piątek, 26 maja 2017

Prosta przekąska z... szałwii

Każdy z nas na pewno kojarzy szałwię z przydomowego ogródka lub jej suszoną wersję w formie herbatki do płukania gardła. Sama nie raz i nie dwa byłam poddawana tej kuracji i do niedawna nie miałam pojęcia o innych właściwościach tej rośliny. Zdecydowanie jest to jednak temat na oddzielny wpis, bo mam wrażenie, że jej wielofunkcyjne działanie jest nieograniczone. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić ją z nieco innej strony...



Jakiś czas temu szukając informacji dotyczących zastosowań leczniczych trafiłam na wpis przedstawiający szałwię wyłącznie jako produkt spożywczy. Oczywiście wiedziałam o wspomnianej już wyżej herbacie czy suszonych listkach dodawanych do dań mięsnych, ale teraz wzbogaciłam się o wiedzę dotyczącą spożywania świeżych liści. Chociaż przyznaję, że świeże są one do pewnego momentu, bo jednak wypada je jakoś przetworzyć. 


Smażone liście szałwii

Składniki : 
- garść świeżych liści szałwi ( ok. 20 szt.)
-sól, 
-pieprz, 
- olej do smażenia, 
- jajko, 
- mąka ( do panierowania)

Wykonanie: 
Świeże liście szałwii myjemy i pozostawiamy do osuszenia.W tym samym czasie do miseczki wbijamy jajko i dodajemy przyprawy. Całość należy rozkłócić widelcem. Na talerzyku wysypujemy niewielką ilość mąki. Na patelni rozgrzewamy olej. Osuszone liście najpierw moczymy w jajku, a następnie mące. Wrzucamy na rozgrzany olej i smażymy około pół minuty na każdej ze stron. Liście odsączamy z tłuszczu wykładając na papierową serwetkę. Podobno świetnie uzupełniają się z rybą, ale w mojej kuchni występują solo jako szybka przekąska. 


Ciekawa jestem na ile taki przepis Was przekonuje. Miałyście już okazję spróbować szałwii w takim wydaniu?


Sama pamiętam jak mama wpajała mi zasadę, że szałwią można tylko płukać- nie pić. Wszystko to za sprawą tujonu, czyli substancji mogącej wywołać stany psychozy. Nie jest ona jednak rozpuszczalna w wodzie , a w alkoholach. Do zatruć dochodziło zazwyczaj przy spożyciu absyntu lub tzw. piołunówki . Obecnie ten rodzaj alkoholu jest dopuszczony do użytku , ale przy spełnieniu warunku w myśl którego stężenie tujonu nie może przekraczać 10mg/l.Szałwia polecana jest na wiele dolegliwości związanych z układem trawiennym. Dodatkowo obniża w niewielkim stopniu poziom cukru, działa rozkurczowo.Systematycznie przyjmowana pomaga w walce z trądzikiem. Olejek zawierający ekstrakt z tej rośliny polecany jest osobom cierpiącym na przewlekłe bóle głowy czy miewającym stany depresyjne.

"Złe tego nie ubodzie, u kogo szałwia w ogrodzie" 

  Mówi się także o jej działaniu oczyszczającym, a samą roślinę wskazuje jako podstawowe narzędzie szamańskie. Za jej pomocą możemy oczyścić nie tylko nasz umysł, ale i dom. W tym celu garść liści palimy w kadzidle i obchodzimy z dymiącą mieszanką każde z pomieszczeń. Następnie porządnie wietrzymy dom.Według wierzeń pochodzących z różnych zakątków świata roślina ta umożliwia widzenie duchów, a także odpędzenie demonów i ochronę przed złym okiem.

Bez względu na wierzenia i legendy, zdecydowanie jest to zioło , które warto mieć w swoim ogródku. Chociażby po to, by móc cieszyć się wspomnianą w poście przekąską.

poniedziałek, 22 maja 2017

Set Sail Kringle Candle

Dla mnie jako zodiakalnego byka żywiołem wywierającym wpływ na charakter jest ziemia. Mówi się, że osoby spod tego znaku można porównać do pachnącej wiosennej gleby która chłonie wszystko. Coś w tym jest... Ja sama pragnę chłonąć rzeczywistość wszystkimi zmysłami i wtedy czuję, po co naprawdę żyję. Niezmiennie ważną częścią mojej egzystencji jest jednak woda. Daje mi ona poczucie wolności. Pewnie z tego powodu podświadomie ukochałam sobie polskie morze. Prawdziwy reset i kumulację sił życiowych odczuwam dopiero gdy do moich uszu dobiega szum fal, a twarz otula świeża bryza. 

Mój pierwszy raz z Set Sail był jak objawienie...



Samotnie kroczyłam po rozgrzanym piasku.Patrzyłam jak niespokojna niebieska tafla pieni się kotłując z wiatrem. Podmuchy czułam na twarzy, a wraz z nimi osiadała na niej delikatna, słona mgiełka. Było mi tak świeżo, tak przyjemnie. Pierwszy raz od dawna czułam się naprawdę wolna. Nie goniły mnie codzienne sprawy. Mogłam się rozkoszować tą pierwotną wolnością. Z chęcią zrzuciłabym ubranie i odbierała tą przyjemność każdą cząstką swojego ciała. Szum fal mieszał się z szumem drzew. Nawoływały mnie ku sobie stare sosny. Im bliżej nich się znajdowałam, tym mocniej wdzierał się w moje nozdrza żywiczny zapach. Powoli piasek ustępował igliwiu, które delikatnie drażniło moje stopy. Ukojenie przynosiły nierównomierne rozsiane miękkie, soczyste poduszki mchu. Mogłam się w nich zapomnieć i trwać w tym zapomnieniu, ale prawie tysiąc kilometrów dalej czekało na mnie moje drugie życie... Nagle obok mnie pojawił się on. Spojrzałam w przepełnione miłością oczy mężczyzny. "Wrócę najszybciej jak tylko będę mogła"- pomyślałam - i zgasiłam świeczkę.


Nie znalazłam do tej pory lepszego zapachu oddającego w 100% powyższą historię. 
I wiecie co, prawda jest taka, że nie zamierzam szukać. A jaki jest Wasz ideał?
 




czwartek, 11 maja 2017

Moja pielęgnacja twarzy : aktualizacja.

Zmiany są potrzebne: i te w życiu i te w kosmetyczce. Nowa pora roku i  inne potrzeby skóry spowodowały, że na nowo musiałam stworzyć swój zestaw do pielęgnacji twarzy. Tym razem w dużej mierze postawiłam na kosmetyki o działaniu rodem z natury, bo mam nadzieję, że z ich pomocą będzie już tylko lepiej. 

W moim przypadku dobranie odpowiedniej pielęgnacji oznacza testowanie  produktów metodą prób i błędów. Chociaż za każdym razem staram się wybierać kosmetyki o zbliżonych właściwościach czasami lubi się wśród nich trafić coś, czego niestety moja twarz nie jest w stanie zaakceptować. Są też przypadki, gdy niepozorne produkty okazują się strzałem w dziesiątkę.  O kilku używanych przeze mnie obecnie kosmetykach już Wam wspominałam we wpisach na facebooku lub przy okazji instagramowych zdjęć.Na początku kwietnia zakupiłam jednak kolejnych kilka kosmetyków, które obecnie grają główne skrzypce w moich codziennych rytuałach pielęgnacyjnych.



OCZYSZCZANIE

Moją pielęgnacyjną rutynę pozwolę sobie opisać zaczynając od wieczora. Po ciężkim dla mojej buźki dniu rozpoczynam oczyszczanie usuwając resztki makijażu za pomocą mleczka do twarzy Naobay. Najpierw nakładam je na dłonie i delikatnie rozmasowuję na twarzy i szyi. Następnie za pomocą płatków higienicznych zbieram nadmiar wraz z makijażem , który poddał się jego działaniu. W przypadku mocnego makijażu oczu nakładam produkt bezpośrednio na wacik , przykładam do powiek na chwilę i wtedy delikatnie ściągam całość. Następnie przechodzę do wstępnego mycia twarzy pianką. Obecnie jest to pianka od Planeta Organica, Secrets of Arctica , która nie tylko przyjemnie pachnie , ale i skutecznie usuwa zanieczyszczenia nie pozostawiając przy tym mojej skóry suchej na wiór.Dodatkowym plusem tego kosmetyku jest zdecydowanie jego niska cena przy sporej wydajności. Pierwsze nakładam na dłonie dwie pompki pianki i rozmasowuję ją na twarzy skrupulatnie  zwłaszcza w problematycznych dla mnie miejscach jak broda czy płatki nosa. Zmywam pozostałości wodą i już z przyzwyczajenia powielam zabieg tym razem wykorzystując tylko jedną aplikację kosmetyku na całą twarz.  Po takim krótkim rytuale mam już pewność, że wszystko co zbędne zostało z mojej skóry usunięte. 

TONIZOWANIE

Zarówno wieczorem jak i rano po przemyciu twarzy pianką stosuję tonik. Bardzo przypadł mi do gustu jednej z moich ostatnich zakupów, czyli kosmetyk od Natura Estonica- tonik do twarzy z  żeńszeniem i acai. Tutaj jak w przypadku wszystkich produktów płynnych z wydajnością jest nieco gorzej niż w przypadku pianki, ale za to cena jest równie niska, więc można mu wybaczyć tą drobną wadę.Pachnie intensywnie , ale przyjemnie podczas samej aplikacji, jednak na twarzy zapach nie jest już wyczuwalny. Po tym przechodzę do następnego etapu pielęgnacji. Nie mogę jednak wspomnieć o nawilżającym toniku - mgiełce od Vianek. Ten kosmetyk stosuję w ciągu dnia , spryskując nim twarz praktycznie podczas każdej chwili odpoczynku. Przynosi ukojenie mojej skórze. Muszę Wam również powiedzieć, że nawet mój mąż sięga po niego z przyjemnością.



NAWILŻENIE

Przechodzę do najprzyjemniejszej części całej pielęgnacji czyli aplikacji kosmetyków nawilżających. Na dzień moim zdecydowanym faworytem jest ultranawilżający krem- żel od Dermedic, o którym pisałam Wam już na blogu. Jego lekka konsystencja nie tylko szybko przynosi ulgę , ale idealnie nadaje się także do roli bazy pod makijaż. Wiosna i lato w moim przypadku to najlepsze pory roku do jego stosowania. W zimniejszych miesiącach potrzebuję czegoś "cięższego". Po wieczornym demakijażu zwyczajowo sięgam po olejek pielęgnujący do twarzy od BeautyOil, który jest niczym innym jak mieszanką kilku naturalnych olei. Raz, czasami dwa razy w tygodniu  sięgam po narzędzie tortur jak niektórzy zwykli nazywać tą małą naszpikowaną igiełkami rolkę do twarzy. Dla mnie masaż nią to czyste szaleństwo dla zmysłów i naprawdę relaksuję się podczas niego. Poza tym zdecydowanie lubię gdy efekty są widoczne niemalże od razu, a właśnie to jest nam w stanie zagwarantować w połączeniu z dobrym kosmetykiem. Obecnie cieszę się w jej towarzystwie kuracją do twarzy  z nanopeptydami i komórkami macierzystymi od DermoFuture. Pamiętam nasz pierwszy raz i moje zaskoczenie, gdy okazało się, że kuracja ma formę żelu, a nie olejku jak wskazywało na to opakowanie. Po takim połączeniu natychmiastowo czuję się młodsza. Daję odpocząć skórze i uciekam do łóżka. A poranek? Poranek zaczynam od pianki... 



MASECZKI

Jak każda kobieta lubię się od czasu do czasu rozpieścić. Wiecie, że coraz rzadziej sięgam po peelingi mechaniczne, ale staram się za to regularnie wykonywać maseczki. Naprzemiennie korzystam z tych w wersji kremowej z tymi w płacie. W ostatnim czasie pochwaliłam Wam się jednak na insta, że rozpoczynam swoją przygodę z maseczkami naturalnymi. Ciekawa jestem jak długo wytrwam w swoim postanowieniu i na ile rośliny z pól spiszą się w pielęgnacji mojej twarzy.

 A może Wy znacie jakieś ciekawe domowe przepisy?

sobota, 6 maja 2017

Ile jeszcze przed Tobą? "Całe życie" Robert Seethaler

Drogi Czytelniku, wyobraź sobie, że właśnie dzisiaj pojawia się przed Tobą możliwość zapisania Twojej karty  życia na nowo. Pewnie przygotowany przez Ciebie  plan zadowalałby Cię o wiele bardziej niż dotychczasowe życie. Idealna praca , wzorcowy związek , willa za miastem i miliony w portfelu.Jednocześnie zero łez, cierpienia i chorób- logiczne. Z każdego zakamarka wylewałoby się szczęście. Nasuwa się w tej sytuacji tylko jedno pytanie:  ilu z nas- idealnych ludzi funkcjonujących w tym perfekcyjnym do granic świecie byłoby w stanie je docenić? To smutne, ale pewnie nikt. Dobrze więc, że los daje nam na przemian dobre i złe zdarzenia, bo dopiero w obliczu tych drugich jesteśmy w stanie dostrzec istotę pierwszych.  


Mogłabym napisać, że historia Andreasa Egger' a to opowieść jakich mało, ale tak nie jest. Całe miliony ludzi na świecie żyje lub żyło podobnie ze spokojem przyjmując to co zgotował im los. Z czasem uświadamiając sobie wpływ ich decyzji na teraźniejszy świat. Pewnie obok mnie i Ciebie również jest ktoś taki, tylko nie jesteśmy w stanie go zauważyć. Nasza uwaga ginie gdzieś w gąszczu często wyimaginowanych problemów. Zanim książka "Całe życie " Roberta Sheethaler'a  trafiła w moje ręce pokusiłam się o przeczytanie dostępnych opinii na jej temat. Byłam przygotowana na odbiór wybitnego dzieła. Ba, niejednokrotnie zastanawiałam się co takiego autor w niej zawarł , że lektura skłaniała czytelników do głębokich przemyśleń. Przeczytałam, już wiem. I wiecie co? Nie jestem bogatsza o wiedzę o tym jak żyć wspaniale , nie robiąc nic ( rodem z tanich poradników). Zyskałam coś cenniejszego...


Poznałam historię człowieka, który z godnością niósł na swoich barkach zarówno sukcesy jak i życiowe niepowodzenia. Brał wszystko to, co było mu pisane. Dobre wspomnienia zachował w pamięci, złych nie rozpamiętywał. Były tak naturalną częścią jego życia  jak zaczerpnięte każdorazowo do płuc mroźne, górskie powietrze.Te momenty go zbudowały. Czytając, a jednocześnie przeżywając wraz z nim życie można odnieść wrażenie, że to człowiek bez charakteru. Po lekturze i chwili refleksji nasuwa się jednak myśl, że jest jaki jest właśnie dlatego, że ma charakter. Mocno zagmatwany, a jednocześnie prosty. Zdecydowanie niełatwy. Za prostym człowiekiem idą proste przemyślenia, ale jakże trafne. Zastanawiam się ile ja w swoim życiu takich dobrych rad puściłam mimo uszu. Zwyczajnie byłam głucha na pierwotny głos tego świata. Słowny ascetyzm twórcy sprawił, że głośniej i wyraźniej dały się słyszeć zawarte w tekście prawdy. Ze względu na to że książka nie tyle zmusiła co skłoniła mnie do refleksji, nie mogę napisać że była lekką lekturą. A jednocześnie, o ironio -  taka właśnie była. Słowa spływały z kart wprost do mojego umysłu  Z każdą kolejną kartką chciało się  ich więcej i więcej.I tu muszę wspomnieć, że czułam się z lekka rozczarowana małą ilością stron, jednak już po lekturze uświadomiłam sobie, że więcej w tej historii zwyczajnie nie dało się napisać. Dlaczego? Bo zatraciłaby swój sens. W tłumie niepotrzebnych słów zagubiłyby się te naprawdę wartościowe. 

PREMIERA KSIĄŻKI - 24. maja - WYDAWNICTWO OTWARTE


Czytelniku, proszę zatrzymaj się wraz ze mną , na chwilę. Pomyśl czy w Twoim  otoczeniu nie ma kogoś takiego?Człowieka, który ciężko pracuje na swój los. Takiego, którego tragicznie doświadczyło życie, a mimo to bez lęku bierze każdy kolejny dzień. I potrafi, potrafi się nim zachwycić... 

 

Andreas miał trudne dzieciństwo, jak to się teraz zwykło mówić. Zdany na łaskę i niełaskę ludzi, którzy nie okazywali mu pozytywnych uczuć wyrósł jednak na wrażliwego człowieka. Ciężką pracą zarabiał na życie, jednocześnie je przy tym narażając. Mimo złych wspomnień zdołał  ponownie zaufać drugiemu człowiekowi. Stworzył dom, bez wygód jakie mamy teraz , ale pełny miłości. Niedługo po tym jego serce pękło, a jego połowa została pod śniegiem, przy martwej ukochanej.Miał całkowite prawo płakać i załamywać ręce myśląc o swojej stracie.Co zrobił? Zaakceptował życie takim jakie jest.


Cały czas mam mieszane uczucia w stosunku do tej pozycji. Z jednej strony prostota tej opowieści bardzo mi się spodobała. Znalazłam na jej kartach sporo cytatów, które będą mi towarzyszyć. Chciałabym również jak główny bohater umieć brać to co jest nam dane, bez sprzeciwu i wyniszczającej gonitwy myśli. Z drugiej strony słowo bestseller, zupełnie mi do niej nie pasuje. Sama powiedziałabym o niej raczej, że jest wyjątkowa. I taką chcę ją mieć w pamięci...

czwartek, 4 maja 2017

Co przyniósł kwiecień? Podsumowanie miesiąca

Czas zdecydowanie ucieka, dopiero były święta , a już mamy maj. Niestety długi weekend specjalnie pogodowo nas nie rozpieścił, ale mogło być przecież znacznie gorzej. W ciągu tych kilku dni od ostatniego wpisu sporo się u mnie  działo.W niedzielę po raz pierwszy byłam blisko 12 godzin na rybach ( też jestem w szoku ) , a poniedziałek troszkę się zestarzałam biorąc pod uwagę metrykę. Wszystkim blogowym koleżankom, które pamiętały o  mnie w tym dniu dziękuję raz jeszcze i przesyłam gorące buziaki. Naprawdę, bardzo to miłe, gdy ktoś tam po drugiej stronie monitora pamięta, chociaż w większości przypadków nie było nam nawet dane spotkać się jeszcze w realnym świecie. Dobra, kończę ten wstęp, bo jeszcze Wam się tu rozckliwię zupełnie, a jednocześnie zapraszam do dalszej lektury, bo dzisiaj trochę o tym co dobrego pojawiło się u mnie w kwietniu.



Pod koniec kwietnia miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu autorskim z p. Dorotą Gąsiorowską, o czym zresztą napiszę jeszcze na blogu. Przy okazji spotkania rozejrzałam się trochę po księgarnianych półkach i wybrałam dla siebie trzy książki w wersji kieszonkowej, która mocno mi odpowiada. W moje ręce trafiła kolejna książka K. Bondy, mocno zresztą przez Was polecana "Tylko martwi nie kłamią". Do pary dobrałam sobie pozycję na którą polowałam już dłuższy czas ze względu na moje uwielbienie do Marysi Czubaszek  i nie mogłam przejść wobec niej obojętnie, a mianowicie "Boks na patyku czyli każdy szczyt ma swój Czubaszek i Karolak". Przez intrygujący opis na okładce skusiłam się także na "Niedokończone życie" , czyli całkiem zwykłe lecz nieco smutne babskie czytadło.  Na olx udało mi się odkupić za śmiesznie niską kasę "Prosektorium" Olgi Paluchowskiej- Święckiej, które już jakiś czas temu miałam na liście książek do przeczytania. "Pyszne chwasty" to część prezentu urodzinowego od mojego męża. Książką chwaliłam się już na instagramie, co więcej skorzystałam już z kilku zawartych w niej przepisów.




Mój zapach od YR jest już na wykończeniu , więc postanowiłam tym razem coś zmienić w tej kwestii i zamówiłam sobie ( oczywiście na allegro) zapach z FM nr 353, który przed laty bardzo mi się podobał. Po otwarciu buteleczki trochę się zdziwiłam, bo jednak pamiętałam go nieco inaczej. Zdecydowanie to mocno słodki i intensywny zapach. Podobno zbliżony do Kilian- Love, Don't Be Shy, ale tego akurat ja nie znam więc ani nie potwierdzę ani nie zaprzeczę 😊



Postanowiłam zmienić coś w swojej pielęgnacji , bo moja buźka nie miała się najlepiej. Zamówiłam więc arsenał nowych kosmetyków , stawiając na te tańsze i o bardziej przyjaznych składach. W międzyczasie wyszło na jaw ( dwukrotnie sprawdzałam, przez co dalej cierpię ) , że za podskórne grudki odpowiada u mnie  krem z wyższej półki i  kilkukrotnie wyższej cenie  w stosunku do tego obecnego. Większość moich zakupów pochodzi z Liveno24, chociaż zakupu u nich dokonałam przez allegro. Wybrałam sobie tym razem tonik do twarzy Natura Estonica z żeńszeniem i acai, o którym zdecydowanie mogę powiedzieć, że pięknie pachnie. Jako fanka pianek do mycia twarzy wrzuciłam do zakupowego koszyczka tą od Planeta Organica , z przebiśniegiem. Zarówno do twarzy jak i ciała przygarnęłam  maski Bania Agafii dobrze Wam już zresztą znane. 




Dotarły do mnie zamówione jeszcze w lutym maseczki w płacie z Aliexpress.  Tak jak w przypadku poprzedniczek jestem z nich zadowolona. Te w mniejszych saszetkach zdecydowanie wyróżniają się na tle. Dodatkowo na opakowaniu po raz pierwszy spotkałam się z pełnym opisem w j.angielskim wraz ze składem.  Na allegro u użytkownika darmar zakupiłam kolejną paletkę z MUA w promocyjnej cenie 7,99zł. Żeby nie było jej smutno samej w paczce, dobrałam jeszcze tonik na porost włosów ( nie wiem po co jak i tak noszę krótkie ) oraz najzwyklejsze gąbeczki.



Od pewnego czasu przyjmuję cynk : raz z myślą o poprawieniu stanu  mojej skóry na twarzy, dwa bo podobno dzięki temu szybciej goi się skóra po wykonaniu tatuażu. Nie wiem ile w tym prawdy, ale spróbować nie zaszkodzi zwłaszcza , że sesja coraz bliżej.  W pobliskiej aptece kupiłam krem co prawda na pękające pięty, ale stosuję go na łokcie i kolana , które mam zawsze mocno przesuszone, a przy okazji udało mi się trafić na promocję i za 8,99zł zakupić tonik - mgiełkę od Vianek. Na koniec nie byłam w stanie oprzeć się promocji w Biedronce, w której to  płyny Luksja kosztowały około 5zł za litrowe opakowanie. 


Na promocji w Rossmannie również nie poszalałam jakoś specjalnie. Przez pierwszy dzień walczyłam z aplikacją by w chwilę przed zamknięciem złożyć zamówienie. Oczywiście tusz z Wibo na który polowałam nie był już wówczas dostępny, więc wzięłam pierwszy lepszy przypadkowy. Wrzuciłam do koszyczka kolorowe eyelinery ( później dokupiłam jeszcze granatowy, ale zapomniałam dorzucić do zdjęcia). Najbardziej zależało mi na odżywce- lakierze w kolorze nude. Póki co nie mogę o jej działaniu nic powiedzieć ponad to, że na paznokciach wygląda naprawdę ładnie. 

A co dobrego w kwietniu trafiło w Wasze ręce?

wtorek, 25 kwietnia 2017

Volum' Experience Waterproof Mascara - DeBBy

Każdy z nas czasami trafia na kosmetyki które trudno przypisać do jakiekolwiek kategorii, bo nie są ani specjalnie dobre ani tak całkiem złe. Z każdym kolejnym pojawiającym się u mnie produktem mam cichą nadzieję, że nie będzie mi on dawał powodów do narzekań. Wiecie jednak jak to jest z tą nadzieją...




Nie mam specjalnych wymagań co do tuszy do rzęs. Zależy mi głównie na tym, by taki osobnik posiadał właściwości wodoodporne i by nie osypywał się w trakcie dnia z rzęs na policzki. Tylko tyle i aż tyle biorąc pod uwagę to co czasami trafia  w moje ręce. Takie właściwości miała posiadać mascara Volum'Experience od DeBBy i... pod tym względem naprawdę nie mogłam na nią narzekać. Piękny, intensywny   odcień czerni utrzymywał się na rzęsach naprawdę długo i niestraszne były mu strugi deszczu, ani upływający czas. Efekt pogrubienia może nie był specjalnie spektakularny, albo prościej mówiąc nie taki jaki znałam dotychczas , ale przyjemnie prezentował się na oku. Rzęsy nawet przy dużej ilości nie sklejały się nieestetycznie, a jeśli gdzieś pojawiła się jakaś grudka, łatwo było ją wyczesać przy pomocy szczoteczki. Jednak jak w każdej bajce tak i w tej nie byłoby frajdy, gdyby nie urozmaicił jej jakiś czarny charakter. Dosłownie. Szczoteczka- sporych rozmiarów o całkiem przyjaznym kształcie mocno namieszała w naszym związku. To właśnie ona sprawiła, że nie byłam z tego kosmetyku zadowolona tak, jak mogłabym być...



Wszystko odbywało się wręcz książkowo. Zanurzona w kosmetyku , wydostawała się na zewnątrz z przyzwoitą jego ilością i wprawnie zmierzała ku oku. I chociaż czynność tą wykonywałam setki razy z innymi osobnikami to w tym przypadku zawsze jeden element wychodził nie tak jak powinien. Napiszecie mi pewnie, że powodem są jej rozmiary, że moje oczy są za małe żeby dobrze się nią pomalować, ale prawda jest taka, że miałam i mniejsze i większe okazy i tylko w kilku przypadkach pojawiało się TO - nieestetyczne brudzenie górnej powieki tuszem.  Postanowiłam Wam zobrazować moją bolączkę. I muszę przyznać, że naprawdę bardzo się starałam zrobić to dokładnie. Inaczej widzielibyście taki mascarowy szlaczek na całej linii rzęs.




O ile nie nakładałam nic na powiekę to sytuacja taka była jeszcze na upartego do zniesienia. Pozostawał ratunek w postaci  patyczka higienicznego , którym oczyszczałam zabrudzenie. Jednak zastosowanie mascary już przy wykonanym makijażu w moim przypadku zupełnie nie wchodziło w grę, bo efekt byłby zwyczajnie nieciekawy. Jestem sobie w stanie wyobrazić rozczarowanie tych wszystkich osób , które wykonały szałowy makijaż, a następnie zdecydowały się na ten produkt. Chociaż teraz jak na to patrzę, to nie wiem czy akurat rozczarowanie jest tu odpowiednim słowem, bo mnie zapewne wyrwałoby się siarczyste... Co ciekawa jest to na chwilę obecną jedyna z mascar jakie posiadam o ważności sześciu miesięcy od otwarcia. Na wszystkich innych bariera to standardowe trzy.Koszt w większości sklepów oscyluje w okolicach 22zł, a wiecie same że w tych pieniądzach zdecydowanie można trafić na coś lepszego.  I tak, mogłabym się bawić w nakładanie jej inną szczoteczką , ale nie o to chodzi by na siłę  szukać rozwiązań , ale by od początku i w pierwotnej formie cieszyć się z danego produktu. 

Znacie? A może macie podobny problem z inną mascarą?

czwartek, 20 kwietnia 2017

Hydrain3 Hialuro Dermedic krem - żel ultranawilżający

W życiu są rzeczy do których wraca się z przyjemnością... Czasami jest to książka, innym razem film lub jak w tym przypadku- kosmetyk. Krem - żel Hydrain 3 Hialuro od Dermedic trafił do mnie po raz pierwszy kilka lat temu w formie próbki , by teraz regularnie o sobie przypominać.

Moja relacja z tym kremem jest jak powrót do rodzinnego domu. Bywają okresy, gdy jest nam tam po prostu źle, ale  po pewnym czasie tęsknota jest tak silna, że wrócić wręcz trzeba. Co prawda w tym przypadku wspólne być albo nie być zależne jest od temperatury za oknem. Znamy się już kilka lat i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest to idealny kosmetyk na lato. Lekka i szybko wchłaniająca się formuła pozwalają  na utrzymanie prawidłowego poziomu nawilżenia bez niepotrzebnej natłuszczającej warstewki. Potrzeby mam ogromne i ciężko im sprostać. Cera mieszana z aktywną  strefą T , a jednocześnie skłonność do miejscowych przesuszeń sprawiają, że  nie jest łatwa w pielęgnacji. Niestety  poszukiwania idealnego zestawu kosmetyków  na zimniejsze okresy w roku wciąż u mnie trwa, ale lato mam już opanowane do perfekcji. Nie ukrywam, że w dużej mierze właśnie dzięki niemu. 


Solidny , szklany słoik o przejrzystej szacie graficznej, charakterystycznej zresztą dla tej firmy zamknięty jest w kartoniku na którym to znajdziemy sporo informacji na temat samego kosmetyku. Ogólnie wizualnie bardzo dobrze to wygląda, ale nie ukrywam, że wolałabym wersję w tubce lub buteleczce airless. Sam krem- żel dodatkowo zabezpieczony jest sreberkiem, co jest zresztą  bardzo częstą praktyką. Po jego odchyleniu naszym oczom ukazuje się delikatnie niebieska i przyjemnie lekka zawartość właściwa. Ultranawilżające właściwości są odczuwalne już po pierwszej aplikacji. Krem szybko wchłania się w skórę przynosząc tym samym ukojenie. Bardzo dobrze sprawdza się jako podstawa makijażu. Osobiście nie trafiłam jeszcze na kosmetyk kolorowy który zaaplikowany w chwilę po  nim zmieniłby swoje właściwości. Zdecydowanie u mnie najlepiej spisywał się stosowany rano, po uprzednim delikatnym oczyszczeniu skóry. Czasami zdarzało mi się też nałożyć wieczorem podwojoną ilość i traktować go jak maskę, co akurat moja buźka bardzo polubiła. Nie jest to w moim przypadku produkt, który mogłabym stosować spokojnie przez cały rok, bo jednak w okresie zimowym potrzebuję czegoś o cięższej , bardziej tłustej konsystencji. Mimo to, zawsze będzie miał swoje miejsce w mojej kosmetyczce, bo nie sposób z niego zrezygnować.  Podczas promocji można go zakupić za mniej więcej 20-25zł , natomiast cena regularna oscyluje między 35-38zł / 50g. Krem jest bardzo wydajny, a tym samym  koszt rozłożony na kilka miesięcy używania wychodzi śmiesznie niski. 


SKŁADNIKI AKTYWNE W HYDRAIN 3 HIALURO


Coś w tym kremie musi siedzieć, co sprawia , że robi dobrze naszej skórze. Nie jest to jednak żadna magiczna i tajemna substancja, a zbiór kilku składników, które razem  zapewniają przyjemne odczucia. W kremie z taką nazwą  spodziewać można się w składzie kwasu hialuronowego. I tak oto trafiamy na hialuronian sodu odpowiedzialny m.in za tworzenie na skórze filmu wiążącego wodę. Tym sposobem możliwe jest ograniczenie transpidermalnej utraty wody i utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia o czym zresztą wspomina producent w swoich obietnicach dotyczących kosmetyku. Dodatkowo składnik ten odpowiedzialny jest za poprawę elastyczności skóry oraz wykazuje właściwości regenerujące. Oprócz niego kolejnym istotnym składnikiem jest betaina, związek pozyskiwany z buraka cukrowego wykazujący silne właściwości nawilżające. Spory wpływ na skuteczność ma połączenie gliceryny i Dub Diol . Duet ten zapobiega przed przesuszeniem i odwodnieniem skóry. Sama gliceryna znana jest zresztą również ze swoich właściwości ochronnych przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Jeśli do tego dodać jeszcze mocznik, witaminę E czy wodę termalną- chyba nie mogło się nie udać?! 

Znacie ten krem? Jeśli jeszcze nie polecam wypróbowanie chociażby w postaci próbek, bo może się okazać, że i u Was sprawdzi się równie dobrze co u mnie. Zwłaszcza, że przeznaczony jest do każdego rodzaju cer, nawet tych problematycznych. 

piątek, 7 kwietnia 2017

Jak zapuścić , wyregulować i podkreślić brwi? Odżywka do brwi Brow Orphica

Osobiście nie znam chyba żadnej kobiety, która choć raz w życiu nie zaliczyłaby małej brwiowej wpadki. Zdarza się nam zbyt mocno je wyregulować albo dla odmiany podkreślić- również za intensywnie. A czasami zwyczajnie  dla kaprysu włoski mają zły dzień i nie chcą się układać tak jakby nam to odpowiadało. Chociaż małe i niepozorne  odgrywają istotną rolę w makijażu tworząc oprawę dla oczu i nadając całej  twarzy wyrazistości.Warto pamiętać więc o ich odpowiedniej pielęgnacji. Jak to zrobić?


Najtrudniejszy pierwszy krok...  ZAPUSZCZANIE


Zdarzyło Wam się zbyt mocno wyregulować brwi? A może planujecie zmianę kształtu , jak ja? Zapuszczenie włosków kosztuje jednak sporo samozaparcia, a i sam upór może nie wystarczyć. Niestety włoski na brwiach nie rosną tak bujnie  i szybko jak te niechciane  na innych częściach ciała, ot ironia losu. Nie oznacza to jednak, że nie da się nic zrobić. Ja swoim brwiom niejednokrotnie wyrządziłam krzywdę zbyt mocną i nieprzemyślaną regulacją. Ich kształt pozostawiał  wiele do życzenia, a ja zirytowana skubałam je namiętnie dalej... i dalej. Wraz z nowym trendem na naturalne brwi przyszło opamiętanie. Wstępnie wspomagałam się olejkiem rycynowym , który regularnie stosowany wzmacnia oraz przyśpiesza ich wzrost. Na forach kosmetycznych wyczytałam, że podobne właściwości wykazuje rumiankowa pomadka do ust Alterra. W  składzie znajduje się mieszanka olei, w tym też rycynowy. Śledząc blogi dziewczyn można jednak zauważyć, że w jej skuteczności nie ma jednak reguły. Czasami zwyczajnie trzeba sięgnąć po coś o mocniejszym, a tym samym efektywniejszym działaniu. Producenci kosmetyków wykorzystali nowy trend dzięki czemu na rynku pojawiły się gotowe odżywki do brwi. Jedną z nich miałam okazję testować i chciałabym napisać o moich odczuciach względem niej. 


Odżywka do brwi Brow Orphica


Miałam okazję używać kilku odżywek do rzęs, ale do tej pory te dedykowane brwiom były mi nieznane. Ciekawiło mnie przede wszystkim jaki w tym przypadku znajdę w opakowaniu...aplikator. Przyznaję, że stawiałam na standardowy pędzelek ewentualnie spiralkę jak w tuszach do rzęs i jakoś nie widziałam nic innego w tej roli. Gdy otworzyłam przesyłkę z odżywką  po pierwsze moim oczom ukazała się przejrzysta szata graficzna i klasyczne opakowanie.Całość utrzymana w bieli , dzięki czemu odniosłam wrażenie , że mam do czynienia z produktem naprawdę ekskluzywnym, sterylnym, wręcz aptecznym. Niewielkich rozmiarów opakowanie sprawia, że odżywka jest mobilna i zabranie jej na wakacyjny wypad nie stanowi problemu.  Po odkręceniu moim oczom ukazał się w całej krasie aplikator. Moje przypuszczenia były błędne, bo tym razem postawiono na skośnie ściętą gąbeczkę jaką często możemy znaleźć m.in w błyszczykach do ust. Przy nakładaniu odżywki faktycznie sprawdziła się ona bardzo dobrze, chociaż spiralka byłaby pewnie równie skuteczna. Sam produkt aplikujemy na oczyszczone i suche brwi przeciągając jednokrotnie aplikator po ich powierzchni zaczynając od środka twarzy ku zewnątrz. Podczas nakładania nie wyczułam żadnego zapachu, ale odkręcając opakowanie i mocno wysilając nosek można wyczuć delikatną, kremową woń. Początkowo przez pierwszych kilka aplikacji miałam wrażenie, że do moich oczu dociera miętowa świeżość. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. Nie niosło to za sobą dyskomfortu i trwało zaledwie chwilę, a po kilku dniach oczy zupełnie się przyzwyczaiły i przestały reagować. Stosowanie odżywki rozpoczęłam w styczniu , a mniej więcej w połowie lutego zaczęłam zauważać, że prócz włosków które normalnie usuwam ( bo rosną nie tam gdzie tego potrzebuję) zaczęły się pojawiać maleństwa głównie w wewnętrznej części brwi tworząc w końcu ich przyzwoity początek. Kolejnym plusem jest fakt, że ta odżywka do brwi delikatnie je przyciemnia. Jest to efekt  znacznie delikatniejszy niż po zabiegu farbowania henną , a tym samym naturalnie wyglądający. Myślę, że zdecydowanie przypadnie do gustu osobom jasnowłosym, które nie chcą zmieniać koloru, a jedynie podkreślić. Za działanie  w produkcie odpowiedzialne są aktywne peptydy które pobudzają porost. Dodatkowo w składzie zamknięto ekstrakt z korzenia żeń-szenia oddziałujący na lepsze ukrwienie skóry, a tym samym utrzymanie brwi w lepszej kondycji.Dla osiągnięcia zadowalającego efektu producent poleca regularne stosowanie produktu przez okres 8-12 tygodni. Jest to możliwe ze względu na dużą wydajność kosmetyku, pomimo , że jego pojemność to tylko  4 ml.  Oczywiście ja na czas kuracji odżywką nie zaprzestałam całkowicie regulacji , ale mogłam sobie dzięki niej pozwolić na powolne nadawanie im nowego , ulepszonego kształtu. Przygotowałam dla Was kilka zdjęć z różnych etapów moich testów , na których widoczne są pojawiające się między starymi włoskami wyrastające nowe maleństwa.   Odżywkę otrzymałam dzięki uprzejmości znamlek.pl , strony na której możecie przeczytać opinię użytkowników na temat wielu produktów.

Regulacja w kilku krokach


Jeśli już dorobimy się wystarczającej ilości włosów możemy przejść do regulacji brwi. Oczywiście w tym przypadku warto się trzymać kilku znanych zasad, dzięki czemu finalny efekt powinien być dla nas zadowalający.  Dostępne są gotowe szablony z kształtami, ale dla mnie osobiście to mało trafione rozwiązanie i raczej nie pokusiłabym się o regulację w oparciu o nie. Na początek najbezpieczniej przygotować sobie zatemperowaną kredkę do oczu. Jedna z metod ( znana mi również z książek do nauki zawodu ) mówi o tym, by kredkę przyłożyć do płatka nosa kierując ją ku górze. Na wysokości wewnętrznego kącika oka powinien znajdować się początek naszych brwi. Następnie wyznaczamy koniec brwi  trzymając nadal jeden koniec kredki przy płatku nosa, a drugi kierując ku zewnętrznemu kącikowi oka- to tam powinien kończy się nasz łuk brwiowy. Najwyższy punkt łuku brwiowego wyznaczamy natomiast również przykładając jeden koniec kredki do płatka nosa, a drugi kierując ku górze przez środek źrenicy oka ( przy patrzeniu na wprost). W sieci znalazłam sporo innych opartych na takim działaniu z wprowadzonymi małymi zmianami. Mówi, że, że początek przy takim wyznaczaniu jest za blisko przez co brwi schodzą się do siebie. Wszystko zależy jednak od tego jakie proporcje ma Wasza twarz. U mnie odsunięte od siebie dalej brwi wyglądają co najmniej dziwnie. Oczywistym jest również, że lepiej czegoś nie wyrwać niż wyrwać za dużo. Jak możecie zobaczyć na moich początkowych zdjęciach z kuracji  sama zrobiłam sobie przez gapiostwo takie "kuku". Zawsze wystające poza wytyczony przez nas kształt włoski można przyciąć. 


Jak podkreślić brwi?


Do wyboru mamy teraz całą gamę produktów dedykowanych brwiom. Zaczynając od kredek, cieni, farbek,  a na żelach kończąc. Z ich pomocą możemy nie tylko uzupełnić luki w owłosieniu, skorygować kształt lub zwyczajnie go podkreślić. Przy takich zabiegach najlepiej sprawdzi się ścięty skośnie pędzelek. By brwi wyglądały naturalniej dobrze jest wyczesać z nich resztki kosmetyku za pomocą chociażby spiralki takiej jak w tuszach do rzęs. Niektórzy w ten sposób nakładają na włoski odrobinę lakieru do włosów by utrzymać całość w ryzach  natomiast ja tej metody nie próbowałam i chyba nie będę ;)  Trwalsze podkreślenie lub zmianę koloru zapewniają dostępne na rynku henny : proszkowa, żelowa lub w kremie. Z czego ta pierwsza barwi również skórę o czym należy pamiętać przed przystąpieniem do zabiegu. Jeśli nie macie wprawy lepiej oddać się w ręce wykwalifikowanej osoby, bo koszty są śmiesznie niskie w porównaniu do krzywdy jaką możecie sobie wyrządzić. Natomiast jeśli henna nie jest Wam straszna, należy pamiętać by najpierw barwić brwi, a dopiero później przystąpić do wyrywania zbędnych włosków. W ten sposób unikniecie nieestetycznych czarnych kropek na łuku brwiowym  powstałych po  dostaniu się barwnika w ranki po wyrwanych włosach.

A jakie są Wasze sposoby na zadbane brwi? Stawiacie na naturalny look?


środa, 5 kwietnia 2017

Nawilżający balsam pod prysznic Morska Alga - Lirene

Pamiętacie jak w połowie zeszłego roku otrzymałam swoją paczkę współpracową od Lirene? Ja  też nie. Zużycie tych produktów siłą rzeczy zajęło mi trochę czasu i podczas gdy  dziewczyny piszą już o kolejnych nowościach ja nadal mam do opisania kilka zużytych produktów.Sukcesywnie postaram się jednak zamieszczać tu kolejne recenzję- w swoim leniwym tempie. A dzisiaj w ramach relaksu zapraszam Was pod prysznic...

Jeśli czytacie mnie już jakiś czas wiecie, że mój sceptycyzm względem kosmetyków , które mają działać na wielu płaszczyznach jest spory. Z dużą dozą niepewności podchodziłam do otrzymanej wówczas  nowości Lirene- nawilżającego balsamu pod prysznic Morska Alga.Prysznic kojarzył mi się dotychczas z oczyszczaniem ciała i wstępem do dalszej pielęgnacji, a w tym przypadku firma postanowiła przyśpieszyć i uprościć te czynności. Obawiałam się, że kosmetyk o konsystencji balsamu a dodatkowo działaniu nawilżającym może źle się nakładać przez obecność wody na ciele lub zwyczajnie spływać z niego zanim zdąży na dobre zadziałać. Jednak jak nad każdą nową recepturą i pomysłem  i nad tym kosmetykiem pracował sztab ludzi, którzy robili wszystko co w ich mocy by całość miała rację bytu. Myślicie , że im wyszło?



Zacznę od opakowania, które wydaje się dość praktyczne w tych nietypowych warunkach. Tubka otwierana na klik wykonana została z dość miękkiego tworzywa, które poddaje się dłoniom dzięki czemu można wycisnąć kosmetyk do  tzw. ostatniej kropli.  Szata graficzna znana już z innych produktów firmy. Co fajne nadruk jest wytrzymały i pomimo, że moja tubka jest już mocno sfatygowana to jednak nadal  wiadomo co siedziało w jej środku. Po ciuchu dodam tylko, że w KIK'u jest teraz obłędna morska seria dodatków do wnętrz (w tym też łazienek) z którymi balsam tworzyłby idealne połączenie. Pod względem konsystencji nie odbiega od typowych balsamów do ciała, ma jedynie delikatnie niebieskie zabarwienie. Łatwo go rozsmarować na ciele , a przy wykonywaniu tej czynności roznosi się delikatny , przyjemny  i (znowu)  w moim odczuciu nieco męski zapach. Aplikacja u mnie z reguły wyglądała tak, że po wyszorowaniu ciała szybko i niekoniecznie skrupulatnie rozsmarowywałam rzeczony wprawnymi ruchami. W miejscach  o których wiem , że są podatne na przesuszenie nakładałam go nieco więcej i może trochę mocnej masowałam ciało, ale prawdę mówiąc nie był to zabieg wymagany , bo i bez masażu balsam dość szybko robił co miał robić. Szybkie zakończenie łazienkowych wojaży zimnym strumieniem wody usuwało nadmiar kosmetyku. Następnie standardowo wycierałam skórę do sucha i faktycznie nie odczuwałam potrzeby natychmiastowego nawilżania jej tradycyjnym balsamem. Uroki tego produktu doceniłam jednak tak naprawdę dopiero podczas wakacyjnych ( i nie tylko) wyjazdów, kiedy to każda ilość wolnego miejsca w walizce była mile widziana.  Sama formuła szczęśliwie nie okazała się niewypałem.Ba! Co więcej podczas  kolejnych wyjazdów mam w planach zabierać tego typu kosmetyk ze sobą. Mam nadzieję, że gama zapachowa rozrośnie się znacząco tak by każdy mógł wybrać coś dla siebie. Mnie zachęciłaby dodatkowo dawka energii przemycona w jakimś cytrusowym zapachu do tych porannych prysznicowych rozkoszy. Morską Algę zostawiłabym wówczas na wieczory, dla ukojenia zmysłów.


Nie jestem Wam jednak w stanie powiedzieć  jak długo zadowalałoby Was używanie wyłącznie tego produkt w roli kosmetyku nawilżającego. Ja co prawda przez kilka dni z rzędu korzystałam wyłącznie z niego ( bez użycia innego balsamu) , ale nie przekraczało to jednorazowo tygodnia. Później zawsze pojawiała się okazja do nałożenia olejku czy innego kosmetyku o takim działaniu. Zresztą pewnie mało jest kobiet, które potrafiłyby sobie odmówić  przyjemności wynikającej z masażu ciała tradycyjnym balsamem. Nie mniej jednak dla panów, którym z dodatkowym nawilżeniem nie po drodze,  byłoby  to rozwiązanie idealne. Więc może warto  dołączyć do oferty jakiś typowo męski zapach?  Koszt takiego balsamu pod prysznic waha się w zależności od sklepu w granicach 12-15zł/ 200ml

A co tak naprawdę  działa w tym kosmetyku?

Za nawilżenie i odżywienie odpowiada ekstrakt z morskiej błękitnej algi , która to jest bogata w witaminy i minerały. Lirene korzysta z niego nie tylko przy produkcji tego kosmetyku. Gama produktów z wykorzystaniem algi jest bogata i obejmuje również kosmetyki dedykowane do pielęgnacji twarzy. Dodatkowo jako uzupełnienie wykorzystano kompleks Hydro Condition nadający skórze przyjemnej w dotyku miękkości. A taki efekt chyba lubicie, prawda?


Używacie balsamów pod prysznic? Znacie ten konkretny? Jeśli tak, ciekawa jestem jak się u Was spisał. W końcu każda z nas jest inna...


środa, 29 marca 2017

Z polecenia : co obejrzeć we dwoje i kogo czytać, żeby się odstresować + serum do wzięcia za dobry link.

Pewnie oczekujecie kolejnego przyzwoitego i co tu ukrywać nieco drętwego postu o polecanych z danego miesiąca.Mogłabym napisać, że bardzo mi przykro, bo nie spełnię Waszych oczekiwań. Prawda jest jednak taka, że ani trochę z tego powodu  nie boleję. Luźne wpisy to doskonała okazja do tego byście poznali prawdziwą mnie - chociaż odrobinę, bo zupełny blogowy ekshibicjonizm jednak mnie nie kręci. Chociaż kto wie, za miesiąc wkroczę w ćwierćwiecze co oznacza że bliżej mi już do siwizny, niż dalej. A mówią, że gdy głowa siwieje to... 



Na blogach w ostatnim czasie pojawiła się kopalnia linków do naprawdę świetnych stron. Share Week  działa i tylko nielicznym udało się nie skusić na udział w tej inicjatywie. W tym mnie, bo oczywiście nic nie robiąc można nie mieć czasu. Właśnie tak to u mnie wyglądało, że po podziale czasu między najważniejsze w ostatnim czasie rzeczy w moim życiu  tj. jedzenie i sen , nie miałam chwili na napisanie czegoś sensownego. Stąd też z tego miejsca chciałabym przeprosić twórców moich ulubionych blogów za to, że nie zebrałam się w sobie wcześniej i oficjalnie nie zgłosiłam swoich propozycji. Wierzę jednak w moc swoich czytelników i w to, że naprawdę zajrzycie w linki które Wam podam, co więcej może nawet coś napiszecie lub zaobserwujecie.  






Lubicie ananasy? Ja bardzo, a ostatnio do gustu przypadł mi wyjątkowo jeden konkretny , któremu kiedyś nadano imię  Hania , a w blogosferze znana jest też za sprawą swojego bloga Pineap.pl . Co ta Hanka w sobie ma zapytacie? Otóż nieskończone pokłady optymizmu dzięki , któremu z każdej życiowej sytuacji wychodzi na tarczy. Cenię w niej to, że wyciska z swojego życia 100% normy. Piszę o tym co lubi robić gdzie bywa, a mimo tej codzienności nie wieje u niej nudą. Zanim zajęła się tym miejscem w sieci stworzyła trójmiejski blog Politechnika Fashion...



Moją uwagę Pani Sarna, bo tak pozwolę ją sobie tutaj nazywać , zwróciła już podczas emisji Rozmów w toku, gdzie to udzielała porad w swoim fachu. Byłam pod wrażeniem jej wagowej przemiany i trzymałam mocno za kobitkę kciuki. Nie przypuszczałam jednak wówczas, że poważna pani psycholog może prowadzić bloga, już mniej poważnego. Na mnie działa jak terapia śmiechowa. Nie mogłabym  Wam również nie polecić jej facebookowego profilu, bo tam dawka humoru , ironii i jakże trafnych podsumowań serwowana jest każdego dnia. Lubię to za mało... 

Blogi tylko dwa ( choć miały być trzy), ale może zwalmy to na moją kulejącą wiedzę z zakresu matematyki. Dla równowagi wspomnę jednak nie inaczej jak o trzech filmach , które mieliśmy okazję pooglądać w ostatnim czasie , a które zwróciły moją uwagę z czego w dwóch przypadkach zupełnie się tego nie spodziewałam. Na "Planetę Singli" było nam do kina zwyczajnie nie po drodze, ale skorzystaliśmy z nowego reklamowanego przez P.Vegę portalu Showmax na którym to za niewielką opłatą można uzyskać dostęp do filmów i seriali ( w tym kilku niedostępnych np. na Ipli lub Playerze) gdzie akurat film jest dostępny. Nie mówię, że to produkcja najwyższych lotów,  ale zdecydowanie miło nas zaskoczyła. To jedna z tych przyjemnie ckliwych polskich komedii w których nie ma wulgaryzmów i wyuzdanego seksu. Ale , ale... Bardziej pod względem fabuły podobały nam się  "Porady na zdrady". Tutaj dodatkowo można było się pośmiać z żartów sytuacyjnych. Poprzednie filmy tego twórcy niespecjalnie mnie porwały, a tu proszę. Minęło kilka lat i w końcu okazuje się , że polskie komedie też mogą rozśmieszyć. Osobiście kilka osób z obsady bym wymieniła, bo zwyczajnie ich nie lubię, ale to takie moje osobiste niesnaski. "Pokot " to już zdecydowanie inne klimaty. Przed seansem przeczytałam o nim sporo , a po tym bardziej dziwiły mnie opinie o eko - terrorze. Umówmy się, każdy z nas ma bzika na jakimś punkcie. Wiadomym było, że przedstawienie miłości do zwierząt w takim filmie musiało być wyolbrzymione, bo na tym opierał się główny wątek, bez którego na dobrą sprawę tak specyficznej historii w ogóle by nie było. Nie mniej jednak czy się komuś podobało czy nie podziwiania pięknych widoków nie można sobie odmówić. 

Moim najnowszym nieco głupawym ze względu na poczucie humoru odkryciem jest serial emitowany w ostatnim czasie na Pulsie. Górka Dolna, to opowieść o życiu na małej słowackiej wsi, gdzie każdy każdego zna  a nowości dochodzą ze sporym opóźnieniem. Trochę rozumiem niskie oceny tej produkcji na Filmwebie,  bo wymagającemu odbiorcy ciężko sprzedać tak protekcjonalną historię. Nie mniej jednak dla mnie to idealny okaz na tzw." głupawkę" , a odmóżdżyć od czasu do czasu się trzeba. 

Do odpowiedniej oprawy podczas czytania tego posta przygotowałam Wam dwa utwory znane być może tym istotom, które pojawiają się na Woodstock'u . Odtwarzajcie je jednak na własną odpowiedzialność*. 




P.s Mam nadzieje, że polecane blogerki nie mają mi za złe podkradnięcia od nich banerków. Robiłam to w dobrej wierze :)  * Za wpływ mojego gustu muzycznego na Wasze mózgi nie odpowiadam.


Co zrobić by zgarnąć serum do twarzy od Mincer Pharma?
- wystarczy zostać obserwatorem mojego bloga ( podać nick pod jakim obserwujecie)
- w ramach zadania konkursowego zostawić w komentarzu pod tym postem link do polecanego przez Was miejsca w sieci.
Konkurs trwa od dzisiaj do 16.04.2017r. Zwycięzcę wyłonię ja wybierając najciekawszą w moim odczuciu odpowiedź.  Pełny regulamin tutaj.


Pozdrawiam 

czwartek, 23 marca 2017

Cedr w asyście cytryny i mandarynki czyli energetyzująca woda toaletowa Plaisirs Nature od Yves Rocher

Zapachy od Yves Rocher towarzyszą mi od kilku lat. Ich wody perfumowane robią na mnie wrażenie i jako fanka ciężkich zapachów regularnie po nie sięgam. Jakiś czas temu w moje ręce trafiły jednak żele pod prysznic z serii Plaisirs Nature  i tak rozkochałam się w ich zapachach. Roślinne połączenia bardzo mi odpowiadają i miałam nadzieję, że równie dobrze co w żelach obronią się w wodzie toaletowej.Myślicie , że tak było? 

Owocowe wody toaletowe na stronie Yves Rocher pojawiały się już od dawna, jednak zapach który dzisiaj Wam przedstawiam jest stosunkowo nowy. Mała, zaledwie 20 ml buteleczka idealnie nadaje się do torebki  o czym zresztą wspomina na swojej stronie sam producent. Szata graficzna jest spójna z resztą serii Plaisirs Nature i  zdecydowanie cieszy oko swoją prostotą. Wykonane ze szkła opakowanie prezentuje się dobrze,  a  plastikowa zatyczka solidnie trzyma się na swoim miejscu chociaż początkowo obawiałam się, że w " torebkowych" warunkach  może stanowić to dla niej problem.  Rozmiary buteleczki istotnie są mikroskopijne, a mimo to  zdołano umieścić na niej pełny skład kosmetyku wraz z najważniejszymi informacjami na jego temat. Niestety te w języku polskim jak w przypadku większości produktów tej firmy znajdują się już na wlepce umieszczonej na zakrętce i to niestety zaburza już moje poczucie estetyki. Rozumiem jednak, że trudno było znaleźć lepsze wyjście z tej sytuacji. 




Mandarynka & Cytryna & Cedr - wydawały się być idealnym połączeniem dla mnie. Posiadam sporo  mocno otulających zapachów i brakowało mi czegoś z tzw. powerem.  Ta wersja nie bez powodu została nazwana energetyzującą , a nuty zapachowe w niej wykorzystane określone mianem dynamizujących. Połączenie cytrusowych olejków eterycznych z cydrem  pozwoliło stworzyć niebanalną mieszankę faktycznie działającą pobudzająco na zmysły. Już po pierwszej aplikacji równie mocno odczuwalne są drzewne, nieco męskie nuty w asyście odświeżającej woni owoców cytrusowych. Gdyby minimalnie zwiększyć natężenie olejku cydrowego, śmiało można byłoby zakwalifikować ten zapach jako męski. A ja zdecydowanie takie lubię.  Specyfika takiego połączenia sprawia jednak, że na jego temat można znaleźć sporo niepochlebnych opinii. Wbrew pozorom dla fanek naprawdę lekkich i kobiecych zapachów ten może okazać się za ciężki w odbiorze. Zdecydowanym plusem jest natomiast możliwość uprzedniego powąchania go w sklepach stacjonarnych Yves Rocher. Przyznaję jednak,że ja swoją wersję zakupiłam online, bo wtedy zakupy są zdecydowanie bardziej opłacalne dzięki obowiązującym tam promocjom. Niestety zapach ma jedną dość istotną wadę , której jednak byłam świadoma- dość szybko się ulatnia, ale taki już urok wód toaletowych. Liczyłam się z takim stanem rzeczy. Z drugiej strony mobilność buteleczki pozwala  na zabieranie jej ze sobą i ponowną aplikację w ciągu dnia jeśli zajdzie taka potrzeba. 



Według zapewnień producenta aż 93% składników pochodzi z natury. Wykorzystano również alkohol pochodzenia roślinnego, a samo opakowanie nadaje się do recyklingu. Firma znana jest z resztą z różnych działań na rzecz ochrony środowiska więc powyższe informacje nie były dla mnie specjalnym zaskoczeniem. W tym przypadku koszt kosmetyku  to 19,90zł/ 20ml, a oprócz tego zapachu dostępnych jest kilka innych połączeń z czego mnie zdecydowanie interesuje jeszcze  Kwiat pomarańczy & Lawenda. Świetnym rozwiązaniem jest według mnie stworzenie całych linii zapachowych, więc zapach może towarzyszyć nam przez cały dzień aplikowany dodatkowo na ciało w formie żelu lub mleczka. 

A Wy znacie kosmetyki z linii Plaisirs Nature? Pewnie tak. Ciekawa jestem jednak czy ten konkretny jest Wam znany i jakie są Wasze odczucia względem niego?

środa, 15 marca 2017

J'aime my... Oil 3 in 1 Oleo Supreme- olejek do włosów Franck Provost Paris

Jesienią ubiegłego roku pojawiła się informacja o tym, że kosmetyki Franck Provost Paris pojawią się w Polsce, w sieci sklepów Rossmann. Niedługo po tych nowinach  pojawiło się całkiem sporo relacji z ich premiery  i już  wtedy zwróciły moją uwagę , głównie tym, że od początku swojego "istnienia" na naszych polskich sklepowych półkach zaangażowano  do współpracy blogerki. Trafne posunięcie, zwłaszcza , że to hobby wymusza poniekąd  na piszących sięganie po kosmetyki z różnych półek cenowych oraz firm, więc jednak rozeznanie w temacie wybrane osoby miały spore.Mnie o wiele łatwiej sięgnąć po coś co rekomenduje osoba którą znam i od  lat czytam, niż gwiazdka  może i większego formatu, ale znana głównie z tego , że gwiazdorzy niż z tego  jaką wiedzę posiada.  Chociaż i tu trzeba mieć wgląd na całą sytuację, a nie tylko na jednorazowe akcje, bo śledząc teraz losy blogosfery doskonale widać, że z rzetelnością to jednak różnie bywa....


Moja miłość do olei na włosach rozpoczęła się przeszło dwa lata temu podczas pobytu w UK o czym już Wam tu niejednokrotnie wspominałam. Tak więc gdy pojawiła się zapowiedź linii kosmetycznych "J'aime my... " mnie najbardziej zainteresował  właśnie olejek do włosów. Normalnie historia opierałaby się na tym, że wybrałam się do Rossmanna i zakupiłam swój egzemplarz, ale tak nie było. Swoją buteleczkę otrzymałam od Feeling Fency podczas gwiazdkowej wymiany.   Była więc u mnie już od połowy grudnia, a że mamy już połowę marca mogę o nim co nieco napisać. 


Samo zamknięcie szklanej buteleczki w kartoniku nie jest niczym nadzwyczajnym . I na jednym i na drugim pojawiaja  się dość charakterystyczne serduszkowe logo z nazwą. Na kartoniku dodatkowo znajdziemy rozbudowaną informację o tym z czym mamy do czynienia i o sposobie aplikacji produktu. A ten można aplikować przed myciem , po umyciu na mokre bądź na suche lub przed ekspozycją słoneczną- i  tak odkrywamy tajemnicze 3w1. Na szczęście produkt jest olejkiem nie tylko z nazwy. Faktycznie mamy do czynienia z mieszanką m.in olejku makadamia, z pestek winogron czy awokado chociaż zajmują one jedne z ostatnich miejsc w składzie. Przed nimi uplasowało się kilka innych substancji w tym też ta odpowiedzialna za przyjemny zapach kosmetyku, chociaż w moim odczuciu to nieco zbędny dodatek.Zapach był dla mnie zwyczajnie przeciętny , a na włosach nie utrzymywał się praktycznie w ogóle. Najczęściej korzystałam z kosmetyku przed myciem właściwym. Producent zaleca trzymanie go na włosach około 10 minut, u mnie często był to zdecydowanie dłuższy czas. Zmywał się drogeryjnymi szamponami całkiem dobrze, chociaż przy dużej ilości musiałam ten zabieg powtórzyć dwukrotnie. Taka aplikacja dedykowana jest do naprawdę suchych i potrzebujących regeneracji włosów i w moim przypadku przyniosła zadowalający efekt, ale nie mam przesadnych problemów z włosami. Raczej mogę trochę ponarzekać na suche końce niż na ogólny zły stan włosów.  Zaaplikowany na umyte suche lub mokre włosy dawał zdecydowanie słabszy efekt. Pomagał je ujarzmić, ale nie było już tak przyjemnej w dotyku miękkości i w tej kwestii mogłabym go porównać do innych znacznie tańszych produktów ,a dających łudząco podobne efekty. Dlatego też w dalszym ciągu używam go na swoich włosach , ale już wyłącznie przed myciem  dając mu chwilę na działanie. 


Szklana masywna buteleczka ma w sobie sporo uroku i świetnie wygląda na półce. Jednak kto kiedykolwiek nakładał olej na włosy ten wie, że szkło i tłuste ręce niekoniecznie idą ze sobą w parze. Zwłaszcza w łazience , gdzie zwykle dokonuje się aplikacji, a na podłodze z reguły ułożone są kafelki. Każdorazowo przyprawiało mnie to o szybsze bicie serca, ponieważ dokładając produktu na włosy ciężko było mi tłustymi już dłońmi utrzymać butelkę. Ogólnie jest to zadowalający produkt jednak mając do czynienia z kosmetykiem , który jest sygnowany  nazwiskiem mistrza fryzjerstwa spodziewałam się  czegoś więcej.Zwłaszcza, że miała być to "cała wiedza o fryzjerstwie zamknięta w sercu produktów do pielęgnacji włosów"...

Cała linia Oleo Supreme przeznaczona jest do włosów suchych i pozbawionych blasku, a w jej skład oprócz olejku który Wam dzisiaj przedstawiłam  wchodzą jeszcze m.in szampon i maska.Dodatkowo dostępne są linie dedykowane włosom z innymi problemami : Keratin Miracle do włosów zniszczonych, Revelareur de Couleur do włosów farbowanych, Createur de volume dodająca objętości oraz Blond Sublime.  Cena każdego z kosmetyków plasuje się pomiędzy 43, a 63zł , ale bardzo często można trafić w Rossmannie na promocję. 

Ciekawa jestem czy znacie te kosmetyki i jak spisały się one u Was?


środa, 8 marca 2017

Czego chce kobieta? wishlista + tapety na komórkę dla Was

Czujecie już wiosnę za oknem? No dobra, żartowałam. Ja też nie. Pochmurno i pada, a u niektórych podobno na nowo pojawił się śnieg. Nie mniej jednak pomarzyć o słonecznych porankach i ciepłych popołudniach można. A jeśli by do tego dodać jeszcze kilka innych materialnych marzeń...

Na blogach pojawił się wysyp wishlist w związku z lutowym świętem miłości i tym dzisiejszym, naszym . Jako , że  moje podejście do obu jest jakie jest nie napiszę, że mój dzisiejszy wpis pojawił się właśnie z tej okazji , bo powód jego powstania był zupełnie inny.Lubię celebrować swoje pojawienie się na świecie, a w tym roku dodatkowo przypada ćwierćwiecze mojego istnienia, więc czemu by nie... Przygotowałam tym razem naprawdę zwięzły i krótki wpis o tym, co bym chciała i na co być może się zdecyduję, a może zwyczajnie do maja moja chęć się rozejdzie. 

HOME SWEET HOME, czyli dodatki do wnętrz


Pewnie niektórych zdziwi pojawienie się w moim zestawieniu kosza na śmieci, ale o takim kubełku marzę. Jakoś nie po drodze  mi oklepane plastiki.  Szklarenka ( tutaj z Ikea) przydałaby  mi się ma na blogu. Wiem mało oryginalnie, ale taki dodatek bardzo mi się podoba na Waszych zdjęciach. Raczej nie zdecyduję się na gotową  i nagonię męża do pomocy przy tworzeniu jej w warunkach domowych. Okrągła półka to również moja instagramowa miłość. Skąd Wy bierzecie takie rzeczy? Kubek z liskiem wzięłabym w ciemno. Podoba mi się ten wychodzący z niego motyw. Do pary koc z wilkiem  a na ławę liść patera. Ot , takie leśne klimaty.  Propozycje które przygotowałam pochodzą z  Duka, Home&You ( mają teraz spore zniżki i promocje przy zakupie dwóch rzeczy) oraz Ikea

O tym jak zrobić sobie dobrze...



Nie samym domem żyje człowiek. Czasami trzeba pomyśleć też o sobie. W związku z tym, że przygarnęłam ostatnio turkusową sukienkę na VUBU, pomyślałam o fuksjowych dodatkach do niej. Przypadkiem trafiłam na słodkie różowe szpilki z uszami na pantofelek24, Żeby nie było tak całkiem słodko nadal mam fazę na obuwie i dodatki od Iron Fist, a ta torebeczka- cudo, czyż nie?! Jak zauważacie mocno ograniczyłam swoje chciejstwa z branży beauty. Obecnie podoba mi się paleta od House of Beauty, ale jak jej nie kupię ( a pewnie nie) to świat się nie skończy. Nie mniej jednak zwróciła moją uwagę, a to nie zdarza się zbyt często. Pokot to mój kierunek podczas kolejnej wizyty w Multikinie. Nie będę czekała aż do maja, bo zwyczajnie pewnie przestaną go już wtedy wyświetlać. A ostatnią grafikę podebraną od Breakin'Ink pozostawię ciekawskim do wygooglania. Projekt w głowie, w realizacji pojawi się za jakiś czas...  

Pewnie nie uwierzycie, ale na tym zamyka się marcowa lista życzeń. Ale to jeszcze nie czas na koniec posta.Przygotowałam trzy bardzo proste i utrzymane w dziewczęcej kolorystyce tapety na telefon. Na moim androidzie jedna z nich funkcjonuje już od pewnego czasu. 


DO POBRANIA :   Tapety na telefon 

Ciekawa jestem jak Wy spędzacie dzisiejszy dzień. Z chęcią  poczytam również o Waszych marzeniach-śmiało podrzucajcie linki  w  komentarzach :) 

poniedziałek, 6 marca 2017

Structural - emulsja do odnowy struktury włosów Professional BY FAMA

Pamiętacie  z dzieciństwa jak to jest być małym odkrywcą.Każdy nieznany zakamarek domu albo tajemnicze pudełko stawały się obszarem jednej wielkiej niewiadomej- do odkrycia. Ja mam podobnie do tej pory jeśli chodzi o opakowania kosmetyków. Bardzo lubię gdy samo pudełko nie wskazuje jednoznacznie na zawartość. Kwadratowy kartonik z napisem krem nie przyprawi mnie o szybsze bicie serca, bo zawartość jest nader oczywista. Jedyne nad czym można się zastanawiać to to  czy słoiczek wykonany jest z tworzywa czy szkła. Chociaż wprawna  kosmetykomaniaczka jest w stanie szybko wychwycić wagową różnicę i odpowiedzieć na to pytanie jeszcze prze otwarciem. Jednym słowem niespodzianki nie ma! 

Nieco inaczej jest gdy producent oddaje w Twoje ręce mały prostokątny kartonik informujący o tym, że zawartość to nic innego jak emulsja odbudowująca do włosów, ale za cholerę puzderko nie przypomina dotychczas znanych Ci kosmetyków . Gdy podczas grudniowej edycji Beauty by Bloggers przedstawiciel firmy Professional BY FAMA wręczył nam upominki największym zainteresowaniem cieszyło się to niepozorne i na pierwszy rzut oka nic nie mówiące pudełeczko.




Pod względem wizualnym prezentowało się dość zwyczajnie. Po przebrnięciu przez całą masę obcojęzycznych napisów udało mi się odnaleźć ten właściwy mówiący o tym z czym mamy do czynienia. Na jednym z boków umieszczono skład , a na spodzie krótką wzmiankę o działaniu i sposobie użycia. Nie został tam jednak określony czas aplikacji produktu i początkowo miałam niemały problem, bo w sieci również nie było o emulsji zbyt dużo informacji ( teraz sukcesywnie się to zmienia). Ostatecznie dopiero na jednym z forum dedykowanych profesjonalnemu fryzjerstwu znalazłam  informację o tym , że zalecany czas to 40 minut.  Byłam pewna, że w środku znajdę wykonane z plastiku buteleczki w których zamknięto kosmetyk, a tu niespodzianka - ampułki wykonane ze szkła. Dokładnie 5 sztuk zawierających po 7ml produktu. Mnie przypomniały się czasy dzieciństwa, bo w podobnych maleństwach nierzadko umieszczane były antybiotyki. Generalnie zasada działania jest taka, że należy utrącić lub ułamać szyjkę uważając przy tym by nie zrobić sobie krzywdy. Te poddawały się dość łatwo i osobiście nie miałam z nimi problemów. Taka forma utwierdziła mnie  w przekonaniu, że mam do czynienia z naprawdę wyjątkowym produktem.

CZY FAKTYCZNIE TAK BYŁO?

Zdecydowanie zaraz po otwarciu uwalniał się przyjemny dość intensywny zapach. W moim odczuciu nieco męski, ale nie przeszkadzało mi to w żaden sposób. Ampułkę nakładałam na świeżo umyte włosy i pozostawiałam na 30-50 minut, w zależności od tego na ile mogłam sobie pozwolić. Przy zmywaniu ( producent zaleca dokładne przeprowadzenie tego procesu) widać było, że w brodziku woda delikatnie się pieni. Już na mokrych włosach czuć było różnicę, ponieważ były one przyjemnie miękkie wręcz delikatne w dotyku. Jednakowo zachowywały się pozostawione do wyschnięcia same sobie jak i suszarką. Warto tu wspomnieć, że mam dość krótkie włosy, być może na długich sposób suszenia miałby wpływ na ostateczny wygląd. Pomimo odczuwalnej zmiany emulsja nie obciążała włosów. Bałam się trochę jak na alkohole w składzie zareaguje moja skóra, ale wiadomo strach ma zawsze wielkie oczy. Moje były ogromne zupełnie niepotrzebnie, bo nic złego się nie działo. 



Pani Ewelina, fryzjerka do której namiętnie chodzę potwierdziła w rozmowie moje przypuszczenia dotyczące tego, że efekt w salonie przy użyciu odpowiedniego sprzętu byłby jeszcze lepszy. Niestety nie pamiętam już teraz  fachowej terminologii więc wybaczcie , że nic więcej nie napiszę. Nie mniej jednak to co zauważyłam po użyciu w warunkach domowych zrobiło na mnie wrażenie. Cieszę się, że  w tym przypadku wraz z obietnicą z opakowania idzie w parze realny efekt.  



Może miałyście okazję używać już tych ampułek? Jak zareagowały na nie Wasze włosy?

środa, 1 marca 2017

Czas ucieka, Ty nie musisz- PolandJa + kalendarze na marzec do druku

Czas - ucieka, przelewa się przez palce lub płynie.Wczoraj był luty, dziś już jest marzec. Trzeba uważać, by ze swoimi postanowieniami nie obudzić się na nowo w grudniu.  Mamy więcej udogodnień, mniej pracy, a czasu, czasu wciąż za mało...




Organizacja zawładnęła naszym życiem. Modne stało się życie według ustalonych zasad. Mało kto je leniwie śniadania, za to większość stawia na lunch - obowiązkowo w wersji fit. Trzeba się zdrowo odżywiać, by dłużej żyć. Tylko  co z tego życia , gdy tak często wybieramy półśrodki?!  Pani X marzyła o tym wszystkim na co nie było jej stać. Miała jednak swoje cele przed oczami więc namiętnie poświęcała się pracy w korpo. Dziesięć godzin to za mało, są jeszcze nadgodziny. A może poświęcić jeszcze weekend ? To nic , że kosztem swoim i rodziny. Przecież to dla nich... Kilkanaście lat pracy bez godnego urlopu na stanowisku które nie rozwija i nie daje satysfakcji.Bum! Redukcja etatów. To nic , że przez lata wypruwała sobie żyły. Może za mało? Miotają nią wyrzuty, szuka winy - w sobie. Wychodzi stłamszona z biura, które było jej domem i odkrywa jak dalece jej do świata w którym żyła. Robi jednak coś ważnego- podejmuje decyzję.  Gdzieś obok nas jest również taki ktoś... Komuś rozpada się związek, do kogoś innego dzieci mają pretensję o brak zainteresowania, a jeszcze ktoś inny wierzy, że jego racje są najważniejsze.Zbyt dużą wagę przykładamy do tego, co mało istotne.  O tym wszystkim jest "PolandJa", nowa polska  komedia (?), chociaż przypisanie produkcji do tego gatunku jest w moim odczuciu mocno przesadzone. Film daje do myślenia. Wszystko jest mocno uogólnione i wątki można byłoby jeszcze pociągnąć jednak w ogólnym rozrachunku wypada całkiem przyzwoicie. Nasuwa mi się jednak taka myśl, że faktycznie dzielimy się na dwa typu ludzi.Jedni chcą zmian, ale nie wiedzą od czego zacząć i przez swoje niezdecydowanie ostatecznie nie realizują się życiowo. Inni zbyt ambitni angażują się w tyle działań, że zwyczajnie brak im czasu by tak po ludzku cieszyć się z efektów.

WSZYSCY MAMY TYLE SAMO CZASU.

RÓŻNI NAS TYLKO UMIEJĘTNOŚĆ DYSPONOWANIA NIM


Tyle prawdy w kilku słowach. Można pracować na etacie , a poza nim realizować się w innych dziedzinach , a jednocześnie dbać o dom i rodzinę. Można też siedząc w domu nie mieć czasu na nic. Sama wiem o tym sporo, bo od dwóch lat nie pracowałam na normalnym etacie i przy wyznaczonych godzinach "od - do". Czasami szczerze mi tego brakuje, bo jednak jestem z tej grupy, która musi mieć narzucone ramy czasowe. Robiłam co miałam robić, wracałam i przełączałam się na tryb domowy. Teraz tkwię w nim cały czas i wiem ile samozaparcia i energii kosztuje mnie odłożenie domowych zajęć na rzecz efektywnej pracy zawodowej. Nie tak łatwo określić godziny pracy, zwłaszcza gdy mieszka się pod jednym dachem z kimś kto nie rozumie dlaczego w danym momencie musicie siedzieć przy laptopie zamiast np. ugotować obiad. Aby dobrze dysponować swoim czasem trzeba sobie odpowiedzieć na proste pytanie . Czy zajęcie które wykonujesz sprawia Ci satysfakcję? Być może nie masz predyspozycji do wykonywania określonej pracy i sam uciekasz w domowe  obowiązki  rozgrzeszając się  potrzebą ich natychmiastowej realizacji. Praca sama jednak się nie zrobi, pojawiają się zaległości i zniechęcenie a wraz z nimi diametralnie spada efektywność. Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że małe lenistwo raz na jakiś czas nie może być powodem do wyrzutów sumienia. Chociaż ja nadal czasami je mam. Ucinam sobie drzemkę w ciągu dnia lub siadam przy ulubionej książce, a później bombardują mój umysł  " a mogłaś w tym czasie...".Nie mogłam! Gdybym wtedy zmusiła się do działania nic dobrego by z tego nie wyszło. Podobnie było z tym postem. Zaczęłam jego tworzenie o poranku zakładając , że w południe ujrzy światło dzienne. Pewnie przesiedziałabym przy nim bezowocnie pół dnia, bo nic nie składało mi się w całość. Posprzątałam, ugotowałam obiad i oto jestem. 

CEL I ZAMIERZENIA


Och jak dobrze je mieć. Zmierzać do celu a nie widzieć efektów to prawdziwy dramat. Dlatego każde większe przedsięwzięcie w miarę możliwości warto rozłożyć na kroki, których efekty powoli  stają się dla nas widoczne. Mogłam wrzucić tu sam tekst. Chciałam jednak dorzucić drobinę siebie i tego czemu poświęcam ostatnio czas. Przygotowałam dla Was proste trzy wersje kalendarzy ma marzec.Nie dlatego, że planowanie jest moim bzikiem, a po to by widzieć efekty swojej pracy. Przy publikacji grafik z księżycem kilka z Was napisało mi , że pobrało je na swoje komputery. Jedna wysłała nawet zdjęcie już w użyciu  w swoim mieszkaniu. Wiem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale nawet nie wiecie ile radości sprawiło mi to, że chociaż ta jedna jedyna osoba doceniła tą moją pracę. Widziałam efekty i satysfakcji z tego nikt mi nie zabierze.  Każdy z nas ma pewnie swoje ukochane terminarze i notatniki. Ja też mam, ale już wcześniej korzystałam dodatkowo z planerów i miesięcznych kalendarzy stworzonych przez inne dziewczyny. Myślałam sobie wtedy , że w życiu nie uda mi się samej stworzyć czegoś podobnego. Grafika pojawiła się w moim życiu przypadkiem. Czułam potrzebę wyjścia do ludzi. Wybrałam bezpieczne i powiązane z moim zawodem kierunki, ale niestety żaden z nich nie wypalił. Zdesperowana postawiłam wszystko na jedną kartę.Nie żałuję. Taka zmiana była mi potrzebna.A mogłam przecież zrezygnować z nauki,machnąć ręką i powiedzieć, że grafika - grafika to nie dla mnie.  

Do pobrania: marzec 1 ( wer. prosta), marzec 2 (wer. róż),marzec 3(wer.granat)


DAJ SOBIE SZANSĘ


Oto właśnie chodzi by dać sobie szansę. Jak każdy z Was tak i ja zdaję sobie sprawę , że wielu rzeczy robić nie będę. Nie zostanę na pewno chemikiem czy matematykiem,ale jestem otwarta na nowe. Mogłabym się zafiksować zupełnie w kosmetyce, która była moją pierwszą miłością. Teraz z perspektywy czasu wiem jednak ile żeby by mnie przez to ominęło. Pewnie nie miałabym okazji zmierzyć się na żywo ze swoim angielskim gdzieś w zakamarkach Londynu. Nie odkryłabym w jakim czasie jestem w stanie posprzątać hotelowy pokój. Nie zdawałabym sobie sprawy z tego jakie zagrożenia czyhają podczas wykonywania konkretnych zawodów gdyby nie technik BHP. Mogłabym tak wymieniać bez końca... Nie chcę Wam mówić : "Rzućcie wszystko i szukajcie dalej" . Mnie wystarczy świadomość, że chociaż się zastanowicie. Nikt nie każe Wam się przebranżowić. Czasami małe, niepozorne  kroki  mogą okazać się przełomem w odniesieniu do całości. 


 WYBRANE METODY PLANOWANIA CZASU

  • ALPEN : prosta i efektywna metoda nazywana często klasykiem wśród metod rozporządzania czasem. Jej nazwa ( jak większości innych) powstała od pierwszych liter poszczególnych etapów. W tym przypadku zawdzięczamy ją niemieckiemu słownictwu ( Aufgaben, Lange schatzen, Pufferzeiten einplanen, Entscheidungen  treffen, Nachkontrolle)
     - stworzenie listy aktywności i zadań wykonywanych w ciągu dnia, 
     - nadaj każdej czynności wartości czasowe mp. mycie naczyń 5 minut, czytanie 30min itd.
    - znając przybliżony czas jaki zamie Ci praca, zaplanuj ją w stosunku 60:40 procent.Przykładowo           przy 8 godzinnym dniu pracy w domu 60% poświęć na zadania do wykonania, a 40%              pozostaw  sobie jako margines który przeznaczysz na ewentualne dokończenie zadań 
         lub procesy kreatywne.
     -  ustal priorytety , wpisz najważniejsze do terminarza, 
     -  kontroluj realizację, oznaczaj wykonane już zadania

  • ABC - jedna z najprostszy metod, Czynności dzieli na trzy grupy wg priorytetów oznaczając je kolejno A ( ważne czynności do samodzielnego wykonania), B (ważne, ale nie priorytetowe: przy wykonywaniu możliwa pomoc innych osób) , C (mało ważne, możliwe do odłożenia w czasie lub do wykonania przez inne osoby). 


  • Kwadrat Eisenhowera : klasyfikacja czynności po uwzględnieniu ich ważności
Ciekawa jestem jak to jest z tym czasem u Was? Korzystacie z dostępnych metod?