czwartek, 20 kwietnia 2017

Hydrain3 Hialuro Dermedic krem - żel ultranawilżający

W życiu są rzeczy do których wraca się z przyjemnością... Czasami jest to książka, innym razem film lub jak w tym przypadku- kosmetyk. Krem - żel Hydrain 3 Hialuro od Dermedic trafił do mnie po raz pierwszy kilka lat temu w formie próbki , by teraz regularnie o sobie przypominać.

Moja relacja z tym kremem jest jak powrót do rodzinnego domu. Bywają okresy, gdy jest nam tam po prostu źle, ale  po pewnym czasie tęsknota jest tak silna, że wrócić wręcz trzeba. Co prawda w tym przypadku wspólne być albo nie być zależne jest od temperatury za oknem. Znamy się już kilka lat i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest to idealny kosmetyk na lato. Lekka i szybko wchłaniająca się formuła pozwalają  na utrzymanie prawidłowego poziomu nawilżenia bez niepotrzebnej natłuszczającej warstewki. Potrzeby mam ogromne i ciężko im sprostać. Cera mieszana z aktywną  strefą T , a jednocześnie skłonność do miejscowych przesuszeń sprawiają, że  nie jest łatwa w pielęgnacji. Niestety  poszukiwania idealnego zestawu kosmetyków  na zimniejsze okresy w roku wciąż u mnie trwa, ale lato mam już opanowane do perfekcji. Nie ukrywam, że w dużej mierze właśnie dzięki niemu. 


Solidny , szklany słoik o przejrzystej szacie graficznej, charakterystycznej zresztą dla tej firmy zamknięty jest w kartoniku na którym to znajdziemy sporo informacji na temat samego kosmetyku. Ogólnie wizualnie bardzo dobrze to wygląda, ale nie ukrywam, że wolałabym wersję w tubce lub buteleczce airless. Sam krem- żel dodatkowo zabezpieczony jest sreberkiem, co jest zresztą  bardzo częstą praktyką. Po jego odchyleniu naszym oczom ukazuje się delikatnie niebieska i przyjemnie lekka zawartość właściwa. Ultranawilżające właściwości są odczuwalne już po pierwszej aplikacji. Krem szybko wchłania się w skórę przynosząc tym samym ukojenie. Bardzo dobrze sprawdza się jako podstawa makijażu. Osobiście nie trafiłam jeszcze na kosmetyk kolorowy który zaaplikowany w chwilę po  nim zmieniłby swoje właściwości. Zdecydowanie u mnie najlepiej spisywał się stosowany rano, po uprzednim delikatnym oczyszczeniu skóry. Czasami zdarzało mi się też nałożyć wieczorem podwojoną ilość i traktować go jak maskę, co akurat moja buźka bardzo polubiła. Nie jest to w moim przypadku produkt, który mogłabym stosować spokojnie przez cały rok, bo jednak w okresie zimowym potrzebuję czegoś o cięższej , bardziej tłustej konsystencji. Mimo to, zawsze będzie miał swoje miejsce w mojej kosmetyczce, bo nie sposób z niego zrezygnować.  Podczas promocji można go zakupić za mniej więcej 20-25zł , natomiast cena regularna oscyluje między 35-38zł / 50g. Krem jest bardzo wydajny, a tym samym  koszt rozłożony na kilka miesięcy używania wychodzi śmiesznie niski. 


SKŁADNIKI AKTYWNE W HYDRAIN 3 HIALURO


Coś w tym kremie musi siedzieć, co sprawia , że robi dobrze naszej skórze. Nie jest to jednak żadna magiczna i tajemna substancja, a zbiór kilku składników, które razem  zapewniają przyjemne odczucia. W kremie z taką nazwą  spodziewać można się w składzie kwasu hialuronowego. I tak oto trafiamy na hialuronian sodu odpowiedzialny m.in za tworzenie na skórze filmu wiążącego wodę. Tym sposobem możliwe jest ograniczenie transpidermalnej utraty wody i utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia o czym zresztą wspomina producent w swoich obietnicach dotyczących kosmetyku. Dodatkowo składnik ten odpowiedzialny jest za poprawę elastyczności skóry oraz wykazuje właściwości regenerujące. Oprócz niego kolejnym istotnym składnikiem jest betaina, związek pozyskiwany z buraka cukrowego wykazujący silne właściwości nawilżające. Spory wpływ na skuteczność ma połączenie gliceryny i Dub Diol . Duet ten zapobiega przed przesuszeniem i odwodnieniem skóry. Sama gliceryna znana jest zresztą również ze swoich właściwości ochronnych przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Jeśli do tego dodać jeszcze mocznik, witaminę E czy wodę termalną- chyba nie mogło się nie udać?! 

Znacie ten krem? Jeśli jeszcze nie polecam wypróbowanie chociażby w postaci próbek, bo może się okazać, że i u Was sprawdzi się równie dobrze co u mnie. Zwłaszcza, że przeznaczony jest do każdego rodzaju cer, nawet tych problematycznych. 

piątek, 7 kwietnia 2017

Jak zapuścić , wyregulować i podkreślić brwi? Odżywka do brwi Brow Orphica

Osobiście nie znam chyba żadnej kobiety, która choć raz w życiu nie zaliczyłaby małej brwiowej wpadki. Zdarza się nam zbyt mocno je wyregulować albo dla odmiany podkreślić- również za intensywnie. A czasami zwyczajnie  dla kaprysu włoski mają zły dzień i nie chcą się układać tak jakby nam to odpowiadało. Chociaż małe i niepozorne  odgrywają istotną rolę w makijażu tworząc oprawę dla oczu i nadając całej  twarzy wyrazistości.Warto pamiętać więc o ich odpowiedniej pielęgnacji. Jak to zrobić?


Najtrudniejszy pierwszy krok...  ZAPUSZCZANIE


Zdarzyło Wam się zbyt mocno wyregulować brwi? A może planujecie zmianę kształtu , jak ja? Zapuszczenie włosków kosztuje jednak sporo samozaparcia, a i sam upór może nie wystarczyć. Niestety włoski na brwiach nie rosną tak bujnie  i szybko jak te niechciane  na innych częściach ciała, ot ironia losu. Nie oznacza to jednak, że nie da się nic zrobić. Ja swoim brwiom niejednokrotnie wyrządziłam krzywdę zbyt mocną i nieprzemyślaną regulacją. Ich kształt pozostawiał  wiele do życzenia, a ja zirytowana skubałam je namiętnie dalej... i dalej. Wraz z nowym trendem na naturalne brwi przyszło opamiętanie. Wstępnie wspomagałam się olejkiem rycynowym , który regularnie stosowany wzmacnia oraz przyśpiesza ich wzrost. Na forach kosmetycznych wyczytałam, że podobne właściwości wykazuje rumiankowa pomadka do ust Alterra. W  składzie znajduje się mieszanka olei, w tym też rycynowy. Śledząc blogi dziewczyn można jednak zauważyć, że w jej skuteczności nie ma jednak reguły. Czasami zwyczajnie trzeba sięgnąć po coś o mocniejszym, a tym samym efektywniejszym działaniu. Producenci kosmetyków wykorzystali nowy trend dzięki czemu na rynku pojawiły się gotowe odżywki do brwi. Jedną z nich miałam okazję testować i chciałabym napisać o moich odczuciach względem niej. 


Odżywka do brwi Brow Orphica


Miałam okazję używać kilku odżywek do rzęs, ale do tej pory te dedykowane brwiom były mi nieznane. Ciekawiło mnie przede wszystkim jaki w tym przypadku znajdę w opakowaniu...aplikator. Przyznaję, że stawiałam na standardowy pędzelek ewentualnie spiralkę jak w tuszach do rzęs i jakoś nie widziałam nic innego w tej roli. Gdy otworzyłam przesyłkę z odżywką  po pierwsze moim oczom ukazała się przejrzysta szata graficzna i klasyczne opakowanie.Całość utrzymana w bieli , dzięki czemu odniosłam wrażenie , że mam do czynienia z produktem naprawdę ekskluzywnym, sterylnym, wręcz aptecznym. Niewielkich rozmiarów opakowanie sprawia, że odżywka jest mobilna i zabranie jej na wakacyjny wypad nie stanowi problemu.  Po odkręceniu moim oczom ukazał się w całej krasie aplikator. Moje przypuszczenia były błędne, bo tym razem postawiono na skośnie ściętą gąbeczkę jaką często możemy znaleźć m.in w błyszczykach do ust. Przy nakładaniu odżywki faktycznie sprawdziła się ona bardzo dobrze, chociaż spiralka byłaby pewnie równie skuteczna. Sam produkt aplikujemy na oczyszczone i suche brwi przeciągając jednokrotnie aplikator po ich powierzchni zaczynając od środka twarzy ku zewnątrz. Podczas nakładania nie wyczułam żadnego zapachu, ale odkręcając opakowanie i mocno wysilając nosek można wyczuć delikatną, kremową woń. Początkowo przez pierwszych kilka aplikacji miałam wrażenie, że do moich oczu dociera miętowa świeżość. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. Nie niosło to za sobą dyskomfortu i trwało zaledwie chwilę, a po kilku dniach oczy zupełnie się przyzwyczaiły i przestały reagować. Stosowanie odżywki rozpoczęłam w styczniu , a mniej więcej w połowie lutego zaczęłam zauważać, że prócz włosków które normalnie usuwam ( bo rosną nie tam gdzie tego potrzebuję) zaczęły się pojawiać maleństwa głównie w wewnętrznej części brwi tworząc w końcu ich przyzwoity początek. Kolejnym plusem jest fakt, że ta odżywka do brwi delikatnie je przyciemnia. Jest to efekt  znacznie delikatniejszy niż po zabiegu farbowania henną , a tym samym naturalnie wyglądający. Myślę, że zdecydowanie przypadnie do gustu osobom jasnowłosym, które nie chcą zmieniać koloru, a jedynie podkreślić. Za działanie  w produkcie odpowiedzialne są aktywne peptydy które pobudzają porost. Dodatkowo w składzie zamknięto ekstrakt z korzenia żeń-szenia oddziałujący na lepsze ukrwienie skóry, a tym samym utrzymanie brwi w lepszej kondycji.Dla osiągnięcia zadowalającego efektu producent poleca regularne stosowanie produktu przez okres 8-12 tygodni. Jest to możliwe ze względu na dużą wydajność kosmetyku, pomimo , że jego pojemność to tylko  4 ml.  Oczywiście ja na czas kuracji odżywką nie zaprzestałam całkowicie regulacji , ale mogłam sobie dzięki niej pozwolić na powolne nadawanie im nowego , ulepszonego kształtu. Przygotowałam dla Was kilka zdjęć z różnych etapów moich testów , na których widoczne są pojawiające się między starymi włoskami wyrastające nowe maleństwa.   Odżywkę otrzymałam dzięki uprzejmości znamlek.pl , strony na której możecie przeczytać opinię użytkowników na temat wielu produktów.

Regulacja w kilku krokach


Jeśli już dorobimy się wystarczającej ilości włosów możemy przejść do regulacji brwi. Oczywiście w tym przypadku warto się trzymać kilku znanych zasad, dzięki czemu finalny efekt powinien być dla nas zadowalający.  Dostępne są gotowe szablony z kształtami, ale dla mnie osobiście to mało trafione rozwiązanie i raczej nie pokusiłabym się o regulację w oparciu o nie. Na początek najbezpieczniej przygotować sobie zatemperowaną kredkę do oczu. Jedna z metod ( znana mi również z książek do nauki zawodu ) mówi o tym, by kredkę przyłożyć do płatka nosa kierując ją ku górze. Na wysokości wewnętrznego kącika oka powinien znajdować się początek naszych brwi. Następnie wyznaczamy koniec brwi  trzymając nadal jeden koniec kredki przy płatku nosa, a drugi kierując ku zewnętrznemu kącikowi oka- to tam powinien kończy się nasz łuk brwiowy. Najwyższy punkt łuku brwiowego wyznaczamy natomiast również przykładając jeden koniec kredki do płatka nosa, a drugi kierując ku górze przez środek źrenicy oka ( przy patrzeniu na wprost). W sieci znalazłam sporo innych opartych na takim działaniu z wprowadzonymi małymi zmianami. Mówi, że, że początek przy takim wyznaczaniu jest za blisko przez co brwi schodzą się do siebie. Wszystko zależy jednak od tego jakie proporcje ma Wasza twarz. U mnie odsunięte od siebie dalej brwi wyglądają co najmniej dziwnie. Oczywistym jest również, że lepiej czegoś nie wyrwać niż wyrwać za dużo. Jak możecie zobaczyć na moich początkowych zdjęciach z kuracji  sama zrobiłam sobie przez gapiostwo takie "kuku". Zawsze wystające poza wytyczony przez nas kształt włoski można przyciąć. 


Jak podkreślić brwi?


Do wyboru mamy teraz całą gamę produktów dedykowanych brwiom. Zaczynając od kredek, cieni, farbek,  a na żelach kończąc. Z ich pomocą możemy nie tylko uzupełnić luki w owłosieniu, skorygować kształt lub zwyczajnie go podkreślić. Przy takich zabiegach najlepiej sprawdzi się ścięty skośnie pędzelek. By brwi wyglądały naturalniej dobrze jest wyczesać z nich resztki kosmetyku za pomocą chociażby spiralki takiej jak w tuszach do rzęs. Niektórzy w ten sposób nakładają na włoski odrobinę lakieru do włosów by utrzymać całość w ryzach  natomiast ja tej metody nie próbowałam i chyba nie będę ;)  Trwalsze podkreślenie lub zmianę koloru zapewniają dostępne na rynku henny : proszkowa, żelowa lub w kremie. Z czego ta pierwsza barwi również skórę o czym należy pamiętać przed przystąpieniem do zabiegu. Jeśli nie macie wprawy lepiej oddać się w ręce wykwalifikowanej osoby, bo koszty są śmiesznie niskie w porównaniu do krzywdy jaką możecie sobie wyrządzić. Natomiast jeśli henna nie jest Wam straszna, należy pamiętać by najpierw barwić brwi, a dopiero później przystąpić do wyrywania zbędnych włosków. W ten sposób unikniecie nieestetycznych czarnych kropek na łuku brwiowym  powstałych po  dostaniu się barwnika w ranki po wyrwanych włosach.

A jakie są Wasze sposoby na zadbane brwi? Stawiacie na naturalny look?


środa, 5 kwietnia 2017

Nawilżający balsam pod prysznic Morska Alga - Lirene

Pamiętacie jak w połowie zeszłego roku otrzymałam swoją paczkę współpracową od Lirene? Ja  też nie. Zużycie tych produktów siłą rzeczy zajęło mi trochę czasu i podczas gdy  dziewczyny piszą już o kolejnych nowościach ja nadal mam do opisania kilka zużytych produktów.Sukcesywnie postaram się jednak zamieszczać tu kolejne recenzję- w swoim leniwym tempie. A dzisiaj w ramach relaksu zapraszam Was pod prysznic...

Jeśli czytacie mnie już jakiś czas wiecie, że mój sceptycyzm względem kosmetyków , które mają działać na wielu płaszczyznach jest spory. Z dużą dozą niepewności podchodziłam do otrzymanej wówczas  nowości Lirene- nawilżającego balsamu pod prysznic Morska Alga.Prysznic kojarzył mi się dotychczas z oczyszczaniem ciała i wstępem do dalszej pielęgnacji, a w tym przypadku firma postanowiła przyśpieszyć i uprościć te czynności. Obawiałam się, że kosmetyk o konsystencji balsamu a dodatkowo działaniu nawilżającym może źle się nakładać przez obecność wody na ciele lub zwyczajnie spływać z niego zanim zdąży na dobre zadziałać. Jednak jak nad każdą nową recepturą i pomysłem  i nad tym kosmetykiem pracował sztab ludzi, którzy robili wszystko co w ich mocy by całość miała rację bytu. Myślicie , że im wyszło?



Zacznę od opakowania, które wydaje się dość praktyczne w tych nietypowych warunkach. Tubka otwierana na klik wykonana została z dość miękkiego tworzywa, które poddaje się dłoniom dzięki czemu można wycisnąć kosmetyk do  tzw. ostatniej kropli.  Szata graficzna znana już z innych produktów firmy. Co fajne nadruk jest wytrzymały i pomimo, że moja tubka jest już mocno sfatygowana to jednak nadal  wiadomo co siedziało w jej środku. Po ciuchu dodam tylko, że w KIK'u jest teraz obłędna morska seria dodatków do wnętrz (w tym też łazienek) z którymi balsam tworzyłby idealne połączenie. Pod względem konsystencji nie odbiega od typowych balsamów do ciała, ma jedynie delikatnie niebieskie zabarwienie. Łatwo go rozsmarować na ciele , a przy wykonywaniu tej czynności roznosi się delikatny , przyjemny  i (znowu)  w moim odczuciu nieco męski zapach. Aplikacja u mnie z reguły wyglądała tak, że po wyszorowaniu ciała szybko i niekoniecznie skrupulatnie rozsmarowywałam rzeczony wprawnymi ruchami. W miejscach  o których wiem , że są podatne na przesuszenie nakładałam go nieco więcej i może trochę mocnej masowałam ciało, ale prawdę mówiąc nie był to zabieg wymagany , bo i bez masażu balsam dość szybko robił co miał robić. Szybkie zakończenie łazienkowych wojaży zimnym strumieniem wody usuwało nadmiar kosmetyku. Następnie standardowo wycierałam skórę do sucha i faktycznie nie odczuwałam potrzeby natychmiastowego nawilżania jej tradycyjnym balsamem. Uroki tego produktu doceniłam jednak tak naprawdę dopiero podczas wakacyjnych ( i nie tylko) wyjazdów, kiedy to każda ilość wolnego miejsca w walizce była mile widziana.  Sama formuła szczęśliwie nie okazała się niewypałem.Ba! Co więcej podczas  kolejnych wyjazdów mam w planach zabierać tego typu kosmetyk ze sobą. Mam nadzieję, że gama zapachowa rozrośnie się znacząco tak by każdy mógł wybrać coś dla siebie. Mnie zachęciłaby dodatkowo dawka energii przemycona w jakimś cytrusowym zapachu do tych porannych prysznicowych rozkoszy. Morską Algę zostawiłabym wówczas na wieczory, dla ukojenia zmysłów.


Nie jestem Wam jednak w stanie powiedzieć  jak długo zadowalałoby Was używanie wyłącznie tego produkt w roli kosmetyku nawilżającego. Ja co prawda przez kilka dni z rzędu korzystałam wyłącznie z niego ( bez użycia innego balsamu) , ale nie przekraczało to jednorazowo tygodnia. Później zawsze pojawiała się okazja do nałożenia olejku czy innego kosmetyku o takim działaniu. Zresztą pewnie mało jest kobiet, które potrafiłyby sobie odmówić  przyjemności wynikającej z masażu ciała tradycyjnym balsamem. Nie mniej jednak dla panów, którym z dodatkowym nawilżeniem nie po drodze,  byłoby  to rozwiązanie idealne. Więc może warto  dołączyć do oferty jakiś typowo męski zapach?  Koszt takiego balsamu pod prysznic waha się w zależności od sklepu w granicach 12-15zł/ 200ml

A co tak naprawdę  działa w tym kosmetyku?

Za nawilżenie i odżywienie odpowiada ekstrakt z morskiej błękitnej algi , która to jest bogata w witaminy i minerały. Lirene korzysta z niego nie tylko przy produkcji tego kosmetyku. Gama produktów z wykorzystaniem algi jest bogata i obejmuje również kosmetyki dedykowane do pielęgnacji twarzy. Dodatkowo jako uzupełnienie wykorzystano kompleks Hydro Condition nadający skórze przyjemnej w dotyku miękkości. A taki efekt chyba lubicie, prawda?


Używacie balsamów pod prysznic? Znacie ten konkretny? Jeśli tak, ciekawa jestem jak się u Was spisał. W końcu każda z nas jest inna...


środa, 29 marca 2017

Z polecenia : co obejrzeć we dwoje i kogo czytać, żeby się odstresować + serum do wzięcia za dobry link.

Pewnie oczekujecie kolejnego przyzwoitego i co tu ukrywać nieco drętwego postu o polecanych z danego miesiąca.Mogłabym napisać, że bardzo mi przykro, bo nie spełnię Waszych oczekiwań. Prawda jest jednak taka, że ani trochę z tego powodu  nie boleję. Luźne wpisy to doskonała okazja do tego byście poznali prawdziwą mnie - chociaż odrobinę, bo zupełny blogowy ekshibicjonizm jednak mnie nie kręci. Chociaż kto wie, za miesiąc wkroczę w ćwierćwiecze co oznacza że bliżej mi już do siwizny, niż dalej. A mówią, że gdy głowa siwieje to... 



Na blogach w ostatnim czasie pojawiła się kopalnia linków do naprawdę świetnych stron. Share Week  działa i tylko nielicznym udało się nie skusić na udział w tej inicjatywie. W tym mnie, bo oczywiście nic nie robiąc można nie mieć czasu. Właśnie tak to u mnie wyglądało, że po podziale czasu między najważniejsze w ostatnim czasie rzeczy w moim życiu  tj. jedzenie i sen , nie miałam chwili na napisanie czegoś sensownego. Stąd też z tego miejsca chciałabym przeprosić twórców moich ulubionych blogów za to, że nie zebrałam się w sobie wcześniej i oficjalnie nie zgłosiłam swoich propozycji. Wierzę jednak w moc swoich czytelników i w to, że naprawdę zajrzycie w linki które Wam podam, co więcej może nawet coś napiszecie lub zaobserwujecie.  






Lubicie ananasy? Ja bardzo, a ostatnio do gustu przypadł mi wyjątkowo jeden konkretny , któremu kiedyś nadano imię  Hania , a w blogosferze znana jest też za sprawą swojego bloga Pineap.pl . Co ta Hanka w sobie ma zapytacie? Otóż nieskończone pokłady optymizmu dzięki , któremu z każdej życiowej sytuacji wychodzi na tarczy. Cenię w niej to, że wyciska z swojego życia 100% normy. Piszę o tym co lubi robić gdzie bywa, a mimo tej codzienności nie wieje u niej nudą. Zanim zajęła się tym miejscem w sieci stworzyła trójmiejski blog Politechnika Fashion...



Moją uwagę Pani Sarna, bo tak pozwolę ją sobie tutaj nazywać , zwróciła już podczas emisji Rozmów w toku, gdzie to udzielała porad w swoim fachu. Byłam pod wrażeniem jej wagowej przemiany i trzymałam mocno za kobitkę kciuki. Nie przypuszczałam jednak wówczas, że poważna pani psycholog może prowadzić bloga, już mniej poważnego. Na mnie działa jak terapia śmiechowa. Nie mogłabym  Wam również nie polecić jej facebookowego profilu, bo tam dawka humoru , ironii i jakże trafnych podsumowań serwowana jest każdego dnia. Lubię to za mało... 

Blogi tylko dwa ( choć miały być trzy), ale może zwalmy to na moją kulejącą wiedzę z zakresu matematyki. Dla równowagi wspomnę jednak nie inaczej jak o trzech filmach , które mieliśmy okazję pooglądać w ostatnim czasie , a które zwróciły moją uwagę z czego w dwóch przypadkach zupełnie się tego nie spodziewałam. Na "Planetę Singli" było nam do kina zwyczajnie nie po drodze, ale skorzystaliśmy z nowego reklamowanego przez P.Vegę portalu Showmax na którym to za niewielką opłatą można uzyskać dostęp do filmów i seriali ( w tym kilku niedostępnych np. na Ipli lub Playerze) gdzie akurat film jest dostępny. Nie mówię, że to produkcja najwyższych lotów,  ale zdecydowanie miło nas zaskoczyła. To jedna z tych przyjemnie ckliwych polskich komedii w których nie ma wulgaryzmów i wyuzdanego seksu. Ale , ale... Bardziej pod względem fabuły podobały nam się  "Porady na zdrady". Tutaj dodatkowo można było się pośmiać z żartów sytuacyjnych. Poprzednie filmy tego twórcy niespecjalnie mnie porwały, a tu proszę. Minęło kilka lat i w końcu okazuje się , że polskie komedie też mogą rozśmieszyć. Osobiście kilka osób z obsady bym wymieniła, bo zwyczajnie ich nie lubię, ale to takie moje osobiste niesnaski. "Pokot " to już zdecydowanie inne klimaty. Przed seansem przeczytałam o nim sporo , a po tym bardziej dziwiły mnie opinie o eko - terrorze. Umówmy się, każdy z nas ma bzika na jakimś punkcie. Wiadomym było, że przedstawienie miłości do zwierząt w takim filmie musiało być wyolbrzymione, bo na tym opierał się główny wątek, bez którego na dobrą sprawę tak specyficznej historii w ogóle by nie było. Nie mniej jednak czy się komuś podobało czy nie podziwiania pięknych widoków nie można sobie odmówić. 

Moim najnowszym nieco głupawym ze względu na poczucie humoru odkryciem jest serial emitowany w ostatnim czasie na Pulsie. Górka Dolna, to opowieść o życiu na małej słowackiej wsi, gdzie każdy każdego zna  a nowości dochodzą ze sporym opóźnieniem. Trochę rozumiem niskie oceny tej produkcji na Filmwebie,  bo wymagającemu odbiorcy ciężko sprzedać tak protekcjonalną historię. Nie mniej jednak dla mnie to idealny okaz na tzw." głupawkę" , a odmóżdżyć od czasu do czasu się trzeba. 

Do odpowiedniej oprawy podczas czytania tego posta przygotowałam Wam dwa utwory znane być może tym istotom, które pojawiają się na Woodstock'u . Odtwarzajcie je jednak na własną odpowiedzialność*. 




P.s Mam nadzieje, że polecane blogerki nie mają mi za złe podkradnięcia od nich banerków. Robiłam to w dobrej wierze :)  * Za wpływ mojego gustu muzycznego na Wasze mózgi nie odpowiadam.


Co zrobić by zgarnąć serum do twarzy od Mincer Pharma?
- wystarczy zostać obserwatorem mojego bloga ( podać nick pod jakim obserwujecie)
- w ramach zadania konkursowego zostawić w komentarzu pod tym postem link do polecanego przez Was miejsca w sieci.
Konkurs trwa od dzisiaj do 16.04.2017r. Zwycięzcę wyłonię ja wybierając najciekawszą w moim odczuciu odpowiedź.  Pełny regulamin tutaj.


Pozdrawiam 

czwartek, 23 marca 2017

Cedr w asyście cytryny i mandarynki czyli energetyzująca woda toaletowa Plaisirs Nature od Yves Rocher

Zapachy od Yves Rocher towarzyszą mi od kilku lat. Ich wody perfumowane robią na mnie wrażenie i jako fanka ciężkich zapachów regularnie po nie sięgam. Jakiś czas temu w moje ręce trafiły jednak żele pod prysznic z serii Plaisirs Nature  i tak rozkochałam się w ich zapachach. Roślinne połączenia bardzo mi odpowiadają i miałam nadzieję, że równie dobrze co w żelach obronią się w wodzie toaletowej.Myślicie , że tak było? 

Owocowe wody toaletowe na stronie Yves Rocher pojawiały się już od dawna, jednak zapach który dzisiaj Wam przedstawiam jest stosunkowo nowy. Mała, zaledwie 20 ml buteleczka idealnie nadaje się do torebki  o czym zresztą wspomina na swojej stronie sam producent. Szata graficzna jest spójna z resztą serii Plaisirs Nature i  zdecydowanie cieszy oko swoją prostotą. Wykonane ze szkła opakowanie prezentuje się dobrze,  a  plastikowa zatyczka solidnie trzyma się na swoim miejscu chociaż początkowo obawiałam się, że w " torebkowych" warunkach  może stanowić to dla niej problem.  Rozmiary buteleczki istotnie są mikroskopijne, a mimo to  zdołano umieścić na niej pełny skład kosmetyku wraz z najważniejszymi informacjami na jego temat. Niestety te w języku polskim jak w przypadku większości produktów tej firmy znajdują się już na wlepce umieszczonej na zakrętce i to niestety zaburza już moje poczucie estetyki. Rozumiem jednak, że trudno było znaleźć lepsze wyjście z tej sytuacji. 




Mandarynka & Cytryna & Cedr - wydawały się być idealnym połączeniem dla mnie. Posiadam sporo  mocno otulających zapachów i brakowało mi czegoś z tzw. powerem.  Ta wersja nie bez powodu została nazwana energetyzującą , a nuty zapachowe w niej wykorzystane określone mianem dynamizujących. Połączenie cytrusowych olejków eterycznych z cydrem  pozwoliło stworzyć niebanalną mieszankę faktycznie działającą pobudzająco na zmysły. Już po pierwszej aplikacji równie mocno odczuwalne są drzewne, nieco męskie nuty w asyście odświeżającej woni owoców cytrusowych. Gdyby minimalnie zwiększyć natężenie olejku cydrowego, śmiało można byłoby zakwalifikować ten zapach jako męski. A ja zdecydowanie takie lubię.  Specyfika takiego połączenia sprawia jednak, że na jego temat można znaleźć sporo niepochlebnych opinii. Wbrew pozorom dla fanek naprawdę lekkich i kobiecych zapachów ten może okazać się za ciężki w odbiorze. Zdecydowanym plusem jest natomiast możliwość uprzedniego powąchania go w sklepach stacjonarnych Yves Rocher. Przyznaję jednak,że ja swoją wersję zakupiłam online, bo wtedy zakupy są zdecydowanie bardziej opłacalne dzięki obowiązującym tam promocjom. Niestety zapach ma jedną dość istotną wadę , której jednak byłam świadoma- dość szybko się ulatnia, ale taki już urok wód toaletowych. Liczyłam się z takim stanem rzeczy. Z drugiej strony mobilność buteleczki pozwala  na zabieranie jej ze sobą i ponowną aplikację w ciągu dnia jeśli zajdzie taka potrzeba. 



Według zapewnień producenta aż 93% składników pochodzi z natury. Wykorzystano również alkohol pochodzenia roślinnego, a samo opakowanie nadaje się do recyklingu. Firma znana jest z resztą z różnych działań na rzecz ochrony środowiska więc powyższe informacje nie były dla mnie specjalnym zaskoczeniem. W tym przypadku koszt kosmetyku  to 19,90zł/ 20ml, a oprócz tego zapachu dostępnych jest kilka innych połączeń z czego mnie zdecydowanie interesuje jeszcze  Kwiat pomarańczy & Lawenda. Świetnym rozwiązaniem jest według mnie stworzenie całych linii zapachowych, więc zapach może towarzyszyć nam przez cały dzień aplikowany dodatkowo na ciało w formie żelu lub mleczka. 

A Wy znacie kosmetyki z linii Plaisirs Nature? Pewnie tak. Ciekawa jestem jednak czy ten konkretny jest Wam znany i jakie są Wasze odczucia względem niego?

środa, 15 marca 2017

J'aime my... Oil 3 in 1 Oleo Supreme- olejek do włosów Franck Provost Paris

Jesienią ubiegłego roku pojawiła się informacja o tym, że kosmetyki Franck Provost Paris pojawią się w Polsce, w sieci sklepów Rossmann. Niedługo po tych nowinach  pojawiło się całkiem sporo relacji z ich premiery  i już  wtedy zwróciły moją uwagę , głównie tym, że od początku swojego "istnienia" na naszych polskich sklepowych półkach zaangażowano  do współpracy blogerki. Trafne posunięcie, zwłaszcza , że to hobby wymusza poniekąd  na piszących sięganie po kosmetyki z różnych półek cenowych oraz firm, więc jednak rozeznanie w temacie wybrane osoby miały spore.Mnie o wiele łatwiej sięgnąć po coś co rekomenduje osoba którą znam i od  lat czytam, niż gwiazdka  może i większego formatu, ale znana głównie z tego , że gwiazdorzy niż z tego  jaką wiedzę posiada.  Chociaż i tu trzeba mieć wgląd na całą sytuację, a nie tylko na jednorazowe akcje, bo śledząc teraz losy blogosfery doskonale widać, że z rzetelnością to jednak różnie bywa....


Moja miłość do olei na włosach rozpoczęła się przeszło dwa lata temu podczas pobytu w UK o czym już Wam tu niejednokrotnie wspominałam. Tak więc gdy pojawiła się zapowiedź linii kosmetycznych "J'aime my... " mnie najbardziej zainteresował  właśnie olejek do włosów. Normalnie historia opierałaby się na tym, że wybrałam się do Rossmanna i zakupiłam swój egzemplarz, ale tak nie było. Swoją buteleczkę otrzymałam od Feeling Fency podczas gwiazdkowej wymiany.   Była więc u mnie już od połowy grudnia, a że mamy już połowę marca mogę o nim co nieco napisać. 


Samo zamknięcie szklanej buteleczki w kartoniku nie jest niczym nadzwyczajnym . I na jednym i na drugim pojawiaja  się dość charakterystyczne serduszkowe logo z nazwą. Na kartoniku dodatkowo znajdziemy rozbudowaną informację o tym z czym mamy do czynienia i o sposobie aplikacji produktu. A ten można aplikować przed myciem , po umyciu na mokre bądź na suche lub przed ekspozycją słoneczną- i  tak odkrywamy tajemnicze 3w1. Na szczęście produkt jest olejkiem nie tylko z nazwy. Faktycznie mamy do czynienia z mieszanką m.in olejku makadamia, z pestek winogron czy awokado chociaż zajmują one jedne z ostatnich miejsc w składzie. Przed nimi uplasowało się kilka innych substancji w tym też ta odpowiedzialna za przyjemny zapach kosmetyku, chociaż w moim odczuciu to nieco zbędny dodatek.Zapach był dla mnie zwyczajnie przeciętny , a na włosach nie utrzymywał się praktycznie w ogóle. Najczęściej korzystałam z kosmetyku przed myciem właściwym. Producent zaleca trzymanie go na włosach około 10 minut, u mnie często był to zdecydowanie dłuższy czas. Zmywał się drogeryjnymi szamponami całkiem dobrze, chociaż przy dużej ilości musiałam ten zabieg powtórzyć dwukrotnie. Taka aplikacja dedykowana jest do naprawdę suchych i potrzebujących regeneracji włosów i w moim przypadku przyniosła zadowalający efekt, ale nie mam przesadnych problemów z włosami. Raczej mogę trochę ponarzekać na suche końce niż na ogólny zły stan włosów.  Zaaplikowany na umyte suche lub mokre włosy dawał zdecydowanie słabszy efekt. Pomagał je ujarzmić, ale nie było już tak przyjemnej w dotyku miękkości i w tej kwestii mogłabym go porównać do innych znacznie tańszych produktów ,a dających łudząco podobne efekty. Dlatego też w dalszym ciągu używam go na swoich włosach , ale już wyłącznie przed myciem  dając mu chwilę na działanie. 


Szklana masywna buteleczka ma w sobie sporo uroku i świetnie wygląda na półce. Jednak kto kiedykolwiek nakładał olej na włosy ten wie, że szkło i tłuste ręce niekoniecznie idą ze sobą w parze. Zwłaszcza w łazience , gdzie zwykle dokonuje się aplikacji, a na podłodze z reguły ułożone są kafelki. Każdorazowo przyprawiało mnie to o szybsze bicie serca, ponieważ dokładając produktu na włosy ciężko było mi tłustymi już dłońmi utrzymać butelkę. Ogólnie jest to zadowalający produkt jednak mając do czynienia z kosmetykiem , który jest sygnowany  nazwiskiem mistrza fryzjerstwa spodziewałam się  czegoś więcej.Zwłaszcza, że miała być to "cała wiedza o fryzjerstwie zamknięta w sercu produktów do pielęgnacji włosów"...

Cała linia Oleo Supreme przeznaczona jest do włosów suchych i pozbawionych blasku, a w jej skład oprócz olejku który Wam dzisiaj przedstawiłam  wchodzą jeszcze m.in szampon i maska.Dodatkowo dostępne są linie dedykowane włosom z innymi problemami : Keratin Miracle do włosów zniszczonych, Revelareur de Couleur do włosów farbowanych, Createur de volume dodająca objętości oraz Blond Sublime.  Cena każdego z kosmetyków plasuje się pomiędzy 43, a 63zł , ale bardzo często można trafić w Rossmannie na promocję. 

Ciekawa jestem czy znacie te kosmetyki i jak spisały się one u Was?


środa, 8 marca 2017

Czego chce kobieta? wishlista + tapety na komórkę dla Was

Czujecie już wiosnę za oknem? No dobra, żartowałam. Ja też nie. Pochmurno i pada, a u niektórych podobno na nowo pojawił się śnieg. Nie mniej jednak pomarzyć o słonecznych porankach i ciepłych popołudniach można. A jeśli by do tego dodać jeszcze kilka innych materialnych marzeń...

Na blogach pojawił się wysyp wishlist w związku z lutowym świętem miłości i tym dzisiejszym, naszym . Jako , że  moje podejście do obu jest jakie jest nie napiszę, że mój dzisiejszy wpis pojawił się właśnie z tej okazji , bo powód jego powstania był zupełnie inny.Lubię celebrować swoje pojawienie się na świecie, a w tym roku dodatkowo przypada ćwierćwiecze mojego istnienia, więc czemu by nie... Przygotowałam tym razem naprawdę zwięzły i krótki wpis o tym, co bym chciała i na co być może się zdecyduję, a może zwyczajnie do maja moja chęć się rozejdzie. 

HOME SWEET HOME, czyli dodatki do wnętrz


Pewnie niektórych zdziwi pojawienie się w moim zestawieniu kosza na śmieci, ale o takim kubełku marzę. Jakoś nie po drodze  mi oklepane plastiki.  Szklarenka ( tutaj z Ikea) przydałaby  mi się ma na blogu. Wiem mało oryginalnie, ale taki dodatek bardzo mi się podoba na Waszych zdjęciach. Raczej nie zdecyduję się na gotową  i nagonię męża do pomocy przy tworzeniu jej w warunkach domowych. Okrągła półka to również moja instagramowa miłość. Skąd Wy bierzecie takie rzeczy? Kubek z liskiem wzięłabym w ciemno. Podoba mi się ten wychodzący z niego motyw. Do pary koc z wilkiem  a na ławę liść patera. Ot , takie leśne klimaty.  Propozycje które przygotowałam pochodzą z  Duka, Home&You ( mają teraz spore zniżki i promocje przy zakupie dwóch rzeczy) oraz Ikea

O tym jak zrobić sobie dobrze...



Nie samym domem żyje człowiek. Czasami trzeba pomyśleć też o sobie. W związku z tym, że przygarnęłam ostatnio turkusową sukienkę na VUBU, pomyślałam o fuksjowych dodatkach do niej. Przypadkiem trafiłam na słodkie różowe szpilki z uszami na pantofelek24, Żeby nie było tak całkiem słodko nadal mam fazę na obuwie i dodatki od Iron Fist, a ta torebeczka- cudo, czyż nie?! Jak zauważacie mocno ograniczyłam swoje chciejstwa z branży beauty. Obecnie podoba mi się paleta od House of Beauty, ale jak jej nie kupię ( a pewnie nie) to świat się nie skończy. Nie mniej jednak zwróciła moją uwagę, a to nie zdarza się zbyt często. Pokot to mój kierunek podczas kolejnej wizyty w Multikinie. Nie będę czekała aż do maja, bo zwyczajnie pewnie przestaną go już wtedy wyświetlać. A ostatnią grafikę podebraną od Breakin'Ink pozostawię ciekawskim do wygooglania. Projekt w głowie, w realizacji pojawi się za jakiś czas...  

Pewnie nie uwierzycie, ale na tym zamyka się marcowa lista życzeń. Ale to jeszcze nie czas na koniec posta.Przygotowałam trzy bardzo proste i utrzymane w dziewczęcej kolorystyce tapety na telefon. Na moim androidzie jedna z nich funkcjonuje już od pewnego czasu. 


DO POBRANIA :   Tapety na telefon 

Ciekawa jestem jak Wy spędzacie dzisiejszy dzień. Z chęcią  poczytam również o Waszych marzeniach-śmiało podrzucajcie linki  w  komentarzach :) 

poniedziałek, 6 marca 2017

Structural - emulsja do odnowy struktury włosów Professional BY FAMA

Pamiętacie  z dzieciństwa jak to jest być małym odkrywcą.Każdy nieznany zakamarek domu albo tajemnicze pudełko stawały się obszarem jednej wielkiej niewiadomej- do odkrycia. Ja mam podobnie do tej pory jeśli chodzi o opakowania kosmetyków. Bardzo lubię gdy samo pudełko nie wskazuje jednoznacznie na zawartość. Kwadratowy kartonik z napisem krem nie przyprawi mnie o szybsze bicie serca, bo zawartość jest nader oczywista. Jedyne nad czym można się zastanawiać to to  czy słoiczek wykonany jest z tworzywa czy szkła. Chociaż wprawna  kosmetykomaniaczka jest w stanie szybko wychwycić wagową różnicę i odpowiedzieć na to pytanie jeszcze prze otwarciem. Jednym słowem niespodzianki nie ma! 

Nieco inaczej jest gdy producent oddaje w Twoje ręce mały prostokątny kartonik informujący o tym, że zawartość to nic innego jak emulsja odbudowująca do włosów, ale za cholerę puzderko nie przypomina dotychczas znanych Ci kosmetyków . Gdy podczas grudniowej edycji Beauty by Bloggers przedstawiciel firmy Professional BY FAMA wręczył nam upominki największym zainteresowaniem cieszyło się to niepozorne i na pierwszy rzut oka nic nie mówiące pudełeczko.




Pod względem wizualnym prezentowało się dość zwyczajnie. Po przebrnięciu przez całą masę obcojęzycznych napisów udało mi się odnaleźć ten właściwy mówiący o tym z czym mamy do czynienia. Na jednym z boków umieszczono skład , a na spodzie krótką wzmiankę o działaniu i sposobie użycia. Nie został tam jednak określony czas aplikacji produktu i początkowo miałam niemały problem, bo w sieci również nie było o emulsji zbyt dużo informacji ( teraz sukcesywnie się to zmienia). Ostatecznie dopiero na jednym z forum dedykowanych profesjonalnemu fryzjerstwu znalazłam  informację o tym , że zalecany czas to 40 minut.  Byłam pewna, że w środku znajdę wykonane z plastiku buteleczki w których zamknięto kosmetyk, a tu niespodzianka - ampułki wykonane ze szkła. Dokładnie 5 sztuk zawierających po 7ml produktu. Mnie przypomniały się czasy dzieciństwa, bo w podobnych maleństwach nierzadko umieszczane były antybiotyki. Generalnie zasada działania jest taka, że należy utrącić lub ułamać szyjkę uważając przy tym by nie zrobić sobie krzywdy. Te poddawały się dość łatwo i osobiście nie miałam z nimi problemów. Taka forma utwierdziła mnie  w przekonaniu, że mam do czynienia z naprawdę wyjątkowym produktem.

CZY FAKTYCZNIE TAK BYŁO?

Zdecydowanie zaraz po otwarciu uwalniał się przyjemny dość intensywny zapach. W moim odczuciu nieco męski, ale nie przeszkadzało mi to w żaden sposób. Ampułkę nakładałam na świeżo umyte włosy i pozostawiałam na 30-50 minut, w zależności od tego na ile mogłam sobie pozwolić. Przy zmywaniu ( producent zaleca dokładne przeprowadzenie tego procesu) widać było, że w brodziku woda delikatnie się pieni. Już na mokrych włosach czuć było różnicę, ponieważ były one przyjemnie miękkie wręcz delikatne w dotyku. Jednakowo zachowywały się pozostawione do wyschnięcia same sobie jak i suszarką. Warto tu wspomnieć, że mam dość krótkie włosy, być może na długich sposób suszenia miałby wpływ na ostateczny wygląd. Pomimo odczuwalnej zmiany emulsja nie obciążała włosów. Bałam się trochę jak na alkohole w składzie zareaguje moja skóra, ale wiadomo strach ma zawsze wielkie oczy. Moje były ogromne zupełnie niepotrzebnie, bo nic złego się nie działo. 



Pani Ewelina, fryzjerka do której namiętnie chodzę potwierdziła w rozmowie moje przypuszczenia dotyczące tego, że efekt w salonie przy użyciu odpowiedniego sprzętu byłby jeszcze lepszy. Niestety nie pamiętam już teraz  fachowej terminologii więc wybaczcie , że nic więcej nie napiszę. Nie mniej jednak to co zauważyłam po użyciu w warunkach domowych zrobiło na mnie wrażenie. Cieszę się, że  w tym przypadku wraz z obietnicą z opakowania idzie w parze realny efekt.  



Może miałyście okazję używać już tych ampułek? Jak zareagowały na nie Wasze włosy?

środa, 1 marca 2017

Czas ucieka, Ty nie musisz- PolandJa + kalendarze na marzec do druku

Czas - ucieka, przelewa się przez palce lub płynie.Wczoraj był luty, dziś już jest marzec. Trzeba uważać, by ze swoimi postanowieniami nie obudzić się na nowo w grudniu.  Mamy więcej udogodnień, mniej pracy, a czasu, czasu wciąż za mało...




Organizacja zawładnęła naszym życiem. Modne stało się życie według ustalonych zasad. Mało kto je leniwie śniadania, za to większość stawia na lunch - obowiązkowo w wersji fit. Trzeba się zdrowo odżywiać, by dłużej żyć. Tylko  co z tego życia , gdy tak często wybieramy półśrodki?!  Pani X marzyła o tym wszystkim na co nie było jej stać. Miała jednak swoje cele przed oczami więc namiętnie poświęcała się pracy w korpo. Dziesięć godzin to za mało, są jeszcze nadgodziny. A może poświęcić jeszcze weekend ? To nic , że kosztem swoim i rodziny. Przecież to dla nich... Kilkanaście lat pracy bez godnego urlopu na stanowisku które nie rozwija i nie daje satysfakcji.Bum! Redukcja etatów. To nic , że przez lata wypruwała sobie żyły. Może za mało? Miotają nią wyrzuty, szuka winy - w sobie. Wychodzi stłamszona z biura, które było jej domem i odkrywa jak dalece jej do świata w którym żyła. Robi jednak coś ważnego- podejmuje decyzję.  Gdzieś obok nas jest również taki ktoś... Komuś rozpada się związek, do kogoś innego dzieci mają pretensję o brak zainteresowania, a jeszcze ktoś inny wierzy, że jego racje są najważniejsze.Zbyt dużą wagę przykładamy do tego, co mało istotne.  O tym wszystkim jest "PolandJa", nowa polska  komedia (?), chociaż przypisanie produkcji do tego gatunku jest w moim odczuciu mocno przesadzone. Film daje do myślenia. Wszystko jest mocno uogólnione i wątki można byłoby jeszcze pociągnąć jednak w ogólnym rozrachunku wypada całkiem przyzwoicie. Nasuwa mi się jednak taka myśl, że faktycznie dzielimy się na dwa typu ludzi.Jedni chcą zmian, ale nie wiedzą od czego zacząć i przez swoje niezdecydowanie ostatecznie nie realizują się życiowo. Inni zbyt ambitni angażują się w tyle działań, że zwyczajnie brak im czasu by tak po ludzku cieszyć się z efektów.

WSZYSCY MAMY TYLE SAMO CZASU.

RÓŻNI NAS TYLKO UMIEJĘTNOŚĆ DYSPONOWANIA NIM


Tyle prawdy w kilku słowach. Można pracować na etacie , a poza nim realizować się w innych dziedzinach , a jednocześnie dbać o dom i rodzinę. Można też siedząc w domu nie mieć czasu na nic. Sama wiem o tym sporo, bo od dwóch lat nie pracowałam na normalnym etacie i przy wyznaczonych godzinach "od - do". Czasami szczerze mi tego brakuje, bo jednak jestem z tej grupy, która musi mieć narzucone ramy czasowe. Robiłam co miałam robić, wracałam i przełączałam się na tryb domowy. Teraz tkwię w nim cały czas i wiem ile samozaparcia i energii kosztuje mnie odłożenie domowych zajęć na rzecz efektywnej pracy zawodowej. Nie tak łatwo określić godziny pracy, zwłaszcza gdy mieszka się pod jednym dachem z kimś kto nie rozumie dlaczego w danym momencie musicie siedzieć przy laptopie zamiast np. ugotować obiad. Aby dobrze dysponować swoim czasem trzeba sobie odpowiedzieć na proste pytanie . Czy zajęcie które wykonujesz sprawia Ci satysfakcję? Być może nie masz predyspozycji do wykonywania określonej pracy i sam uciekasz w domowe  obowiązki  rozgrzeszając się  potrzebą ich natychmiastowej realizacji. Praca sama jednak się nie zrobi, pojawiają się zaległości i zniechęcenie a wraz z nimi diametralnie spada efektywność. Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że małe lenistwo raz na jakiś czas nie może być powodem do wyrzutów sumienia. Chociaż ja nadal czasami je mam. Ucinam sobie drzemkę w ciągu dnia lub siadam przy ulubionej książce, a później bombardują mój umysł  " a mogłaś w tym czasie...".Nie mogłam! Gdybym wtedy zmusiła się do działania nic dobrego by z tego nie wyszło. Podobnie było z tym postem. Zaczęłam jego tworzenie o poranku zakładając , że w południe ujrzy światło dzienne. Pewnie przesiedziałabym przy nim bezowocnie pół dnia, bo nic nie składało mi się w całość. Posprzątałam, ugotowałam obiad i oto jestem. 

CEL I ZAMIERZENIA


Och jak dobrze je mieć. Zmierzać do celu a nie widzieć efektów to prawdziwy dramat. Dlatego każde większe przedsięwzięcie w miarę możliwości warto rozłożyć na kroki, których efekty powoli  stają się dla nas widoczne. Mogłam wrzucić tu sam tekst. Chciałam jednak dorzucić drobinę siebie i tego czemu poświęcam ostatnio czas. Przygotowałam dla Was proste trzy wersje kalendarzy ma marzec.Nie dlatego, że planowanie jest moim bzikiem, a po to by widzieć efekty swojej pracy. Przy publikacji grafik z księżycem kilka z Was napisało mi , że pobrało je na swoje komputery. Jedna wysłała nawet zdjęcie już w użyciu  w swoim mieszkaniu. Wiem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale nawet nie wiecie ile radości sprawiło mi to, że chociaż ta jedna jedyna osoba doceniła tą moją pracę. Widziałam efekty i satysfakcji z tego nikt mi nie zabierze.  Każdy z nas ma pewnie swoje ukochane terminarze i notatniki. Ja też mam, ale już wcześniej korzystałam dodatkowo z planerów i miesięcznych kalendarzy stworzonych przez inne dziewczyny. Myślałam sobie wtedy , że w życiu nie uda mi się samej stworzyć czegoś podobnego. Grafika pojawiła się w moim życiu przypadkiem. Czułam potrzebę wyjścia do ludzi. Wybrałam bezpieczne i powiązane z moim zawodem kierunki, ale niestety żaden z nich nie wypalił. Zdesperowana postawiłam wszystko na jedną kartę.Nie żałuję. Taka zmiana była mi potrzebna.A mogłam przecież zrezygnować z nauki,machnąć ręką i powiedzieć, że grafika - grafika to nie dla mnie.  

Do pobrania: marzec 1 ( wer. prosta), marzec 2 (wer. róż),marzec 3(wer.granat)


DAJ SOBIE SZANSĘ


Oto właśnie chodzi by dać sobie szansę. Jak każdy z Was tak i ja zdaję sobie sprawę , że wielu rzeczy robić nie będę. Nie zostanę na pewno chemikiem czy matematykiem,ale jestem otwarta na nowe. Mogłabym się zafiksować zupełnie w kosmetyce, która była moją pierwszą miłością. Teraz z perspektywy czasu wiem jednak ile żeby by mnie przez to ominęło. Pewnie nie miałabym okazji zmierzyć się na żywo ze swoim angielskim gdzieś w zakamarkach Londynu. Nie odkryłabym w jakim czasie jestem w stanie posprzątać hotelowy pokój. Nie zdawałabym sobie sprawy z tego jakie zagrożenia czyhają podczas wykonywania konkretnych zawodów gdyby nie technik BHP. Mogłabym tak wymieniać bez końca... Nie chcę Wam mówić : "Rzućcie wszystko i szukajcie dalej" . Mnie wystarczy świadomość, że chociaż się zastanowicie. Nikt nie każe Wam się przebranżowić. Czasami małe, niepozorne  kroki  mogą okazać się przełomem w odniesieniu do całości. 


 WYBRANE METODY PLANOWANIA CZASU

  • ALPEN : prosta i efektywna metoda nazywana często klasykiem wśród metod rozporządzania czasem. Jej nazwa ( jak większości innych) powstała od pierwszych liter poszczególnych etapów. W tym przypadku zawdzięczamy ją niemieckiemu słownictwu ( Aufgaben, Lange schatzen, Pufferzeiten einplanen, Entscheidungen  treffen, Nachkontrolle)
     - stworzenie listy aktywności i zadań wykonywanych w ciągu dnia, 
     - nadaj każdej czynności wartości czasowe mp. mycie naczyń 5 minut, czytanie 30min itd.
    - znając przybliżony czas jaki zamie Ci praca, zaplanuj ją w stosunku 60:40 procent.Przykładowo           przy 8 godzinnym dniu pracy w domu 60% poświęć na zadania do wykonania, a 40%              pozostaw  sobie jako margines który przeznaczysz na ewentualne dokończenie zadań 
         lub procesy kreatywne.
     -  ustal priorytety , wpisz najważniejsze do terminarza, 
     -  kontroluj realizację, oznaczaj wykonane już zadania

  • ABC - jedna z najprostszy metod, Czynności dzieli na trzy grupy wg priorytetów oznaczając je kolejno A ( ważne czynności do samodzielnego wykonania), B (ważne, ale nie priorytetowe: przy wykonywaniu możliwa pomoc innych osób) , C (mało ważne, możliwe do odłożenia w czasie lub do wykonania przez inne osoby). 


  • Kwadrat Eisenhowera : klasyfikacja czynności po uwzględnieniu ich ważności
Ciekawa jestem jak to jest z tym czasem u Was? Korzystacie z dostępnych metod? 





piątek, 24 lutego 2017

Kapsułka za kapsułką [ olejek z witaminami A i E - Gal ]

Jeszcze dwa lata wstecz oleje i olejki mogły dla mnie nie istnieć. Unikałam ich jak ognia eliminując tym samym ze swojej pielęgnacji wiele interesujących produktów. Już sama wizja użycia balsamu, który źle się wchłania mnie przerażała. Walcząc z powracającymi wypryskami odkryłam jednak metodę OCM i tak zaczęłam się przekonywać do ich skuteczności i zbawiennego działania. Olej olejkowi  jednak nierówny, a dzisiaj o umilaczach do kąpieli , które z nazwy są olejkami...



Kapsułki z firmy Gal są mi znane od kilku lat. Wcześniej używałam tych przeznaczonych do twarzy zwłaszcza na etapie poszukiwania złotego środka w pielęgnacji, ale jakoś nasz romans nie był specjalnie długi i namiętny. Jestem jednak otwarta  na nowe, więc gdy na spotkaniu BBB otrzymałam zestaw kapsułek tym razem do ciała ochoczo przystąpiłam do testów. Lubię takie małe pielęgnacyjne "bajery", a uroku odmówić im nie można. Zarówno jeden jak i drugi kartonik mieściły w swoim wnętrzu kapsułki żelatynowe zawierające olejek  wiesiołkowy z witaminami A i E- w teorii. 


Olejek do kąpieli z witaminami A i E i olejem wiesiołkowym

W mojej wannie lądowały już cuda wianki i rozeznanie w podobnych produktach mam spore więc autentycznie ciekawa byłam działania tych uroczych czerwonych kuleczek.  Spójrzcie sami, z czym Wam się kojarzą? Dla mnie to mocno powiększone kulki hydrożelowe do kwiatów. Równie ładnie prezentowałyby się w wazonie jak i w wannie. Tylko nie wiem czy kwiatom  by się podobało.Wracając jednak do jakże wdzięcznego tematu lenistwa w wannie... Jako, że lubię na bogato jednorazowo wrzucałam do kąpieli  3 kapsułki ( producent zaleca od 1-3 sztuki). Dość szybko rozpuszczały się w ciepłej wodzie, pachniały ledwie wyczuwalnie i w moim odczuciu niestety nie robiły nic wybitnego.Na skórze po ich użyciu nie pozostawał wyczuwalny film, szczęśliwie na wannie również nie ( znacie ten ból mycia jej po kąpieli?). Nie mniej jednak tak uroczo się prezentują, że nie ręczę za to czy w przyszłości ich nie zakupię. Ot, dla wyglądu właśnie! Olejek z wiesiołka znajduje się ni mniej ni więcej, a w połowie składu. 





Olejek wiesiołkowy po kąpieli  z witaminami A i E

Olejek wiesiołkowy przeznaczony do użycia " po"  kąpieli zaskakuje. Zielone serce niesie nadzieję , na większą skuteczność. Na pierwszym miejscu w składzie olej... lniany. A to zaskoczenie! Całkiem przyjemne biorąc pod uwagę, że składnik ten wykazuje  sporo przyjemnych dla ciała właściwości. Czegóż to on nie robi? Działa przeciwzapalnie, przeciwświądowo , rozmiękcza skórę, regeneruje, przyśpiesza gojenie. Normalnie ochy i achy! Tytułowy wiesiołkowy dodatkowo wyżej w składzie niż w poprzedniku, więc szanse na powodzenie już na starcie były większe. Udało się. Gdy tylko dobrałam się do pierwszego serducha przepadłam. Zapach zdecydowanie wyczuwalny , według mnie cytrusowy. Poznałam jednak jego zwolenników i przeciwników. Swoją drogą naprawdę może się komuś nie podobać? 😜 (Taki żart, gdyby ktoś nie wyłapał  mojego dość specyficznego poczucia humoru). Jedna kapsułka wystarczyła mi na aplikację na całe ciało prócz twarzy- uszy i szyję też pominęłam jak już tak wchodzimy w szczegóły. Chodziłam później i pachniałam, bo co innego miałam robić skoro moja uroda tak wprawnie została poprawiona. Olejek potrzebuje chwili by dobrze się wchłonąć. Nie polecam bezpośrednio po aplikacji otulenia się szlafroczkiem, chyba że marzy Wam się image " na misia". Warto jednak poczekać, bo autentycznie skóra staje się przyjemna w dotyku i miękka. U mnie niepotrzebne było nakładanie dodatkowego kosmetyku o działaniu nawilżającym. Szkoda mi tylko, że serduszek było mniej, bo zaledwie osiem sztuk. Z drugiej strony po przeliczeniu koszt pojedynczej  to zaledwie złotówka - całkiem przyjemnie. Do tego produktu zdecydowanie powrócę. 



__________________________________________________________________
I tym miłym akcentem kończę swój dzisiejszy wywód.Nie było mnie kilka dni, wybaczcie ale dorwała mnie niemoc twórcza i ni w ząb nie mogłam zebrać sensownie myśli, a co dopiero przelać je na ekran...Żeby nie było, że nie podałam wyników konkursu, to podałam. Wiszą sobie spokojnie na fb tablicy i kto ma wiedzieć już wie. Wygrała Karolina Horsi. Miłego!


czwartek, 16 lutego 2017

Taniec uczuć - Flamenco [ manicure z Indigo]

Czerwień.. klasyczna i ponadczasowa. A ile z Was wie skąd wzięła się polska nazwa tego koloru? Sprawcą całego zamieszania są larwy Czerwca Polskiego z których to pozyskiwana jest koszenila- czerwony barwnik  wykorzystywany przez lata m.in do barwienia tkanin. Nadal są na świecie miejsca, gdzie korzysta się z takiej metody. Ale dzisiaj nie o tym, dzisiaj o odcieniach. Bo czerwień wiele imion ma...

 Niestety i z perfekcyjnym manicure i z tańcem niewiele mam wspólnego. Z pomocą w kryzysowych sytuacjach przychodzi jednak  Indigo i jeden z ich lakierów w odcieniu nazwanym wdzięcznie Flamenco. Sama powiedziałabym, że w tym przypadku mamy do czynienia z nasyconym odcieniem wina lub wiśni  jak kto woli. I jedno i drugie lubię, więc kolor też nie mógł mi się nie spodobać. A od tego pierwszego do gorącego flamenco wszak już nie tak daleko... 





Naczytałam się u innych o tym jaka ta czerwień zła , bo ni w ząb nie chce się trzymać paznokci. Jednak jeśli zaglądacie do  mnie już dłuższy czas , to wiecie że bardzo tłusta płytka jest moim utrapieniem i naprawdę mało który lakier przetrwa na niej nieruszony dłużej niż jeden dzień, a tutaj... Zaskoczenie! Całe trzy dni radochy, więcej niestety nie podźwignęły końcówki , które zaczęły się ścierać, ale dla mnie to i tak naprawdę dobry wynik (a nie oszczędzałam ich wcale). Muszę Wam się jednak do czegoś przyznać. Gdy przywiozłam zestaw pięciu odcieniu z Meet Beauty zastanawiałam się nad tym, gdzie inni widzą tą różnicę. Dopiero na paznokciach odkryłam, że czerwień czerwieni nierówna. W manicure, który Wam dzisiaj prezentuję na paznokciach pojawiło się dwie warstwy. Przy krótkich postawiłabym na jedną i spokojnie by mnie zadowoliła, jednak mając dłuższe niż dotychczas paznokcie wyraźnie w moim przypadku odcina się jaśniejszy wolny brzeg, co  mnie drażni, stąd też dołożyłam dla swojego spokoju drugą.


Pojedynczo lakiery te można nabyć za 16zł, jednak w przypadku czerwieni istnieje możliwość zakupu zestawu pięciu w cenie 49zł, co oczywiście jest bardziej opłacalnym rozwiązaniem. Podobnie jest z "nudziakami" na które mam ochotę już od jakiegoś czasu. Nie trudno zauważyć, że zestawiłam flamenco ze srebrem od Gosh i pobawiłam się ombre. Niestety nie jest ono tak efektowne jak w przypadku hybryd, ale jak się nie ma co się lubi...

poniedziałek, 13 lutego 2017

Ile może zmieścić format A4? moja torebka.

Bez względu na format nazywane są dodatkiem do kobiecego stroju. Ale czy na pewno taka jest ich rola? Nie od dziś wiadomo przecież, że w kobiecej torebce znaleźć można wszystko.Ania, znana szerszemu gronu jako Balbina Ogryzek postanowiła odkryć tajemnice ich zawartości. A ja z chęcią pomogę swoim przykładem w prowadzonych badaniach ;) 

Coraz mniej angażuję się w blogowe akcje, ale gdy wpadłam na wspomniany wcześniej wpis nie mogłam przejść obojętnie na wołanie o blogową mobilizację. Oto jestem z zawartością swojej torebki, a właściwie torebek , bo te zmieniam w zależności od potrzeb i nastroju. Niestety nie dorobiłam się jeszcze praktycznego organizera, więc rzeczy które widzicie na poniższym zdjęciu w każdej kolejnej torbie lądują luzem i poniewierają się biedne w czeluściach... 



Śledząc już wcześniej niektóre wpisy dziewczyn w tym temacie doszłam do wniosku, że chociaż w tej kwestii przejawiam odrobinę minimalizmu. Nie noszę już od dawna sporej ilości kosmetyków, głównie przez to, że z wiekiem wyzbyłam się niepotrzebnych nikomu kompleksów. Z przyczyn praktycznych najczęściej z tej dziedziny produktów mam przy sobie albo chusteczki nawilżane albo deo w takim wydaniu. Oprócz tego zawsze wrzucam  matową pomadkę w płynie od Bell, z którymi bardzo się polubiłam i zamiennie używam kilku kolorów. Do kompletu kilka dni temu dołączył (genialny !) peeling do ust w pomadce  , na który wpadłam przypadkiem w  biedronkowej szafietejże firmy.Bardzo często zabieram ze sobą ulubione perfumy w wersji max 30ml. Większej ze względów praktycznych nie chciałoby mi się nosić. Jak widzicie obecnie jest to YR  Vanille Noire. Jako, że w transporcie publicznym są czasem "zapaszki" nie do zniesienia na pokładzie obecny jest zawsze  mały kremik do rąk od Indigo. Jak wiecie są to produkty mocno perfumowane i chociaż  jakoś specjalnie nie wyróżniają się działaniem , pięknego zapachu nie można im odmówić. W razie potrzeby miziam nim dłonie ratując nos z opresji.  Nieodłącznym elementem jest dla mnie od pewnego czasu niezastąpiony kalendarz w sam raz dla rasowych czarownic (prezent od Elfie's Planet ) . Zapisuję w nim wszystkie ważne daty, a także pomysły na kolejne wpisy. Jako, że lubię czytać noszę ze sobą tytuł po który mam ochotę sięgnąć w danym czasie. Z reguły są to historie pisane życiem. 


Pora na rzeczy przyziemne. Nieodłącznym elementem jest dla mnie niestety już od dawna telefon. Stare solidne okazy nie wymagały dodatkowego ekwipunku, ale teraz dla swojego świętego spokoju mam przy sobie ładowarkę w razie gdyby bateria jednak nie podołała... Przydałby się jednak zdecydowanie power bank. Z wiekiem coraz częściej zahaczam o urzędy przez co obowiązkowo musi się znaleźć długopis, a nawet dwa. Drugi egzemplarz mam zawsze wsunięty do portfela. O nim  samym nie wspominam, bo to dość oczywisty element. Mój już jest wystarczająco wysłużony i zasługuje na emeryturę. Pęk kluczy które giną w niewyjaśnionych okolicznościach również jest. Co więcej mam nawet kupiony puchaty brelok który również noszę w torebce, ale jakoś nie było jeszcze okazji przypiąć. Często gęsto amortyzację na spodzie torebki tworzą paragony i potwierdzenia wpłat. Jako, że maniakalnie kupuje zdrapki przy każdej możliwej okazji  zawsze jakaś znajdzie się w środku. Pomiędzy to wizytówka fryzjerki, bo nigdy nie wiadomo kiedy najdzie ochota na zmianę image'u. Tyle. W dłuższe trasy zabieram czasami coś do przegryzienia. Niestety o tak oczywistych rzeczach jak chusteczki higieniczne pamiętam rzadko kiedy... 

A jak to wygląda u Was?!

niedziela, 12 lutego 2017

Jak kochała Wisłocka? [film]

Nie jest tajemnicą , że przeczytałam Grey'a, chociaż ostatnią część "po łebkach" i bez większej przyjemności. Film oglądałam długo po premierze i głównie przez to, że wszyscy znajomi zachwalali. Na drugą część nawet się nie wybieram, bo już sam zwiastun umocnił mnie w przekonaniu, że seksualna fikcja to nie moja bajka. Głośno się jednak zrobiło i widzę, że sporo osób wciąż żyje tą historią. Trochę mi przykro, że jej premiera mocno zbiegła się w czasie z polską "Sztuką kochania" , bo nasza rodzima produkcja niestety nie miała tylu sponsorów i takiej reklamy, a obejrzenia bez wątpienia jest warta. 


Wczoraj wybraliśmy się do kina na film ,  o którym  wiedziałam jedno : muszę go obejrzeć! O jaką produkcję chodzi już wiecie. Chciałam wcześniej przeczytać książkę i poznać samą historię autorki. Niestety nie udało się "przed", ale tym bardziej  nabrałam na to ochoty "po". Sztuka kochania w wersji pisanej swoją premierę miała przed wielu laty po bojach stoczonych przez Wisłocką z ówczesną władzą. Długo było o niej zwyczajnie cicho i pewnie gdyby nie film (na podstawie książki V.Ozimnkowski "Sztuka kochania gorczycielki")... Słyszałam o książce, wiedziałam, że istnieje, ale potrzeby czytania poradnika sprzed lat jakoś nie czułam. Nie o niej tu jednak mowa, ale o filmie. Po pierwszym oficjalnym zwiastunie "zagrało". Polski film, nieoczywisty temat , a do tego całość oparta na prawdziwych wydarzeniach  z życia seksualnej rewolucjonistki- to mogło się nie udać. Można było pokazać za mało albo przedobrzyć z wizualizacją. Jak wyszło?Po kolejnych zwiastunach i wywiadach udzielanych przez córkę autorki zaczęłam się wnikliwiej interesować tym kim faktycznie była ta kobieta i co zrobiła, że stało się o niej głośno. I to było TO.

Były momenty w których uśmiech sam cisnął się na twarz. Po wielu latach ciężko sobie jednak wyobrazić autentyczną reakcję władzy na próbę przemycenia w piśmie seksualnego przewrotu. Z jednej strony seks był elementem obecnym, a z drugiej nic się o nim nie mówiło, otwarcie oczywiście. Oglądając tą produkcję miałam jednak nieodparte wrażenie, że ludzie w tamtych czasach byli bardziej wyzwoleni , a miłość czysta. I tylko świadomość była zdecydowanie mniejsza...Scenariusz jak można było się spodziewać uwzględniał sporo scen miłości fizycznej.Pomyślicie sobie seks to seks, o czym ona chce tu pisać? Muszę jednak wspomnieć, że autentycznie było czuć tą chemię wylewającą się z ekranu.Idealnie dobrana obsada "zagrała". Duet Boczarskiej z Lubasem ociekał erotyzmem. Były to jednak tak naturalne niewyuzdane i piękne w swojej prostocie zbliżenia, że warto było nasycić nimi zmysły. Może gdyby dzisiejsza młodzież miała takie wzorce zamiast tych z zachodniego kina...Z ekranu prócz wzlotów bohaterki wylewała się również jej niewątpliwa samotność. Momentami i mnie zaszkliło się oko, a były i takie osoby, które ta historia zupełnie rozczuliła. Nie będę wnikać w szczegóły, bo mam cichą nadzieję, że może ktoś jeszcze odkryje w sobie ochotę na seans. Warto było poznać tą historię życia , posłuchać dobrych kawałków którymi okraszony  był film czy chociażby zobaczyć całkiem seksowny tyłek Lubosa (tudzież krągłe piersi Boczarskiej - jak kto woli). Ja ze swojej strony dodam tylko, że na pewno nie był to mój pierwszy  i ostatni raz z Michaliną...

wtorek, 7 lutego 2017

Jesteś jak księżyc... + GRAFIKI do pobrania

Często czytam , że poranki są dla Was inspirujące. Wschodzące słońce, nowy dzień, nowy początek. Śpiew ptaków lub gwar budzącego się do życia miasta działają jak guzik z napisem POWER. Jednak czy noc może być równie  produktywna? Jak to jest być nocnym markiem  i dlaczego się nie wysypiamy?

Biorąc pod uwagę godzinę o której ukazuje się ten wpis, chyba nie muszę tłumaczyć  do której grupy ludzi się zaliczam. Jeśli kiedyś ktoś z Was zechce mnie odwiedzić w moich czterech kątach polecam to zrobić najpewniej świtkiem koło południa. Pozwoli to i mnie i Wam uniknąć traumy 😊 Swój życiowy rytm zaczęłam odkrywać pod koniec gimnazjum, by w liceum przekonać się 100% o słuszności swoich podejrzeń. Szybka diagnoza- jestem nocnym markiem ( lub jak to tłumaczą na angielski "nighthawks") była dla mnie do przyjęcia. Chociaż z ręką na sercu przyznaję, że do tej pory czuję się z tego powodu jak i pewnie większość prowadzących taki tryb życia zwyczajnie dyskryminowana.Otóż wychodzę z założenia , że powinni dla tej części społeczności stworzyć szkoły i miejsca pracy dostosowane do trybu życia. Czyż nie byłoby pięknie wychodzić na zajęcia po dwudziestej ? Najedzeni, wyspani i pełni energii ruszalibyśmy w miasto podbijać świat! 

Żeby nie było, że a tak ciągle na tym swoim blogu narzekam i tylko piszę ile to robię a efektów jakoś nie widać. Oto jestem z trzema przygotowanymi  grafikami mocno związanymi z tematem posta. Ot takie miałam twórcze zapędy. Jednak coś z tej grafiki komputerowej wynoszę, a jeszcze kilka miesięcy temu nie wiedziałam jak się zabrać za PS'a. Grafiki, a właściwie plakaty w formacie A4 do pobrania podlinkowałam poniżej. Nadają się do druku, natomiast co jest oczywiste stworzone są do użytku domowego dla Was moi czytelnicy. Będzie mi bardzo miło jeśli gdzieś kiedyś ktoś podrzuci mi zdjęcie z wykorzystaniem któregoś z nich. 

          PLAKAT NR 1                             PLAKAT NR 2                                           PLAKAT NR 3


A TAK POWAŻNIE....

Problem z zasypianiem dotyczy co drugiego Polaka. Większości wydaje się, że dobrze śpią ale tak naprawdę coraz mniej osób efektywnie się wysypia. Wpływ na taki stan rzeczy ma wiele czynników, a  szczęśliwie niektóre z nich sami jesteśmy w stanie zniwelować. Pobudki w środku nocy sprawiają, że następnego dnia zdecydowanie trudniej nam się skoncentrować , jesteśmy mniej produktywni i konfliktowi. W celu poprawy komfortu życia warto zadbać o odpowiednie warunki do snu. 


1.ZADBAJ O ODPOWIEDNIĄ ATMOSFERĘ

To nie żart. Miejsce w którym śpicie powinno być przewietrzone , a temperatura powinna być w nim nieco niższa niż w reszcie domu. Spory wpływ  na nasz odpoczynek ma powierzchnia do spania , które wymiary powinny być dostosowane do naszych potrzeb. Warto postawić także na pościel wykonaną z materiałów przepuszczających powietrze. Urządzenia  elektroniczne zakłócające sen w miarę możliwości powinniśmy z naszej sypialni usunąć lub chociaż zrezygnować z ich używania na chwilę przed pójściem spać. Emitowane przez nie promieniowanie uniemożliwia przejście w stan głębokiego snu.

2.NIE NAJADAJ SIĘ

Nie wiem jak Wam, ale mnie w dzieciństwie zawsze mówiono , żebym nie najadała się przed snem, bo będą mi się śniły "pierdoły". Dorosłe życie zweryfikowało prawdziwość tego stwierdzenia. Wieczorne podjadanie jest naprawdę super, wiem. Gorzej jest tylko później, gdy autentycznie chcemy  zasnąć, a nie jest to możliwe. Pomijam już problem dodatkowych kilogramów wynikający z tego niezdrowego nawyku . Nasz metabolizm w czasie nocy zwalnia. Układ pokarmowy nie jest przyzwyczajony do pracy w pozycji leżącej, a kwasy żołądkowe ulegają cofnięciu. Takie objawy są charakterystyczne dla refluksu, który  jest już nazywany chorobą naszych czasów.Organizm funkcjonujący według określonego trybu zostaje "oszukany". Duża dawka jedzenia wiąże się z dużą dawką energii, a takie pobudzenie niestety nie sprzyja  dobremu snu.


3.WPROWADŹ DO SYPIALNI ODPOWIEDNIE ROŚLINY

Od lat szkolnych wpaja się nam, że rośliny to samo dobro ze względu na produkcję tlenu i pochłanianie dwutlenku węgla. Jednak jak w każdej dziedzinie życia i tutaj umiar jest wskazany. Lepiej postawić na kilka sprawdzonych gatunków, niż urządzić w pomieszczeniu dżunglę.Polecany do sypialni jest zwłaszcza aloes (a przyda się także w innych dziedzinach, bo zastosowań ma wszak wiele. Roślina ta nie dość, że jest stosunkowo łatwa w rozmnażaniu i pielęgnacji dodatkowo świetnie oczyszcza powietrze poprawiając jego jakość.Może tym samym pomóc przy bezsenności. Duet idealny stworzy z lawendą działającą uspokajająco. Zmniejsza ona stres , reguluje tętno i podobno przyczynia się do zmniejszenia płaczliwości u dzieci. 


AMERYKI NIE ODKRYŁAM, WIEM.

To co napisałam jest dla większości z Was oczywistą oczywistością- mam taką nadzieję. Nie każdy ma możliwość wyeliminowania chociażby sprzętu elektrycznego z miejsca przeznaczonego na sen (ja też  nie mam, wiem jak jest). Staram się jednak sukcesywnie wprowadzać zasadę dotyczącą uprzedniego wietrzenia czy ograniczenia oglądania TV przed snem. Mimo to , od czasu do czasu pojawia się... Przychodzi w nocy i budzi o tej samej porze. Znacie to? Podobno nasz organizm woła w konkretnych godzinach na pomoc, alarmując o problemie z danym  organem. Ile w tym prawdy? Sama nie wiem. Na informację te natrafiłam w kilku publikacjach stąd też pozwolę sobie umieścić je w ramach niezobowiązującej ciekawostki. Za pobudki w godzinach pomiędzy 21, a 23 odpowiada tarczyca ( ktoś o tej porze już śpi?) . W godzinach 23-1 w nocy pobudkę funduje nam woreczek żółciowy, dodatkowo może to być objawem nadmiernego stresu. Rozbudzenie w godzinach od 1-3 może być spowodowane  wątrobą, która nie radzi sobie z oczyszczaniem organizmu z toksyn.Naturalna pobudka w godzinach od 3-5 świadczy o problemach  z płucami, natomiast później "działa " już jelito grube.



" Jesteś jak księżyc wyraźny  świecisz na moim chłodnym niebie..."  pisała Halina Poświatowska. A co rozświetla Wasze nieba? Widzicie  czy już dawno pochłonął Was sen?