sobota, 23 września 2017

"Dance, sing , love. Miłosny układ" do wygrania!


Zapraszam Was serdecznie do udziału w konkursie, w którym do wygrania jest  bestseller z Wattpad'a. Książka, która uzyskała ponad 2.5 mln wyświetleń. Jej lektura sprawiła mi sporo przyjemności i tym bardziej cieszę się, że mogę jeden egzemplarz przeznaczyć dla Was.

DANCE, SING, LOVE. Miłosny układ - Moim okiem :) 



Regulamin:
Konkurs trwa od 23.09 - 30. 09. 2017r. Wysyłka nagrody na terenie kraju  na mój koszt.Wyniki zostaną ogłoszone do 5 dni od zakończenia konkursu.Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych ( Dz.U. z 2004 r. Nr 4 , poz. 27 z późniejszymi zmianami) . Szczegółowy regulamin dostępny tutaj.

PYTANIE KONKURSOWE: 
Jaka tegoroczna nowość książkowa zwróciła Twoją uwagę? Uzasadnij w kilku słowach. (Odpowiedzi jak zawsze zostawiacie pod postem konkursowym. Nie jest wymagane posiadanie konta blogger)

Będzie mi bardzo miło jeśli zajrzycie na profil książki na facebooku - "Dance, sing, love"  .


Czytaj dalej »

wtorek, 19 września 2017

Wrześniowe spotkanie blogerek w Rzeszowie, czyli dobry PRETEKST nie jest zły...

Początek roku szkolnego dla nas był wyjątkowo radosnym okresem, bo już we wtorek  5 września spotkałyśmy się w pokaźnym gronie w jednym z rzeszowskich, klimatycznych miejsc- restauracji PRETEKST. Dawno już nie brałam udziału w typowym blogerskim spotkaniu, ale tym razem za uczestnictwem przemawiało dwa ważne argumenty: szczytny cel, bo spotkanie okraszone było licytacją na rzecz Tomka oraz możliwość sprawdzenia się przeze mnie w roli fotografa. Co innego robić ustawiane zdjęcia w domowych pieleszach, a co innego uchwycić masę pięknych kobiet w ruchu :) 


Organizatorki Gabrysia i Kasia zapewniły ciepłą atmosferę. Miałam okazję spotkać się ze znanymi mi już dziewczynami jak i poznać nowe twarze, chociaż przyznaję, że jak zawsze byłam mało rozmowna, a ze względu na wyznaczone zadanie również mocno skupiona na pracy. Bez wątpienia prawdziwą atrakcją z mojego punktu widzenia była prelekcja Agnieszki, którą znajdziecie w sieci jako  Ladetre fotograf produktowy. Podzieliła się ona z nami swoją wiedzą z zakresu fotografii. Opowiedziała o ciekawych patentach do wykorzystania w domu i podpowiedziała jak prowadzić swoje SM. Dla mnie jej wykład był mocno motywujący. Zmierzyłam się nawet z jej wskazówkami czego efekty mogliście obejrzeć kilka dni temu na fb Praktycznie Kosmetycznie


Następnie przeszłyśmy do licytacji fantów przeznaczonych przez sponsorów. Do kupienia były też ręcznie robione drobiazgi autorstwa mamy Tomka. Brelokowym aniołkom nie sposób było się oprzeć. Ostatecznie udało się uzbierać 769zł. 



Sponsorzy zadbali także o nas, uczestniczki spotkania. Do domu prócz miłych wspomnień przywiozłam przygotowane przez nich paczki. Spodziewajcie się więc za jakiś czas powiewu nowych recenzji, bo jestem właśnie w fazie namiętnego testowania.







Pozdrawiam ;)

Czytaj dalej »

sobota, 9 września 2017

"Dance,sing,love.Miłosny układ" - Layla Wheldon, czyli sukces z Wattpad'a...

Czy opowieść z Wattpad'a jest w stanie osiągnąć sukces? Wypadałoby zadać to pytanie dziewczynie kryjącej się za pseudonimem Layla Wheldon, której książka" Dance, sing, love. Miłosny układ" od lipca, czyli momentu premiery,  nie schodzi z języków. Co kryje w sobie ta historia ? Kolejna z wielu... tak mogłabym Wam tu napisać opierając się wyłącznie na opisie wydawcy umieszczonym na okładce. Taniec, śpiew i miłość to bardzo chętnie i często wykorzystywane motywy w erze w której dla większości społeczeństwa jedyną rozrywką jest przeskakiwanie pilotem z kanału na kanał. Przebrnęłam przez opis, wypadałoby się zabrać za czytanie, ale chęci ku temu jakoś specjalnie nie nadchodziły. Aż w końcu....



Zabrałam się za czytanie. Zaskakujące? Wcale nie. Wystarczyło pierwszych kilka stron, żebym zupełnie przepadła. Pochłonęłam kolejne w zaledwie kilka godzin i ani się obejrzałam, a byłam na samym końcu. Za szybko, bo zdecydowanie chciałabym jeszcze raz na nowo przeżywać troski i radości wraz z głównymi bohaterami. A tu autorka popłynęła serwując nam całą gamę osobowości. Jedni przypadli mi do gustu natychmiast, o innych zdanie zmieniłam w trakcie czytania, a jeszcze innych nie byłam w stanie obdarzyć sympatią - jak w życiu. Ta różnorodność wpłynęła jednak na samą historię wzbogacając ją o całe spektrum znanych nam z autopsji emocji. Nikt nie wciska nam tu na siłę banalnych sytuacji , a każde kolejne wydarzenia następują po sobie naturalnie. Właściwie tej historii nie było by bez Livii, zawodowej tancerki i aroganckiego topowego piosenkarza Jamesa. Płytko? Ech, poczekajcie na resztę. Livia wraz ze swoim zespołem zajmują się tworzeniem show podczas występów gwiazd. Tym razem towarzyszą w trasie koncertowej wspomnianego już Jamesa. Każda z nas zna takiego upierdliwego faceta, któremu wydaje się, że jest pępkiem świata. Gdyby tak do tego dołożyć duże pieniądze i rzeszę fanek, to  "sodówka" gotowa. I właśnie na takim etapie kariery na początku historii jest nasz główny bohater. Początkowo, a właściwie niemal do połowy historii nasza " jeszcze nie para" wyjątkowo się nie lubi.W sumie nie ma się co dziwić, że Livia nie jest zainteresowana mężczyzną dla którego w związkach istotne jest by trwały tylko przez jedną noc... A co jeśli ze strony Sheridana to tylko gra? Oboje bronią się przed uczuciem, które wkrada się w ich serca. Namiętność kwitnie, ale w związku chodzi o coś więcej niż bajeczny, dziki seks... Czy warto walczyć o związek i do jakich dramatycznych kroków pchną bohaterów koleje próby?


Naprawdę książka zakrawa o miano " jednej z wielu" jeśli bazuje się wyłącznie na opisach dostępnych w sieci. Dopiero samodzielna lektura pokazuje jakie bogactwo kryje się w jej wnętrzu. Pierwsze uczucie, trochę nieporadne, często przejaskrawione buzującymi hormonami i wlewanym w siebie alkoholem. Każdy moment podczas którego by być sobą przy drugiej osobie, trzeba się napić. Radość widziana przez pryzmat szumiących w głowie procentów, łzy smutku wylewane w nieodpowiednich ramionach. Można się pogubić. Jak w realnym życiu, nie każda decyzja jest tą odpowiednią. A  konsekwencje   nieprzemyślanych działań rzutują na przyszłość. To nie kolejna historia o cukierkowej miłości dwojga ludzi. To opis drogi jaką musieli przejść by być razem. Drogi z przeszkodami, które niejednokrotnie były wynikiem bezmyślnego działania ich samych.  Drogi, którą każdego dnia kroczy wiele innych, realnych par. Bo czasami trzeba stawić czoła poważnym problemom, a alkoholizm jest jednym z nich. Autorka w przystępny, ale też emocjonujący sposób przedstawiła taką walkę o to by MY nie rozpadło się na JA i TY, a także o to by pomiędzy nie pojawił się KTOŚ inny... 

Po tak burzliwym i głośnym debiucie liczę na to, że Sandra Sotomska, bo tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko  autorki,  jeszcze nie raz  uraczy nas równie barwną opowieścią o życiu. 

Czytaj dalej »

poniedziałek, 4 września 2017

Czym kierować się przy wyborze lakieru do włosów? Nietypowe zastosowania lakierów. Szeroka gama produktów Ronney.

Gumy, pianki, musy, żele i lakiery to zaledwie część dedykowanych włosom produktów, których celem jest utrwalenie  fryzury i utrzymanie jej nienagannego wyglądu przez wiele godzin. Dzisiaj skupimy się na tych ostatnich. Wspólnie poznamy sposoby na ich aplikację oraz odkryjemy czym kierować się przy wyborze tego idealnego. Jako posiadaczka krótkiej fryzury mogę sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa unosząc swoje włosy u nasady lub tworząc totalny nieład. Zdecydowanie ta druga opcja podoba mi się bardziej, ale do jej wykonania potrzebuję kosmetyków o przedłużonej trwałości i naprawdę skutecznym działaniu. Niestety większość żeli i gum powoduje u mnie nadmierne przetłuszczanie dlatego w większości przypadków byłam zmuszona zrezygnować z ich dalszego stosowania. Obecnie posiadam jedną pomadę z pomocą której udaje mi się uzyskać zadowalający mnie efekt. W większości przypadków "ratuję się" lakierem do włosów z kilku prostych powodów. 


PLUSY LAKIERÓW DO WŁOSÓW

  • łatwy sposób aplikacji, 
  • szybkie działanie = oszczędność czasu
  • szeroka gama produktów o różnym przeznaczeniu i stopniu trwałości
  • niska cena przy wysokiej wydajności
  • możliwość poprawek lub zmian w fryzurze
  • łatwe usunięcie resztek z włosów* 
* W przypadku dobrych lakierów do włosów możliwe jest niemal całkowite ich wyczesanie .Zwłaszcza w przypadku krótkich fryzur.


Pierwszy lakier do włosów  powstał w latach 40. ubiegłego wieku. Jego bazę stanowiła naturalna żywica np. szelak. W latach 70. zaczęto eksperymentować z wykorzystaniem freonu jako gazu pędnego. Obecnie produkowane lakiery opierają się zwykle na mieszance żywic polimerowych rozpuszczonych w etanolu. Dodatkowo wzbogacane są o składniki odpowiadające za ochronę UV czy zapach. 


CZYM KIEROWAĆ SIĘ PRZY WYBORZE LAKIERU DO WŁOSÓW?



Pierwszym i najistotniejszym krokiem  jest ustalenie jakiego efektu oczekujemy po zastosowaniu produktu na włosy. Obecnie rynek kosmetyczny i fryzjerski bogaty jest w produkty różnych firm dedykowane do włosów o różniej gęstości lub borykające się  z  konkretnym problemem. Ja jako posiadaczka dość cienkich włosów o skłonnościach do przetłuszczania szukam kosmetyków nie obciążających ich zanadto. Zależy mi jednak na długotrwałym utrzymaniu włosów w ryzach, więc wśród lakierów po jakie sięgam zwykle znajdują się te oznaczane najwyższym numerem (odpowiadającym  największemu stopniowi utrwalenia). Unikam kosmetyków tworzących na włosach jednolitą taflę.




WŁAŚCIWOŚCI CZY ZAPACH?



A może jedno i drugie w parze? Jeszcze kilka lat temu w większości drogerii czy salonów fryzjerskich wybór był żaden. Jednakowy, mdlący zapach i przeznaczenie " do wszystkich typów". Na szczęście ten etap już dawno za nami, a co rusz na rynku pojawia się nowa marka. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić produkty Ronney. Przywędrowały one do Polski z Wielkiej Brytanii. W większości to produkty przeznaczone do włosów, ale na markę składają się także akcesoria przydatne w gabinetach kosmetycznych czy salonach fryzjerskich.Lakiery do włosów Ronney na tle innych podobnych kosmetyków wyróżnia zapach. Szeroka gama pozwala na dobranie odpowiedniego produktu wg gustu klienta. Nie bez znaczenia jest fakt, że każdy z  nich posiada inne właściwości pielęgnacyjne. Autentycznie różnią się one między sobą składem, co sprawdziłam. Lakiery aplikowane w sposób zgodny z przeznaczeniem utrwalają fryzurę jednocześnie jej nie sklejając. Warto pamiętać o wskazówkach producenta, ponieważ aplikacja zbyt blisko lub za daleko od włosów wpłynie na efekt końcowy. Wiem co mówię, bo za pierwszym razem zrobiłam swoim włosom małe kuku spowodowane zbyt małą odległością i trochę je zlepiłam.Lakierów używam obecnie codziennie, ale nie oznacza to, że każdorazowo muszę zmywać je z włosów z użyciem szamponu jak to miało miejsce przy użyciu drogeryjnych produktów. Te zdecydowanie  dobrze dają się wyczesać z włosów. A cały proces obywa się bezboleśnie. Zdaję sobie sprawę jednak z tego, że mam krótkie włosy i mogę sobie pozwolić na skorzystanie z takiej możliwości. Nie wiem jednak jak wyglądałoby to w przypadku posiadaczek długich włosów.  Czarne opakowania  dobrze prezentują się w każdej scenerii. Różnice w wyglądzie odnoszą się wyłącznie do kolorów napisów. Każdy z nich przeznaczony jest dla innej serii.Wśród 8 proponowanych dwie wersje zdecydowanie przypadły mi do gustu. Były to wersja z kwasem hialuronowym o lekko męskim aromacie oraz orzeźwiające owocowe nuty zamknięte w wersji z olejkiem Babassu. Chociaż to produkty profesjonalne ich cena jest wyjątkowo przyjemna dla portfela.Szczegółowe informacje dotyczące każdej z oferowanych wersji znajdziecie na Ronney.

  • Wersja klasyczna - lakier do włosów Extra Strong ( biały)
  • Wersja wzmacniająca z olejkiem z orzechów Makadamia - Macadamia Oil Restorative (złoty brąz)
  • Wersja  regenerująca z dodatkiem kwasów owocowych - Multi Frut Regenerating (żółty)
  • Wersja nawilżająca z dodatkiem kwasu hialuronowego - Hialuronic Acid Moisturizing - (niebieski)
  • Wersja rewitalizująca z dodatkiem witamin- Vitamin Complex Revitalizing (różowy)
  • Wersja energetyzująca z dodatkiem olejku Babassu - Energizing Babassu oil (pomarańczowy)
  • Wersja wzmacniająca zapobiegająca wypadaniu- Agains hair loos L-arginina ( fioletowy)
  • Wersja odbudowująca z dodatkiem keratyny - Keratina Redbuilding  (zielony) 


LAKIER DO WŁOSÓW INACZEJ...


Wiecie, że lakierów do włosów można używać w sytuacjach kryzysowych? Przydają się nawet podczas prania...

  1. Pomagają usunąć plamy po makijażu. Zabrudzone miejsce należy popsikać lakierem do włosów i ustawić pranie zgodnie z informacjami na metce.
  2. Wasze buty z połyskiem trochę zmatowiały? Bezpośrednio po wypastowaniu i polerce nanieś na nie odrobinę produktu.
  3. Z pomocą lakieru możemy też dłużej cieszyć się bukietem kwiatów. Ale tą metodę pewnie już znacie...
  4. Tak samo jak wykorzystanie lakieru przy ujarzmianiu niesfornych brwi...
  5. Ale może nie wiedziałyście, że popsikanie butów wewnątrz zapobiegnie ślizganiu się stopy.
  6. Dodatkowo odrobina lakieru zaaplikowana na papierowy ręcznik ułatwi usuwanie sierści z ubrań.


Ciekawa jestem jak wiele z Was używa lakierów regularnie. Jakie są Wasze typy? Znacie produkty Ronney?



Czytaj dalej »

wtorek, 29 sierpnia 2017

Weekend w Krakowie - wersja +18

Weekend, który dla większości okazał się nawet całym tygodniem wolnego, spędziłam w Krakowie w towarzystwie dobrze Wam już znanej z mojego bloga Justyny - Elfie's Planet. Obie miałyśmy potrzebę odseparowania się na chwilę od blogowego świata, a dawna stolica Polski wydawała się idealnym miejscem na reset. Poniekąd wpływ na nasz wybór miała też lokalizacja, bo akurat "spotkałyśmy się " w połowie dzielącej nas od siebie odległości. W piątkowe popołudnie byłyśmy już na miejscu i jak przystało na dwie kobiety z GPS w telefonie pobłądziłyśmy w drodze na mieszkanie, co dało nam popalić, bo walizy nie ukrywajmy- były pełne.  Już na miejscu dałyśmy sobie ledwie chwilę na odpoczynek i ogarnięcie by ruszyć w miasto. A dokładniej do Galerii Krakowskiej. Zakupy jednak niespecjalnie nam się udały (sama jestem zdziwiona tym faktem) , więc i pokazywać nie ma co. Wieczór uczciłyśmy popijając trunki alkoholowe w ilościach śladowych, żeby mieć siłę na kolejny dzień.



W sobotę postanowiłyśmy naładować się energią płynącą z wawelskiego czakramu. Ludzi było jednak zatrważająco dużo i prawdę mówiąc ochota na zdjęcia przeszła mi dość szybko. Ostatecznie skupiłyśmy się na rynku gdzie akurat odbywała się jakaś impreza i wydaję mi się, że były to Dni Węgier, ale mogę się mylić. Mało ważne, grunt, że przy okazji tego wydarzenia zorganizowano jarmark rękodzieła i faktycznie było na co popatrzeć. Pospacerowałyśmy trochę po okolicznych uliczkach i zahaczyłyśmy o wystawę  reklamowaną jako "50 twarzy seksu". Na szczęście wypatrzyłam informację o niej w czeluściach internetu i udało nam się zakupić bilety ze zniżką na jednym z portali do zakupów grupowych co wygenerowało koszty około 11zł na osobę.Na miejscu trzeba zapłacić 20, a ja pomimo że wystawa mi się podobała, uważam że to spora przesada.  Popatrzeć było na co. Pozwoliłam sobie wrzucić Wam małą zajawkę. Zdecydowanie więcej mieliście okazję obejrzeć na moim insta stories, które  namiętnie wtedy wykorzystywałam.



W drodze na mieszkanie udało nam się jeszcze zajrzeć do Ogrodu Botanicznego UJ, co było dobrą decyzją. Za 9zł czekało na nas blisko 2 godziny spacerowania wśród roślin z czego mnie zdecydowanie najbardziej podobały się szklarnie i palmiarnia. Niestety w tzw. międzyczasie zaczęła się nam psuć pogoda. Ale pełne optymizmu udałyśmy się wieczorem w kierunku Kazimierza. Niestety już w drodze "do" deszcz nasilił się na tyle, że musiałyśmy wstąpić do Galerii Kazimierz, w której generalnie nic ciekawego nie było. Ulewa rozszalała się na dobre i ostatecznie czekał nas powrót na mieszkanie. Obiecałam mojej kuzynce, która w tym samym czasie ale w innej części Polski szalała na panieńskim, że wypiję jej zdrowie. Niestety masakryczny ból głowy skutecznie mi to uniemożliwił. Niedziela okazała się już zupełną klapą pogodową i jedyne co mogłyśmy zrobić w tej sytuacji to wcześniej zapakować się do busów, co zresztą uczyniłyśmy. Nie muszę chyba pisać, że po powrocie do domu zahaczyłam wieczorem o ryby... Tak , nowa pasja męża okazała się mocno absorbująca.



Jak z każdego spotkania z Justyną i tym razem przywiozłam ze sobą sporo skarbów. Pozwolę sobie pokazać Wam tytuły, których byłam bardzo ciekawa. I na tym zakończę swoją opowieść.



Pozdrawiam
Czytaj dalej »

czwartek, 17 sierpnia 2017

Fall in Love, czyli jesień z Yankee Candle.

Czekam z utęsknieniem na jesień. Ta pora roku potrafi zaczarować nie tylko całą gamą ciepłych barw, ale również nostalgicznymi podmuchami wiatru i zapachem. Do tej kalendarzowej mamy jednak trochę czasu więc tym bardziej cieszy mnie, że Yankee Candle wyszło na przeciw moim oczekiwaniom z jesienną kolekcją Fall in Love.Każdy z zaprezentowanych zapachów łączy w sobie rozgrzewającą moc przypraw z odrobiną soczystych wspomnień lata. 



  • Mulberry & Fig delight

Koniec upalnego lata. Z drzew i krzewów coraz śmielej spoglądają na nas dojrzałe, soczyste owoce. Wołają do nas, kuszą usta aż w końcu wchodzą w gwałtowny związek z podniebieniem. Ich miękki miąższ zachęca do ponownego kontaktu , wypływający sok na dłużej pozwala cieszyć się smakiem. Mieszają się ze sobą słodkie i kwaśne nuty. Czerwone od niespodziewanej namiętności wargi  śmiało prezentują swoje żądze. Nie jest to zapach  wyłącznie na jesień. Owocowa mieszanka sprawdzi się podczas każdej kolejnej pory roku. Jej nastrajające pozytywnie właściwości pomogą jednak przetrwać depresyjne, wypełnione zimnem dni. morwa, figa, morela, brzoskwinia, jeżyny, tonka, wanilia



  • Vibrant Saffron

Mieszanka  przypraw zamknięta w postaci tego zapachu gwałtownie wdarła się w moje nozdrza. Foliowe opakowanie nie było w stanie utrzymać płynącej z wewnątrz energii. Plątanina korzennych aromatów z odrobiną wanilii roztoczyła nade mną ciepłą , otulającą powłokę. Poddałam się . Ułożyłam się wygodnie na tej nietypowej pościeli i zapadłam w głęboki sen. Do wiosny... Kumulacja kadzidlanych aromatów. Zapach  równie intensywny  w opakowaniu, co podczas palenia. Mocny i zdecydowany. Może przytłaczać, ale na pewno znajdzie też grono wiernych fanów. Mnie  to połączenie zupełnie kupiło. bergamotka, cynamon, anyżek, szafran, bursztyn, wanilia, akordy drzewne




  • Autumn Glow

Czytając opis producenta, pomyślałam sobie - to nie może się udać. Wyobraźcie sobie szklankę świeżo wyciskanego soku. Słodka pomarańcza miesza się z gorzkim grejpfrutem.Nagle ktoś wchodzi do kuchni, podchodzi do okna i zrywa listki rosnących tam ziół. Delikatnie rozciera je w dłoniach, bo uzyskać intensywny aromat po czym wrzuca je do szklanki z sokiem. Zapach ten najbardziej oddaje to co dzieje się jesienią za oknem. Jest odrobina świeżości, która przemyka niczym jesienny wiatr, by ustąpić miejsca duszącym aromatom. Wilgotna ziemia bezwiednie poddaje się kroplom deszczu, gdzieś w dali słychać szum złotych już liści.cytrusy, zioła, patchuli, tonka, bursztyn



  • Warm Cashmere

Wyjęłam go z pralki, nadal był przyjemnie miękki, ale teraz dodatkowo pachniał świeżością. Ciężko było mi się z nim rozstać, ale potrzebował teraz pieszczot wiatru i promieni słonecznych by dość do pożądanego stanu. Wrócę po niego wieczorem, zdejmę ze sznurka by w chwilę później móc otulić się nim we własnym łóżku. A on wprawnie ukołysze mnie do snu, spokojnego snu. Najdelikatniejszy i najbardziej uniwersalny z całej czwórki. Nienachalny, a mimo to obecny. Wierny towarzysz zimnych nocy i pokrytych mgłą poranków. Myślę, że niejednemu może się spodobać...pomarańcza, bursztyn, kardamon, drzewo sandałowe, biała paczula, wanilia, kaszmir, piżmo

 

Tegoroczna kolekcja jesiennych zapachów Yankee Candle wprowadza w wyjątkowy nastrój oczekiwania. Zanurzona w te aromaty odliczam dni do rozpoczęcia kolejnej pory roku. Oby ta i każda następna jesień była właśnie taka jak one : nasycona energią, aromatyczna i ciepła.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Kryminalne kino polskie : "Jeziorak " , "Git"

Piękna pogoda za oknem sprawia, że ostatnie o czym myślę to nadrabianie filmowych zaległości. Udało mi się jednak podczas jednego z wypadów na ryby zabrać ze sobą tablet i tam w dość spartańskich warunkach obejrzałam dwa polskie filmy- kryminalne, bo takie klimaty  najbardziej w rodzimym wydaniu mi się podobają.  Ciekawa jestem czy mieliście okazję obejrzeć którąś z moich dzisiejszych propozycji?


"GIT", czyli krótka historia mąciciela 


Włodzimierz Matuszak znany z roli księdza w emitowanym przed laty serialu TVP " Plebania" wbrew pozorom ma na swoim koncie  również bardziej kontrowersyjne role. Ja miałam okazję obejrzeć go  ostatnio na ekranie w filmie "Git", gdzie odgrywa on  rolę głównego bohatera - więziennego mąciciela.  Warto wyjaśnić ,  że mąciciel to najwyżej postawiona osoba w hierarchii więziennej czyli innymi słowy przywódca grupy grypserskiej. Na taką osobę wybiera się osobę o twardym charakterze, sprawną fizycznie i umiejącą podporządkować sobie pozostałych współwięźniów. "Kuba" w niedługiej przyszłości ma zakończyć swoją 25 letnią odsiadkę. Wcześniej, jeszcze zza więziennych krat postanawia udzielić wywiadu dla jednej ze stacji w którym opowiada o zasadach panujących w więzieniu oraz o tym jak stał się mącicielem. Emisja programu wstępnie zaplanowana została na kilka dni już po jego planowanym wyjściu. Niestety przez złe zachowanie termin zakończenia odsiadki zostaje przesunięty w czasie. Dla "Kuby" oznacza to pewną śmierć z rąk innych odsiadujących, bo w końcu jako ich guru przyniósł hańbę " sprzedał się". Mężczyzna postanawia uprzedzić towarzyszy odsiadki i samemu pożegnać się z życiem. Ale czy ma na tyle odwagi? 

Bardzo spodobało mi się hasło reklamujące ten film - "Z kina możesz wyjść, stamtąd nie".Trwający nieco ponad godzinę dramat w reżyserii Kamila Szymańskiego Przypadł mi do gustu, chociaż nie da się ukryć, że zarówno język jak i forma nagrania są dość specyficzne. Niestety musimy się osłuchać z więziennym słownictwem. Dodatkowo fragmentami widz ma wrażenie, że ogląda film dokumentalny wzbogacony o wspomnienia rozmówcy. Biorąc pod uwagę faktycznie dokumentalne produkcje opowiadające o życiu za kratami które miałam okazję obejrzeć i zestawiając je z tą,  w "Git"  zdecydowanie przedstawiono widzowi wersję light. 

filmweb.pl




"Jeziorak", trochę faktów, sporo fikcji.


Przyznaję, że ta propozycja zaciekawiła mnie bardziej. Miałam z nią jednak mały problem, bo niby fikcja, ale kilka głównych wątków było bardzo zbliżonych do rzeczywistych wydarzeń o których kiedyś czytałam w jednej z książek dokumentalnych o Policji. Cala historia zaczyna się od zaginięcia dwóch policjantów. Ich wyjazd podczas służby wydaje się mocno podejrzany, bo obaj w pośpiechu zapomnieli z komendy telefonów komórkowych, a samo wezwanie nie zostało zarejestrowane. Dokąd i dlaczego wyjechali? Przyszła żona jednego z nich, również policjantka zostaje przydzielona do sprawy morderstwa młodej dziewczyny, prawdopodobnie zajmującej się nierządem. Ciało kobiety odnalezione zostało na jednym z pobliskich jezior. Umarła w skutek uduszenia, ale na jej ciele znaleziono  zastanawiające ślady- policyjnego paralizatora. Podejrzanym w całej sprawie jest miejscowy biznesmen, właściciel ośrodka " Jeziorak". Niedługo po policyjnym  przesłuchaniu pracującego u niego dozorcy dochodzi do tragedii. Ciało mężczyzny zostaje znalezione w lesie, lecz wszystkie poszlaki wskazują na to, że nie było to samobójstwo.  Na jaw wychodzą niewygodne  fakty z przeszłości obecnego komendanta głównego i jego powiązania ze wspomnianym już biznesmenem. Jakie dramatyczne wydarzenia połączyły ich w przeszłości? I co wspólnego z całą sprawą ma policjantka prowadząca śledztwo? 

Muszę powiedzieć, że wątków w tym filmie jest sporo, ale ostatecznie wszystkie splatają się w jedną zaskakującą historię. Trwający przeszło 1,5 godziny film wciąga niemal od samego początku. Reżyser Michał Otłowski zadbał o to by przez całą opowieść towarzyszył widzowi specyficzny klimat. Większość wydarzeń rozgrywa  się w mrocznej scenerii, co dodatkowo potęguję grozę. Sporym zaskoczeniem było dla mnie zobaczenie na ekranie Sebastiana  Fabijańskiego, bo prawdę mówiąc kojarzyć zaczęłam go dopiero dzięki "Pitbullowi", a "Jeziorak" jest starszym o kilka lat od niego filmem ( 2014r.). W głównej roli Jowita Budnik, mało znana aktorka, ale warto przyjrzeć się z bliska jej aktorskim poczynaniom, zwłaszcza w tej produkcji.

filmweb.pl

A jaki polski film Wy ostatnio mieliście okazję oglądać? Ciekawa jestem czy któraś z powyższych propozycji okazała się dla Was interesująca?

Czytaj dalej »

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Kosmetyczne DIY : Jak przygotować oczyszczający puder do twarzy?

Obecnie oczyszczanie twarzy pozostawia nam szerokie pole do popisu. Mnogość produktów, różnica w działaniu, konsystencji, cenie- to wszystko ma wpływ na nasz wybór. Przyznaję, że sama bardzo często sięgam  po gotowe preparaty zarówno z wygody jak i ze zwykłej ludzkiej ciekawości. Czasami budzi się jednak we mnie twórca. Pragnę sama przygotować coś, co zrobi mojej buźce naprawdę dobrze. Kosmetyki DIY pozwalają na dokładniejsze poznanie ze swoją skórą. Za ich wykonaniem i używaniem zdecydowanie stoją proste składy, a przecież to sugerowanie się nimi stało się w ostatnim czasie bardzo modne.





Mogłabym się skusić na gotowy puder do mycia twarzy, bo kilka firm ma już ten kosmetyk w swojej ofercie. Sprawdziłam sobie składy, ot tak żeby zobaczyć co tam w środku siedzi i jak się okazuje w większości ty mieszanka glinek z olejami, czyli coś co spokojnie samemu można spróbować wykonać w domu. Zwłaszcza, że nawet proporcję dla konkretnych typów skóry można odkopać w czeluściach internetu.  Sporo pudrów bazuje na mące owsianej lub ryżowej ( albo obu) z dodatkiem glinek. Tutaj zdecydowanie starcie wygrywa glinka biała, ale ja postanowiłam zmodyfikować swoją wersję do dwóch najlepiej sprawdzających się u mnie produktów. Nie kupiłam gotowej mąki owsianej, a jedynie zmieliłam niezbyt drobno płatki owsiane, ponieważ zależało mi na efekcie delikatnego peelingu. 


Mój puder oczyszczający :


- 15g zmielonych płatków owsianych,
- 5 g niebieskiej glinki Wałdajskiej, 
- 5 g białej glinki Jordańskiej.



Wszystko przesypałam do przygotowanego uprzednio słoiczka i wymieszałam potrząsając nim. Pamiętajcie by w kontakcie z glinkami nie używać metalowych narzędzi.W tej wersji nie zastosowałam żadnego z olei ani hydrolatów, bo zwyczajnie nie miałam żadnego odpowiedniego pod ręką. Natomiast następnym razem na pewno wzbogacę swoją mieszankę o kilka kropel wody z płatków róży, która właśnie do mnie dotarła. Pudru używam jako jeden z ostatnich elementów oczyszczania. Wstępnie usuwam makijaż mleczkiem, następnie myję twarz delikatną pianką oczyszczającą, by później wykonać delikatny masaż z zastosowaniem pudru właśnie. Później już tylko tonizuję i nakładam krem lub maseczkę w zależności od możliwości czasowych. 


  • PŁATKI OWSIANE 
Ich właściwości kosmetyczne znane są już od dawna. Nadają się do pielęgnacji każdej z cer. Są naturalnymi antyoksydantami, co oznacza, że opóźniają procesy starzenia się. Oczyszczają pory i świetnie sprawdzają się podczas delikatnego masażu, wygładzając dodatkowo skórę.Dodatkowo łagodzą podrażnienia i działają przeciwzapalnie, przez co polecane są najczęściej w formie maski do cer trądzikowych (pozwalają na szybsze wygojenie się powstałych zmian)

  • NIEBIESKA (BŁĘKITNA) GLINKA WAŁDAJSKA
Glinka ta wykazuje wyjątkowe właściwości.Nie tylko doskonale oczyszcza, ale pomaga również w likwidowaniu przebarwień. Wykazuje także właściwości spłycające zmarszczki, dzięki działaniu stymulującemu skórę i zmuszającemu ją do regeneracji. Produkt uniwersalny, można ją śmiało stosować w pielęgnacji całego ciała.


  • BIAŁA GLINKA JORDAŃSKA
Produkt polecany do skóry tłustej : pomaga w walce z rozszerzonymi porami i nadmierną produkcją sebum.Nadaje się jednak do pozostałych typów cer ze względu na jej delikatność.Wspomaga oczyszczanie skóry oraz zwiększa jej natlenienie. Wygładza i poprawia koloryt. Polecana jest także do ciała u osób które borykają się z cellulitem.


Ciekawa jestem czy korzystacie z pudrów do mycia twarzy, a jeśli tak to stawiacie na gotowe produkty czy przygotowujecie je same?



Czytaj dalej »

czwartek, 27 lipca 2017

Jak brzmi "Melodia zapomnianych miłości" ? - Dorota Gąsiorowska

W moim życiu rządzi się przypadek. Najpierw stawia na mojej drodze nierzetelną osóbkę z pewnego wydawnictwa, ale dzięki temu trafiam na spotkanie autorskie pani Doroty Gąsiorowskiej, później rzutem na taśmę w gąszczu postów trafiam na ten zachęcający do udziału w akcji Book Tour. Oj, coś mnie do twórczości tej polskiej autorki zdecydowanie przyciąga. 



"Melodia zapomnianych miłości" to najnowszy , bo mający premierę równo dziesięć dni temu twór pisarki. Kolejna powieść obyczajowa nie tylko dla kobiet, chociaż przyznaję, że jednak zdecydowanie ich wrażliwym sercom będzie bliższa. Kolejny raz na okładce zagościła postać kobieca : subtelne grafiki utrzymane w owianym tajemniczością klimacie to cecha charakterystyczna każdej z powieści Gąsiorowskiej. Poprzednim razem zachwycałam się pachnącymi kawą zakładkami, tym razem możemy się cieszyć  uroczymi pocztówkami z Kazimierza Dolnego. Dlaczego akurat to miasto? Wypadałoby zapytać o to autorkę, bo to ona postanowiła, że akcja rozegra się właśnie tam, z małymi przerwami na Poznań.


Czy mogę Ci mówić Blanche? 


Biankę i jej ojca poznajemy na samym początku  magicznej historii. Nauczycielka muzyki postanawia przystać na propozycję wakacyjnej pracy  złożoną przez tajemniczą kobietę - Klarę. Oferta jest nietypowa. Za pomocą skrzypiec  dziewczyna ma na nowo tchnąć życie w syna kobiety, który w wypadku samochodowym stracił nie tylko wzrok, ale i chęć do życia. Bianką targają wątpliwości odnośnie tego czy słusznie postępuje. Sytuacja finansowa zmusza ją jednak do podjęcia wspomnianych działań. Już w chwilę po przyjeździe do miasta w trakcie przypadkowej rozmowy zostaje ostrzeżona przed właścicielką mrocznej willi, a jednocześnie jej nową zleceniodawczynią. Podczas pobytu w tym dziwnym domu zjednuje sobie gospodynię Martę i od niej powoli dowiaduje się co nieco o tragicznej historii  jego mieszkańców.  Od sieroctwa właścicielki, po śmierć jej siostry, aż do  wypadku... W tym wszystkim swoje miejsce znalazła historia sprzed lat, która początkowo wydawała się nic nieznaczącym epizodem, by ostatecznie zdominować swoim jestestwem całą książkę.

 Przyznaję, że lubię takie "wyszperane" z przeszłości historie. Mocno dałam się wciągnąć w klimat Kazimierza Dolnego. Zresztą  bogate opisy miejsc to w moim odczuciu specjalność p.Doroty. Podczas czytania ich opisów nigdy nie jest nudno, jest klimatycznie. Na tyle, że chce się "wsiąść  do pociągu byle jakiego... ". Wykreowane postaci zdecydowanie się od siebie różnią. Opis ich zachowań sprawia, że niemal od początku czytelnik jest w stanie trafić wśród nich swojego ulubieńca,  by wraz z nim przeżywać dalszy etap tej przygody. W historii sporo jest wątków pobocznych, natomiast są one ze sobą nienachalnie splecione. Nie sposób zagubić się  przypadkiem w losach każdego z bohaterów. 


Są rzeczy które bardzo mi się podobają...są i takie które mniej.


Nie będę Was czarować. Wchłonęłam książkę liczącą przeszło 460 stron w jeden wieczór. Już tak mam, że jak w coś wejdę, to na dobre. Pani Dorota ma tę moc, że chociaż to ja czytałam, to w głowie jednocześnie słyszałam ciepły kobiecy głos narratora. Nie nudziłam się i nie miałam dość, chociaż wątków było sporo i ogólnie dużo się w tej książce działo. Mimo to, można było się leniwie oddać lekturze, bo nie była jedną z tych wymagających nieustannego skupienia pozycji. Sporo w niej ciepła, sporo miłości, a mimo to najwięcej zwyczajnych ludzkich problemów. Ktoś stracił bliskich, inny mierzył się z nałogiem, a jeszcze ktoś czuł się samotny  w tłumie znanych mu osób. Jest jednak jeden drobiazg, który troszkę mnie zaskoczył. Może delikatnie wręcz rozczarował. Nie chcę tu pisać otwarcie o co dokładnie chodziło, bo pewnie w gronie moich czytelników jest ktoś kto jeszcze nie miał okazji...a sama bardzo nie lubię jak przed lekturą trafię gdzieś na spoiler. Wspomnę jednak, że chodziło o nieco pretensjonalne wytłumaczenie nagłego ozdrowienia jednego z głównych bohaterów. Ta historia niespecjalnie do mnie przemówiła, bo jednak chcąc nie chcą wydaje się zwyczajnie naciągana. Natomiast tyle tam innych pozytywnych przesłań, że jestem w stanie przymknąć oko. Zresztą z takiego wątku nie było zbyt wiele dróg do wybrnięcia i poniekąd rozumiem  dlaczego postawiła na taki rozwój sprawy. Po kilku naprawdę ciężkich lekturach "Melodia..." była jak miód na moje serce. Gorąco polecam Wam zmierzenie się z twórczością autorki. Jej spojrzenie na świat naprawdę może się spodobać...


p.s.Obecnie na stronie autorki trwa konkurs w którym do zgarnięcia są właśnie zestawy dwóch ostatnich książek.Polecam i zachęcam do udziału. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 24 lipca 2017

Ulubieńcy ostatnich miesięcy/ nowości.

Czerwiec i lipiec przelały mi się przez palce. Miałam na głowie parę spraw, które nie pozwalały mi spokojnie zasnąć. Szukałam pociechy w weekendowych wypadach na ryby i szczerze przyznaję niewiele myślałam w tym czasie o blogowaniu. A w tej kwestii działo się sporo.W miarę na bieżąco z wydarzeniami w moim życiu  były osoby śledzące moje Insta stories, bo to tam zaglądałam najchętniej i najczęściej.

Początek czerwca był czasem dobrych wiadomości, bo udało mi się wtedy dostać do dwóch większych projektów kosmetycznych. Pierwszym z nich był udział w testach Himalaya Herbals, a kolejnym ambasadorowanie Yves Rocher  - #luckyyvesrochergirls. W obu przypadkach paczki okazały się naprawdę skrupulatnie  przygotowane i z pewnością recenzję znalezionych w nich produktów pojawią się z czasem na blogu (zwracam na to uwagę,  bo jednak niektórym nadal wydaje się,  że  niespełna dwa  tygodnie to wystarczający okres na rzetelne przetestowanie produktu- otóż nie!). 





Podczas jednego z wyjazdów udało mi się zajrzeć do stacjonarnego sklepu YR. Skusiłam się na jedną z obowiązujących promocji  i zakupiłam wodę toaletową z tej samej serii co otrzymana w ramach współpracy od firmy mgiełka do włosów. Zdecydowanie czegoś tak energetycznego potrzebowałam na lato. A ponieważ upały naprawdę dają się teraz we znaki dodatkowo postanowiłam wypróbować nawilżającą mgiełkę do ciała z aloesem. Muszę przyznać, że odkąd ją mam jest w użyciu naprawdę często, bo taka forma wyjątkowo przypadła mi do gustu. Za całość zapłaciłam ok 36zł.


Dałam się delikatnie ponieść swoim chciejstwom i zupełnie bez potrzeby przygarnęłam miętowy (och jaki on jest cudowny!) żel pod prysznic od Organic Shop oraz mleczko do demakijażu Vianek. Początkowo bałam się trochę, że mleczko może okazać się za ciężkie dla mojej grymaśnej buźki, ale chyba się polubiliśmy.


"Środy z Orange" w Multikinie motywują nas do  w miarę regularnego korzystania z seansów. W czerwcu wybraliśmy się na kolejną część "Piratów z Karaibów" i muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak rozczarowana. A właściwie oboje, bo mężowi produkcja również nie przypadła do gustu.Naprawdę miałam ochotę wyjść w połowie seansu, bo ani trochę nie czułam tej magii płynącej z poprzednich części. Dodatkowo wspólnie doszliśmy do wniosku, że jednak Cezary Pazura jako Jack Sparrow to jednak nie to.  Początkiem lipca wybraliśmy się na polski film "Volta". Wiedziałam, że rodzima produkcja będzie ok. Zwłaszcza, że sporo przeczytanych opinii wskazywało na podobieństwo do "Vinci"- film który oboje naprawdę lubimy. Nowa produkcja Machulskiego okazała się naprawdę przyjemna. Nie ukrywam, że bardzo lubię Katarzynę Herman na ekranie. Poniekąd przez to zdecydowaliśmy się już w domowych pieleszach na seans z  filmem "W sypialni" z nią w roli głównej. Niewiele mam do powiedzenia na temat tego filmu ponad to, że jest mocno psychodeliczny. Kolejny raz nie poświęciłabym na niego swojego czasu.

Pisanie dla portalu książkowego motywuje mnie do regularnego i namiętnego czytania książek. W ostatnim czasie przeczytałam kilka naprawdę interesujących  tytułów. Ponieważ jednak nie każdy ma czas być na bieżąco ze wszystkim postanowiłam zebrać przeczytane i zrecenzowane przeze mnie pozycje w jednym miejscu ( zakładka Recenzja dla BookParadise). Mam powód do dumy, bo zostałam wybrana jako jedna z ambasadorek książki, której historia zaczęła się na popularnym teraz serwisie wattpad.pl. Wspomnę tylko, że jej recenzja pojawi się tutaj na blogu za jakiś czas. Będę również miała egzemplarz dla jednej z Was, stąd też spodziewajcie się konkursu w połowie sierpnia. 


Książek w moim domu było zawsze sporo i teraz postanowiłam pokazać Wam ostatnich kilka tytułów jakie do mnie dotarły. Tematyka naprawdę różnorodna. Ostatnio sporo było u mnie literatury faktu, teraz też przewijają się powieści historyczne. Dzięki Book Tour zorganizowanemu przez Recenzja pisana emocjami w moje ręce trafiła kolejna powieść p.Doroty Gąsiorowskiej. Jestem jej bardzo ciekawa i przede wszystkim potrzebuję teraz czegoś w takim wydaniu.



W ostatnim czasie korzystam z dobrodziejstw natury. Suszę zioła,  a także wykorzystuję je do produkcji kosmetyków DIY. Wiem, że sporo z Was również próbuje się zmierzyć z taką pielęgnacją. Trzeba korzystać, póki jest możliwość, bo ani się obejrzymy a znów będzie zima. 



Ciekawa jestem jak Wam minęły te pierwsze miesiące lata? Z chęcią przejrzę zamieszczone pod wpisem linki, jeśli będziecie mieli ochotę podzielić się nimi ze mną. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 lipca 2017

Macerat ze skrzypu polnego - właściwości, działanie.

Kolejna pora roku cieszy nas swoim bogactwem.Korzystając z okazji postanowiłam uzupełnić braki w swoich olejach ziołowych i zabrałam się za wykonanie ich z  kilku roślin. Wiele z nich to produkty uniwersalne, które sprawdzą się nie tylko w pielęgnacji ciała czy twarzy, ale i włosów. O ile lubicie oleje, bo zdaję sobie sprawę, że to przyjemność nie dla każdego.



Dostęp do nieskażonych opryskami łąk niewątpliwie ma swoje plusy. Udało mi się w tym roku zebrać zarówno zioła celem wysuszenia jak i przetworzenia  w sposób który zaraz opiszę. Po pierwsze warto sprawdzić jakie rośliny dzięki swoim właściwościom mogą być remedium na Wasze kłopoty. Ja zdecydowałam się na wykorzystanie ziół przyśpieszających gojenie czy wpływających na poprawę ogólnego stanu skóry. Specjalne miejsce w mojej naturalnej pielęgnacji zajmuje skrzyp polny.


Zebrane ziele pokroiłam na kawałki i umieściłam w szklanej butelce zalewając je olejem słonecznikowym. Należy pamiętać, by wykorzystywane rośliny zostały całkowicie zakryte. Zapobiegnie to m.in pleśnieniu. Następnie butelkę zakręciłam i odstawiłam na skąpane w słońcu okno. Przez okres 5 tygodni codziennie wstrząsałam buteleczką obserwując zachodzące w zanurzonej roślinie zmiany. Mój macerat potrzebował czasu, ale proces ten można przeprowadzić w przyśpieszonej wersji.  Wówczas należy zalany olejem surowiec wstawić do kąpieli wodnej na 2-3 godziny ( nie gotować). Można także  przez trzy kolejne dni wstawiać mieszankę do kąpieli wodnej na około godzinę. 




Gotowy olej roślinny przelewamy przecedzając przez drobne sitko lub gazę do butelki wykonanej z ciemnego szkła. Od tego momentu cieszymy się mocą jaka płynie z ziół. WAŻNE! Macerat nie lubi słońca.


MACERAT ZE SKRZYPU POLNEGO- DZIAŁANIE:

 ➤ przeciwzapalne 
 ➤ściągające
 ➤uszczelniające 
 ➤mineralizujące


Skrzyp sprawdzi się w pielęgnacji cer trądzikowych i problematycznych. Działa oczyszczająco na skórę, wzmacnia odporność i poprawia elastyczność naskórka.Zastosowany na włosy sprawia, że stają się one mocniejsze , bardziej lśniące. Dodatkowo ograniczone zostaje ich wypadanie.Macerat ze skrzypu nadaje się także jako dodatek do kąpieli.Wpłyną one  nie tylko na poprawę elastyczności, ale dodatkowo wspomogą proces uwalniania organizmu od toksyn. Z maceratem ze skrzypu polnego polubią się również osoby ze skłonnością do pękających naczynek, dzięki jego wzmacniającym  właściwościom.


Wykonujecie  samodzielnie maceraty czy może korzystacie z gotowych wersji?



Czytaj dalej »

poniedziałek, 10 lipca 2017

W duecie raźniej? Purifying Neem Scrub / Neem Mask - Himalaya Herbals

Pielęgnacja skóry mieszanej, a jednocześnie ze skłonnością do przesuszeń nie jest rzeczą łatwą. Od dawna staram się unikać zarówno peelingów z drobinami jak i mocno oczyszczających maseczek. Co prawda pod względem działania nie mam tym produktom w większości nic do zarzucenia, ale niestety bardzo często czysta skóra = suche , nieestetyczne skórki. Bardzo ostrożnie podchodzę do kosmetyków o takim działaniu, ale niestety czasami ostrożność to za mało. Gdy w paczce od Himalaya Herbals zobaczyłam zarówno tradycyjny peeling jak i maseczkę o działaniu oczyszczającym byłam pełna obaw. W dalszej części wpisu przekonacie się czy słusznie.





Swoją dzisiejszą opowieść zacznę od Purifying Neem Scrub, czyli  peelingu do twarzy przeznaczonego do cery normalnej i tłustej. Jest to kosmetyk z drobinami z pestek moreli, które delikatnie masują, a jednocześnie złuszczają martwy naskórek. Te drobiny, przyznaję, trochę mnie stresowały. Dawno nie korzystałam z takiego rozwiązania i bałam się, że moja twarz może drastycznie zareagować. Ostatecznie odważyłam  się na pierwszą próbę, za którą z czasem pojawiły się kolejne. Nabierałam całkiem sporą ilość kosmetyku i delikatnie dość długo masowałam nim twarz. Ponieważ starałam się by moje ruchy były naprawdę subtelne, dla uzyskania efektów wydłużyłam czas. Zwykle około 5 minut pieściłam delikatnie swoje lico wykonując przy tym ruchy odpowiadające tym z tradycyjnego masażu twarzy.  Szczęśliwie ani raz po takim zabiegu nie pojawiły się przesuszenia. Samo celebrowanie tego zabiegu przyniosło mi sporą satysfakcję i przyjemność. Działanie oczyszczające w tym produkcie wzmacnia dodatkowo wykorzystanie miodli indyjskiej ( tajemnicze neem występujące w nazwie), która wykazuje działanie przeciwbakteryjne. Bez wątpienia kolejnym jej atutem w moim przypadku jest regulacja wydzielania sebum. Moja strefa T lubi sobie czasami zaszaleć więc naprawdę dodatek w takim wydaniu mnie uszczęśliwił. Za właściwości ściągające  w kosmetykach z tej serii odpowiada natomiast kurkuma. Trochę ubolewam nad faktem, że składniki te znajdują się dość daleko w składzie. Nie mniej jednak kosmetyk robi to co powinien i pod tym względem nie mam mu nic do zarzucenia, ale... pozostawia na twarzy dość tłusty w moim odczuciu film , co niekoniecznie mi odpowiada. 

Skład: aqua , stearic acid, catyl alcohol, caprylic/capric triglyceride, polyethelene, sorbitan stearate & sucrose cocoate, parfum, carbomer, phenoxyethanol, prunus armeniaca seed powder, sodium hydroxide, tocopheryl acetate, methylchloroisothiazoline & methylisothiazolinone, benzyl alcohol, disodium EDTA, melia azadirachta leaf extract, curcuma longa rhizome extract, butylphenyl methylpropional, hexyl cinnamal, linalool, citronellol.




No właśnie zawsze jest jakieś "ale". W tym przypadku tkwi ono w maseczce, która swoim działaniem przyćmiła jednak peelingowego krewniaka.  Purifying Neem Mask, to produkt o takim samym przeznaczeniu, ale zdecydowanie skuteczniejszym działaniu. Tutaj również w składzie występuje i miodla indyjska i kurkuma, ale dodatkowo znajdziemy tam także kaolin i ziemię fulerską. Z tym ostatnim składnikiem spotykam się po raz pierwszy, więc musiałam sprawdzić jakie właściwości wykazuje. Okazało się, że znany jest on także pod nazwą Multani Mitti  co oznacza "błoto z Multan". W Indiach to jeden z częściej wykorzystywanych półproduktów do oczyszczania twarzy, ciała i włosów. Przeznaczony jest do cer z problemami  ze względu na swoje głęboko oczyszczające właściwości. Dodatkowo co istotne posiada również właściwości rozjaśniające. Produkt ku mojemu zaskoczeniu również miał zróżnicowaną strukturę. Niby nakładałam na twarz kremową maskę ( kolor trochę odtrącający) , ale pod dłońmi wyczuwałam delikatne drobiny. Przy aplikacji nie żałowałam sobie kosmetyku, przez co wystarczył mi na 8 użyć. Na opakowaniu widnieje informacja o stosowaniu jej raz w tygodniu, jednak ja robiłam to dwukrotnie i mojej cerze to zdecydowanie odpowiadało. Za pierwszym razem podczas wysychania aplikowałam na maskę mgiełkę wodną celem zapobiegnięcia jej całkowitego wyschnięcia. Później pozostawiałam ją już na twarzy zwykle na 15 minut po czym delikatnie zwilżałam i wykonywałam dłuższy masaż. Taka opcja sprawdziła się w moim przypadku idealnie i po zmyciu faktycznie czułam, że moja twarz jest czysta. Pomimo moich skłonności do przesuszeń, problem nie wystąpił.  Efekt "po" spodobał mi się na tyle, że gotowa byłam przymknąć oko na delikatne pieczenie skóry pojawiające się w chwilę po zaaplikowaniu.  W tym przypadku jestem pewna, że kosmetyk ten pojawi się w mojej kosmetyczce ponownie.  




Skład : aqua, kaolin, melia azadirchta leaf extract, propylene glycol, bentonite, fuller's earth, curcuma longa root extract, fragrance, sodium methylparaben, imidazolidinyl urea, DMDM hydantoin, xanthan gum, sodium propylparaben citric acid, disodium EDTA, sodium lauryl sulfate 


Podobało mi się, że mogłam przetestować kosmetyki serią ( post dotyczący pianki pojawi się za jakiś czas). Ku mojemu zaskoczeniu odpowiadał mi zapach tych produktów, chociaż przyznaję , że zastanawia mnie umieszczenie go w połowie składu, bo nie jest to aż tak ważny w moim odczuciu element.  Być może jednak inni konsumenci przykładają do tego większą wagę. Prawda jest taka, że nawet jeśli coś nie zachwyci mnie zapachem, ale naprawdę skutecznie  zadziała, to w większości przypadków ponownie sięgnę po taki produkt. Pojemność opakowań - 75ml, to  dla mnie idealna wielkość wystarczająca na miesiąc stosowania. Sama szata graficzna bez zarzutu, chociaż gdybym bardzo chciała się czepiać, to jednak trochę brakuje tu polskiej wersji językowej, bo wciąż są ludzie którzy j.angielskiego nie znają i być może z tego powodu mają obawy przed zakupem.Tak jak wspominałam wcześniej maska znalazła miejsce w moim serduchu. Co do peelingu był jak najbardziej przyzwoitym kosmetykiem i pewnie niejednej osobie naprawdę się sprawdzi w pielęgnacji , natomiast ja  raczej sama go już nie zakupię. 

http://himalayaherbals.pl


Czytaj dalej »

poniedziałek, 3 lipca 2017

Preparaty do higieny intymnej: czym kierować się przy wyborze? Produkty których używam : Tołpa, Oillan, Miravena

Firmy oferują nam obecnie całe spectrum preparatów przeznaczonych do higieny intymnej. Mamy dowolność w wyborze zapachów, konsystencji czy rodzaju aplikacji. Dodatkowo różni je cena i skład, bo nie każdy produkt o takim przeznaczeniu faktycznie nadaje się do mycia tych wrażliwych miejsc.

Zadaniem dobrego preparatu jest nie tylko oczyszczanie tych stref, ale przede wszystkim ich delikatna pielęgnacja. Ważne by utrzymane zostało odpowiednie pH skóry. Przyjmuje się, że  po antybiotykoterapii , podczas menstruacji , w okresie menopauzy a także w ciąży było ono bliskie 3,5-4 pH. Bardzo często  na produktach o takim przeznaczeniu widnieje informacja o pH fizjologicznym.



Co powinno znaleźć się w dobrym produkcie do higieny intymnej?


Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytania, bo gama składników aktywnych wpływających pozytywnie na tą część naszego ciała jest całkiem spora. Najczęściej wymienia się lactic acid, czyli dobrze znany nam kwas mlekowy. Z jego pomocą możliwe jest utrzymanie odpowiedniego poziomu pH , a tym samym stworzona zostaje bariera uniemożliwiająca namnażanie się bakterii.Równie często spotykamy się z panthenolem, który przynosi ulgę skórze łagodząc podrażnienia. Coraz częściej producenci zwracają uwagę na to by w ich kosmetykach nie zabrakło  cieszących  się popularnością ekstraktów z roślin. Zdecydowanie w kwestii tej nadal króluje rumianek, aloes czy ekstrakt z kory dębu.  

Jakich substancji unikać?


Przyznaję, że to temat w którym jestem zdecydowanie niepoprawna. Z każdej strony płyną do nas informację o tym by unikać SLS/SLES , parabenów , formaldehydu i jego pochodnych, z drugiej ciężko o produkty bez ich wykorzystania. Staram się używać produktów wolnych od tych substancji, ale czasami wpadnie mi w ręce coś co niestety zawiera chociaż jeden z nich. 



W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam przedstawić kilka preparatów z których korzystałam podczas ostatnich 6 miesięcy.



1) Tołpa Green - Nawilżający płyn do  higieny intymnej 

Moja słabość do Tołpy rośnie z każdym dniem. Jak w przypadku innych firm, nie wszystko co prawda jest mi pisane, ale akurat z tym preparatem mocno się polubiłam. Lekką, żelową konsystencję łatwo wydobyć z buteleczki za pomocą pompki. Sam kosmetyk pachnie delikatnie roślinnie, co zdecydowanie mi odpowiadało, bo mocnych zapachów w tego rodzaju produktach nie oczekuję. Produkt przeznaczony jest do skóry wrażliwej z objawami suchości i podrażnienia. Jak zapewnia producent w składzie nie uświadczymy ani alergenów, ani sztucznych barwników, SLS-u, PEG-ów mydła czy silikonów. Nie ma tam podobno także  parabenów ani donorów formaldehydu. Co zatem jest? Składnikami aktywnymi wykorzystanymi podczas produkcji tego preparatu są magnolia i lilia wodna. Preparat skutecznie odświeża. Nie wysusza tej wymagającej skóry. Regularne stosowanie daje poczucie komfortu. Jest to produkt do którego zdecydowanie wrócę.Nie mogę tu jednak nie wspomnieć o terminie przydatności, który wynosi 3 miesiące od otwarcia.  Pojemność 195ml.

Skład:  aqua, cocamidopropyl betaine , sodium cocoamphodiacetate, cocamide DEA, eryngium maritimum callus culture filtrate, magnolia blondii bud/flower extract, lilium candidum bulb extract, parfum, peat extract, glycerin, lactitol , xylitol, lactic acid, tetrasodium EDTA, butylene glycol, propylene glycol, phenoxyethanol, caprylyl glycol




2) Miravena Cosmetics Revitol Plus Med-  Preparat żelowy hipoalergiczny do higieny intymnej. 

Tutaj muszę wspomnieć, że używam wszystkich trzech wariantów jakie oferuje firma w tej serii:
- Malina & Jabłko dla dziewcząt i młodych kobiet, 
- Granat & Pomarańcza dla kobiet dojrzałych ,
- Żurawina & Owoce Róży dla wszystkich kobiet ( niestety wyrzuciłam jego opakowanie przed wpisem) 

Każdy z tych produktów pomimo różnego przeznaczenia spisał się u mnie jednakowo dobrze, więc pozwolę sobie na ich wspólne podsumowanie.  Plastikowa butelka z pompką zamknięta jest uprzednio w kartonowym opakowaniu na którym to znajduje się większość informacji na temat samego kosmetyku. Całość utrzymana w przyjemnej  dla oka szacie graficznej. Produkty te wyróżnia dość intensywny zapach, przez co gdyby nie odpowiednie napisy na etykiecie można byłoby je pomylić z żelami pod prysznic. Konsystencja zbliżona do poprzednika. Wersja przeznaczona dla młodych dziewczyn oraz ta dla dojrzałych kobiet zawierają pH rzędu 4 oraz pre i probiotyki. Dzięki takiej formule produkt zapewniają one ochronę przed namnażaniem się niekorzystnej flory bakteryjnej. Produkty działają odświeżająco, neutralizują niepożądane zapachy i minimalizują dyskomfort wynikający z różnych dolegliwości. Wszystkie dość intensywnie się pienią. 


Skład preparatu dla dziewcząt o młodych kobiet: 
aqua,glycerin,  cocomidopropyl betaine, betaine, propylene glycol, polysorbate 20, sodium lauroyl lactylate, decyl glucoside,  inulin, panthenol, lactitol, xylitol, propanediol, rubus idaeus fruit extract, lactic acid, aplha-glucan oligosaccharide , pyrus malus frui extract, xanthan gum, tetrasodium, glutamate diacetate, lactococcus ferment extract, parfum, benzyl alcohol

Skład preparatu dla kobiet dojrzałych:
aqua,glycerin,  cocomidopropyl betaine, citrus aurantium dulcis fruit water, betaine, decyl glucoside, propylene glycol, sodium lauroyl lactylate, polysorbate 20,  inulin, panthenol, punica granatum fruit extract, lactitol, xylitol, aplha-glucan oligosaccharide, propanediol, xanthan gum, lactic acid, disodium coco-glucoside citrate,  tetrasodium, glutamate diacetate, lactococcus ferment extract, parfum, linalool

Skład preparatu dla wszystkich kobiet :
aqua,glycerin,  cocomidopropyl betaine, betaine, decyl glucoside, propylene glycol, sodium lauroyl lactylate, polysorbate 20, inulin, panthenol, vaccinium macrocarpon fruit extract, aplha-glucan oligosaccharide, lactitol, xylitol,propanediol,  rosa canin fruit extract, lactic acid, disodium coco-glucoside citrate, lactococcus ferment extract, parfum,  linalool, geraniol, limonene 




3) Oillan Intima Comfort - Hipoalergiczny płyn do higieny intymnej 

Produkt dostępny wyłącznie w aptekach przeznaczony do codziennej higieny i pielęgnacji. Dodatkowe działanie jakim się wykazuje to ochrona przed infekcjami i stanami zapalnymi. Przyzwoity kosmetyk, jednak w moim odczuciu niespecjalnie wyróżniający się na tle innych preparatów. Jak pozostałe delikatnie oczyszcza i neutralizuje nieprzyjemny zapach. Sprzyja utrzymaniu prawidłowego pH. Składnikami aktywnymi w tym preparacie są m.in olej awokado, olej canola. Sprawdził się naprawdę dobrze, jednak w zestawieniu z młodszym krewnym z linii HELP  tej samej  firmy wypadł już gorzej . Zdecydowanie to propozycja dla osób nie mających większych problemów dotyczących stref intymnych. Konsystencja identyczna jak w pozostałych preparatach, wyróżnia go jednak pojemność gdyż butla mieści aż 400ml produktu.

Skład: aqua, lauryl glucoside, lauramidopropyl betaine, glycerin, betaine, panthenol, lactic acid, avocado oil  glycereth -8 esters, allantoin, coco-glucoside, glyceryl oleate, hydrogenated palm glycerides citrate, tocopherol, canola oil, polysorbate 20, ascorbyl palmitate,  lecithin, sodium benzoate, potassium sorbate, PEG-120 methyl glucose dioleate, citric acid, parfum


4) Oillan Intima Help - Terapeutyczna emulsja do higieny intymnej 

Produkt przeznaczony dla osób o skłonnościach do infekcji, stanów zapalnych. Preparat prócz tego, że oczyszcza i eliminuje nieprzyjemne zapachy jak jego poprzednik, zapobiega także powstawaniu uczucia swędzenia i pieczenia.Regeneruje i przywraca komfort skórze. Kosmetyk szybko przynosi ulgę. Niweluje podrażnienia powstałe w wyniku użycia nieodpowiedniego kosmetyku. Dodatkowo łagodzi ból związany z otarciami naskórka powstałymi podczas noszenia niewygodnej bielizny czy współżycia. Na chwilę obecną jest moim antidotum na wiele dolegliwości. Zdecydowanie ten produkt podbił moje serce swoją skutecznością . Tym razem Oillan postawiło jednak na mniejsze opakowanie- 200ml. Tak jak i Tołpa kosmetyk ten nie zawiera SLS/SLES, mydła, pochodnych formaldehydu, barwników i kompozycji zapachowych.Stosunkowo słabo się pieni.

Skład:Aqua, Lauryl Glucoside, Lauramidopropyl Betaine, Glycerin, Betaine, Lactic Acid, Panthenol, Alpha - Glucan Oligosaccharide, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Allantoin, Coco- Glucoside, Glyceryl Oleate, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Tocopherol, Xylitylglucoside, Xylitol, Ascorbyl Palmitate, Anhydroxylitol, Glycol Distearate, Steareth – 4, Lecithin, PEG-120 Methyl Glucose Dioleate, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid.


Ciekawa jestem jakiego preparatu o takim przeznaczeniu używacie obecnie Wy?
Na mojej liście "chciejstw " jest jeszcze ten z Biolaven.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia