jest miękka w użyciu i nie przesuszona.Opakowanie również przemyślano, miękka tubka ułatwia aplikację. Sam produkt jest wydajny, bo przy codziennym użyciu wystarczył mi na ponad miesiąc. Przyjemna zdecydowanie jest też jego cena, bo to w zależności od sklepu około 16zł/200ml. Na stronie Tołpy dostępny jest również żel z tej samej serii. A żeby było jeszcze ciekawiej to stworzono także inne wersje : różowa- odżywiona skóra, oraz zielona - jędrna skóra, więc każdy znajdzie coś dla siebie.  Jak w przypadku pozostałych kosmetyków skład jest przemyślany. Nie znajdziemy w nim sztucznych barwników, silikonów czy sls'ów.  Warto pamiętać, że w  przypadku peelingu polecane jest przechowywanie go w temperaturze pokojowej i zużycie w ciągu 3 miesięcy od otwarcia.
Obecnie na stronie firmowej dostępne są już zestawy prezentowe ( o których nie miałam pojęcia , że w ogóle istnieją). Trwa także promocja podczas której do zamówień powyżej 60zł można sobie dobrać 3 mini produkty do przetestowania za 1 grosz każdy. A jak kogoś zaciekawiła pianka do mycia buźki o której pisałam tutaj , to jest teraz na promocji i kosztuje zaledwie 15,50zł :)  

    Tołpa zdecydowanie mnie zaskakuje.A Was?!
Pozdrawiam



BĄDŹ NA BIEŻĄCO!

piątek, 15 lipca 2016

Wakacyjny konkurs! [ do wygrania kosmetyki pielęgnacyjne]


Wakacje to dobra pora na konkurs.Więcej czasu, więcej energii. Podpytałam  więc na blogowym facebooku co cieszyłoby Was jako nagroda w kolejnym konkursie i zdecydowanie wygrała pielęgnacja. A ponieważ to temat rzeka postanowiłam sama wybrać produkty. Jednak żeby nie było, że zupełnie ograniczyłam Wasze możliwości - macie wybór spośród dwóch zestawów. 




Do wyboru fioletowy, w skład którego wchodzą:
- Głęboko oczyszczający żel do mycia twarzy (EC-LAB), 
- Peeling do ciała Pestki Maliny Arktycznej (Bania Agafii),
- Relaksujący żel pod prysznic Lawenda Prowansji (Organic Shop)
lub
Różowy, w skład którego wchodzą:
-Nawilżający żel do mycia twarzy ( EC-LAB)
- Balsam do rąk i paznokci Japońskie SPA ( Organic Shop)
- Ujędrniający peeling cukrowo-winogronowy do ciała ( Fitokosmetik)


Warunki proste jak zawsze :
-  Będzie mi miło jeśli będziesz moim obserwatorem na blogu /facebooku/ insta - do wyboru.
Może ktoś zechce na każdym z kanałów :) 
- Odpowiedzieć na pytanie konkursowe ( obowiązkowo) 
Z czego czerpiesz motywację do działania?
-napisać który zestaw wybierasz : fiolet/róż
- zapoznaj  się z regulaminem - udział w konkursie jest równoznaczny z jego akceptacją,
- pozostaw komentarz pod tym postem, 
Konkurs trwa od 15.07-15.08.2016r ( godz.23:59) , a jego wyniki ukażą się do 5 dni od zakończenia.

Mam nadzieję, że znajdą się chętne  na udział osoby. 
Życzę powodzenia!

czwartek, 14 lipca 2016

Soczysta brzoskwinia [Bath and Body Works]

Paczka z kosmetykami Bath and Body Works prócz mydła do rąk o którym pisałam Wam już jakiś czas temu zawierała krem z mocno owocowej linii Juicy Georgia Peach. Jeśli jesteście fankami takich nut w kosmetykach możecie śmiało sięgnąć po niego w ciemno. To zdecydowanie najbardziej owocowy kosmetyk jaki miałam do tej pory. Słodki owocowy aromat sprawdzi się nie tylko w domu, ale i podczas wyjść, bo zgrabna tubka zmieści się spokojnie w damskiej torebce. Czasami mam wrażenie, że nie ma takiej rzeczy ,która by się tam nie zmieściła... 

Tym którzy kosmetyki BBW znają i mają do nich łatwy dostęp na pewno ciężko się jest oprzeć. Im bardziej zagłębiam się w ich ofertę tym więcej zapachów mnie kusi. Brzoskwinia zdecydowanie podbiła zapachem serducho mojego męża. Mamy w domu na bieżąco po kilka kremów, bo zwyczajnie ich zużycie jest u nas spore, ale to właśnie ten był mi najczęściej podbierany. I nie mogę napisać, że ukradkiem, bo niestety zapach za każdym razem zdradzał podkradającą zawartość tubki osobę. Konsystencja kosmetyku taka standardowa. Nie wyróżnia się pod jej względem od większości kremów dostępnych na rynku. Wchłania się dość dobrze i szybko i szczęśliwie nie pozostawia lepiej powłoki. Miękka tubka pozwala na zużycie go do ostatniej kropli co miało u nas miejsce wczoraj wieczorem i dziś jeszcze pozwolę sobie rozciąć opakowanie celem wygrzebania ewentualnych resztek, chociaż mąż dbał o to by wszystko dobrze z opakowania wycisnąć...  Wielkość intrygująca, bo 59ml zwróciła moją uwagę na samym początku.



Mam co do niego mieszane uczucia. Jest to dobry krem pod względem działania i na pewno sprawdzi się na dłoniach bez większych problemów, które nie są narażone na częsty kontakt z substancjami szkodliwymi. Idealnie spiszę się jako pomocnik w podtrzymaniu efektów, ale sam z mocno wysuszonymi dłońmi jednak nie radzi sobie w 100%. Daje poczucie miękkości i nawilżenia jednak jest to w przypadku mnie czy mojego męża krótkotrwały efekt.Oboje musielibyśmy go aplikować co 1-2 godziny by uzyskać zadowalający efekt, a to niestety przy pracach jakie wykonujemy nie jest realne do wykonania.  Nie można mu jednak odmówić miana jednego z przyjemniej pachnących kremów jakich używaliśmy i tym na pewno się broni. Jestem pewna , że znajdzie się spore grono osób zadowolonych z tego produktu. Ciekawa jestem jak sprawa się ma z pozostałymi kremami do rąk tej firmy i czy różnice w działaniu są znaczne. 
Używałyście ? Jak spisuje się u Was?


piątek, 8 lipca 2016

A pachnie jak marcepan... [ Bjobj]

Zapach w kosmetyku nie jest najważniejszy...Ale kosmetyki bezzapachowe kuszą jednak mniej. Co jednak jeśli bezzapachowy pachnie całkiem przyjemnie. Jak się temu oprzeć, gdy nos wyczuwa marcepan?! Ja nie potrafię. Z całej masy słodyczy te zdecydowanie są moim uzależnieniem . Do listy swoich nałogów dopisałabym  jeszcze żelki, ale nie znalazłam jeszcze kosmetyku o takim zapachu.  A powiem Wam , że w ogóle nie się nie zapowiadało...Ale po kolei.

Pisałam Wam o tym, że obecnie najchętniej sięgam po enzymatyczne peelingi do twarzy. Miałam więc nie lada orzech do zgryzienia, bo peeling od Bjobj posiada drobinki z pestek moreli i brzoskwiń. więc jednak należy do grona tych mechanicznych. Dałam i sobie i jemu czas, by w końcu ostatecznie dojrzeć do decyzji dotyczącej jego otwarcia. Doszłam do wniosku, że jeśli nie mnie - posłuży mojej mamie. Otworzyłam go po raz pierwszy i...otoczyła mnie cała masa marcepanu. Poczułam nieposkromiony apetyt. Nawet nie wiecie jak ciężko było nałożyć go na twarz wiedząc że prócz tych pieszczot nie będzie nic więcej. A tak chciałoby się go zjeść... Tylko co z informacją, o tym, że jest bezzapachowy skoro pachnie? Rozumiem , że chodzi o brak sztucznych dodatków zapachowych, ale nikt nie uwzględnił faktu, że zastosowane składniki mają jednak swój aromat. Moim zdaniem można było to sformułować nieco inaczej. 




Konsystencja kosmetyku jest w sam raz . Aplikacja nie wymaga od nas użycia  specjalnej siły, ale sam peeling nie jest też na tyle lejący żeby mógł nam przypadkowo spłynąć z buźki. Drobinki nie są za ostre, a na pewno nie na tyle by zrobić krzywdę. Sprawiają jednak , że moja twarz staje się zrelaksowana tym delikatnym masażem. Tubka wykonana  jest z miękkiego tworzywa, więc wyciśnięcie resztki kosmetyku nie powinno stanowić problemu. Czuć i to dosłownie zawartość olei. Po zmyciu kosmetyku z twarzy nie jest ona skrzypiąca i sucha, ale pokryta przyjemną delikatną warstewką. W składzie odnaleźć można m.in olejek ze słodkich migdałów czy z pszenicy. Formuła jest zdecydowanie bogata , bo składa się na nią dodatkowo masło shea czy ekstrakty z owsa i zielonej herbaty. Dzięki temu polecany jest to większości cer - nawet tych wrażliwych.Co ciekawe zastosowany ekstrakt z owsa pozyskiwany jest za pomocą obróbki na zimno by składniki aktywne nie uległy uszkodzeniu. 


Obietnice producenta co do wygładzenia i pozostawienia skóry nawilżonej według mnie zostały spełnione. Z przyjemnością sięgam po ten peeling 2 razy w tygodniu od połowy maja ( otrzymałam go początkiem miesiąca na spotkaniu w Krakowie). W chwili obecnej zostało mi ok 1/3 tubki, która mieści 75ml kosmetyku, więc na wydajność narzekać nie mogę. Nadaje się do użytku do 6 miesięcy od otwarcia, więc jego zużycie jest realne :)  Jego cena w sklepach internetowych waha się od 35-45 zł. To mój pierwszy kontakt z  firmą, ale mam już na oku następny produkt i mam nadzieję, że będzie równie dobry dla mojej skóry jak ten gagatek.

A Wy go znacie? Jak według Was pachnie? :) 
Pozdrawiam

środa, 6 lipca 2016

A kiedy dziecko?! Myślicie już? [ porozmawiajmy]

W życiu każdego bezdzietnego małżeństwa nadchodzi w końcu ten etap , gdy rodzina zaczyna wiercić  dziurę w brzuchu swoimi natrętnymi pytaniami o potomka. U nas z racji tego, że decyzję o ślubie podjęliśmy stosunkowo wcześnie ten temat pojawił się jeszcze przed uroczystością. Trafili się nawet tacy goście weselni , którzy w czasie  szaleństw na parkiecie podpytywali jaki był faktyczny powód. Prawdę mówiąc do tej pory zdarza się, że w rozmowie z kimś nowo poznanym w momencie zejścia na tematy około rodzinne większość na informację o ślubie reaguje podobnie :"Dziecko?". Z reguły odpowiadam wtedy, że gorzej... miłość.

Nie mam nic przeciwko dzieciom i potencjalnemu byciu rodzicem, ale chciałabym by ta sytuacja miała miejsce wtedy, gdy faktycznie poczujemy się gotowi na ten bez wątpienia ważny krok.Nie będę dążyła do wizerunku matki idealnej na siłę. Wszystko w życiu człowieka ma swój czas i swoje miejsce. Pewnie wiele z Was spotkało się z "fantastyczną" argumentacją bliskich , którzy delikatnie starają się wpłynąć na taką decyzję.

1. Ja w Twoim wieku...
... miałam już dzieci. Stwierdzenie ,które swego  czasu działało na mnie jak płachta na przysłowiowego byka. Teraz takie "cenne" stwierdzenia puszczam mimo uszu. Nie od dziś wiadomo, że nie ma idealnego wieku na bycie rodzicem, bo każdy z nas jest inny. Jedni mając lat 20 będą gotowi na taki krok, innym 40-ka na karku nie pomoże w podjęciu decyzji.Poza tym realia się zmieniają. Kiedyś było trudniej o rzeczy materialne, ale państwo wspierało młodych często umożliwiając nabycie godziwego lokum za bezcen. Obecnie sama myśl o tym ile kosztowałby nas zakup mieszkania czy budowa domu przyprawia mnie o ból głowy. Jak ognia boje się zobowiązań finansowych i tłumaczenia znajomych , którzy z takim kredytem żyją zupełnie do mnie nie trafiają. Zwłaszcza , że człowiek nie jest w stanie przewidzieć, co spotka go jutro,a co dopiero za 30 lat... Boli mnie fakt, że teraz ta sfera pomocy młodym małżeństwom jest trochę zaniedbana. Osobiście wolałabym żeby państwo umożliwiało znalezienie zatrudnienia niż oferowało bezmyślnie każdemu jak leci świadczeń za sam fakt posiadania dzieci.

2. Magiczne 500+...
czyli zupełnie w moim odczuciu nieprzemyślane zagranie naszego obecnego rządu. Nie mam nic przeciwko pomocy rodzinom potrzebującym czy wielodzietnym o ile nie jest to rozdawanie pieniędzy w ciemno. Ciekawa jestem jak faktycznie rozkładają się te środki , gdy trafiają w ręce rodziców? Ile z nich faktycznie poprawi jakość życia i możliwości samym dzieciom? Na pewno jest sporo rodzin , które świadomie je wydadzą i maleństwa na tym faktycznie zyskają. Nie ma się jednak co oszukiwać. Zawsze trafi się ktoś dla kogo te pieniądze będą gotówką extra na papierosy czy alkohol.I tak wiem... mają być ostatecznie rozliczane wydatki. Tylko jaki to problem poprosić o fakturę na coś  innego niż to co się faktycznie kupiło? Takie przypadki są nagminne i wystarczy przejść się po sklepach i przysłuchać dyskusjom  , żeby dowiedzieć się gdzie istnieje taka możliwość. Ludzie nie mieli tych dodatkowych pieniędzy i dawali radę, a teraz gdy już mają je w kieszeni słyszę od znajomych " a co to jest to 500zł?! dziecko przecież więcej kosztuje".  Nie ukrywam , że ręce opadły mi podczas pewnego spotkania z dawno niewidzianą znajomą. Miała ona swego czasu kłopoty finansowe i korzystała z  wszelkich dostępnych świadczeń. Po wprowadzeniu tego dodatkowego trafiłam na nią kiedyś " na mieście". Trochę sobie porozmawiałyśmy i w pewnym momencie ona zwracając się do swojego dziecka mówi " a pokaż kochanie cioci co mogłaby sobie kupić , gdyby miała dziecko". Po czym młode nieśmiało sięga do torby i wyjmuje kolejną - tym razem torebeczkę z Douglasa a z niej... podkład Estee Lauder. To chyba tyle w temacie. 

3.Jesteście już x lat po ślubie...
I możemy obyć się drugie tyle bez dziecka. Dopiero po ślubie odkryłam, że dla niektórych obrączka na palcu jest jedyną i słuszną pobudką do posiadania dzieci. Czasami jednak występują sytuacje życiowe , które wypadałoby uporządkować zanim zrobi się kolejny krok. Ja nieśmiało myślę o powiększeniu lub zmianie naszej przestrzeni życiowej. Mieszkanie blisko jednych lub drugich rodziców jest na pewno wygodnym rozwiązaniem, ale przychodzi przecież ten moment gdy pępowinę wypada , a wręcz należy odciąć. Poza tym szanuję rady obu mam, ale nie oszukujmy się, nie wyobrażam sobie żeby to dziadkowie decydowali o wychowaniu naszego dziecka, a podejrzewam że byłoby to nieuniknione w przypadku mieszkania z nimi pod jednym dachem. Każda z babć miała kiedyś swój czas na wychowanie dzieci. Niektórym wręcz dobrze zrobiłoby uświadomienie sobie, że młody rodzic SAM chce być rodzicem i nacieszyć się tym stanem rzeczy.

4.No przecież nie pracujesz...
to możesz rodzić i wychowywać dzieci. No tak, sporo osób wychodzi z takiego założenia. Tylko  że fakt że nie pracuję na etat nie oznacza po pierwsze że to mój wybór, a po drugie nie wyklucza pracy w ogóle. Czasami siedząc w domu mam ręce pełne roboty, tylko rodzina tego nie widzi, no bo skoro nie dojeżdżam do pracy... Dziecko nie ma być wypełnieniem czasu wolnego. Z takiego założenia wychodzę. 


Przeraża mnie to co widzę dookoła. Młodzi ludzie mniej lub bardziej świadomie decydują się na bycie rodzicami. Niestety funkcja ta sprowadza się u nich do "chwalenia się" dzieckiem na portalach społecznościowych, gdy faktycznie...dziecko wychowuje się samo. Sporo teraz osób, którym dziecko "zabrało " młodość  i nie ukrywają wręcz swojego rozżalenia z tego powodu. A później gdy jest już starsze pozostaje skazane na samotne wieczory, bo przecież rodzice muszę sobie odbić stracone lata. A później mówi się o tym jakie te dzieci teraz niewychowane. Wbrew pozorom  one nie są niczemu winne.Zwyczajnie to ich rodzice nie dorośli do swojej roli.

Prezentowane poglądy są wyłącznie opisem moich odczuć związanych z tematem. Jest wiele młodych małżeństw z dziećmi , które funkcjonują idealnie. Nie wrzucam wszystkich do jednego worka i nie chcę nikogo swoim wpisem urazić. Ciekawa jestem jednak Waszego zdania w tym temacie. 
Pozdrawiam 




wtorek, 5 lipca 2016

All around safe... mgiełka do twarzy [Missha]

Miałam cichą nadzieję, że upały trochę odpuszczą, bo co prawda jestem ciepłolubna, ale jednak nie aż tak by smażyć się  na słońcu, a raczej wylegiwać się pod kocykiem. Z premedytacją unikam  nadmiernej ekspozycji, a jeśli już muszę wystawić się na bezpośrednie działanie promieni słonecznych to z przyjemnością sięgam po kosmetyki z wysokim filtrem. Pierwszy raz mam jednak styczność z azjatyckim produktem  i do tego w formie  spray'u . 

Nie jest tajemnicą , że mgiełka trafiła w moje ręce podczas krakowskiego spotkania blogerek. Gdyby nie ten fakt, pewnie nie miałabym o niej pojęcia, bo osobiście do tej pory bardziej byłam zainteresowana azjatycką kolorówką niż sferą pielęgnacyjną. Zanim zdecydowałam się na jej pierwsze użycie swoim zwyczajem wygooglałam sobie informację na jej temat w sieci ( Missha ) , żeby dowiedzieć się czegoś więcej na jej temat. Skupię się pierwsze na wizualnej stronie produktu. Solidna buteleczka , którą mogłabym minąć na sklepowej półce, gdyby nie zdecydowanie przyciągająca wzrok zatyczka. Mam mieszane odczucia co do wyboru kolorystyki opakowania. Z jednej strony jest przyjemna dla oka i czytelna, a z drugiej to złoto balansuje na granicy ekskluzywności z kiczem. Samo otwierania i aplikator działają bez zarzutu, chociaż trzeba użyć odrobiny siły naciskając przycisk, żeby ostatecznie wydobyć produkt na zewnątrz. 




Konsystencja okazała się dla mnie zaskakująca.Przeczytałam sporo informacji na temat tego , że to lekki wchłaniający się szybko płyn. Liczyłam , że będzie to efekt zbliżony po użyciu wody termalnej. Pierwszy psik okazał się nie małym zaskoczeniem , bo ostatecznie okazało się, że to bardziej tzw. suchy olejek. O ile na twarzy wchłonął się stosunkowo szybko i w miarę ładnie o tyle to co osiadło na włosach musiałam zmyć szamponem. Zwracam na to uwagę, żeby ktoś nie popełnił mojego błędu. Kolor delikatny lekko zielony, na twarzy niewidoczny rzecz jasna. Bez wątpienia kosmetyk o ciekawym i mnie osobiście podobającym się zapachu cytrusów. Według producenta mgiełka nadaje się pod i na makijaż. Wersji "pod" próbowałam i według mnie lepiej jest jednak odczekać dłuższą chwilę przed nałożeniem kolorówki. Pomalowaną buźkę popsikałam raz jeden.I o jeden za dużo. Ostatecznie wyglądałam jak nakrapiana, bo tam gdzie kosmetyk osiadł w większej ilości było to widoczne. Co prawda udało mi się to ostatecznie uratować odbijając lekko całość na chusteczkę, ale to jednak nie zabawa dla mnie. 


A co tak naprawdę ma robić ten kosmetyk? Według producenta nie tylko chroni przed promieniowaniem ale też rozjaśnia skórę, a dokładniej użyto sformułowania, że ją wybiela. Ma też działanie nawadniające. W moim  odczuciu czuć zdecydowanie powierzchowne natłuszczenie, ale czy działa w głąb skóry w sposób nawilżający tego nie jestem w stanie stwierdzić, bo używam kremów o takim działaniu.  Podobno wykazuje też silne działanie przeciwzmarszczkowe, niestety na etapie używania niemożliwe do zweryfikowania. Najczęściej ze względu na łatwą aplikację stosowałam ją na dekolt i ręce, chociaż generalnie przeznaczona jest do twarzy. Z tego co czytałam w recenzjach nie ja jedna zdecydowałam się na taki krok. Koszt kosmetyku to na chwilę obecną około 80zł za 80ml. Jest dość wydajny, ale nie mogę też powiedzieć, że sięgałam po nią każdego dnia, bo zwyczajnie tak nie było. Wybierałam ją raczej na te dni, gdy mogłam sobie pozwolić na paradowanie bez makijażu lub wówczas gdy wiedziałam, że moja ekspozycja na działanie promieni słonecznych będzie długa i wymagać będzie ode mnie kilkukrotnego ponowienia ochrony np. po kąpieli w wodzie. Mgiełka jest bez wątpienia ciekawym rozwiązaniem , ale nie jestem przekonana do samodzielnego zakupu. Jednak ten tłusty film pozostawiany na skórze to nie to czego szukam.
edit.: Zapomniałam napisać- unikajcie kontaktu z oczami , bo to bolesne doświadczenie. Ja właśnie cierpię...
Ktoś z Was używał? Jakie są Wasze odczucia odnośnie tego kosmetyku ?
Pozdrawiam

poniedziałek, 4 lipca 2016

Wyniki konkursu z Garnier

Dzień dobry przy poniedziałku! Mam nadzieję, że jednej z Was poprawię dzisiaj humor , bo jak widzicie pojawiam się z wynikami konkursu organizowanego z Garnier.Trochę mi przykro , że zainteresowanie było tak małe zwłaszcza , że z rozmów z Wami wiem,że wśród moich czytelniczek sporo jest osób z mieszanymi/tłustymi buziami. 


Nie przedłużając , dzięki swojej odpowiedzi na pytania zwyciężczynią w konkursie jest.... 


Na adres czekam na zmalowanalala@wp.pl lub w wiadomości na moim blogowym profilu na fb.
Dziękuję za udział!