środa, 31 sierpnia 2016

Energia i detoks rodem z Podkarpacia [ Vianek]

Mieszkasz na wsi? Jeśli tak , to zdecydowanie będzie Ci łatwiej. Jeśli nie, będziesz musiała w swojej wyobraźni przenieść się razem ze mną na polską wieś. Wyobraź sobie małą drewnianą chatę. Dla mnie to nie problem, bo to dom moich marzeń. Znam każdy jej szczegół.Stare drzewo pachnie specyficznie. Wokół domu rozpościerają się pola. Na jednych złocą się zboża, inne są zagospodarowane na grządki. Boso, przez okraszoną rosą trawę przejdźmy razem do tych drugich... Gospodyni na pewno o nie dba, ale nie zawsze da się uchronić przed trawą , która wdziera się w każdą przestrzeń. Podczas pielenia ( lub plewienia- zależy skąd jesteś i jaka forma jest Ci znana :P ) 
unosi się mocna woń. Mieszają się aromaty...

Trawa o poranku wyłaniająca się z mgły... soczysta , rześka. Tak w moim odczuciu pachnie energetyzująco -detoksykujący peeling do ciała Vianek. To jeden z nielicznych peelingów solnych , które miałam okazję używać. Zawsze bliżej mi było do wersji cukrowych, trochę przez to, że obawiałam się podrażnień.Każdy z nas ma w końcu jakieś fanaberie. 


Nie będę ukrywać, że po otwarciu słoiczka  to głównie zapach zadecydował o tym, że postanowiłam go użyć.Dzięki niemu doszło do sytuacji w której z człowieka niepewnego czy chce to nałożyć na ciało przeszłam do etapu w którym okazało się nagle,że muszę to zrobić. Włączył mi się tryb kosmetycznego głodu. Stan podobny do tego, gdy bardzo chcemy coś kupić i chociaż nie wiem jak bardzo dana rzecz nie byłaby nam potrzebna to jednak chcemy ją mieć. U mnie ten stan występuje zwykle po wpłynięciu środków na konto. Okazuje się nagle, że zupełnie nic nie mam i biedna człowieczyna musi te braki uzupełnić- najlepiej zanim Małż wróci z pracy i sprawdzi stan konta ;) A tak poważnie spory wpływ na moją sympatię do tego kosmetyku wywarł jego wygląd. Nie wiem jak Wam, ale mnie zdecydowanie kojarzy się z soczystym , słodkim kiwi. Takim wręcz przedojrzałym i ociekającym sokiem. Nie no naprawdę, koło kosmetyków jeszcze jestem czasami w stanie obojętnie przejść- ale koło jedzenia już nie mogłam ;) Przemyślałam sprawę raz jeszcze i doszłam do wniosku, że w sumie mogę przymknąć jedno oko na tą sól.Wszak ona też do jedzenia...



 Na kolejne zaskoczenie nie trzeba było specjalnie długo czekać. Udałam się pod prysznic w wiadomym celu i zanurzyłam swe łapska w słoiczku ( tak wiem- niehigienicznie, możecie mnie za to spalić na blogerskim stosie). Fajnie, miękko- myślę. Wydobywam więc odpowiednią ilość , a jednoczenie okiem ( które nie ma kąta ) zauważam, że w miejsce powstałej dziury coś napływa. Przedostanie się tam cieszy z zewnątrz szybko wykluczyłam. Nabrana na drugą dłoń substancja zaczęła w międzyczasie migrować , więc zabrałam się  do tego, do czego kosmetyk został stworzony. Szczęśliwa pełna energii i z wygładzoną już skórą zabrałam się za opłukiwanie ciała z resztek kosmetyku. A w tym momencie muszę wspomnieć o tym, że drobin jest sporo (sól i nasiona ostropestu) , jednak sam peeling w mojej ocenie nie jest ani delikatesem ani mocnym zdzierakiem. Spokojnie znajduje swoje miejsce w środkowym rzędzie. Wracając do tematu ze zmyciem ich z ciała nie miałam problemu. Zauważyłam jednak, że na skórze pozostał delikatnie tłusty film i w tym momencie oświeciło mnie czym była ciecz napływająca do powstałej dziury ;p  

Sporym plusem jest dla mnie opakowanie z którego możemy wydobyć wszystko do końca. Mam jednak obawy co do podróżowania z takim specyfikiem w kosmetyczce, bo jednak oleje mogłyby nieplanowanie wypłynąć. Całkiem sprawnie radzi sobie z suchą skórą i martwym naskórkiem.Zdecydowanie jest to idealny kosmetyk dla leniwców lub zapracowanych, bo po jego użyciu nie ma konieczności nakładania balsamu. Pod względem wydajności... wiadomo, że każdy z nas ma jakieś swoje przyzwyczajenia. Ja sobie osobiście nie żałuję przy stosowaniu stąd też 150ml uciekło z opakowania gdzieś w okolicach siódmego użycia ( przy peelingu całego ciała).Sam kosmetyk po otwarciu jest zdatny do użycia przez 3 miesiące.  Cena jest przystępna i biorąc pod uwagę fakt, że skład również - ja jestem na TAK. 

I teraz tylko pozostaje dylemat czy sięgnąć ponownie po tą wersję czy dać się ponieść fantazji i pójść z kimś na maliny albo nazrywać jeżyn w lesie, a może skorzystać z dobrodziejstw zamkniętych w nasionach czarnuszki...



Czytaj dalej »

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Wybierz zapach dla siebie [konkurs]

Wczorajszy etap wyzwania delikatnie zainspirował mnie w kolejnym konkursie. A ponieważ u wielu z Was widziałam zapachy Avon lub też wspominałyście w komentarzach, że ich używacie , pomyślałam sobie, że to one będę stanowiły nagrodę. 


Tym razem dla ułatwienia i sobie i mam nadzieję Wam zadania zamiast komentarza proszę o wypełnienie krótkiej ankiety ( pod postem). Dodatkowo jak ktoś chce się upewnić , że jego zgłoszenie zostało przyjęte, proszę o pozostawienie dowolnego komentarza pod postem ;) Warunkiem udziału jest zapoznanie z regulaminem dostępnym TUTAJ oraz odpowiedź na pytania konkursowe podane w ankiecie.Konkurs trwać będzie do 1.10.2016r od dnia dzisiejszego. Jeśli liczba zgłoszeń przekroczy 70- nagrody będą dwie. Nagrodą będzie wybrany przez Was zapach dostępny w ofercie Avon ( koszt przesyłki na terenie PL pokrywam ja).




Czytaj dalej »

niedziela, 28 sierpnia 2016

Pachnę jak...

Nie pisałam do Was przez cały tydzień, ale zwyczajnie nie miałam na to siły tyle rzeczy spadło mi na głowę. Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej, a żeby dobrze zacząć tydzień pojawiam się z wdzięcznym tematem na post. Dzisiaj pokażę Wam moje zapachy, bo taki jest temat kolejnej wyzwaniowej niedzieli.

Największą miłością darzę zapachy Yves Rocher. Obecnie zużywam namiętnie So Elixir, który trafił do mnie w jednym z rozdań. Wcześniej miałam m.in Comme une Evidence oraz Neroli. Kilka innych miałam okazję wąchać u znajomych i na chwilę obecną wydaje mi się, że każdy ich zapach wpisałby się w moje gusta.  Lubię dość mocne aromaty, fajnie gdy są one przełamane dodatkowo jakimś nieoczywistym zapachem. Zwykle szukam w nutach zapachowych czarnej porzeczki, bergamotki czy drzewa sandałowego. Nie jest mi również obojętny pieprz chętnie w asyście jaśminu lub gruszki.Najrzadziej sięgam po czysto kwiatowe pozycje , ale od czasu do czasu zdarza się taki dzień , że czuję potrzebę zmiany.   Zupełnie nowym odkryciem jest dla mnie zapach z edycji limitowanej Pani Walewska Sweet Romance czy opisywany już przeze mnie na blogu C-Thru Pure Illusion. Oba można dostać w przystępnych cenach , bo na promocjach już od około 20zł. Wiadomo, że nie są one tak trwałe jak oryginalne zapachy, ale spokojnie da się ich z powodzeniem używać :) 



Mam kilka zapachów jak Bruno Banani Absolute Woman czy Britney Spears Midnight Fantasy , które używam wyłącznie wiosną jak i wczesnym latem, bo z jesienną czy zimową aurą zupełnie nie mogę ich sobie pokojarzyć. Jesienią lubię natomiast również bardzo tanie zapachy od Tesori d'Oriente, a zwłaszcza Białe Piżmo, które jest mocno pudrowe i trochę kojarzy mi się z zapachem kosmetyków dla dzieci.Pozostałe zapachy jakie mam trafiły do mnie jako zupełne niespodzianki. JFenzi i ich Anathea czy Savon Nuit  były dołączone w pudełkach Face&Look , które zamawiałam. Po opisie wydawało mi się, że oba nadadzą się dla mnie idealnie i o ile czarna butelczyna podbiła moje serducho o tyle drugi nabytek używam okazjonalnie, bo jednak zapach jest dla mnie za słodki i trochę kojarzy mi się z tandetą .  

A Wy czym pachniecie?!

Czytaj dalej »

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Czego potrzebuje moje ciało?!

Jestem zaskoczona faktem jak skromnie wygląda moja pielęgnacja ciała. Przejrzałam kosmetyczne zasoby i wybrałam kilka produktów , których obecnie używam i które naprawdę lubię.I pewnie takie które są Wam w większości znane, bo akurat tutaj nie ma żadnych udziwnień i sięgam po  to co jest powszechnie dostępne.


Jeśli śledzicie mojego bloga już jakiś czas to znacie moją słabość do wszelkich peelingów. W mojej łazience goszczą zarówno mocne jak i naprawdę delikatne zdzieraki. Pod prysznicem najchętniej zużywam peelingi od Tołpy ( dostępne w różnych wersjach- o jednej z nich pisałam tutaj) . Teraz jest to wersja zielona , ale równie ciekawa jak poprzedniczka. Nie zapewnią mocnego tarcia, ale są idealne do stosowania na co dzień.  Równie ciekawy okazał się produkt od firmy z regionu czyli peeling do ciała Vianek . Wersja solna energetyzująco- detoksykująca przypadła mi do gustu.  Przyjemny zapach, chociaż mocno roślinny. Drobiny stosunkowo ostre lecz jest ich mało. A całości dopełnia m.in oliwa z oliwek. Po użyciu na skórze pozostaje delikatnie tłusty film. 


A jak już usuniemy martwy naskórek i wszystko to co niepotrzebne, to warto zadbać o nawilżenie.Ostatnio jako, że nie przepadam za mocnym natłuszczeniem ratuję się balsamami pod prysznic Lirene. Oszczędność czasu jest. Dodatkowo skóra nie jest lepka, ale czuć miękkość. Zamiennie używam wersji z algami oraz tej o działaniu brązującym, jako że opalać również niespecjalnie się lubię. Na naprawdę problematyczne miejsca, ulegające przesuszeniu jak  łokcie czy kolana aplikuję masełko Shea o słodkim zapachu od Indigo. Chociaż przyznaję , że bardziej wolę je wykorzystywać przy masełkowym manicure. 


Moim must have w pielęgnacji ciała są również szczotki do stosowania na sucho. Pisałam już kiedyś na blogu o tym jak to się stało, że sama zaczęłam szczotkować ciało.  Zamiennie używam albo szczotek z rączką o której też wspominam w tamtym poście albo mniejszych nakładanych na dłoń. Obie wersje są przydatne, a wybór uzależniony jest głównie od tego czy chcecie działać w ten sposób na całe ciało czy tylko na wybrane partie.  Oczywiście mam jeszcze kilka produktów jak olejki rozświetlające czy mgiełki zapachowe, ale nie są one niezbędne i stanowią tylko dodatek więc pozwolę sobie napisać o nich innym razem.

Pozdrawiam


Czytaj dalej »

piątek, 19 sierpnia 2016

Odrobina szczęścia dla kogoś i trochę dla mnie...

Słońca Wy moje najpiękniejsze mało mnie było przez ostatnie dni w sieci, bo miałam trochę swoich załatwień. Pojawiam się jednak w końcu z luźniejszym postem w którym chciałabym się Wam trochę pochwalić nowościami. Prawdę mówiąc dość mocno się ograniczyłam, a wszystko to za sprawą scrapu do którego doinwestowałam sporo pieniędzy i na kosmetyczne zachcianki zwyczajnie już nie starczyło. No dobra, nie tak całkowicie bo jednak coś mi tam do tego koszyka zakupowego wpadło. 
Wczoraj przy okazji spotkania związanego z moim drugim blogiem zajrzałam także do szkoły. Okazało się , że kierunek na który początkowo się zdecydowałam nie ruszy z powodu małej ilości chętnych osób. Wybrałam wiec coś zupełnie z innej bajki i trochę mnie to przeraża :) Nie mniej napiszę Wam co wybrałam w zastępstwie jak już rozpocznę naukę. Na pewno umiejętności które mogłabym na nim zdobyć przydałyby mi się i na tym blogu i podczas scrapowych prac ( kto zgadnie o jakim kierunku mowa?:) )  Dobrze nie wróciłam z Rz-a , a znowu się tam znalazłam, tym razem za sprawą Małżona który miał w planach zakupy. Przy okazji udało nam się zahaczyć o Tesco w którym to szczęśliwie trafiłam na pościel z mopsami przecenioną z 82 na 48zł. 


Na promocji były też kosmetyki  Organic Shop, a że były mi one dotychczas nieznane przygarnęłam twór zwany pastą do ciała. Pachnie cudnie! O działaniu wypowiem się jak już poużywam. Dzisiaj natomiast trafiłam na wyprzedaż w Biedronce i w końcu skusiłam się na tą oklepaną na blogach soniczną szczoteczkę do twarzy. Ostatecznie za niecało 20zł jestem skłonna dać jej szansę i spróbować co z tego wyjdzie. Ampułki do włosów Marion i olejek do twarzy same wepchnęły mi się w ręce- 5zł/szt.


I na tym kończy się moje zakupowe szaleństwo! 

Ale nie kończy się post...

Bo przed Wami

WYNIKI

Gratuluję. W Waszych odpowiedziach przewijało się kilka bardzo ważnych i dla mnie bodźców pobudzających do działania. Zarówno blog jak i natura potrafią naładować moje baterie, ale tak jak i Kasię motywuje mnie mój mężczyzna. Co prawda nie jest żołnierzem, ale bierze udział w misji "mechanik". Praca jest dla niego przed wszystkim hobby i na dobrą sprawę czasami zupełnie z niej nie wychodzi ( myślami) . Pomimo to ogarnia całe mnóstwo innych rzeczy łącznie ze mną, a jestem mocno absorbującą i niekiedy irytującą osobą. Stąd też ta odpowiedź trafiła w moje serducho. 

Dziękuję za udział każdej z Was. Za to, że ze mną jesteście na moich kanałach społecznościowych. Tak jak zapowiadałam na fb, na stałe zagoszczą tam nagrody dla najaktywniejszych osób. Tutaj również postaram się coś  regularnie organizować.
Pozdrawiam!

Czytaj dalej »

wtorek, 16 sierpnia 2016

Pierwotnie... tak pachnie.

Lubię się czasami wyłączyć. Zostawiam w tyle pracę, obowiązki domowe i troski dnia codziennego by naładować swoje baterie  gdzieś na totalnym odludziu. Wchodzę do nieznanego lasu i zmieniam się w drapieżcę który kieruje się wyłącznie swoim zmysłem węchu. Palpitacyjnie odkrywam szczęście zamknięte w leśnej ściółce. Zachwycam się deszczem. Jego krople pieszczą rozgrzaną ziemię ,a ona odpowiada zapachem. Igrają ze sobą niczym dwoje kochanków. Zamykam oczy i słyszę bicie serca obok... Łapie łapczywie powietrze. Gdzieś w oddali toczy się normalne życie...



 Gdy pierwszy raz zapaliłam świecę ze zdjęć poczułam to, co czuję podczas swoich ucieczek w głąb siebie. Znalazłam się w wilgotnym i pachnącym jednocześnie i świeżością i upływającym czasem lesie. Pod nogami  szeleściły liście i roznosił się ledwie słyszalny chrzęst gałęzi.Wszystko wokół pędziło, a ja stałam w miejscu . 



Co zaskakujące, ta świeca wcale nie pachnie lasem. To zapach zielonej herbaty- dla mnie w mocno pierwotnym wydaniu. Taki nieprzetworzony zapach liści suszących się na słońcu. Surowe wykonanie niby nieidealne, ale jednak perfekcyjne w każdym calu. Misterne rzeźbienia na jej powierzchni wydają się być skutkiem jednego z żywiołów. Nie mogę się zdecydować czy lepiej się na nią patrzeć czy cieszyć jej  zapachem. I w jednym i w drugim wydaniu sprawia mi ogromną przyjemność... Zapach nie dla każdego, bo w końcu nie każdy potrafi i nie każdy chce się zatrzymać i zacząć wszystko od nowa. Ale gdyby ktoś chciał, gdyby czuł potrzebę... Polskie Świece.


Czytaj dalej »

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Najczęściej sięgam po... kosmetyki do makijażu.

Jestem z małym poślizgiem , ale pochłonął mnie wyjazd i nie miałam możliwości opublikowania tego posta wczorajszego dnia. Trzecia niedziela wyzwania upływa pod hasłem przewodnim "Kosmetyki do makijażu". Oczywiście tak jak i w poprzednich tygodniach nie będę Wam przedstawiać wszystkiego co mam w swoich zasobach, a tylko te produkty po które najczęściej i najchętniej sięgam.

Kolorówka to u mnie istny misz-masz. Posiadam po kilka kosmetyków danych firm, ale biorąc pod uwagę całość wszystkiego u mnie po trochę. Ciężko mi się oprzeć nowościom, niekiedy też to co otrzymuję od firm jest dla mnie tak trafione, że wskakuje na listę ulubieńców  i później sama kupuję już dany produkt. 


Obecnie bliżej mi do kremów BB niż do mocno kryjących podkładów, bez których kilka lat temu nie wyobrażałam sobie życia. Powody takiego stanu rzeczy są dwa: poprawił się stan mojej cery , a po drugie zaczęłam siebie akceptować taką jaką jestem. Nie znaczy to jednak, że zupełnie zrezygnowałam z podkładów, ale na tyle na ile mogłam ograniczyłam ich użycie. Prym wiodą więc teraz u mnie azjatyccy sprzymierzeńcy. Bardzo chętnie sięgam po różową wersję kremu od Skin79 , która nie tylko świetnie wyrównuje koloryt , ale również bardzo dobrze radzi sobie z ukrywaniem niedoskonałości. Nieco delikatniejszy w działaniu pod względem krycia, ale nadal fajnie zachowujący się na skórze jest krem od Missha. Plusem w obu przypadkach jest zawartość wysokich jak na kolorówkę filtrów ochronnych. Dla równowagi przedstawiam także swoje tegoroczne odkrycie - podkład mineralny. Annabelle Minerals  to pierwsza firma produkująca takie kosmetyki z którą mam styczność, a wszystko to za sprawą kwietniowej edycji Meet Beauty. Nie będę ukrywać, że zaskoczyło mnie działanie kosmetyków mineralnych, bo spodziewałam się jednak, że będą mocno subtelne, a co za tym idzie za delikatne dla mnie. 


Pech chciał, że w kilka dni przed pisaniem tego posta przez moją niezdarność ucierpiały dwa ciekawsze rozświetlacze jakie posiadam, stąd też na zdjęciu pewnie nie prezentują się najlepiej. Lovely i wersji Gold lub Silver ( mam obie) nie muszę chyba przedstawiać,  bo to powszechnie znane i dostępne kosmetyki. Z obu jestem równie zadowolona.  Pięknie prezentujący się puder rozświetlający od Ingrid Cosmetics skradł mi serce stosunkowo niedawno. Jak widzicie spory z niego okaz i pewnie będzie mi służył przez długi długi czas. Ma nieco inne wykończenie niż Gold od Lovely, chociaż drobinki są do siebie mocno podobne. Do wykończenia i utrwalenia makijażu używam obecnie pudru City Matt od Lirene. Radzi sobie nieźle z moją aktywną strefą T. Czarna paletka, to mój sprzymierzeniec w walce o względne brwi. Jest to paletka od Gosh w której jak widzicie znajdują się 3 cienie do brwi i wosk, z którego akurat korzystam sporadycznie. Na dole kolejno Provoke i ich modelator twarzy. Idealny twór na wyjazdy bo łączy w sobie trzy kosmetyki.Jak widać u mnie największym powodzeniem cieszy się bronzer.  Zamiennie używam go z tym z Kobo- kolejny na zdjęciu. 


W kwestii makijażu ust pozostaje wierna poznanym podczas pobytu w UK Power Pout od MUA.Posiadam kilka wersji kolorystycznych. Cenię je za różnorodność i połączenie koloru z dobrze nawilżającą formułą. Zdarza mi się korzystać z tradycyjnych pomadek, ale jednak do tych ciągnie mnie bardziej. Rzęsy najchętniej podkreślam natomiast mascarą od Yves Rocher- Sexy Pulp. Szkoda, tylko, że jej regularna cena jest dość wysoka, bo to około 50zł.


Kolejną moją miłością przywiezioną z Anglii zdecydowanie są paletki z MUA. Posiadam ich całkiem sporo, ale dwie przedstawione na zdjęciu poniżej są moimi ulubionymi : Romantic Efflorescence oraz Twelfth Night (podlinkowałam Wam swoje makijaże z ich użyciem). Jestem zadowolona i z pigmentacji i z kolorów. Jak widzicie na zdjęciu głównym, nie obce są mi również MUR i Freedom. Dobre kosmetyki w przystępnych cenach. I tak naprawdę jedyne do czego mogłabym się przyczepić w każdym przypadku to opakowania, bo jednak  z czasem i z kolejnym przenoszeniem i upychaniem w kufrze nie najlepiej się już prezentują. 


Znacie przedstawione przeze mnie kosmetyki? Używacie któregoś z nich?!
Pozdrawiam!
Czytaj dalej »

czwartek, 11 sierpnia 2016

Róże od Dr. Bronners'a [ mydlana miłość]

Nie wiem jak Wy, ale ja miałam tak, że gdy zaczęłam blogowanie i zagłębianie się w tematy kosmetyczne to nagle stało się dla mnie nazbyt jasne , że mydła są bleee... Używałam pianek, żeli , emulsji...wszystkiego byleby nie mydeł. Na szczęście człowiek mądrzeje z wiekiem i ze zdobytymi informacjami więc stosunkowo gładko przeszedł mi ten stan i na nowo powróciłam do mydeł- co prawda raczej już nie tych typowo drogeryjnych. 


Wiecie, prawdę Wam powiem: gdy zobaczyłam ten twór  zastanawiałam się z lekka po co komuś mydełko w płynie o takiej pojemności. Buteleczka 59ml niby idealna na wypróbowanie, ale nie dawałam jej zbyt dużo czasu. Stawiałam wręcz na to,że na max. 2 użyciach nasza przygoda we dwoje się zakończy, a wyszedł z tego całkiem fajny romans. Ale po kolei...Mydełko różane trafiło do mnie nie inaczej jak na Beauty By Bloggers za sprawą Bio-krainy. Trafiło do mojej skrzyneczki próbkowej i tam miało czekać do wakacyjnego wyjazdu, aż dnia pewnego wzięłam maleństwo w ręce i doczytałam kilka istotnych dla mnie rzeczy. A punkt pierwszy na liście istotnych dla mnie rzeczy to wielozadaniowość. Mydełkiem tym możemy umyć nie tylko ciało, ale i twarz i włosy i nawet zęby (chociaż tej ostatniej opcji otwarcie przyznam nie próbowałam). To nie koniec plusów. Kosmetyk ten dzięki zastosowanym składnikom jest biodegradowalny tak więc autentycznie możemy  za jego pomocą prać i myć się na łonie natury bez obaw , że nasze działania będą mieć negatywny wpływ na środowisko . Sama mieszkam nad rzeką i niestety latem mocno odczuwalne jest jednak to, że ludzie zupełnie nie przykładają do tego wagi. Nagminnie ktoś wyciąga powszechnie dostępne żele lub szampony i podczas kąpieli szoruje się nimi, czego zupełnie nie rozumiem bo raczej biwakowiczów u nas mało , a osoby które to robią zwykle przebywają nad rzeką zaledwie kilka godzin. Nie wiem czy to zwykła bezmyślność czy raczej chęć zaoszczędzenia na rachunkach za wodę przez miastowiczów :P  Wracając do tematu przewodniego chciałam tylko dodać, że zastosowań ma wiele i nie każde zapewne jest mi znane ( tego 18 w 1 się nie doliczyłam ). Zaskoczeniem była dla mnie konsystencja, ponieważ  mydełko nie jest moim pierwszym kosmetykiem w płynie, ale wyróżnia się jednak na tle innych. Jest mocno lejące i nałożone na skórę minimalnie się pieni. Dodane do wody bieli ją tak, że człowiek ma wrażenie iż bierze kąpiel w mleku tylko o różanym aromacie.  Nie wysusza skóry tak jak inne mydła które znam przez co zdecydowałam się używać go głównie do końcowego etapu demakijażu. 


Zdecydowanie czystość skóry po jego użyciu jest namacalnie odczuwalna. Sama nie jestem specjalnie fanką zapachu róży w kosmetykach, ale na ten nie narzekam. Pachnie delikatnie kwiatowo i utrzymuje się na skórze przez chwilę.  Jak doczytałam już przed pisaniem tego posta mydełko swoje właściwości zawdzięcza połączeniu naturalnych olejków eterycznych  z biologicznie aktywnym olejem kokosowym, jojoba, a także konopi i oliwki. Dzięki temu możliwa jest jego skuteczność w myciu przy jednoczesnym braku przesuszenia skóry. Zastosowane opakowanie scala się z ideologią i również  w 100% nadaje się do recyklingu.  Mydło dostępne jest w trzech pojemnościach z czego moja jest tą najmniejszą. Dodatkowo wypatrzyłam również , że powstało kilka wersji zapachowych w których zastosowano nieco odmienne składniki przez co ciekawa jestem ich działania. Ja zostałam mile zaskoczona, więc jeśli ktoś z Was ma je w swoich zasobach , a nie jest przekonany do używania to może warto dać mu szansę?! 

Pozdrawiam


KONKURS- trwa jeszcze tylko kilka dni! 
Czytaj dalej »

niedziela, 7 sierpnia 2016

Aktualna pielęgnacja twarzy [ opróżniamy kosmetyczki]

Tydzień zleciał w mgnieniu oka. Nie zdążyłam jeszcze dobrze przejrzeć postów dziewczyn biorących udział w pierwszym tygodniu zabawy z Trusted Cosmetics, a tu już kolejna niedziela i kolejny temat do podjęcia. Pielęgnacja twarzy -dla mnie najistotniejszym etapem, głównie przez to, że moja twarz bywa kapryśna i mam z nią od czasu problemy. Muszę więc uważać na to czego używam  i obserwować w jaki sposób moja skóra na to reaguje. 

W dzisiejszym poście prezentuję Wam 10 najważniejszych kosmetyków w mojej obecnej pielęgnacji twarzy. Mam oczywiście ( stety albo niestety) o wiele większe zasoby, ale myśląc o dobrym i skutecznym rozwiązaniu te produkty jako pierwsze przyszły mi na myśl. Sięgam po nie z przyjemnością. Być może dzięki mojemu wpisowi rozkocham w nich kogoś jeszcze. 


Złuszczanie i porządne oczyszczanie twarzy jest dla mnie bardzo istotne. Jestem posiadaczką cery mieszanej ze skłonnością do miejscowych przesuszeń, a co za tym idzie nieestetycznego łuszczenia się. Drugim problemem są bez wątpienia mocno widoczne rozszerzone pory na nosie i policzkach . Staram się regularnie złuszczać twarz ,ale w taki sposób by sobie nie zaszkodzić. Pomagają mi w tym dwa produkty przedstawione poniżej. Peeling enzymatyczny Lirene to moje odkrycie sprzed roku. Obecnie kończę już kolejną z kolei tubkę i pomimo skoków w bok z innymi firmami, żaden inny produkt nie jest mu w stanie dorównać działaniem. Świetnie radzi sobie ze swoim zadaniem, nie przesusza, a wręcz pozostawia skórę miękką, gładką i widocznie odświeżoną. Jest moim lekiem na całe zło.  Od czasu do czasu zdarza mi się też sięgać po tradycyjne peelingi z drobinami. Głównie celem wykonania delikatnego masażu twarzy. Dzięki spotkaniu w Krakowie w moje ręce trafił produkt od Bjobj, o którym już Wam zresztą pisałam. Nie dość, że pięknie marcepanowo pachnie, to pozostawia na skórze delikatny natłuszczający filtr m.in dzięki zawartości masła Shea.  


Celowo nie zaprezentowałam w tym wpisie tradycyjnego kremu do twarzy, bo... chwilowo takiego nie używam.Na noc najchętniej sięgam po mocno regenerujące i łagodzące serum do twarzy od Sesderma. Szybko się wchłania i u mnie zdecydowanie robi robotę. Ubolewam jedynie nad  jego wysoką ceną. Drugi produkt, krem z filtrem od Obagi używam na dzień. Miałam do czynienia z różnymi kremami i filtrami, ale ten bez wątpienia się wyróżnia. Nie bieli twarzy, szybko się wchłania.Dobrze współgra z makijażem, a dodatkowo nie przesusza skóry. Nie wiedziałam, że skuteczna wysoka ochrona przed promieniowaniem może być jednoczenie przyjemna w obyciu.


Moim odkryciem w pielęgnacji skóry w okolicach oczu okazał się być niepozorny kremik w słoiczku od Tołpy. Lekka i szybko wchłaniająca się konsystencja sprawia, że sięgam po niego z przyjemnością. Łagodzi podrażnienia i przynosi ulgę.Ostatnio przez długie godziny spędzone przed monitorem autentycznie odczuwam dyskomfort. Na szczęście krem radzi sobie z tym doskonale. Jedyna ważna uwaga co do tego produktu- nadaje się do użycia  tylko przez 3 miesiące od otwarcia.Kolejny kosmetyk może wywołać trochę kontrowersji. Jest to maseczka rodem z Chin. Tak jak w pozostałych wpisach z kosmetykami stamtąd tak i tu wspomnę, że znam ryzyko i jeśli po coś sięgam to z pełną świadomością ewentualnych skutków. Tak więc maseczka Caicui z fasolą Mung trafiła do mnie celem  poprawy stanu mojej skóry. Przeznaczona jest do skór tłustych i mieszanych i ma na celu oczyszczanie porów i zminimalizowanie wydzielania sebum.  Może nie pachnie najlepiej i zbyt dobrze wizualnie się nie prezentuje, ale działa. Pory są po jej użyciu zdecydowanie mniej widoczne, a skóra sprawia wrażenie skrzypiąco czystej. W moim odczuciu przy regularnym stosowaniu produkcja sebum faktycznie w strefie T została zmniejszona. Na plus zdecydowanie też fakt, że do opakowania dołączona jest szpatułka do aplikowania kosmetyku, więc nie ma potrzeby grzebania paluchami w słoiczku. 


Moim lekarstwem na upały i nie tylko są wody termalne. Wcześniej sięgałam po takie wymagające odciśnięcia. Teraz postawiłam na kosmetyk od Uriage, który może pozostać na twarzy do wchłonięcia. Mgiełki przynoszą ochłodę nie tylko w czasie upałów. Sięgam po nią czasami kilkukrotnie w ciągu dnia i staram się by cały czas była pod ręką. Czasami aplikuje ją także na noc, bo dobrze działa na moją twarz i zdecydowanie łagodzi podrażnienia. Obawiałam się zawsze cen takich kosmetyków, ale bez obaw- mała wersja która wystarcza spokojnie na 3 tygodnie naprawdę częstego używania to koszt w granicach 10-13zł w zależności od apteki/sklepu. Kolejnym produktem jest tonik - serum od Tołpy. Świetnie tonizuje skórę , ale co ważne radzi sobie z usunięciem resztek kosmetyków ,które w trakcie demakijażu zostały pominięte lub zwyczajnie niedokładnie usunięte. Dla mnie jest to kosmetyk mocno porównywalny z płynem micelarnym zamkniętym w bardzo podobnej butelczynie zresztą. Pozostając w temacie Tołpy chciałam tutaj dodać jeszcze piankę oczyszczającą, ale chwilowo zostałam na lodzie, bo zamówienie nie doszło, a poprzednie opakowanie wyrzuciłam. Chodzi mi jednak o kosmetyk  o którym pisałam tutaj .


Ostatnie dwa kosmetyki  to skarby przywiezione z Beauty By Bloggers . Gdyby nie to, pewnie nie miałabym w ogóle pojęcia o ich istnieniu , bo nie kojarzyłam tych produktów wcześniej. Pierwszy z nich to maseczka przeznaczona do cer mieszanych i tłustych mająca na celu zaabsorbowanie nadmiaru sebum ze skóry. Pod względem działania bardzo podobna do maseczki Caicui o której wspominałam wcześniej.Ta jednak ma w swoim składzie m.in glinki.Zdecydowanie lepiej pachnie od tamtej. Jednak tutaj muszę pilnować czasu trzymania jej na skórze lub wręcz go skracać, bo można nią przedobrzyć i doprowadzić do delikatnego przesuszenia.Na cerach tłustych na pewno spisała by się o niebo lepiej niż u mnie. Na koniec zostawiłam maseczkę o działaniu nawilżającym i regenerującym. Naprawdę zwracam uwagę na to, że nawet problematyczne buźki muszą być prawidłowo nawilżane i warto o tym pamiętać. Maseczka sprawia , że twarz wygląda na promienną i wypoczętą, jest miękka w dotyku. Delikatnie , przyjemnie pachnie , a jej nadmiaru nie zmywamy, a delikatnie ściągamy wacikami z twarzy. 


Dobrnęliście do końca?! Które z zaprezentowanych przeze mnie kosmetyków znacie , używacie?
Pozdrawiam!
Czytaj dalej »

sobota, 6 sierpnia 2016

Relaks z płynem micelarnym w tle?! [ Clochee]

 Jestem osobą która lubi się malować ( chociaż ostatnio niestety zdarza mi się to rzadko) , więc posiadam też znaczny arsenał produktów do demakijażu i tonizowania skóry. Tym ostatnio przeze mnie używanym był maluszek od Clochee. Buteleczka mieszcząca 100ml produktu trafiła w moje ręce dzięki Lemone podczas pierwszej edycji Beauty By Bloggers , która jak pewnie już wiecie miała miejsce w czerwcu br. w Częstochowie. O rozmowie z przedstawicielkami jak i przygotowanych dla nas zestawach kosmetyków już Wam pisałam w relacji z tego wydarzenia jak również w recenzji serum Sesderma. Wspomnę więc tylko, że to co wyróżnia tą klinikę na tle innych to możliwość sprzedaży kosmetyków renomowanych marek. W ich sklepie online znajdziecie mnóstwo perełek w tym też ten płyn właśnie... 


To mój pierwszy kontakt z firmą Clochee w związku z czym nie wiedziałam tak naprawdę czego mogę się spodziewać. Na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się szata graficzna jak i kolor użytych opakowań. Podejrzewam, że zamknięty w przezroczystej buteleczce nie robiłby już takiego wrażenia. Aplikacja nie sprawia problemów , a kosmetyk bez obaw można ze sobą zabrać w podróż dzięki jego niewielkim wymiarom. Ale o czym dokładnie jest dziś mowa?! Przedstawiam Wam Relaksujący Płyn Micelarny Orange Blossom & Damascan Rose Hydrolat. Zasada sposobu używania jest taka sama jak w przypadku innych kosmetyków tego typu. Nasączamy płynem wacik i przecieramy nim twarz. I co ma nam to dać? A no według zapewnień producenta całkiem sporo. Płyn nie tylko usuwa makijaż z twarzy i oczu , ale równocześnie tonizuje skórę. Dodatkowo ma właściwości łagodzące podrażnienia i podobno działa antystarzeniowo. A skąd ten tytułowy relaks?  Relaksująco ma na nas podziałać połączenie zapachowe.Na pewno jest nieoczywiste. Im dłużej wącham tym trudniej mi określić co tak naprawdę czuję. Zapach jest przyjemny i bez wątpienia naturalny. Dla mnie to rośliny zanurzone w wodzie z górskiego strumienia. Nie jest nachalny i prawdę mówiąc czuć go jedynie podczas aplikacji, więc nawet jeśli komuś nie przypadnie do gustu nie ma się co martwić tym faktem. 


Działanie: Pierwszy krok przed właściwym użyciem skierowałam na blogi innych dziewczyn, żeby wstępnie dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Nie trafiłam na żadną negatywną opinię, a to naprawdę dobrze rzutuje. Bez obaw zabrałam się więc do działania. Nie mam do niego żadnych zastrzeżeń jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy. Dobrze radzi sobie ze zmywaniem kosmetyków. Z oczu też udało mi się z jego pomocą usunąć nawet wodoodporne mascary, ale...niestety odczuwałam delikatne szczypanie i pieczenie na powiekach, co zdyskwalifikowało go u mnie jako kosmetyk do ich demakijażu. Świadomie stosowałam go więc z czasem bardziej w roli toniku niż produktu oczyszczającego. W kilku recenzjach nie znalazłam informacji o tym , że pozostawia na skórze delikatnie lepki film, a myślę, że jest to dość istotna sprawa. Szczęśliwie jeśli bezpośrednio po jego aplikacji nakładacie krem uczucie lepkości mija. Jest to przyjemny w odbiorze kosmetyk, ale nie będę ukrywać, że koszt 29zl/100ml nie jest na każdą kieszeń, zwłaszcza jeśli takie produkty zużywamy" litrami ". Plusem jest zdecydowanie możliwość wyboru spośród dwóch pojemności. Moja wersja to oczywiście ta mniejsza, a tym samym  idealna na przetestowanie i podjecie decyzji o zakupie większego opakowania.
 Głośno o tych kosmetykach na blogach. Może macie wśród asortymentu firmy swojego ulubieńca ? Co to takiego ?:) 
Pozdrawiam


Czytaj dalej »

czwartek, 4 sierpnia 2016

Moje sposoby na... czas wolny.

Powinnam chyba zacząć posta od stwierdzenia pewnego faktu. Zdecydowanie rzadko mi się nudzi i nie pamiętam już prawie jaki to stan, a wszystko za sprawą rzeczy jakie robię w wolnej chwili i tym samym do  " nudzi mi się" nie dopuszczam Każdy z nas ma swoje magiczne sposoby na wyciśnięcie z krótkiej , bo zaledwie 24 godzinnej doby kilku minut na osobiste przyjemności. Moje zajęcia pozwalają nawet na wyciśnięcie kilku wolnych godzin z których korzystam , bo nie wiadomo jak długo będzie trwać ten stan . Swoją drogą pracując i prowadząc uregulowany styl życia zawsze byłam zdolna do uzyskania większej ilości czasu wolnego niż podczas siedzenia w domu gdy tak na dobrą sprawę miałam do zrealizowania zwykłe domowe zajęcia. Dawno nie było również wpisu o tym co u mnie. Jakoś wcześniej łatwiej przychodziło mi pisanie o prywacie, a teraz lecę głównie z recenzjami.A w końcu to mój blog i powinnam jednak być na nim od czasu do czasu obecna z czymś więcej. 

1. Nie dałam się wciągnąć w Pokemony, bo lata fascynacji nimi mam już dawno za sobą. Nie mniej jednak mam swoje małe uzależnienia i zamiast siedzieć z głową w telefonie wykorzystuję do swoich celów monitor :P  Wspominałam Wam już, że lubię od czasu do czasu pobawić się w tworzenie stylizacji. Zdarza mi się więc zaglądać na Domodi czy Allani celem wrzucenia czegoś nowego w czym sama dobrze bym się czuła. O ile pierwszy serwis przemawia do mnie pod względem wizualnym o tyle tworzone stylizacje nie są najlepszej jakości pod kątem graficznym. Aplikacja lubi też płatać psikusa i albo nie chce opublikować danego stroju albo ( niestety) go powiela, co mnie akurat irytuje. Zwłaszcza , że albo jestem nieogarniętym w temacie ślepcem albo nie ma opcji umożliwiającej usuwanie zestawów. 


Allani natomiast jest bardzo przejrzyste i co fajne umożliwia dodanie przedmiotów z sieci za sprawą wtyczki. Niestety nie można jej zainstalować na Operze z której korzystam na co dzień, więc do celów specjalnych byłam zmuszona pobrać Chrome. Porównując oba portale pod względem zasobów zdjęć są one bardzo zbliżone. Biorąc pod uwagę aktywność innych użytkowników, większe zainteresowanie odnotowałam na Domodi.


2. Uległam Instagram'owi przed którym tak się wzbraniałam jakiś czas temu. Wiele z Was mnie tam śledzi i wiecie , że prócz kosmetyków generalnie przewijają się tam jeszcze dwa główne tematy. O jednym z nich później, a teraz chciałabym wspomnieć o książkach. Był taki czas , że prowadziłam z powodzeniem bloga o takiej tematyce i teraz prawdę mówiąc trochę żałuję jego usunięcia, bo recenzje wrzucane tutaj nie cieszą się zbyt dużym zainteresowaniem. Pewnie to poniekąd wina mojego ograniczenia pod względem tematyki, ale nic nie poradzę na to, że popularne fantasy zupełnie mnie nie porywa. Raz w życiu zdecydowałam się sięgnąć po jeden z tomów HP i wystarczy mi za wszystkie czasy.  

3. Podróże są nieodłącznym elementem naszego -mojego i małża - wspólnego życia. Szczęśliwie oboje lubimy być w trasie i jedyną przeszkodą jaka stoi nam na drodze są problemy z samochodami do których ewidentnie nie mamy szczęścia, a których niestety kilka osób cholernie nam zazdrości.Tak więc gdyby ktoś z zazdrośników zechciał pokrywać koszty części potrzebnych do naprawy to bardzo chętnie skorzystamy :D A tak poważnie nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię planować i chociaż krótkie wyjazdy są zdecydowanie na spontanie , to jednak dłuższe wyprawy wypełniam co do minuty swoimi ambitnymi planami. W tym roku to mąż zabiera mnie w rocznicową podróż więc niestety nie mam za wiele do gadania w temacie konkretnych miejsc i atrakcji, ale myślę, że kilka pomysłów uda mi się wynegocjować, a w rezultacie zrealizować. Rok temu cieszyłam się polskim morzem więc teraz dla równowagi  wybieramy kierunek południowy. Kto jest ciekaw jak to było wtedy tego zapraszam na posta- o tutaj.  Z serwisów dotyczących podróży i noclegów do mnie najbardziej przemawia Noclegowo

4. Słomiany zapał to jedna z moich cech charakterystycznych, ale jest kilka rzeczy przy których usilnie trwam. Czasami zdarza się krótki romans, ale zawsze są powroty, więc postanowiłam o nich napisać. Pozostając w temacie insta i fb jak wiecie moje konto osobiste nie jest jedynym jakie posiadam. Nie prowadzę też wyłącznie jednego bloga. Lubię mieć co robić i sama stwarzam sobie ku temu okazje stąd też...
Na nowo wróciłam do swojej miłości sprzed lat czyli grzebania w papierze. Zdecydowanie sprawia mi to przyjemność i na moim blogu pojawia się coraz więcej prac. Ograniczają mnie jeszcze trochę możliwości finansowe, bo jednak nie jest to najtańsza rozrywka. Czasami trochę mi przykro gdy ktoś mówi, że to moje robienie to jednak zwykły papier bez wartości bo staram się w swoje prace wkładać tyle serducha ile tylko mogę. Nie mniej jednak są osoby , które wspierają mnie w działaniu za co im dziękuję. Udało mi się także powrócić do zdjęć. Stworzyłam w tym celu dodatkowe konto na insta i póki co wrzucam tam zajawki z okolicy...i nie tylko. 

5. Gdy potrzebuję totalnego odmóżdżenia, bo i to czasami człowiekowi dobrze robi , wchodzę na sprawdzone i lubiane strony w sieci. Od kilku lat śledzę Joemonster, gdzie znajduje się cały przekrój wpisów , ale w większości dotyczących ciekawostek ze świata i natury. Równie fajna pod tym względem jest Viralka. Tam wpisy podzielono na kategorie co ułatwia przeglądanie. Nie przeraźcie się niektórym tytułami, bo tam rozrzut tematyczny jest o wiele większy i można trafić na artykuły traktujące o tym co normalnie ludzi obrzydza- a co w większości niestety zgadza się z rzeczywistością. 

A wy co robicie w swoim czasie wolnym? Jakie macie hobby?
Pozdrawiam

Czytaj dalej »

środa, 3 sierpnia 2016

Jaka jest pani R.?! [ książka o pewnej pani prokurator]

Problem z dobrymi książkami jest taki, że człowiek bierze takową wieczorem po ciężkim dniu do ręki z myślą, że uraczy się lekturą kilku kolejnych stron, a wychodzi z tego nocny maraton czytelniczy.Zadbałam o nastrój o oprócz klimatycznego światła pojawił się zapach. Nienachalny, nieoczywisty, trwający gdzieś w tle... Herbata od zawsze jest moją dobrą towarzyszką, nie mogło się obyć bez niej i tym razem. Podwójna dawka i w kubku i w unoszącym się dzięki palonej świecy aromacie pozwoliła mi na spokojne oddanie się tak ukochanej przeze mnie czynności- czytaniu.


Jakiś czas temu pokazywałam  na blogowym facebooku dwie pozycje które wpadły mi w oko od razu po przejściu do działu z promocjami. Wiem jestem pod tym względem niepoprawna, ale owszem poluję na takie okazje. I tak w zawrotnej cenie 11 złoty kupiłam sobie cały wieczór, a właściwie dodatkowo pół nocy w towarzystwie babeczki z jajami- nie małymi. Nazwisko Trynkiewicz pewnie słyszała każda z Was. Nie każda jednak wie kto sprawił, że ten zwyrodnialec trafił za kraty na długie lata ( chociaż właściwie wnioskowano o karę śmierci). Prawdę mówiąc ja sama nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Wydawało mi się, że nikt normalny nie chciałby pracować w takich okolicznościach i obcować z takimi ludźmi. A tu zaskoczenie- kobieta! Do tego wbrew pozorom nie twarda jak kamień i zimna jak lód, ale taka normalna , ciepła osoba. Książka w formie wywiadu prowadzonego z najsłynniejszą panią prokurator od razu mnie ujęła. Raz trafnością zadawanych pytań ( widać, że przeprowadzająca wywiad  Joanna Podgórska świetnie przygotowała się do tej rozmowy), dwa - ukazaniem zbrodni i głośnych spraw dotyczących naszego kraju w zupełnie innym świetle. Nie przez pryzmat telewizji czy wywieranych nacisków. Od pytań dotyczących pracy i sukcesów do tych mniej wygodnych z punktu widzenia rozmówcy -tak oto pisała się ta historia! W środku kilka opowieści dotyczących ciężkich spraw , więc zapobiegawczo napisze, że co wrażliwsze niewiasty może lepiej niech nie czytają. Ze stron  jednak nie wypływa krew i oprócz autentycznie bestialskich mordów można tu poczytać m.in o jednej z większych afer łapówkowych w służbie zdrowia. Przerażające co musieli czuć rodzice oddanych pod opiekę lekarską dzieci , świadomi , że nie stać ich na "opłacenie" lepszego traktowania. Smutne, bo zdarza się  jeszcze i teraz , że proceder łapówkarski trwa...



Chociaż tematyka ciężka, pióro zdecydowanie lekkie.Czyta się przyjemnie i szybko i bez wątpienia ciężko przestać. Mnie osobiście się nie udało. Gdy przeszłam kilka pierwszych stron wiedziałam już, że nie odłożę jej przed dotarciem do tej ostatniej karty.. Czułam się  zaintrygowana , chociaż normalnie niespecjalnie interesują mnie kulisy tego zawodu. Po przebrnięciu przez kolejne historie uświadomiłam sobie, że człowiek to jednak wielka zagadka. Nie wiadomo co w kim siedzi i co kogo napędza, a motywacja do tych działań w każdym opisanym przypadku była różna i niekiedy mocno zaskakująca. I przykre w całej  historii tej dzielnej kobiety  jest to, że jednak wpływ władzy na jej pracę spowodował, że od spraw karnych została odsunięta. 

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to lektura dla każdego, ale ze swojej strony mogę powiedzieć, że lepiej wydanych na tą książkę pieniędzy nie mogłam zainwestować.Polecam bliżej zapoznać się z tematem. Od siebie dodam tylko, że przy wyborze kierowałam się jedynie wyglądem okładki i tytułem , więc czuję się podwójnie szczęśliwa z tak udanego wyboru.
Pozdrawiam!


Czytaj dalej »

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Jak naprawić to, co zepsuło słońce?! [ Repaskin Mender Liposomal Serum -Sesderma]

Prawidłowa odpowiedź na tytułowe pytanie brzmieć powinna : nie naprawiać- zapobiegać. Każda z nas jednak wie, że nie zawsze jesteśmy w stanie 100% ochronić się przed działaniem szkodliwego promieniowania. Bo pośpiech , bo brak odpowiednik produktów, zapomnienie, a może zwyczajnie z filtrami nam nie po drodze...Chyba każdemu kiedyś przydarzyło się chociaż raz zbyt długo poddawać ciało ekspozycji słonecznej. I pewnie większość zna ten ból, gdy pojawia się zaczerwienienie i swąd, a w następstwie nie rzadko nieestetyczne  złuszczanie naskórka. Czy serum stworzone przez Sesderma jest odpowiedzią na takie problemy? Odpowiedź znajdziecie w dalszej części posta.



CZYM DOKŁADNIE JEST TEN PRODUKT?
Sesderma wyszła na przeciw potrzebom klientów i stworzyła produkt w formie serum o działaniu silnie naprawczym oraz dodatkowo co równie ważne ochronnym przed promieniowaniem UVA/UVB. Substancje aktywne zastosowane w tym niepozornym na pierwszy rzut oka kosmetyku zostały zamknięte w liposomach , dzięki czemu ich zdolność wnikania do kolejnych warstw skóry znacznie wzrosła. Samo serum pobudza proces regeneracji , ale również stymuluje syntezę kolagenu , który odpowiada m.in za gęstość i sprężystość skóry, a tym samym  wpływa na jej ogólny stan. 

CO DZIAŁA W TYM SERUM?
Efekt regeneracyjny jest wynikiem działania enzymów naprawczych. To dzięki nim pobudzana jest produkcja elastyny, kolagenu czy też kwasu hialuronowego. Zadbana cera jest wynikiem odpowiedniego stopnia nawodnienia, tutaj odpowiada za ten stan kwas mlekowy. Dodatkowo ma on także zdolność do wyrównywania kolorytu , a także spłycenia drobnych zmarszczek. Skórę przed promieniowaniem chroni zawartość tlenku cynku. Nie bez znaczenia jest także obecność witaminy E. Działa ona nawilżająco , chroni skórę przed czynnikami zewnętrznymi oraz działa przeciwstarzeniowo niwelując wolne rodniki  odpowiedzialne za przyspieszenie procesu starzenia się. Wczytując się głębiej w skład  odnaleźć możemy w nim także m.in prolinę.Jest to aminokwas biorący udział w tworzeniu włókien kolagenowych. Oprócz tego, że wpływa pozytywnie na jakość skóry ma także zdolność wiązania wody dzięki czemu intensywnie nawilża. Fenyloalanina - kolejny aminokwas o działaniu depigmentującym - wykorzystywany do cer z przebarwieniami. Sprawia, że twarz staje się promienna.  Dodatkowo w kosmetyku tym znajdziemy np. aloes , rumianek, zieloną herbatę czy też ekstrakt z planktonu.

PRZEZNACZENIE
Serum dedykowane jest osobom poddającym się działaniu promieniowania UV, czyli... każdemu z nas. Można je stosować zarówno przed jak i po ekspozycji słonecznej. 


MOJA OPINIA
Serum zamknięte jest w szklanej buteleczce z pipetą i zdecydowanie kojarzy się z produktem aptecznym. Wizualnie do mnie przemawia. Opakowanie nie sprawiało problemów przez cały okres użytkowania, a było to całe 1.5 miesiąca.Obecnie kosmetyku zostało mi raptem na 2-3 użycia i w tym momencie muszę się już troszkę nagimnastykować, żeby wydobyć resztki za pomocą pipety. O niebo łatwiej jest teraz przechylić buteleczkę i bezpośrednio z niej zaaplikować kosmetyk na dłoń. Konsystencja lekkiego kremu bez problemu wchłania się w skórę pozostawiając ją przyjemnie miękką. Tak się złożyło,że serum było moim nocnym ratunkiem. Z przyjemnością oczekiwałam wieczornej aplikacji gdy moja oczyszczona porządnie twarz wołała o dawkę nawilżenia i składników " stawiających " ją na nogi następnego dnia. Sama borykałam się od dawna z mocnym rumieniem po ekspozycji na słońce. Głównie problem ten zauważalny był na dekolcie i pomimo tego, że staram się go chronić zarówno filtrami jak i często ubraniami to jednak nigdy nie udawało mi się zapobiegać temu problemowi zupełnie. Obecnie nawet gdy pojawi się zaczerwienienie wiem, że kolejnego dnia nie będzie ono widoczne po zastosowaniu właśnie tego kosmetyku. Znalazłam też w tym kosmetyku sprzymierzeńca w rolowaniu twarzy którego jestem fanką. Nie ma co ukrywać, że po dermorolerze twarz jest znacznie zaczerwieniona. Serum pomaga mi doprowadzić ją szybciej do stanu normalnego, a gdy dodatkowo wiem, że działają na moją skórę składniki aktywne czuje się lepiej. Moja twarz też, co dla mnie jest zauważalne. Oczywiście nie przeprowadzam badań sprawdzających jakość mojej skóry we wszystkich warstwach, ale wystarczy mi przyjrzenie się w lusterku by zauważyć, że twarz ma się zdecydowanie lepiej. Wcześniej nie wyobrażałam sobie wyjścia bez podkładu czy chociaż kremu wyrównującego koloryt. Obecnie częściej można mnie spotkać bez makijażu, bo przebarwienia które kiedyś były mocno widoczne uległy zmniejszeniu. Sam kosmetyk nie ma wpływu na trwałość makijażu dzięki czemu można po niego spokojnie sięgać każdego ranka.

JAK DOWIEDZIAŁAM SIĘ O SERUM?
Jak o wielu istotnych rzeczach w moim życiu tak i o moim spotkaniu z Sesdermą zadecydował przypadek.  Na częstochowskim spotkaniu blogerek pojawiły się trzy przedstawicielki kliniki Lemone.  Otrzymałyśmy wówczas fantastyczną dawkę wiedzy na temat zabiegów medycyny estetycznej  oraz wpływu pewnych czynników aktywnych na skórę.  Postawiły głównie na rozwinięcie tematu ochrony przeciwsłonecznej jak i niwelowania szkód powstałych w wyniku nadmiernej ekspozycji na słońce. W ramach spotkania otrzymałyśmy także kilka kosmetyków celem przetestowania ich na spokojnie w domu,  a w tym także serum Repaskin. Co ciekawe klinika jako jedna z nielicznych w naszym kraju zajmuje się sprzedażą suplementów i dermokosmetyków. W ich asortymencie możemy znaleźć cała masę produktów renomowanych firm. Ja dzięki nim odkryłam także, że Sesderma nie ograniczyła się tylko do stworzenia serum z tej linii, ale także m.in mgiełki , po którą także chciałabym kiedyś sięgnąć. 

Znacie kosmetyki tej firmy?! Jak się u Was spisują?


Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia