Liferia. Bajka o listopadowej edycji...

Liferia. Bajka o listopadowej edycji...

Za górami, za lasami  na dalekiej Ukrainie... Młoda  dziewczyna jak co dzień stawała przed lustrem w swoim domu i dalece było jej do uwierzenia w swoje naturalne  piękno . Zadecydowała więc już jakiś czas temu, że zdobędzie wszelkie informacje o produktach i składnikach, które sprawią, że w końcu zaakceptuje samą siebie. Do jej chatki trafiały najróżniejsze mazidła z całego świata o różnym przeznaczeniu i właściwościach, bo jak większość kobiet wszędzie dopatrywała się wad. A to za mało blasku, a to za sucha skóra... Kompleksom nie było końca! Do czasu...


Nadszedł ten dzień, gdy Liferia, bo takie było imię tej piękności znalazła w końcu skuteczne antidotum na swoje bóle i smutki. Testowała i zużywała całą masę kosmetycznych nowości by z czasem  móc wybrać te najlepsze i najskuteczniejsze. Wpisywała ja na swoją listę must have, która szczęśliwie powiększała się z każdym dniem. Aż w końcu... Kosmetyków uzbierało się tyle i efekty były tak dobre, że zdecydowała się podzielić swoim szczęściem ze światem. " Być może w Polsce są dziewczyny , które mają podobne problemy jak ja?"- pomyślała. Zapakowała więc najlepsze i trudno dostępne produkty do pudełeczka , owinęła papierem i przewiązała różową wstążką na znak solidarności. A następnie posłała je w świat...



W środku edycji listopadowej umieściła kosmetyki dedykowane piękniej buzi i ciału. O skuteczne oczyszczenie twarzy zadbać ma mleczko do mycia twarzy HydraPlus od Naobay przeznaczone do skóry suchej.  W jego składzie znaleźć można m.in olej z palmy kokosowej czy słodkich migdałów. Kolejną propozycją pielęgnacyjną jest maseczka do twarzy od Unani  o szerokim spectrum działania. Czegoż ona nie robi?! Nawilża , odżywia oraz usuwa zanieczyszczenia, a do tego ma przyjemną żelową formułę.   Specjalne miejsce znalazło się także dla produktu dedykowanego okolicom oczu. Tym razem propozycja od rodzimej firmy Flos-lek i dobrze mi już znany, ale niezawodny żel ze świetlikiem lekarskim i herbatą.Co do niego śmiało mogę powiedzieć, że robi dobrze moim powiekom i okolicą pod oczami. Od pielęgnacji przechodzimy w tym miesiącu do kolorówki , a dokładniej  pudrów mineralnych VG Professional zamkniętych w poręcznym kompakcie. Nie tylko mają za zadanie wygładzić i zmatowić twarz, ale także ochronić ją przed promieniami dzięki SPF 15. A na deser czekolada w asyście kawy  i "7 wspaniałych" od Mr.Scrubber - takie złuszczanie i wygładzenie zadziała lepiej niż Photoshop. Oprócz drobin złuszczających w składzie znajdziecie także  olejek z pestek winogron, z orzechów makadamii, masło Shea, oliwę z oliwek, olejek z awokado , arganowy i z pestek brzoskwini


Liferia  w drugiej edycji zaskoczyła mnie przede wszystkim pojemnościami. Obstawiałam, że w przypadku produktów Naobay czy Unani  otrzymamy miniatury, a  trafiły do nas produkty pełnowymiarowe, na które w normalnej cenie nie każdego byłoby stać. Dobór odpowiedniej pielęgnacji twarzy nie jest łatwym zadaniem, więc tym bardziej cieszy mnie, że zespół kompletujący różowe pudełko się tego podjął. Pomimo, że rozpiętość cenowa pomiędzy produktami jest spora, jestem z każdego z nich zadowolona. Ten najtańszy  kosmetyk znam od lat  i uważam, że jest warty polecenia, a być może jeszcze komuś nieznany. Plusem było umieszczenie peelingu do ciała w takim wydaniu. Od kilku miesięcy mam wrażenie , że rynek w tej kwestii zdominowała jedna firma, więc miłą odmianą było poznanie alternatywy dla niej :) Pierwszym wydaniem byłam mocno rozochocona i zachwycona  jego zawartością, ale... przyznaję, że edycja listopadowa  pobiła tą pierwszą. W moje ręce trafiło pięć produktów, z czego cztery były mi do tej pory nieznane , a jeden już dawno sprawdzony osobiście ( i obecny cały czas w mojej kosmetyczce). W pudełku brakowało  mi jedynie karty z opisem produktów, ale nie wiem czy taka sytuacja miała miejsce w przypadku każdego z pudełek czy zwyczajnie do mojego zapomniano jej włożyć. Wiem, że opisy można sprawdzić online na stronie , ale jednak co papier to paper :)  Więcej grzechów nie pamiętam, a Was zapraszam do  tej bajki...

W listopadzie polecam...

W listopadzie polecam...

Zbliża się koniec miesiąca, a ja mam dla Was kilka polecanych rozwiązań i pomysłów na zapełnienie długich zimowych wieczorów.  Właśnie ze względu na nie  kocham tą porę roku, bo kiedy jak nie teraz możemy poświęcić chwilę na przyjemności ?! 



znak.com.pl /aros.pl 

Książki towarzyszyły mi od dziecka, więc nic dziwnego, że w dorosłym życiu również są obecne. Czytanie to jednak stosunkowo drogie hobby biorąc pod uwagę  , że tylko po nieliczne książki sięga się 2 razy lub więcej. Biblioteki są świetnym rozwiązaniem o ile nie mieszkacie na małej wsi , gdzie niestety nowości książkowe docierają tak późno, że niewielu już o nich pamięta. Poza tym są egzemplarze, które chciałoby się mieć na własność. Ot tak, po prostu! Wszystkie swoje ostatnie książkowe zakupy  robię w dwóch serwisach , z prostej przyczyny- wszechobecnych promocji. 
Dla przykładu o ile Aros ma spore obniżki na pojedyncze tytuły, o tyle Znak często kusi pakietami. To co widzicie na zdjęciu to efekt zamówień z dwóch różnych promocji. Pierwszym razem udało mi się skorzystać z pakietu " 5 książek za 48zł" (z darmowym odbiorem w punkcie) , drugim natomiast z promocji na wybrane tytuły w cenie 2,90zł oraz 3,90zł. Do 6 tanich pozycji dobrałam jeszcze jedną droższą by osiągnąć próg dla darmowej wysyłki. Za 7 książek  zapłaciłam niecałe 30zł, a dzięki tej kwocie zapewnioną mam rozrywkę na najbliższych kilka wieczorów.



Krew z krwi / Glina / Oficer

Od lat jestem fanką polskich filmów, a od niedawna pochłonęły mnie również seriale. Naszym numerem jeden bezsprzecznie jest serial "Krew z krwi" ( oba sezony).Mafia w Polsce - czujecie ten temat? Nieprzesadzony obraz życia w kryminalnym światku. A w roli głównej Agata Kulesza. Nie można nie obejrzeć!  Pozycja numer dwa - "Glina", to jedna ze starszych produkcji. Specyficzny serial utrzymany w ponurym klimacie. Ciekawe wątki, ale dość długo rozwijająca się fabuła. Nie mniej jednak dajcie mu szansę, bo im bliżej końca serii tym ciekawiej. No i ten młody Stuhr... "Oficer" , " Oficerowie "  oraz  "Trzeci oficer" - czyli produkcja w którą równie mocno się wkręciliśmy.  Kilka zarwanych nocy, wielogodzinne seanse , trzymające w napięciu wątki sprawiały, że jesień wcale nie była taka zła :) 



hurtowniaswiec.pl


Znana Wam już  pewnie pod nazwą "Polskie świece" .  W moich postach zapachowych nie raz przedstawiałam Wam produkty jakie ma w swojej ofercie ta strona, a właściwie pokazywałam Wam ledwie minimum  tego co jest tam dostępne. Nic nie robi takiego klimatu podczas wieczornego relaksu jak zapach i ciepłe światło igrających płomieni. Niskie ceny tej przyjemności szybko powodują uzależnienie. A na sklepowych półkach pojawiają się kolejne , wymyślne zapachy.



Blogi 

Każdy znajdzie coś dla siebie. Ja w ramach naszej akcji zapraszam Was do Justyny oraz Anety , gdzie poczytacie o ich sposobach na tą porę roku.

________________________________________________________


Świąteczne wypieki Grandma's Cookies

Świąteczne wypieki Grandma's Cookies

Za oknami mróz, za oknami śnieg... Przy kuchennym blacie krząta się drobna , starsza kobieta. Dookoła niej porozkładane są formy z których wychodzą pachnące, aromatyczne ciasteczka. Ich zapach roznosi się po całym domu. W salonie na kolejną porcję łakoci czekają rozbawione wnuczęta. Obowiązkowo odłożą na talerzyku kilka sztuk z myślą o Mikołaju, który już wkrótce pojawi się w ich domu.

Nie mam już dziadków, nie mam też jeszcze dzieci, ale zapach świątecznych wypieków jest mi dobrze znany. Dekoracje i owszem cieszą oko i umilają nam ten czas, ale nic nie stworzy takiego magicznego klimatu jak mieszanka przypraw. Kardamon, cynamon, imbir, marcepan, gałka muszkatołowa - już same nazwy wprowadzają nas do bajki... Tam, gdzie domki z piernika i marcepanowe dachy zapraszają do środka. 


Polskie Świece zadbały o odpowiedni klimat. Zaczarowały  nie tylko zapachy, ale i kształty. W spokojnym i przyjemnym  celebrowaniu tych niewątpliwie magicznych dni towarzyszą nam nie tylko ich sprawdzone świece w słoju, ale też tealighty w kształcie choinek czy gwiazdek.Pod tą konkretną nazwą- "Grandma's Cookies" kryje się  marcepan w imbirowej otoczce ze szczyptą kardamonu. Samo połączenie jest dość oczywiste,  zapach przy paleniu już nie...  Aromat nie do podrobienia- pieczone w ognisku jabłko. Szczęście nadziane na patyk , oprószone cukrem. Zamknięte dodatkowo w chrupiącej przypieczonej skórce , ciepłe i  miękkie (niczym domowe) wnętrze... A gdyby słodyczy było Wam jeszcze mało, to na dokładkę przepis na cynamonowe ciasto- niezawodne! 


Kto popłynie z kapitanem? [książka do wygrania]

Kto popłynie z kapitanem? [książka do wygrania]

Znacie moją miłość do książek. Niestety bywa zgubna, zwłaszcza gdy internetowe księgarnie kuszą promocjami , a zamotany człowiek  (czyli ja) wrzuca do koszyka dwukrotnie tą samą pozycję... Takim oto sposobem świeżo odpakowanym zamówieniem dzisiaj się dzielę. 

Książka "Kapitan. Na służbie" być może samym tytułem nie zachęca, ale jeśli dodać do tego fakt, że historia w niej opisana jest autentyczna, a na jej postawie nakręcono nawet film... Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś kto stworzy dla niej nowy dom 😉


Zasady takie jak zawsze:

- fajnie jeśli będziecie obserwować mnie na blogu/fb/insta ( do wyboru)
- pozostawcie  w komentarzu odpowiedź na pytanie " JAKĄ KSIĄŻKĘ OPARTĄ O AUTENTYCZNE WYDARZENIA POLECASZ?"
-regulamin : tutaj


To tyle chciałam...
Powodzenia!


Przypominam też , że do wygrania jest u mnie jeszcze karta prezentowa, gdyby ktoś coś...  :)

Romans- każdemu się może zdarzyć?! Migdał & kwiat pomarańczy

Romans- każdemu się może zdarzyć?! Migdał & kwiat pomarańczy

Niektóre firmy tworzą takie połączenia zapachowe, że nie muszę wąchać, a wiem, że wpiszą się w moje gusta. Tak właśnie jest z YR i ich żelami pod prysznic Jardins du Monde. Miałam większość zapachów z tej  serii  i każdy równie mocno wbijał mnie w fotel swoją intensywnością i realizmem. Czy połączenie migdału i kwiatu pomarańczy dało radę?!



W przypadku żeli pod prysznic nie mam większych wymagań dotyczących ich  działania. Nie oczekuję mocnego nawilżenia, bo od tego są inne kosmetyki pielęgnacyjne. Zależy mi jednak, by nie wysuszały skóry  i  by pozwolił mi na te przysłowiowe 3 minuty relaksu bez zobowiązań. Chociaż przyznaję, że gdy wkręcę się w dany zapach z 3 minut robi się 30, a z oszczędnego prysznica... kąpiel.   Nie taka już zupełnie nowa, ale jeszcze mogąca nosić to miano gama kosmetyków Plaisirs Nature  przyciąga zdecydowanie wzrok. Wizualnie w moim odczuciu opakowania tych żeli wypadają naprawdę nieźle. Co ciekawe każde z nich powstało z plastiku  pochodzącego z recyklingu i ponownie się do niego kwalifikują po zużyciu. Bazę żelu tworzą składniki pochodzenia roślinnego przez co jest ona łatwo biodegradowalna. A 97% zawartości jest pochodzenia naturalnego. Całkiem dobry wynik. Zwłaszcza, że...


...pachnie obłędnie! Migdał nie jest dla mnie w ogóle wyczuwalny, ale co ten kwiat pomarańczy wyprawia z moimi zmysłami...  Wiecie jak pachną liście drzewka cytrynowego rozgniecione w dłoni?Soczyście, orzeźwiająco! Ich aromat szybko roznosi się po pomieszczeniu. A gdyby tak ich rześkość przełamać słodkością mandarynki i odrobina miodu połączenie byłoby łudząco podobne do zawartości buteleczki.  Całe 200ml szczęścia kosztuje około 9zł, ale wiecie jak to jest z promocjami na Yves Rocher... One się chyba nie kończą! 


Popołudnia bezkarnie cytrynowe z Lemon Cake

Popołudnia bezkarnie cytrynowe z Lemon Cake

Nie jestem lordem z reklamy. Nie zamienię Wam cytryn w wyskokowy napój bogów, ale  mogę zaprosić Was na lemoniadę ( chociaż o tej porze właściwsza byłaby chyba herbata z cytryną) i ciasto - też  cytrynowe.Chcąc niechcąc niestety nie własnej roboty, chociaż nieskromnie powiem, że w sernikach jestem dobra.

Moje popołudnia już zawsze mogłyby być bezkarnie cytrynowe... Mój świat mógłby mieć żółty kolor i cierpki, charakterystyczny posmak. Przełamany odrobiną słodyczy tworzyłby wraz z kruchością tego świata idealny duet. Obłoczki na niebie śmiało mogłyby zastąpić bitą śmietanę, a tarta skórka owocu z odrobiną cynamonu nadawałaby życiu odrobiny  pikanterii.  Cały transport odbywałby się na prostych w formie  dla odmiany białych talerzach w których pływalibyśmy po Morzu... Żółtym. Łyżeczki  do herbaty robiłyby za wiosła. Jak na karuzeli wirowałyby filiżanki z ciepłą delikatnie cytrynową cieczą. Na niebie przez cały czas świeciłoby nam ogromne , cytrynowe słońce.


Ludzie ubrani byliby w skórkę , którą łatwo dałoby się zdjąć i odkryć, co właściwie kryje się tam- w środku. Z pestkowych serc miłość wylewałaby się jak sok. Fortuna toczyłaby się plastrem, a miód jednoczył. W słodko- kwaśnym życiu byłby czas , by przysiąść razem ( miód to jednak dobre spoiwo). Zamiast kominka na środku paliłoby się świeczkowe także cytrynowe ognisko. Rozpływający się aromat Lemon Cake zastąpiłby nasze dotychczasowe bezzapachowe powietrze. Co ja mówię? Przecież tak nie mogłoby być... tak jest! Zawsze wtedy gdy z kubkiem gorącej herbaty (obowiązkowo z plastrem cytryny) siadam wygodnie w fotelu, otulam się przyjemnie miękkim kocem i zapalam świecę...



💛💛💛
"Słońce na wylot przenika przez głowę

Życie mi płynie przy tobie cytrynowe, cytrynowe

Szczęście na co dzień odbiera mi mowę

Popołudnia bezkarne i cytrynowe, cytrynowe..."
Kosmetyczne DIY, czyli siemię lniane w akcji.

Kosmetyczne DIY, czyli siemię lniane w akcji.

Gotowe kosmetyki sprawiają mi sporo radości i mam ich całkiem sporo, ale jednak satysfakcja z wykonania samodzielnie choćby najprostszej receptury jest ogromna. Dość często zdarza mi się , że wolny wieczór poświęcam na domowe SPA z wykorzystaniem tego co mam aktualnie pod ręką. Czasami jest to marchewka , innym razem jabłko, kawa , cukier.  Lubię jednak, gdy półprodukt jest na tyle uniwersalny, że może posłużyć za bazę do kilku różnych domowych mazideł. Czy dobrze spisuje się w takiej roli siemię lniane?

Moje zainteresowanie tymi nasionami wzrosło kilka lat temu , gdy walczyłam o piękne długie włosy. Dodatkowo zależało mi również na czymś, co przyniesie korzyści dla całego mojego organizmu. Był to jeszcze ten etap, w którym zakładałam jedynie jego wewnętrzne zastosowanie i używałam jako dodatku do urozmaicenia potraw. Nasiona lnu bogate są kwasy tłuszczowe czy witaminę E, błonnik, potas , cynk i wiele innych. Dzięki temu działają one osłonowo na przewód pokarmowy i są zalecane do spożycia dla osób z problemami gastrycznymi. Ze względu na związki cyjanogenne powinny  być stosowane według zaleceń, czyli około jednej łyżki dziennie ( w przypadku zmielonych nasion nie poddanych obróbce termicznej).


Stosunkowo niedawno ze względu na to, że poddałam swoje włosy zabiegowi trwałej ondulacji, zaczęłam szukać sposobów na podkreślenie skrętu włosów. Trafiłam wtedy na wzmiankę o żelu lnianym, który powstaje podczas podgrzewania całych nasion. Są dwie szkoły i mnogość pomysłów na zastosowanie galaretkowatej substancji. Nasiona można zalać wrzątkiem ( żel będzie rzadszy) lub na krótką chwilę zagotować ( gęstszy). Ja korzystam z pierwszego wariantu, bo jest mniej wymagający. Stosuję jednak zwiększoną ilość siemienia. Dwie łyżki nasion zalewam do 3/4 wysokości 250 ml kubka. Czekam , aż zaczną wytwarzać maź na której nam zależy, przecedzam przez sitko i gotowe. Żel można stosować po umyciu włosów jako rodzaj maseczki,  następnie spłukując. Na włosach kręconych można nałożyć jego niewielką ilość ugniatając przy tym loki i pozostawić do wyschnięcia ( przy dużej ilości może po wyschnięciu powstać biały nalot jak po spryskaniu suchym szamponem). Żelu nie powinnyśmy nakładać u nasady, ponieważ może  tam obciążać włosy. Podobno świetnie sprawdza się także jako płukanka. Żel bazowy rozcieńcza się wtedy z wodą i przepłukuje włosy po umyciu. Natomiast takiego wariantu osobiście jeszcze nie próbowałam. 



Zmielone ziarna wykorzystuję do tworzenia peelingów i maseczek, dzięki czemu zapewnione mam kompleksowe SPA. Do dzisiejszego wpisu przygotowałam peeling do ciała w wersji bogatszej, który nie tylko delikatnie złuszcza skórę, ale dodatkowo natłuszcza. Masło Shea zastępuje czasami olejem kokosowym. 



Na sam koniec pozostawiłam dla Was mój sprawdzony sposób na maseczkę do twarzy, bo takie zastosowanie siemienia odpowiada mi najbardziej. Maseczkę nakładam na około 10 minut, chociaż czasami jak się zapomnę to i znacznie dłużej.Siemię łagodzi podrażnienia oraz wykazuje właściwości odżywiające. Śmiało można je połączyć np . z olejem arganowym czy kurkumą i jogurtem (dodatkowe właściwości rozjaśniające ). Do podstawowej bazy warto też dodać odrobinę miodu i /lub żółtko.Wszystko zależy od Waszych potrzeb. 


Ciekawa jestem czy Wy wykorzystujecie  w swojej pielęgnacji lub diecie te magiczne nasionka?
________________________________________________________

Wpis przygotowałam w ramach akcji "My się zimy nie boimy" w której wraz w kilkoma blogerkami będziemy Wam przedstawiać swoje pomysły na wykorzystanie długich zimowych wieczorów. W tym tygodniu zapraszam Was do Justyny z bloga Elfie's Planet, która prezentuje swoje sposoby na domowe SPA i przepis na maseczkę z awokado. U Anety Cosmeticosmos przeczytacie o tym jak wykonać samodzielnie maskę w płacie.  



List do św. Mikołaja [Blogmas 2016]

List do św. Mikołaja [Blogmas 2016]

Małymi krokami zbliża się grudzień i święta. Zatraciłam gdzieś przez lata ich urok i razem z innymi dziewczynami staram się odnaleźć ich sens... ten prawdziwy. Dni przepełnione miłością, rodzinę w komplecie... i światełko w tunelu niosące nadzieję. 


"Krwawy medalion" - tak, że aż boli...

"Krwawy medalion" - tak, że aż boli...

Czasami palę, klnę jak szewc i lubię gadać o seksie, ale są teksty które nawet mnie wytrawną wyjadaczkę erotyków, romansów i kryminałów rozkładają na łopatki. I na taki fragment trafiłam w książce o której dzisiaj chce Wam napisać. Więc co takiego napisała p.Braun co mnie starą wygę poruszyło?! O tym już za chwilę...

Z jednej strony narzekam na politykę i to co się dzieje w naszym kraju i szczerze mam ochotę stąd uciec, a z drugiej strony przejawia się u mnie pewien rodzaj patriotyzmu. Cenię sobie wszystko co polskie i chce móc powiedzieć, że jest to dobre. Co ja mówię?- Najlepsze! Ale niestety chociaż staram się doszukiwać ideału na siłę czasami zwyczajnie się nie da... 



"Krwawy medalion" to przyzwoita historia. Przemieszanie obyczajówki z kryminałem, ale niezbyt krwawym i szczegółowym. Akcja toczy się równolegle w Polsce i za granicą. Postacie są ciekawe i co fajne w moim odczuciu, reprezentują one różne grupy społeczne i ideologiczne. Jest miłość do grobowej deski , jest tajemnica z przeszłości i nawet związek partnerski jest. I cała masa innych rzeczy. Wszystko to świetnie się ze sobą przeplata a całość dla urozmaicenia upstrzona jest powrotami do historii z przeszłości W moim odczuciu pod względem zapisu i ogólnego pomysłu  ( rozwiązanie zagadki sprzed lat, opis powiązań historycznych między postaciami ) bardzo przypomina mi "Cukiernię pod Amorem". Sporo jest podobieństw , trochę różnic.  To co mnie jednak najbardziej ubodło podczas lektury to język. Powiem Wam szczerze, że jestem przyzwyczajona do wulgaryzmów. Nasi znajomi to w większości męskie towarzystwo i naprawdę różne określenia już słyszałam, zwłaszcza jeśli dyskusje schodzą na tematy dotyczące seksu. Nie czarujmy się każdy z nas pewnie słyszał dość chamskie epitety odnoszące się do miłości fizycznej- ja także. Ale wiecie co... 


Nie jestem pewna czy w tej  książce naprawdę było potrzebne takie stwierdzenie. Niechęć między kochankami można było moim zdaniem  wyrazić w inny równie przejrzysty , ale mniej wulgarny sposób. I wtedy całość nie byłaby tak odstręczająca. Czytam książki bo lubię, bo dzięki nim wzbogacam swoje słownictwo, ale to chyba nie był najlepszy przykład... Zaszaleję i w miarę możliwości przeczytam pozostałe powieści p.Braun.Sprawdzając informacje o niej samej doszłam do wniosku, że  wydaje się być całkiem miłą babeczką i może tylko tu użyła takiego niezbyt zachęcającego sformułowania ?!



Niczym Kleopatra!

Niczym Kleopatra!

Wczujcie się! Jesteśmy w starożytnym Egipcie by razem wziąć aromatyczną, długą i jakże zbawienną dla ciała i zmysłów kąpiel. Trochę nas jest więc by zaspokoić potrzeby przyjmijmy, że wanna jest naprawdę duża. Równie dobrze , może to być basen...  A że ja  ostatnio przejawiam władcze skłonności dziś wystąpię w roli Kleopatry. Co prawda rodzaj urody zupełnie nie ten, ale pewne szczegóły zdecydowanie nas łączą! 

Z kosmetycznego punktu widzenia Kleopatra znana była głównie ze swoich kąpieli w mleku. Podobno potrzeba było aż 700 oślic by zapewnić jej godne warunki do wieczornego relaksu. No dobra, już sam fakt, że nie było to mleko z kartonu wyklucza mnie z  bycia dobrą kandydatką na jej zastępstwo. Nie mniej jednak naukowcy udowadniają, że istotnie takie codzienne moczenie w mleku robiło dobrze - skórze... Ale nie trzeba do tego całej wanny, litr pełnotłustego też się sprawdzi. Do depilacji natomiast wykorzystywała połączenie żywicy z miodem. A do tego jak wielu Egipcjan czciła koty. Dlaczego o tym wspominam?

mleko i miód

Odpowiedź już znacie! Przed Wami połączenie idealne , godne nie tylko egipskiej królowej, bowiem mleko i miód tworzą wnętrze  tego jakże uroczego kota. Widać, że komuś Kleopatra mocno zawróciła w głowie :)  Słodko!  Bardzo słodko. Przy paleniu zdecydowanie wybija się miód. Rozgrzany i płynny-idealny do herbaty , w sam raz na zimowe wieczory. Przełamany delikatnie otulającą miękkością mleka. Można się w nich zupełnie zanurzyć ... i zadurzyć. Niepalony pachnie intensywnie cukierkowo, w związku z czym zakładam że wielu z Was by się spodobał. Palony traci nieco na intensywności, a tym samym delikatnie rozpływa się po pomieszczeniu. Najzimniejsze wieczory nie są przy nim straszne, bo w końcu jak każdy kot- nieźle grzeje! Zapach ten może do Was trafić w kilku wersjach, a mnie oprócz tej kociej bardzo podoba się w formie mocno miłosnego sojowego wosku.


POLSKIE ŚWIECE

P.S .Przy tworzeniu tego posta nie ucierpiało żadne zwierze ;) 
W moim ogrodzie, gdzie czas leniwy...

W moim ogrodzie, gdzie czas leniwy...

...powolną strugą płynął wytrwale. U mnie podobnie jak w słowach piosenki Daab czas  płynie zdecydowanie  leniwie. Chociaż jakby się tak lepiej przyjrzeć, to płynie normalnie, tylko ja leniwa. Ale chociaż ogród się zgadza! 

Malowanie paznokci jest przeze mnie dość mocno znienawidzonym zajęciem, głównie dlatego, że pomimo odtłuszczania i nakładania wszelkich top'ów wszystko wytrzymuje u mnie w wersji optymistycznej dwa dni.Próbowałam już wielu produktów i naprawdę nie trafiłam jeszcze na nic co pozwoliłoby mi spokojnie przeżyć weekend z lakierem na paznokciach. Dlatego też, albo maluję je na chwilę przed wyjściem albo zwyczajnie tego nie robię, bo jakbym na nie nie chuchała i dmuchała to przez noc odbije mi się na nich cała łóżkowa historia. Chociaż przyznaję jest jeden wyjątek- lakiery Douglas'a w których mogę śmiało położyć się do łóżka w chwilę po pomalowaniu i nic... Ani kreseczki, ani odciśnięcia! I tylko z trwałością nie jest już tak kolorowo.   Wracając do wywodu, który zaczęłam. Dawno odpuściłam sobie kupowanie droższych firm, bo nie widziałam różnicy. W ogóle nie pamiętam kiedy ostatnio kupiłam jakikolwiek lakier sama... Wszystko co mam w tej chwili jest albo dodatkiem do kosmetycznych box'ów albo otrzymałam je na spotkaniach. Tak jak tego trupiego lilaska nazwanego wdzięcznie Secret Garden, tudzież jak kto woli Giardino Segreto. Trafił do mnie w  pudełku Joybox i nie wywarł na mnie początkowo dobrego wrażenia. Odcień zupełnie "nie mój". Na widok takich cukierkowych pasteli  na moich łapkach mam wręcz mdłości. Czasami jednak zwycięża ciekawość. Pewnego dnia doszłam do wniosku, że skoro i tak nigdzie nie wychodzę, to pozwolę sobie na wypróbowanie chociaż samych właściwości...


Niespecjalnie lubię wąskie pędzelki, ale przyznaję, że tym wyjątkowo dobrze mi się manewrowało. Pierwsza warstwa pewnie zadowoliłaby już większość normalnych użytkowników, ale zachłanna ja nałożyłam po chwili drugą. Pomimo dość lejącej konsystencji na paznokciach rozkłada się ładnie, nie smuży  i schnie dość szybko. W moim odczuciu na żywo prezentuje się lepiej niż przez szklaną buteleczkę, co nie zmienia faktu, że dla niektórych będzie uroczym pastelem, a dla innych nadal...


Powyżej macie idealnie zobrazowaną moją nieumiejętność robienia zdjęć swoim dłoniom i paznokciom. Utrapienie! Szczerze podziwiam Wasze cudne zdobienia idealnie złapane aparatem. Muszę nadmienić, że pokryty topem od Indigo przetrwał noc w nienaruszonym stanie, aczkolwiek długa kąpiel następnego dnia  sprawiła, że odszedł płatami ( co też zwykle czynią u mnie wszelkie inne lakiery). Czytałam jednak sporo postów pochwalnych i jestem w stanie uwierzyć, że przy bezproblemowych paznokciach faktycznie długo się trzyma. Z chęcią przyjrzę się innym oferowanym kolorom, chociaż powiem Wam, że tęsknie za hybrydą.A i takie produkty ma w swojej ofercie MM. A na koniec powiem Wam, że pewnie bym się nie przemogła do wypróbowania i malowania paznokci tym lakierem , gdyby nie fakt, że to jednak firma z okolic i aż głupio nie znać asortymentu.
Mazury na wakacjach- 2016r.

Mazury na wakacjach- 2016r.

Mogłabym ten post spokojnie nazwać " Jak zaplanować urlop, a pojechać... gdzie indziej". Od początku mój plan na tegoroczny urlop był prosty. Naoglądałam się wielu zabawnych słowackich i czeskich komedii z winem w tle i zamarzyło mi się... Szybko przeszukałam internetowe zakamarki celowo pomijając te najbardziej znane miejsca i znalazłam całkiem przyjemny nocleg w interesującej mnie okolic. Nie tak daleko od nas zresztą, słowacką Velką Domasę.Plan był ambitny, sporo zwiedzania i tylko z każdym dniem coraz mniej miałam ochotę tam jechać, bo nagle okazało się, że w tym roku chyba wszyscy wybrali te okolice :P 

Zupełnie na spontanie wpisałam więc w google kolejne interesujące mnie hasło- "Mazury" zaznaczając przy okazji ze nocleg tani, miejsce ciche. I nie uwierzycie, ale w środku sezonu urlopowego trafiłam na perełkę ukrytą wśród lasów- w Raszągu. Zastanowi Was pewnie gdzie jest ten koniec świata? A w okolicach Biskupca. Natrętnie wydzwaniałam i wypisywałam o nocleg i okazało się, że miejsce jest, pokoje schludne,okolica cicha i tylko 35zł za noc. Długo się nie zastanawiałam! Sam wyjazd wypadł nam praktycznie tej samej nocy, co 30-tka na której byliśmy, więc jakoś specjalnie nie udało nam się przespać. Dla odmiany tym razem postawiliśmy na transport własny, bo pociąg dał nam mocno w zeszłym roku popalić. Zresztą do Rasząga raczej nie po torach droga :P  Na miejscu pojawiliśmy się około godziny 14. Wieś okazał się być naprawdę mała, a sam ośrodek "Warmińskie uroczysko" faktycznie mieści się na uboczu i autentycznie jest ostoją spokoju. Uwielbiam miejsca z historią, w które ktoś tchnął nowe życie i tak też stało się tam. Nie czułam się jak na wakacjach, ale jak w domu. Taki sielankowy klimat, jakbyśmy jeździli tam od lat i dobrze znali się z właścicielami. Naprawdę polecam, każdemu kto potrzebuje życiowego resetu albo zwyczajnie dość już ma miasta. Za dodatkową opłatą można tam zakupić wyżywienie dzienne, natomiast my z tej opcji nie korzystaliśmy, bo dni chcieliśmy przeznaczyć na aktywne zwiedzanie.

Warmińskie Uroczysko

 Pierwszego dnia z lenistwa odkryliśmy tylko co kryje Biskupiec. Polecam z tego miejsca dwa lokale w których można dobrze i tanio zjeść. Starą Kaflarnie, gdzie serwują największe pizze jakie widziałam w śmiesznie małych pieniądzach. A wierzcie albo nie jestem wprawiona w jedzeniu pizzy i razem z dwoma rosłymi chłopami nie daliśmy jej rady. Druga propozycja to Przystań Warmińska. Tanie, smaczne , regionalne zestawy obiadowe. Do tego pyszne ciasta własnego wypieku. A syty obiad dla 2 osób w wersji full nie kosztował nas więcej niż 50zł. Dodatkowo bardzo miła obsługa. Na początku w ogóle nie wiedziałam od czego zacząć naszą przygodę, bo co innego polecali nam ludzie, a co innego ja sama miałam w planach. Udaliśmy się więc nad jezioro Dadaj do ośrodka Słoneczny Brzeg, który posiada całkiem fajnie przystosowaną i dla dzieci i dla dorosłych strefę do pływania i piaszczystą plaże. Fajne miejsce na leniwe popołudnie, chociaż podejrzewam, że w pełni sezonu musi tam być tłoczno ( nasz wypad był we wrześniu, ale było ciepło więc skorzystaliśmy z kąpieli).

Następnie kolejny dzień stanął pod znakiem Mrągowa. Od zawsze marzyłam, żeby tam być i zobaczyć w końcu na własne oczy to słynne z koncertów jezioro Czos. Przy okazji udało nam się zajrzeć w ciekawe w moim ( a w chłopaków już na pewno) odczuciu miejsce- muzeum sprzętu wojskowego. Było tam wszystko od czołgów zaczynając , po wozy straży pożarnej na przestrzeni lat, a kończąc na nyskach. Wiele wyglądało mocno przerażająco, a wbrew pozorom miały niegroźne dla ludzi przeznaczenie. Na tamtą chwilę koszt biletu dla osoby dorosłej wynosił 8 zł co uważam za przyzwoitą cenę. Jednym minusem była lokalizacja, bo trochę zajęło nam trafienie do tego miejsca. 
W tym samym mieście trafiliśmy do punktu na którym zależało najbardziej mnie, czyli do Ogrodów pokazowych i motylarnii Markiewicz. Obawiałam się, że towarzysze podróży będą się nudzi, ale ze względu na układ ogrodów i zastosowane tam elementy nawet facetom było się w stanie spodobać. Na miejscu można również kupić sadzonki różnych roślin. Nie muszę chyba pisać, że wróciłam z dwoma krzewami :) Koszt również 8zł/osoba. Ubolewam z tego miejsca jeszcze raz nad faktem, że straciliśmy zdjęcia i nie mogę Wam przedstawić ani skrawka tego co tam zobaczyliśmy. Początkowo myślałam, że zwiedzanie zejdzie nam dłużej  i zupełnie na spontanie podjęliśmy decyzję o wyprawie do Mikołajek.

Mikołajki

 Żal było nie zahaczyć, zwłaszcza że dzieliła nas od nich raptem godzina drogi. Tam delektowaliśmy się rybką w porcie i cieszyliśmy pogodą, która wyjątkowo nas rozpieszczała. Doszło nawet do tego, że musiałam na miejscu kupować letnie ubrania, bo nie nastawiałam się już na takie upały :p W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Galindię w Bartlewie. Powiem Wam, że miejsce mnie urzekło swoją historią i tym co właściciele tam stworzyli. To zdecydowanie temat na osobny wpis. My jedynie zwiedzaliśmy, ale istnieje tam możliwość noclegu w niecodziennych okolicznościach i warunkach. Mam nadzieję, że kolejny raz pojawimy się tam na dłużej.

Galindia

Udało nam się także w kolejnych dniach odwiedzić Lidzbark Warmiński i zwiedzić tamtejszy zamek. Nie pamiętam już jednak jaki był koszt biletów. Samo zwiedzanie zajęło nam blisko 2 godziny i bardzo miło wspominam zwłaszcza chłód panujący w tych murach. Kolejno na naszej drodze stanął Olsztyn i rozczarowanie. Dla turysty znalezienie miejsca parkingowego czy przebicie się przez miasto graniczy z cudem. Nie wiem jakim sposobem udało nam się w miarę wprawnie zaparkować w bliskiej okolicy zamku, który oczywiście zwiedziliśmy.Z wizyty w planetarium nie wyszło nic. Kosztowała mnie sporo nerwów z tego względu, że na stronie były podane inne godziny wizyt niż te rzeczywiste , a właśnie ten dzień planowaliśmy "pod" to. Na poprawę humoru i koniec wyprawy udaliśmy się do Arboretum Leśnego w Kudypach. Całkiem fajne miejsce, ale spodziewałam się troszkę więcej. Bilety - 5zł/os. 
Na Mazurach mieliśmy zostać do sobotniego poranka, ale również spontanicznie w piątek nad ranem wybraliśmy się w podróż nad morze. Nie muszę chyba mówić jak bardzo byłam tym faktem ucieszona i ile mąż sprawił mi radości.Morze jest moją drugą miłością i najchętniej przeniosłabym się tam na stałe. Najbliższe a znane mi z czasów kolonii miejsce Stegna , stało się punktem głównym naszej wycieczki. Po drodze zjechaliśmy do Sztutowa by zobaczyć tamtejszy dawny obóz zagłady (wstęp do muzeum jest wolny- warto się wybrać). Teraz , po 10 latach od pierwszej wizyty  , o wiele bardziej świadoma dość mocno pod względem emocjonalnym odebrałam to miejsce. Cichy zakątek,a jednocześnie krzyczący głosami ludzi którzy tam zginęli.  Później spędziliśmy leniwie pół dnia na stegnieńskiej plaży. Zaskoczyło mnie jednak, że ludzie jeszcze o tej porze roku uprawiają tzw. parawaning znany mi z naszej wizyty we Władysławowie. Jako , że żadne z nas nie miało ochoty na siedzenie w miejscu postanowiliśmy zboczyć z trasy i udać się do Krynicy Morskiej, gdzie chłopcy zwiedzili tamtejszą latarnie, na co ja sama już się nie zdobyłam. Zaskakujące że będąc gówniarzem bałam się mniej :) Po drodze udało nam się jeszcze trafić do Muzeum Zalewu Wiślanego w Katach Rybackich. Krynica powitała nas słoneczkiem, niemalże pustymi plażami i ... czystym piaskiem. Różnica w stosunku do tego ze Stegny ogromna. Tam udało nam się uzbierać trochę muszelek na pamiątkę i nacieszyć się ciepłą jeszcze morską wodą.  


Za jedyny minus tej wyprawy uznaję powrót. Z dwóch powodów : bo był POWROTEM i dlatego, że daliśmy się namówić znajomemu na jazdę autostradą. Dojeżdżając do Tarnowa byliśmy już jak zombie i na każdym zjeździe ratowaliśmy się kawą i bieganiem. Zdecydowanie autostrada tak, ale nie na tak długie trasy. Poza tym koszt tej od Gdańska mnie przeraził. Wjazd 30zł, a żeby nawierzchnia była jakaś szałowa, co to to nie... 

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Może ktoś dzięki mnie odkryje jakieś miejsce na przyszły urlop? Pozdrawiam
Czekolado! Do mnie mów!

Czekolado! Do mnie mów!

Październik już za nami a tym samym rozpoczyna się jakże piękny okres w życiu każdego człowieka. O ironio! Bo chyba nie ma nikogo kto chociaż przez jeden dzień nie odczuje panoszącej się depresji czy skutków jesiennego przesilenia.Sposobów na radzenie sobie z niechcianymi nastrojami jest sporo, a o dwóch skutecznych z chęcią Wam dzisiaj poopowiadam :) 



CZEKOLADA...

Jest odpowiedzią na każde pytanie! A tak poważnie nie od dziś wiadomo, że jej smak i skład chemiczny posiadają właściwości poprawiające humor. Dzieje się tak m.in za sprawą obecności trypofanu (wykorzystywanego m.in w leczeniu depresji) czy kofeiny, która nie tylko pobudza. Wykazano bowiem, że ma także wpływ na libido , co prawda u mężczyzn, ale warto  to wiedzieć. Nie mniej jednak czekolada , zwłaszcza ta gorzka jest skutecznym afrodyzjakiem. A wszystko to za sprawą fenyloetyloaminy - hormonu miłości, którego samo wymówienie nazwy przyprawia mnie o dreszcze. Oprócz wzrostu glukozy we krwi , jej spożycie powoduje także wzmożoną produkcję endorfin- hormonów szczęścia.Tyle dobra w małym kawałku! A co z właściwościami pielęgnacyjnymi? Paradoksalnie jedzona powoduje tycie, ale już nakładana na ciało wspomaga jego wyszczuplanie. Co więcej często jest wykorzystywana w walce z "pomarańczową skórką" , poprawia bowiem jędrność i elastyczność skóry. Ze względu na silne właściwości odżywiające i nawilżające jest jednym z najchętniej wykorzystywanych surowców. Ale podobno też zalicza się do grona tych najbardziej ekskluzywnych...  Nie bez powodu jest więc chętnie wykorzystywana przy produkcji kosmetyków. W swojej ofercie produkty z jej wykorzystaniem posiada np. Natural Aromas. Mówię tu o soli do kąpieli "Czekoladowe marzenie", która swoje korzenie ma w Wieliczce ( Swoją drogą posiadają też inne bajeczne zapachy. Jest w czym wybierać).  Jeśli jednak jesteście fanami kąpieli z pianą na przeciw oczekiwaniom wychodzi olejek do kąpieli Chocolate Lavea Line od Lavea właśnie.Dokładniejsze mycie w asyście czekolady zapewni oliwkowe mydełko z dodatkiem czekolady, również od Lavea. A gdyby komuś było mało, to na dokładkę masło Shea w takim samym wariancie zapachowym. Zapewniliśmy relaks dla ciała, pozostaje coś dla zmysłów. Tutaj do akcji wkracza zapachowy olejek do kominka od Naturalne Aromaty. Tym razem truflowy. Jak on pachnie!  


ZAKUPY!

Lubicie kupować? Wiem, że tak. Mało kto nie lubi.A już w ogóle najlepiej gdy wszystko można znaleźć w jednym miejscu... i online. Tak żeby nie musieć wychodzić z domu.  Śmiało mogę powiedzieć, że 80% moich wszystkich zakupów to te zrobione przez internet. W tej chwili nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez takiej możliwości.Do tej pory miałam jednak  problem.Znajdowałam coś na Waszych blogach czym byłam zainteresowana i nie wiedziałam, gdzie dana rzecz jest w ogóle dostępna. Na takie rozterki kupujących odpowiedział serwis Oladi.pl. To miejsce w którym produkty zostały przejrzyście uporządkowane. Wystarczy wybrać interesujące nas zagadnienie , a naszym oczom ukażą się produkty z danej kategorii w różnych przedziałach cenowych i informacją o tym gdzie obecnie są one w sprzedaży ... i w jakiej cenie! Spore ułatwienie, bo zbędne jest już wtedy korzystanie z innych porównywarek cenowych. Ale nie samymi kosmetykami człowiek żyje. Do wyboru macie jeszcze ubrania, biżuterię czy akcesoria dla dzieci. Mikołaj tuż tuż, sama będę korzystać! To również ciekawe rozwiązanie dla osób szukających porady w kwestii  np. doboru ubioru czy modnych w tym sezonie akcesoriów. Już od samego przeglądania robi mi się lepiej na serduchu ;)  

To co? Może po kubeczku gorącej czekolady?


Pozdrawiam!
Missha Signature Complexion Coordinating B.B Cream

Missha Signature Complexion Coordinating B.B Cream

Lato już za nami ( dla mnie na szczęście, dla Was pewnie niestety ) . Był to okres w którym zdecydowanie wolałam sięgać po lżejsze kosmetyki kolorowe. Akurat tak się złożyło, że wraz z początkiem maja i spotkaniem blogerek w Krakowie w moje ręce trafił krem B.B od Missha. Przez kilka ciepłych miesięcy stosowałam go namiętnie by teraz, mając zaledwie odrobinę na dnie przekazać Wam swoje odczucia względem niego.


Za dużo oryginalnych kremów BB w swoich rękach nie miałam, więc wybaczcie, ale nie będzie to recenzja okiem znawcy tematu. Nie mniej jednak miałam okazję używać sporej ilości podkładów o różnym wykończeniu i przeznaczeniu, więc jakieś rozeznanie posiadam. W tej chwili najbardziej zaskakująca jest dla mnie wydajność tego produktu, a muszę Wam powiedzieć, że na początku zdecydowanie za dużo go aplikowałam, a tym samym marnowałam. Dopiero z czasem doszłam do tego, że zadowalający mnie efekt można uzyskać zaledwie odrobiną produktu, a  na ewentualne niedoskonałości delikatnie  go dołożyć. Trwał sobie ze mną od maja do teraz, a tylko kilka razy używałam innych produktów- na większe wyjścia, gdy jednak potrzebowałam mocniejszego efektu. Biorąc pod uwagę konsystencje , gdyby nie napis na opakowaniu pomyślałabym, że mam do czynienia z podkładem. Jedyne co było dość mylące, to kolor. Po wyciśnięciu z tubki był ciemniejszy niż odcienie po jakie sięgam na co dzień. Jednak na twarzy, co możecie zauważyć na zdjęciach poniżej wypada dość blado. Słyszałam o tym, że produkty w skutek utleniania ciemnieją, ale żeby jaśniały?!  Aplikowałam go na różne sposoby, jednak najbardziej zadowalający efekt, a tym samym największe krycie zapewniało mi nakładanie go dłońmi.



Ponieważ w mojej ocenie ma dość mocno pudrowe wykończenie , sama przed aplikacją sięgałam po lekkie, ale mocno nawilżające kremy. Po ich wchłonięciu zabierałam się dopiero za niego, gdyż nałożony za szybko potrafił jednak trochę się rolować. A nie na takim efekcie nam- kobietom zależy.
Nie zauważyłam pogorszenia stanu cery, a co więcej mogę powiedzieć, że wszelkie niedoskonałości szybciej się przy nim goiły ( pewnie to wpływ kojącego ekstraktu z kaktusa, który znajduje się w składzie). W zamierzeniu krem ten ma kryć niedoskonałości i delikatnie rozjaśniać przebarwienia (arbutyna, ekstrakt z granatu,ekstrakt z bakopy białej) , co zresztą robi w całkiem przyjemnym stopniu, a także wygładzać strukturę skóry. I pozostając przy tym drugim aspekcie jego działania, muszę wspomnieć tu, że wg mnie niestety podkreśla wszelkie załamania i nierówności, przez co nie jest najlepszym produktem dla osób ze zmarszczkami. Idealnie natomiast nadaje się na lato, zwłaszcza że posiada dość wysoką ochronę przed promieniowaniem SPF 43. Cena oscyluje od 60 do blisko 80zł. Sam produkt po otwarciu jest zdatny do użycia przez 12 miesięcy ( czyli całkiem długo).
Bez wątpienia cieszę się, że mogłam się z nim lepiej poznać, ale czy wrócę? Na rynku jest sporo  pokus ( nawet z tej samej firmy) i znając życie... To bardzo przyzwoity i przyjemny w użytkowaniu krem, ale nie porwał mnie chyba na tyle, by z łezką w oku żegnać puste opakowanie.

A Wy znacie ten krem?!


Czy czuje pani miętę? Czy miętę pani zna?!

Czy czuje pani miętę? Czy miętę pani zna?!

Zupełnie nie wiem jak to się dzieje, że pisząc o świecach najczęściej samoistnie schodzę na tematy łóżkowe. Żadna tam ze mnie erotomanka, ale... Chciałam przytoczyć Wam na wstępie rozwinięcie powiedzenia "czuć do kogoś mięte', a słownik PWN podpowiada mi, że to nic innego jak "pociąg do kogoś na tle erotycznym". I masz babo placek! 


Nic nie daje takiej przyjemności jak otwarcie okna w mroźny poranek. Fala świeżości i przyjemny dreszcz przebiegają przez całe mieszkanie i rozbudzają ciało.  Poziom endorfin wzrasta wprost proporcjonalnie do  ilości wykonanych wdechów. Można się zachłysnąć i szczęściem i tym świeżym powietrzem. Jeśli jednak jesteśmy ciepłolubnymi istotami warto poszukać godnej alternatywy. W końcu zima jest tylko raz w roku, a robić sobie dobrze chciałoby się cały czas.Szukanie zapachu odpowiedniego wśród mnogości dostępnych na rynku produktów może trochę zająć. Chyba, że takowy wpadnie w Wasze ręce zupełnie przypadkiem. A najlepiej gdy jest to Mint Cream...


Co prawda, ja do zielonej zawartości nie poczułam pociągu na tle erotycznym , ale bez wątpienia coś między nami zaiskrzyło. Pierwsze było delikatne tarcie, a już w chwilę później zabłysnął płomień. Roztopił jej wnętrze i wywołał eksplozję szaleństwa. Mięta pojawiła się w każdym zakamarku domu. Jej błoga zieleń rozlała się na każde z pomieszczeń tworząc przyjemny dla zmysłów kobierzec. Ostatecznie intensywność zapachu zmusiła mnie do ugaszenia żaru i zamknięcia miętowego szczęścia  ponownie w słoiczku. 

Mint Cream jest jednym z bardziej intensywnych i migrujących na inne pomieszczenia zapachów jakie znam. Nie przytłacza. Na mnie osobiście działa jak swoista aromaterapia. Kiedyś musiałam się wspomagać tzw."parówkami" z dodatkiem olejku, teraz wystarczy mi świeca. W zderzeniu z zapachem dymu papierosowego radzi sobie znacznie lepiej niż świece antynikotynowe , których używałam wcześniej. I nie  wiem tylko skąd wzięły się  historie, że w ogóle nie czuć jej zapachu...

Polskie Świece 

p.s. Z braku laku na zdjęciach zamiast liści mięty- szałwia.
Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger