czwartek, 27 lipca 2017

Jak brzmi "Melodia zapomnianych miłości" ? - Dorota Gąsiorowska

W moim życiu rządzi się przypadek. Najpierw stawia na mojej drodze nierzetelną osóbkę z pewnego wydawnictwa, ale dzięki temu trafiam na spotkanie autorskie pani Doroty Gąsiorowskiej, później rzutem na taśmę w gąszczu postów trafiam na ten zachęcający do udziału w akcji Book Tour. Oj, coś mnie do twórczości tej polskiej autorki zdecydowanie przyciąga. 



"Melodia zapomnianych miłości" to najnowszy , bo mający premierę równo dziesięć dni temu twór pisarki. Kolejna powieść obyczajowa nie tylko dla kobiet, chociaż przyznaję, że jednak zdecydowanie ich wrażliwym sercom będzie bliższa. Kolejny raz na okładce zagościła postać kobieca : subtelne grafiki utrzymane w owianym tajemniczością klimacie to cecha charakterystyczna każdej z powieści Gąsiorowskiej. Poprzednim razem zachwycałam się pachnącymi kawą zakładkami, tym razem możemy się cieszyć  uroczymi pocztówkami z Kazimierza Dolnego. Dlaczego akurat to miasto? Wypadałoby zapytać o to autorkę, bo to ona postanowiła, że akcja rozegra się właśnie tam, z małymi przerwami na Poznań.


Czy mogę Ci mówić Blanche? 


Biankę i jej ojca poznajemy na samym początku  magicznej historii. Nauczycielka muzyki postanawia przystać na propozycję wakacyjnej pracy  złożoną przez tajemniczą kobietę - Klarę. Oferta jest nietypowa. Za pomocą skrzypiec  dziewczyna ma na nowo tchnąć życie w syna kobiety, który w wypadku samochodowym stracił nie tylko wzrok, ale i chęć do życia. Bianką targają wątpliwości odnośnie tego czy słusznie postępuje. Sytuacja finansowa zmusza ją jednak do podjęcia wspomnianych działań. Już w chwilę po przyjeździe do miasta w trakcie przypadkowej rozmowy zostaje ostrzeżona przed właścicielką mrocznej willi, a jednocześnie jej nową zleceniodawczynią. Podczas pobytu w tym dziwnym domu zjednuje sobie gospodynię Martę i od niej powoli dowiaduje się co nieco o tragicznej historii  jego mieszkańców.  Od sieroctwa właścicielki, po śmierć jej siostry, aż do  wypadku... W tym wszystkim swoje miejsce znalazła historia sprzed lat, która początkowo wydawała się nic nieznaczącym epizodem, by ostatecznie zdominować swoim jestestwem całą książkę.

 Przyznaję, że lubię takie "wyszperane" z przeszłości historie. Mocno dałam się wciągnąć w klimat Kazimierza Dolnego. Zresztą  bogate opisy miejsc to w moim odczuciu specjalność p.Doroty. Podczas czytania ich opisów nigdy nie jest nudno, jest klimatycznie. Na tyle, że chce się "wsiąść  do pociągu byle jakiego... ". Wykreowane postaci zdecydowanie się od siebie różnią. Opis ich zachowań sprawia, że niemal od początku czytelnik jest w stanie trafić wśród nich swojego ulubieńca,  by wraz z nim przeżywać dalszy etap tej przygody. W historii sporo jest wątków pobocznych, natomiast są one ze sobą nienachalnie splecione. Nie sposób zagubić się  przypadkiem w losach każdego z bohaterów. 


Są rzeczy które bardzo mi się podobają...są i takie które mniej.


Nie będę Was czarować. Wchłonęłam książkę liczącą przeszło 460 stron w jeden wieczór. Już tak mam, że jak w coś wejdę, to na dobre. Pani Dorota ma tę moc, że chociaż to ja czytałam, to w głowie jednocześnie słyszałam ciepły kobiecy głos narratora. Nie nudziłam się i nie miałam dość, chociaż wątków było sporo i ogólnie dużo się w tej książce działo. Mimo to, można było się leniwie oddać lekturze, bo nie była jedną z tych wymagających nieustannego skupienia pozycji. Sporo w niej ciepła, sporo miłości, a mimo to najwięcej zwyczajnych ludzkich problemów. Ktoś stracił bliskich, inny mierzył się z nałogiem, a jeszcze ktoś czuł się samotny  w tłumie znanych mu osób. Jest jednak jeden drobiazg, który troszkę mnie zaskoczył. Może delikatnie wręcz rozczarował. Nie chcę tu pisać otwarcie o co dokładnie chodziło, bo pewnie w gronie moich czytelników jest ktoś kto jeszcze nie miał okazji...a sama bardzo nie lubię jak przed lekturą trafię gdzieś na spoiler. Wspomnę jednak, że chodziło o nieco pretensjonalne wytłumaczenie nagłego ozdrowienia jednego z głównych bohaterów. Ta historia niespecjalnie do mnie przemówiła, bo jednak chcąc nie chcą wydaje się zwyczajnie naciągana. Natomiast tyle tam innych pozytywnych przesłań, że jestem w stanie przymknąć oko. Zresztą z takiego wątku nie było zbyt wiele dróg do wybrnięcia i poniekąd rozumiem  dlaczego postawiła na taki rozwój sprawy. Po kilku naprawdę ciężkich lekturach "Melodia..." była jak miód na moje serce. Gorąco polecam Wam zmierzenie się z twórczością autorki. Jej spojrzenie na świat naprawdę może się spodobać...


p.s.Obecnie na stronie autorki trwa konkurs w którym do zgarnięcia są właśnie zestawy dwóch ostatnich książek.Polecam i zachęcam do udziału. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 24 lipca 2017

Ulubieńcy ostatnich miesięcy/ nowości.

Czerwiec i lipiec przelały mi się przez palce. Miałam na głowie parę spraw, które nie pozwalały mi spokojnie zasnąć. Szukałam pociechy w weekendowych wypadach na ryby i szczerze przyznaję niewiele myślałam w tym czasie o blogowaniu. A w tej kwestii działo się sporo.W miarę na bieżąco z wydarzeniami w moim życiu  były osoby śledzące moje Insta stories, bo to tam zaglądałam najchętniej i najczęściej.

Początek czerwca był czasem dobrych wiadomości, bo udało mi się wtedy dostać do dwóch większych projektów kosmetycznych. Pierwszym z nich był udział w testach Himalaya Herbals, a kolejnym ambasadorowanie Yves Rocher  - #luckyyvesrochergirls. W obu przypadkach paczki okazały się naprawdę skrupulatnie  przygotowane i z pewnością recenzję znalezionych w nich produktów pojawią się z czasem na blogu (zwracam na to uwagę,  bo jednak niektórym nadal wydaje się,  że  niespełna dwa  tygodnie to wystarczający okres na rzetelne przetestowanie produktu- otóż nie!). 





Podczas jednego z wyjazdów udało mi się zajrzeć do stacjonarnego sklepu YR. Skusiłam się na jedną z obowiązujących promocji  i zakupiłam wodę toaletową z tej samej serii co otrzymana w ramach współpracy od firmy mgiełka do włosów. Zdecydowanie czegoś tak energetycznego potrzebowałam na lato. A ponieważ upały naprawdę dają się teraz we znaki dodatkowo postanowiłam wypróbować nawilżającą mgiełkę do ciała z aloesem. Muszę przyznać, że odkąd ją mam jest w użyciu naprawdę często, bo taka forma wyjątkowo przypadła mi do gustu. Za całość zapłaciłam ok 36zł.


Dałam się delikatnie ponieść swoim chciejstwom i zupełnie bez potrzeby przygarnęłam miętowy (och jaki on jest cudowny!) żel pod prysznic od Organic Shop oraz mleczko do demakijażu Vianek. Początkowo bałam się trochę, że mleczko może okazać się za ciężkie dla mojej grymaśnej buźki, ale chyba się polubiliśmy.


"Środy z Orange" w Multikinie motywują nas do  w miarę regularnego korzystania z seansów. W czerwcu wybraliśmy się na kolejną część "Piratów z Karaibów" i muszę przyznać, że dawno nie czułam się tak rozczarowana. A właściwie oboje, bo mężowi produkcja również nie przypadła do gustu.Naprawdę miałam ochotę wyjść w połowie seansu, bo ani trochę nie czułam tej magii płynącej z poprzednich części. Dodatkowo wspólnie doszliśmy do wniosku, że jednak Cezary Pazura jako Jack Sparrow to jednak nie to.  Początkiem lipca wybraliśmy się na polski film "Volta". Wiedziałam, że rodzima produkcja będzie ok. Zwłaszcza, że sporo przeczytanych opinii wskazywało na podobieństwo do "Vinci"- film który oboje naprawdę lubimy. Nowa produkcja Machulskiego okazała się naprawdę przyjemna. Nie ukrywam, że bardzo lubię Katarzynę Herman na ekranie. Poniekąd przez to zdecydowaliśmy się już w domowych pieleszach na seans z  filmem "W sypialni" z nią w roli głównej. Niewiele mam do powiedzenia na temat tego filmu ponad to, że jest mocno psychodeliczny. Kolejny raz nie poświęciłabym na niego swojego czasu.

Pisanie dla portalu książkowego motywuje mnie do regularnego i namiętnego czytania książek. W ostatnim czasie przeczytałam kilka naprawdę interesujących  tytułów. Ponieważ jednak nie każdy ma czas być na bieżąco ze wszystkim postanowiłam zebrać przeczytane i zrecenzowane przeze mnie pozycje w jednym miejscu ( zakładka Recenzja dla BookParadise). Mam powód do dumy, bo zostałam wybrana jako jedna z ambasadorek książki, której historia zaczęła się na popularnym teraz serwisie wattpad.pl. Wspomnę tylko, że jej recenzja pojawi się tutaj na blogu za jakiś czas. Będę również miała egzemplarz dla jednej z Was, stąd też spodziewajcie się konkursu w połowie sierpnia. 


Książek w moim domu było zawsze sporo i teraz postanowiłam pokazać Wam ostatnich kilka tytułów jakie do mnie dotarły. Tematyka naprawdę różnorodna. Ostatnio sporo było u mnie literatury faktu, teraz też przewijają się powieści historyczne. Dzięki Book Tour zorganizowanemu przez Recenzja pisana emocjami w moje ręce trafiła kolejna powieść p.Doroty Gąsiorowskiej. Jestem jej bardzo ciekawa i przede wszystkim potrzebuję teraz czegoś w takim wydaniu.



W ostatnim czasie korzystam z dobrodziejstw natury. Suszę zioła,  a także wykorzystuję je do produkcji kosmetyków DIY. Wiem, że sporo z Was również próbuje się zmierzyć z taką pielęgnacją. Trzeba korzystać, póki jest możliwość, bo ani się obejrzymy a znów będzie zima. 



Ciekawa jestem jak Wam minęły te pierwsze miesiące lata? Z chęcią przejrzę zamieszczone pod wpisem linki, jeśli będziecie mieli ochotę podzielić się nimi ze mną. 
Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 lipca 2017

Macerat ze skrzypu polnego - właściwości, działanie.

Kolejna pora roku cieszy nas swoim bogactwem.Korzystając z okazji postanowiłam uzupełnić braki w swoich olejach ziołowych i zabrałam się za wykonanie ich z  kilku roślin. Wiele z nich to produkty uniwersalne, które sprawdzą się nie tylko w pielęgnacji ciała czy twarzy, ale i włosów. O ile lubicie oleje, bo zdaję sobie sprawę, że to przyjemność nie dla każdego.



Dostęp do nieskażonych opryskami łąk niewątpliwie ma swoje plusy. Udało mi się w tym roku zebrać zarówno zioła celem wysuszenia jak i przetworzenia  w sposób który zaraz opiszę. Po pierwsze warto sprawdzić jakie rośliny dzięki swoim właściwościom mogą być remedium na Wasze kłopoty. Ja zdecydowałam się na wykorzystanie ziół przyśpieszających gojenie czy wpływających na poprawę ogólnego stanu skóry. Specjalne miejsce w mojej naturalnej pielęgnacji zajmuje skrzyp polny.


Zebrane ziele pokroiłam na kawałki i umieściłam w szklanej butelce zalewając je olejem słonecznikowym. Należy pamiętać, by wykorzystywane rośliny zostały całkowicie zakryte. Zapobiegnie to m.in pleśnieniu. Następnie butelkę zakręciłam i odstawiłam na skąpane w słońcu okno. Przez okres 5 tygodni codziennie wstrząsałam buteleczką obserwując zachodzące w zanurzonej roślinie zmiany. Mój macerat potrzebował czasu, ale proces ten można przeprowadzić w przyśpieszonej wersji.  Wówczas należy zalany olejem surowiec wstawić do kąpieli wodnej na 2-3 godziny ( nie gotować). Można także  przez trzy kolejne dni wstawiać mieszankę do kąpieli wodnej na około godzinę. 




Gotowy olej roślinny przelewamy przecedzając przez drobne sitko lub gazę do butelki wykonanej z ciemnego szkła. Od tego momentu cieszymy się mocą jaka płynie z ziół. WAŻNE! Macerat nie lubi słońca.


MACERAT ZE SKRZYPU POLNEGO- DZIAŁANIE:

 ➤ przeciwzapalne 
 ➤ściągające
 ➤uszczelniające 
 ➤mineralizujące


Skrzyp sprawdzi się w pielęgnacji cer trądzikowych i problematycznych. Działa oczyszczająco na skórę, wzmacnia odporność i poprawia elastyczność naskórka.Zastosowany na włosy sprawia, że stają się one mocniejsze , bardziej lśniące. Dodatkowo ograniczone zostaje ich wypadanie.Macerat ze skrzypu nadaje się także jako dodatek do kąpieli.Wpłyną one  nie tylko na poprawę elastyczności, ale dodatkowo wspomogą proces uwalniania organizmu od toksyn. Z maceratem ze skrzypu polnego polubią się również osoby ze skłonnością do pękających naczynek, dzięki jego wzmacniającym  właściwościom.


Wykonujecie  samodzielnie maceraty czy może korzystacie z gotowych wersji?



Czytaj dalej »

poniedziałek, 10 lipca 2017

W duecie raźniej? Purifying Neem Scrub / Neem Mask - Himalaya Herbals

Pielęgnacja skóry mieszanej, a jednocześnie ze skłonnością do przesuszeń nie jest rzeczą łatwą. Od dawna staram się unikać zarówno peelingów z drobinami jak i mocno oczyszczających maseczek. Co prawda pod względem działania nie mam tym produktom w większości nic do zarzucenia, ale niestety bardzo często czysta skóra = suche , nieestetyczne skórki. Bardzo ostrożnie podchodzę do kosmetyków o takim działaniu, ale niestety czasami ostrożność to za mało. Gdy w paczce od Himalaya Herbals zobaczyłam zarówno tradycyjny peeling jak i maseczkę o działaniu oczyszczającym byłam pełna obaw. W dalszej części wpisu przekonacie się czy słusznie.





Swoją dzisiejszą opowieść zacznę od Purifying Neem Scrub, czyli  peelingu do twarzy przeznaczonego do cery normalnej i tłustej. Jest to kosmetyk z drobinami z pestek moreli, które delikatnie masują, a jednocześnie złuszczają martwy naskórek. Te drobiny, przyznaję, trochę mnie stresowały. Dawno nie korzystałam z takiego rozwiązania i bałam się, że moja twarz może drastycznie zareagować. Ostatecznie odważyłam  się na pierwszą próbę, za którą z czasem pojawiły się kolejne. Nabierałam całkiem sporą ilość kosmetyku i delikatnie dość długo masowałam nim twarz. Ponieważ starałam się by moje ruchy były naprawdę subtelne, dla uzyskania efektów wydłużyłam czas. Zwykle około 5 minut pieściłam delikatnie swoje lico wykonując przy tym ruchy odpowiadające tym z tradycyjnego masażu twarzy.  Szczęśliwie ani raz po takim zabiegu nie pojawiły się przesuszenia. Samo celebrowanie tego zabiegu przyniosło mi sporą satysfakcję i przyjemność. Działanie oczyszczające w tym produkcie wzmacnia dodatkowo wykorzystanie miodli indyjskiej ( tajemnicze neem występujące w nazwie), która wykazuje działanie przeciwbakteryjne. Bez wątpienia kolejnym jej atutem w moim przypadku jest regulacja wydzielania sebum. Moja strefa T lubi sobie czasami zaszaleć więc naprawdę dodatek w takim wydaniu mnie uszczęśliwił. Za właściwości ściągające  w kosmetykach z tej serii odpowiada natomiast kurkuma. Trochę ubolewam nad faktem, że składniki te znajdują się dość daleko w składzie. Nie mniej jednak kosmetyk robi to co powinien i pod tym względem nie mam mu nic do zarzucenia, ale... pozostawia na twarzy dość tłusty w moim odczuciu film , co niekoniecznie mi odpowiada. 

Skład: aqua , stearic acid, catyl alcohol, caprylic/capric triglyceride, polyethelene, sorbitan stearate & sucrose cocoate, parfum, carbomer, phenoxyethanol, prunus armeniaca seed powder, sodium hydroxide, tocopheryl acetate, methylchloroisothiazoline & methylisothiazolinone, benzyl alcohol, disodium EDTA, melia azadirachta leaf extract, curcuma longa rhizome extract, butylphenyl methylpropional, hexyl cinnamal, linalool, citronellol.




No właśnie zawsze jest jakieś "ale". W tym przypadku tkwi ono w maseczce, która swoim działaniem przyćmiła jednak peelingowego krewniaka.  Purifying Neem Mask, to produkt o takim samym przeznaczeniu, ale zdecydowanie skuteczniejszym działaniu. Tutaj również w składzie występuje i miodla indyjska i kurkuma, ale dodatkowo znajdziemy tam także kaolin i ziemię fulerską. Z tym ostatnim składnikiem spotykam się po raz pierwszy, więc musiałam sprawdzić jakie właściwości wykazuje. Okazało się, że znany jest on także pod nazwą Multani Mitti  co oznacza "błoto z Multan". W Indiach to jeden z częściej wykorzystywanych półproduktów do oczyszczania twarzy, ciała i włosów. Przeznaczony jest do cer z problemami  ze względu na swoje głęboko oczyszczające właściwości. Dodatkowo co istotne posiada również właściwości rozjaśniające. Produkt ku mojemu zaskoczeniu również miał zróżnicowaną strukturę. Niby nakładałam na twarz kremową maskę ( kolor trochę odtrącający) , ale pod dłońmi wyczuwałam delikatne drobiny. Przy aplikacji nie żałowałam sobie kosmetyku, przez co wystarczył mi na 8 użyć. Na opakowaniu widnieje informacja o stosowaniu jej raz w tygodniu, jednak ja robiłam to dwukrotnie i mojej cerze to zdecydowanie odpowiadało. Za pierwszym razem podczas wysychania aplikowałam na maskę mgiełkę wodną celem zapobiegnięcia jej całkowitego wyschnięcia. Później pozostawiałam ją już na twarzy zwykle na 15 minut po czym delikatnie zwilżałam i wykonywałam dłuższy masaż. Taka opcja sprawdziła się w moim przypadku idealnie i po zmyciu faktycznie czułam, że moja twarz jest czysta. Pomimo moich skłonności do przesuszeń, problem nie wystąpił.  Efekt "po" spodobał mi się na tyle, że gotowa byłam przymknąć oko na delikatne pieczenie skóry pojawiające się w chwilę po zaaplikowaniu.  W tym przypadku jestem pewna, że kosmetyk ten pojawi się w mojej kosmetyczce ponownie.  




Skład : aqua, kaolin, melia azadirchta leaf extract, propylene glycol, bentonite, fuller's earth, curcuma longa root extract, fragrance, sodium methylparaben, imidazolidinyl urea, DMDM hydantoin, xanthan gum, sodium propylparaben citric acid, disodium EDTA, sodium lauryl sulfate 


Podobało mi się, że mogłam przetestować kosmetyki serią ( post dotyczący pianki pojawi się za jakiś czas). Ku mojemu zaskoczeniu odpowiadał mi zapach tych produktów, chociaż przyznaję , że zastanawia mnie umieszczenie go w połowie składu, bo nie jest to aż tak ważny w moim odczuciu element.  Być może jednak inni konsumenci przykładają do tego większą wagę. Prawda jest taka, że nawet jeśli coś nie zachwyci mnie zapachem, ale naprawdę skutecznie  zadziała, to w większości przypadków ponownie sięgnę po taki produkt. Pojemność opakowań - 75ml, to  dla mnie idealna wielkość wystarczająca na miesiąc stosowania. Sama szata graficzna bez zarzutu, chociaż gdybym bardzo chciała się czepiać, to jednak trochę brakuje tu polskiej wersji językowej, bo wciąż są ludzie którzy j.angielskiego nie znają i być może z tego powodu mają obawy przed zakupem.Tak jak wspominałam wcześniej maska znalazła miejsce w moim serduchu. Co do peelingu był jak najbardziej przyzwoitym kosmetykiem i pewnie niejednej osobie naprawdę się sprawdzi w pielęgnacji , natomiast ja  raczej sama go już nie zakupię. 

http://himalayaherbals.pl


Czytaj dalej »

poniedziałek, 3 lipca 2017

Preparaty do higieny intymnej: czym kierować się przy wyborze? Produkty których używam : Tołpa, Oillan, Miravena

Firmy oferują nam obecnie całe spectrum preparatów przeznaczonych do higieny intymnej. Mamy dowolność w wyborze zapachów, konsystencji czy rodzaju aplikacji. Dodatkowo różni je cena i skład, bo nie każdy produkt o takim przeznaczeniu faktycznie nadaje się do mycia tych wrażliwych miejsc.

Zadaniem dobrego preparatu jest nie tylko oczyszczanie tych stref, ale przede wszystkim ich delikatna pielęgnacja. Ważne by utrzymane zostało odpowiednie pH skóry. Przyjmuje się, że  po antybiotykoterapii , podczas menstruacji , w okresie menopauzy a także w ciąży było ono bliskie 3,5-4 pH. Bardzo często  na produktach o takim przeznaczeniu widnieje informacja o pH fizjologicznym.



Co powinno znaleźć się w dobrym produkcie do higieny intymnej?


Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytania, bo gama składników aktywnych wpływających pozytywnie na tą część naszego ciała jest całkiem spora. Najczęściej wymienia się lactic acid, czyli dobrze znany nam kwas mlekowy. Z jego pomocą możliwe jest utrzymanie odpowiedniego poziomu pH , a tym samym stworzona zostaje bariera uniemożliwiająca namnażanie się bakterii.Równie często spotykamy się z panthenolem, który przynosi ulgę skórze łagodząc podrażnienia. Coraz częściej producenci zwracają uwagę na to by w ich kosmetykach nie zabrakło  cieszących  się popularnością ekstraktów z roślin. Zdecydowanie w kwestii tej nadal króluje rumianek, aloes czy ekstrakt z kory dębu.  

Jakich substancji unikać?


Przyznaję, że to temat w którym jestem zdecydowanie niepoprawna. Z każdej strony płyną do nas informację o tym by unikać SLS/SLES , parabenów , formaldehydu i jego pochodnych, z drugiej ciężko o produkty bez ich wykorzystania. Staram się używać produktów wolnych od tych substancji, ale czasami wpadnie mi w ręce coś co niestety zawiera chociaż jeden z nich. 



W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam przedstawić kilka preparatów z których korzystałam podczas ostatnich 6 miesięcy.



1) Tołpa Green - Nawilżający płyn do  higieny intymnej 

Moja słabość do Tołpy rośnie z każdym dniem. Jak w przypadku innych firm, nie wszystko co prawda jest mi pisane, ale akurat z tym preparatem mocno się polubiłam. Lekką, żelową konsystencję łatwo wydobyć z buteleczki za pomocą pompki. Sam kosmetyk pachnie delikatnie roślinnie, co zdecydowanie mi odpowiadało, bo mocnych zapachów w tego rodzaju produktach nie oczekuję. Produkt przeznaczony jest do skóry wrażliwej z objawami suchości i podrażnienia. Jak zapewnia producent w składzie nie uświadczymy ani alergenów, ani sztucznych barwników, SLS-u, PEG-ów mydła czy silikonów. Nie ma tam podobno także  parabenów ani donorów formaldehydu. Co zatem jest? Składnikami aktywnymi wykorzystanymi podczas produkcji tego preparatu są magnolia i lilia wodna. Preparat skutecznie odświeża. Nie wysusza tej wymagającej skóry. Regularne stosowanie daje poczucie komfortu. Jest to produkt do którego zdecydowanie wrócę.Nie mogę tu jednak nie wspomnieć o terminie przydatności, który wynosi 3 miesiące od otwarcia.  Pojemność 195ml.

Skład:  aqua, cocamidopropyl betaine , sodium cocoamphodiacetate, cocamide DEA, eryngium maritimum callus culture filtrate, magnolia blondii bud/flower extract, lilium candidum bulb extract, parfum, peat extract, glycerin, lactitol , xylitol, lactic acid, tetrasodium EDTA, butylene glycol, propylene glycol, phenoxyethanol, caprylyl glycol




2) Miravena Cosmetics Revitol Plus Med-  Preparat żelowy hipoalergiczny do higieny intymnej. 

Tutaj muszę wspomnieć, że używam wszystkich trzech wariantów jakie oferuje firma w tej serii:
- Malina & Jabłko dla dziewcząt i młodych kobiet, 
- Granat & Pomarańcza dla kobiet dojrzałych ,
- Żurawina & Owoce Róży dla wszystkich kobiet ( niestety wyrzuciłam jego opakowanie przed wpisem) 

Każdy z tych produktów pomimo różnego przeznaczenia spisał się u mnie jednakowo dobrze, więc pozwolę sobie na ich wspólne podsumowanie.  Plastikowa butelka z pompką zamknięta jest uprzednio w kartonowym opakowaniu na którym to znajduje się większość informacji na temat samego kosmetyku. Całość utrzymana w przyjemnej  dla oka szacie graficznej. Produkty te wyróżnia dość intensywny zapach, przez co gdyby nie odpowiednie napisy na etykiecie można byłoby je pomylić z żelami pod prysznic. Konsystencja zbliżona do poprzednika. Wersja przeznaczona dla młodych dziewczyn oraz ta dla dojrzałych kobiet zawierają pH rzędu 4 oraz pre i probiotyki. Dzięki takiej formule produkt zapewniają one ochronę przed namnażaniem się niekorzystnej flory bakteryjnej. Produkty działają odświeżająco, neutralizują niepożądane zapachy i minimalizują dyskomfort wynikający z różnych dolegliwości. Wszystkie dość intensywnie się pienią. 


Skład preparatu dla dziewcząt o młodych kobiet: 
aqua,glycerin,  cocomidopropyl betaine, betaine, propylene glycol, polysorbate 20, sodium lauroyl lactylate, decyl glucoside,  inulin, panthenol, lactitol, xylitol, propanediol, rubus idaeus fruit extract, lactic acid, aplha-glucan oligosaccharide , pyrus malus frui extract, xanthan gum, tetrasodium, glutamate diacetate, lactococcus ferment extract, parfum, benzyl alcohol

Skład preparatu dla kobiet dojrzałych:
aqua,glycerin,  cocomidopropyl betaine, citrus aurantium dulcis fruit water, betaine, decyl glucoside, propylene glycol, sodium lauroyl lactylate, polysorbate 20,  inulin, panthenol, punica granatum fruit extract, lactitol, xylitol, aplha-glucan oligosaccharide, propanediol, xanthan gum, lactic acid, disodium coco-glucoside citrate,  tetrasodium, glutamate diacetate, lactococcus ferment extract, parfum, linalool

Skład preparatu dla wszystkich kobiet :
aqua,glycerin,  cocomidopropyl betaine, betaine, decyl glucoside, propylene glycol, sodium lauroyl lactylate, polysorbate 20, inulin, panthenol, vaccinium macrocarpon fruit extract, aplha-glucan oligosaccharide, lactitol, xylitol,propanediol,  rosa canin fruit extract, lactic acid, disodium coco-glucoside citrate, lactococcus ferment extract, parfum,  linalool, geraniol, limonene 




3) Oillan Intima Comfort - Hipoalergiczny płyn do higieny intymnej 

Produkt dostępny wyłącznie w aptekach przeznaczony do codziennej higieny i pielęgnacji. Dodatkowe działanie jakim się wykazuje to ochrona przed infekcjami i stanami zapalnymi. Przyzwoity kosmetyk, jednak w moim odczuciu niespecjalnie wyróżniający się na tle innych preparatów. Jak pozostałe delikatnie oczyszcza i neutralizuje nieprzyjemny zapach. Sprzyja utrzymaniu prawidłowego pH. Składnikami aktywnymi w tym preparacie są m.in olej awokado, olej canola. Sprawdził się naprawdę dobrze, jednak w zestawieniu z młodszym krewnym z linii HELP  tej samej  firmy wypadł już gorzej . Zdecydowanie to propozycja dla osób nie mających większych problemów dotyczących stref intymnych. Konsystencja identyczna jak w pozostałych preparatach, wyróżnia go jednak pojemność gdyż butla mieści aż 400ml produktu.

Skład: aqua, lauryl glucoside, lauramidopropyl betaine, glycerin, betaine, panthenol, lactic acid, avocado oil  glycereth -8 esters, allantoin, coco-glucoside, glyceryl oleate, hydrogenated palm glycerides citrate, tocopherol, canola oil, polysorbate 20, ascorbyl palmitate,  lecithin, sodium benzoate, potassium sorbate, PEG-120 methyl glucose dioleate, citric acid, parfum


4) Oillan Intima Help - Terapeutyczna emulsja do higieny intymnej 

Produkt przeznaczony dla osób o skłonnościach do infekcji, stanów zapalnych. Preparat prócz tego, że oczyszcza i eliminuje nieprzyjemne zapachy jak jego poprzednik, zapobiega także powstawaniu uczucia swędzenia i pieczenia.Regeneruje i przywraca komfort skórze. Kosmetyk szybko przynosi ulgę. Niweluje podrażnienia powstałe w wyniku użycia nieodpowiedniego kosmetyku. Dodatkowo łagodzi ból związany z otarciami naskórka powstałymi podczas noszenia niewygodnej bielizny czy współżycia. Na chwilę obecną jest moim antidotum na wiele dolegliwości. Zdecydowanie ten produkt podbił moje serce swoją skutecznością . Tym razem Oillan postawiło jednak na mniejsze opakowanie- 200ml. Tak jak i Tołpa kosmetyk ten nie zawiera SLS/SLES, mydła, pochodnych formaldehydu, barwników i kompozycji zapachowych.Stosunkowo słabo się pieni.

Skład:Aqua, Lauryl Glucoside, Lauramidopropyl Betaine, Glycerin, Betaine, Lactic Acid, Panthenol, Alpha - Glucan Oligosaccharide, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Allantoin, Coco- Glucoside, Glyceryl Oleate, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Tocopherol, Xylitylglucoside, Xylitol, Ascorbyl Palmitate, Anhydroxylitol, Glycol Distearate, Steareth – 4, Lecithin, PEG-120 Methyl Glucose Dioleate, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid.


Ciekawa jestem jakiego preparatu o takim przeznaczeniu używacie obecnie Wy?
Na mojej liście "chciejstw " jest jeszcze ten z Biolaven.
Czytaj dalej »

środa, 28 czerwca 2017

Yves Rocher - paczka pełna radości!

Kosmetyki tej firmy niejednokrotnie przewijały się przez mojego bloga. Mam słabość do zapachów, które skrzętnie komponują. Chętnie oddaje ciało uciechom jakie płyną z ich opakowań. A teraz, teraz mogę się dodatkowo cieszyć z bycia #luckyyvesrochergirl



Z zielonego pudełeczka po otwarciu spoglądały na mnie trzy wypieszczone skoncentrowane żele pod prysznic. Na pewno większość z Was zna już tą serię. Ja także zapominałam się już wcześniej w kąpielach przy asyście tradycyjnych opakowań. Co sprawia, że nowe maleństwa są tak intrygujące?

Zaledwie 100ml produktu, wystarczyć ma na 40 użyć. Dlaczego by więc nie skorzystać z możliwości jakie daje małe i poręczne opakowanie. Tyle samo udaje się wycisnąć z dużej butli, ale tamta towarzyszy nam z reguły w domowych warunkach. Tą, możemy cieszyć się również w podróży. 


Kosmetyk nie traci, a wręcz zyskuje w zestawieniu z tymi tradycyjnymi. Mocno żelowa konsystencja zmniejsza ryzyko przypadkowego wylania.Jako kobieta wiem jak to jest, gdy "nie ma już miejsca". Producent wziął to pod uwagę. Trzy skoncentrowane żele pod prysznic zajmują tyle co nic.



Nie od dziś wiadomo, że mniej znaczy więcej.


Czytaj dalej »

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Podsumowanie 7 day sheet mask challenge - Holika Holika, Missha, Mizon , Cettua, Skinlite

Maski w płacie podbijają nasz rynek. W końcu dotarły do nas te azjatyckie, a w odpowiedzi na nie kilka polskich firm również zdecydowało się włączyć w swój asortyment produkty w takiej formie. Chyba znam więcej ich wielbicielek niż przeciwniczek. Rozumiem jednak, że płat materiału nie każdemu może się spodobać. Sama przez długi czas omijałam je szerokim łukiem. Trochę czasu zajęło mi oswojenie się z takim sposobem aplikacji. Obecnie maski w płacie są u mnie coraz częstszymi gośćmi. Przyznaję również, że jeszcze do niedawna nie miałam pojęcia o istnieniu  wyzwania o którym dzisiaj mowa. Namiętnie jednak śledzę insta stories Ani z Kosmetykoholizm i to ona opowiedziała co nieco o samej ideologi i o tym kto ten pomysł zapoczątkował i dlaczego...




Samo założenie  maseczkowego wyzwania  bardzo mi się spodobało. Generalnie chodzi o to ( jak wskazuje zresztą nazwa) by przez 7 kolejnych dni stosować maski w płacie a tym samym odkryć potencjał drzemiący w nasączonym esencjami materiale. Więcej informacji zdecydowanie znajdziecie na kanale autorki "Sekrety Urody Koreanek" Charlotte Cho - kanał SokoGlam. Postanowiłam, że po tych siedmiu dniach podzielę się z Wami swoimi spostrzeżeniami na jego temat, jak i samych masek na które się zdecydowałam. 




Pierwszy dzień upłynął mi pod znakiem ziół. Na mojej twarzy wylądowała Moisturizing Herb Mask od Skinlite, czyli maseczka o działaniu nawilżającym z ziołami.Według zapowiedzi producenta w esencji którą nasączono materiał znaleźć możemy naturalne ekstrakty z kilku powszechnie stosowanych w Korei ziół : portulaka pospolita, rdest wielokwiatowy , dzięgiel i kilka innych.  Pod względem działania nie mam jej nic do zarzucenia. Skóra była zdecydowanie przyjemnie miękka. Zaskoczyło mnie jednak szybkie wysychanie płatu. Według zaleceń z opakowania maskę na twarzy powinno się trzymać od 15-20 minut, a płat po 15 był już niemal zupełnie suchy.  Cena w zależności od sklepu w okolicach 7zł.

Działanie:
odżywcze, nawilżające , wygładzające 

Skład:  aqua, glycerin, PEG/PPG-17/6 copolymer, allantoin, dipotassium glycyrrhiate, portulaca oleracea extract, angelica root extract, paeonia albiflora root extract, cornus officinalis fruit extract , polygonum multiflorum root extract , natto gum , disodium EDTA, hydroxyethylcellulose, PEG-14M, xanthan gum, PEG-60 hydrogenated castor oil , tocopheryl acetate, methylparaben, phenoxyethanol , parfum



Bardzo pozytywne wrażenie wywarły na mnie maseczki Cettua. Jestem  zaskoczona, ponieważ pod względem działania na mojej twarzy przyniosły naprawdę widoczne efekty, a nie licząc w/w maski należały one do tych tańszych ( 7,90zł/szt). Z pewnością do obu będę powracać.




Hydratng Facial Mask 3Mineral Water Complex - to maseczka poprawiająca ogólny stan skóry. Dla odmiany materiał nie był zanurzony w mocno płynnej esencji , ale w bardziej żelowej zawiesinie dzięki czemu nic nie skapywało podczas wyciągania i aplikacji. Twarz nabrała po niej zdrowego koloru.W  miejscach gdzie  zmagałam się z przesuszeniami sucha skóra została wręcz rozmiękczona. Kosmetyk zrobił na mnie spore  wrażenie. Sama formuła wzbogacona została o wodę lodowcową, a także jak piszę producent wolna jest od 3 składników : parabenów, pigmentów i dodatków zapachowych.

Działanie: intensywne nawilżenie, regeneracja odmłodzenie

Skład: aqua, dipropylene glycol, butylene glycol, dimethicone/vinyldimethicone crosspolymer, cyclopentasiloxane, glycerin, cetyl ethylhexanoate, ceteth-10, ceteth- 20, glyceryl stearate, betaine, glycereth-26, polysorbate80, carbomer, onsen-sui, glacier water, sea water, sodium hydroxide, sodium hyaluronate, disodium EDTA, phenoxyethanol, potassium sorbate, sodium dehydroacetate, gardenia blue color



Brightening Facial Mask 5White Flower Complex - jak wskazuje nazwa maseczka o działaniu rozjaśniającym i ujednolicającym koloryt skóry. W składzie kilka ciekawych składników aktywnych jak m.in wyciąg z grejpfruta  czy róży. W porównaniu do nawilżającej krewnej tutaj mamy już do czynienia z wodnistą esencją. Nie robiłam sobie nadziei  po jednorazowym zastosowaniu co do natychmiastowej wizualnej poprawy. Skóra jednak zyskała zdrową otoczkę i była przyjemnie rozświetlona co i tak mnie usatysfakcjonowało. 

Działanie: rozjaśniające, ujednolicające koloryt, odmładzające

Skład:  aqua, glycerin, dipentaerythirityl  hexa C5-9 acid esters, cetyl ethylhexaonate, ceteth-10, ceteth-20, gryceryl stearate, niacinamide, butylene glycol, butyrospermum parkii (shea) butter, lonicera japonica (honaysucykle) flower extract, zanthoxylum piperitum fruit extract,  citrus paradisi ( grapefruit) fruit extract, polyglyceryl-4 caprate, carbomer, betaine, simmondsia chinensis (jojoba) seed oil, cyclopentasiloxane, cyclohexasiloxane, rosa centifolia flower extract, lilium candidum flower extract, lilium tigrinum extract, freesia refracta extract, jasminum officinale  ( jasmine) flower extract, disodium EDTA, xanthan gum, tocopheryl acetate, sodium hydroxide, sodium polyacrylate, phenoxyethanol 




Najbarwniejsze opakowanie zdecydowanie należało do Strawberry Pure Essence Mask Sheet od Holika Holika- maseczki z ekstraktem z truskawki. Już na wstępie moją uwagę zwrócił fakt, że nie trzeba się mocować z jej otwarciem, a jedynie mocno rozchylić wyznaczony róg opakowania. W porównaniu do poprzedniczek tutaj płat był bez porównania cieńszy i po ułożeniu na twarzy niemal niewidoczny. Sama maska delikatnie pachniała, jednak fani truskawek mogą się poczuć z lekka zawiedzeni, bo aromat jest daleki od owocowego. Mimo szczerych chęci nie zauważyłam nic specjalnego po jej użyciu prócz delikatnego nawilżenia. Cena w zależności od sklepu ok.12 zł.

Działanie: tonizujące, odżywcze, nawilżające 

Skład: water, dipropylene  glycol,glycerin, polyglyceryl-10 laurate , butylene glycol, cantella asiatica extract, paeonia suffruticosa root extract, 1,2-hexanediol, hydroxyethylcelluose, acrylates/C10-30 alkylacrylate crosspolymer, fragaria chiloensis (strawberry) fruit extract, chamomilla  recutita( matricaria) flower extract, arginine, glyceryl caprylate, ethylhexylglycerin , glyceryl acrylate /acrylic acid copolymer, citrus junos fruit extract  propylene glycol, PVM/MA copolymer, citrus aurantium dulcis ( orange) peel oil, viola tricolor extract , lavendula angustifolia (lavender) flower extract, centaurea cyanus flower extract, citrus tangerina ( tangerine) peel oil, litsea cubeba fruit oil, myristica fragrance ( nutmeg) kernel oil, disodium EDTA





Z maseczkami z tej firmy miałam już wcześniej do czynienia. Wybrałam Shea Butter Pure Source cell sheet mask od Missha. Zdecydowanie to najintensywniejsza pod względem zapachu maseczka z wybranych przeze mnie 7 egzemplarzy biorących udział w wyzwaniu. Śmiem twierdzić, że cała seria jest mocno pachnąca (a już na pewno mango). Solidny płat, nieco mniej nasączony niż truskawkowa Holika. Właściwości łagodząco - kojące za sprawą Chitozanu i Kwasu fitowego w składzie oraz nawilżające i rozświetlające m.in dzięki masłu Shea. Maseczka pozostawia delikatnie tłusty film na twarzy (na włosach niestety też, a  dość duży płat  na nie nachodzi). Skóra po zabiegu była naprawdę przyjemnie miękka. W tym przypadku zapach po chwili stał się dla mnie nieco uciążliwy. Cena 9-10zł/szt.

Działanie: kojące, łagodzące, nawilżające

Skład: water , isopropyl palmitate, glycerin, bifida ferment filtrate, butyrospermum parkii( shea) butter extract, portulaca  oleracea extract, polysorbate 60, PEG-100 stearale, glyceryl stearate, cetyl ethylhexanoate, allantoin, caprylyl glycol, hexadimethrine chloride, hydrolyzed jojoba esters, caprylhydroxamic acid, hydroxyethylcellulose, hydrolyzed chitosan , butylene glycol, 1,2-hexanediol, ethylhexylglycerin, carbomer, phytic acid, triethanolamine , chlorphenesin, parfum




Następnie ponownie postawiłam na Missha, ale tym razem była to Hydrating Care  Herb In Nude Sheet Mask. Jeszcze cieńsza i przyjemniejsza w aplikacji.Zupełnie inny produkt niż poprzednich, chociaż firma ta sama. Jedyne co mam jej do zarzucenia to szerokość. Płat wygląda tak a nie inaczej ponieważ musiałam go dość zuchwale przyciąć, natomiast kawałki idealnie pokryły skórę mojej szyi.Zapach wyczuwalny, przyjemny jednak nienachalny. Skóra po użyciu była naprawdę przyjemna w dotyku i widać było, że niczego jej nie brakuje.

Działanie: nawilżające

Skład:  aqua, glycerin, bytylene glycol, sodium hyaluronate, 1,2- hexanediol, allantoin, dipotassium glycyrrhizate, trehalose, camellia  sinensis leaf extract (450ppm), hydroxyethylcellulose, carbomer, PEG-60 hydrogenated castor oil, glyceryl acrylate/acrylic acid copolymer, propylene glycol, PVM/MA copolymer, panthenol, arginine, disodium EDTA, glycyrrhiza glabra ( licorice) root extract,  zingiber officinale (ginger)  root extract, schizandra chinensis fruit extract, coptis japonica root extract, caprylyl glycol, citrus grandis (grapefruit) seed extract , acorus calamus root extract , perilla ocymoides leaf extract, parfum




Na szarym końcu pojawiła się u mnie   Enjoy Vital-Up Time TONE UP mask od Mizon.Niestety nie był to najszczęśliwszy wybór na maseczkę podsumowującą całą akcję, ale o tym dlaczego będziecie mieli okazję przeczytać za chwilę. W zamierzeniu produkt przeznaczony dla poszarzałej i zmęczonej skóry. Ma za zadanie odżywić i rozświetlić lico. Uwagę po otwarciu zwraca płat, który dla odmiany jest solidny i ozdobiony tłoczeniami. Trochę niepotrzebny bajer, ale rozumiem, że trzeba się czymś wyróżnić na tle innych. Sama maska delikatnie pachniała, jednak całkiem przyjemnie. Niestety po jej użyciu wszystkie miejsca problematyczne na mojej twarzy tj. brodę, nos i czoło okryły nieestetyczne podskórne grudki. Ostatecznie musiałam się ratować kremową maseczką oczyszczającą , a teraz całość jest na etapie gojenia. Do tej konkretnej na pewno nie wrócę, ale samej firmie nie mówię nie. Mam w zanadrzu inne okazy do przetestowania. 

Działanie: odżywiające, dodające witalności

Skład : water, butylene glycol, glycerin, dipropylene  glycol, propanediol, 1,2 hexanediol, bis-peg-18 methyl ether dimethyl silane, PEG-60 hydrogenated castor oil, carbomer, trehalose, triethanolamine, fragnance, xanthan gum, disodium EDTA, allantoin, citrus medica ( lemon) fruit extract, sodium hyaluronate, beta-glucan


PODSUMOWANIE: Cała akcja bez wątpienia sprawiła mi przyjemność. Zdecydowanie był to dobry motywator do regularnego sięgania po tego typu produkty. Starałam się wybierać produkty o podobnym działaniu, ale różnych firm, dzięki czemu mam teraz ogólny zarys tego na które warto w przyszłości zwrócić uwagę, a na które zdecydowanie nie. Efekty ( nie licząc maski Mizon) bardzo mnie zadowoliły i w końcu dostrzegłam, że moja skóra zaczyna naprawdę ładniej się prezentować. Rozochocona zapowiadam więc że to nie ostatnie tego typu działanie. Chciałabym ponownie podjąć się wyzwania pod koniec wakacji , jesienią i zimą. 

Może ktoś z Was również przeprowadzał taki eksperyment? Jak efekty?
Pozdrawiam
Czytaj dalej »

czwartek, 22 czerwca 2017

3 sposoby na przetłuszczające się włosy rodem z natury.

Zioła w pielęgnacji nierzadko mogą być wykorzystywane na wiele różnych sposobów. Bardzo często roślina którą decydujemy się użyć przykładowo na włosy, może przynieść korzyści również skórze naszej twarzy. Ta uniwersalność zdecydowanie zachęca do podjęcia naturalnych kuracji. Jednocześnie jednak warto wcześniej zebrać odpowiednio dużo informacji, by uniknąć rozczarowania. 



W dzisiejszym wpisie chciałabym przedstawić Wam 3 naturalne sposoby wspomagające walkę z nadmiernym przetłuszczaniem się włosów.Chociaż na dobrą sprawę to nie nasze włosy produkują sebum, a skóra naszej głowy. I to na nią chcemy zadziałać. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele. Zdecydowanie warto udać się do lekarza zwłaszcza jeśli problem dotyczy nie tylko skóry głowy, ale i twarzy. Być może za naszą przykrą dolegliwością stoją czynniki z którymi  mimo najlepszych chęci nie poradzimy sobie sami. Jeśli jednak wizyta u dermatologa , endokrynologa czy ginekologa (problem może leżeć po stronie hormonów) wyklucza zmiany chorobowe za nieestetyczny  wygląd może odpowiadać nieodpowiednia pielęgnacja. Niestety tu nie ma złotej zasady i odpowiednich kosmetyków przyjdzie nam nierzadko szukać nieco na oślep. Niie zawsze to co sprawdza się u koleżanki, będzie równie efektywne u nas. Podczas poszukiwań warto jednak znaleźć chwilę na wypróbowanie kilku naprawdę prostych przepisów  w których dzięki swoim  specjalnym właściwościom  główną rolę odgrywają zioła.



  •  Lawenda
Tą przyjemną roślinę kojarzy pewnie każdy z Was. Bardzo często gości na  oknach lub balkonach. Nie tylko ciekawie się prezentuje, ale dodatkowo pięknie pachnie. Olejek eteryczny pozyskiwany z tej rośliny najczęściej wykorzystywany jest przy zabiegach relaksacyjnych. Działa uspokajająco i wyciszająco dzięki czemu masaże czy kąpiele są jeszcze skuteczniejsze.Wskazaniami do użycia są m.in  bóle głowy, stany napięcia, a także depresja.
Olejek lawendowy polecany jest do pielęgnacji zwłaszcza cer dojrzałych, wykazuje on bowiem działanie antyoksydacyjne i regenerujące. Równie często wykorzystuje się go przy cerach problematycznych, trądzikowych , ponieważ zmniejsza on wydzielanie sebum i przyśpiesza proces gojenia się zmian trądzikowych. Co istotne w odniesieniu do tego wpisu olejek ten wykorzystywany jest m.in przy leczeniu łysienia plackowatego. Stymuluje wzrost włosów i zmniejsza ich wypadanie. 
Uwaga! Nie powinien być stosowany u kobiet w pierwszym trymestrze ciąży.


LAWENDOWY OCET DO PIELĘGNACJI CIAŁA I WŁOSÓW

Do wykonania tego przepisu potrzebujemy :
- słoika 
- szklanki octu jabłkowego 
- pół szklanki suszonej lawendy ( najlepiej francuskiej- do kupienia w sklepach zielarskich)

Ziele przesypujemy do słoika i zalewamy octem. Odstawiamy na okres trzech tygodni w ciepłe, nasłonecznione miejsce pamiętając jednocześnie o wstrząsaniu mieszanką każdego dnia. Należy pilnować by ususzone części roślin nie wystawały nad taflę octu. Po upływie tego czasu z pomocą gazy lub drobnego siteczka oddzielamy ocet właściwy od niepotrzebnych już ziół. 

Ocet taki stosować możemy do pielęgnacji zarówno włosów jak i twarzy/ciała. Należy jednak pamiętać o uprzednim rozcieńczeniu go według podanych proporcji.Jako płukanka do włosów- na dwie szklanki wody używamy 25ml octu. Można go również stosować jako dodatek maseczek do twarzy np. tych z wykorzystaniem glinek. Zawartość nie powinna być jednak większa niż 1 łyżeczka. Równie szybko z jego pomocą możemy uzyskać tonik do twarzy w proporcji : 1 łyżka na 1 szklankę wody.



  • Szałwia
Miałam już okazję wspominać Wam o tej roślinie. Posiada ona jednak tyle właściwości, że nie sposób nie napisać o niej w odniesieniu i do tej kwestii.Zawarte w niej fitoestrogeny sprawiają, że roślina ta bardzo często jest przypisywana na kobiece dolegliwości. Rozkurczowe i przeciwzapalne działanie pomaga w walce ze zbyt obfitymi miesiączkami. Podczas menopauzy zmniejsza ilość "nocnych potów"  oraz nieprzyjemne uczucie uderzenia gorąca.Działa antyseptycznie i grzybobójczo. Zmniejsza potliwość ciała. W przypadku  gdy problem ten dotyka dłoni lub stóp zalecane są kąpiele tych części ciała w przyrządzonym z niej naparze. W pielęgnacji włosów wykorzystuje się ją jako składnik wpływający pozytywnie na ich porost.Oddziałowuje na poprawę krążenia krwi, zapobiega nadmiernemu wypadaniu. Jest skuteczna w walce z łupieżem i nadmiernym przetłuszczaniem. Co ciekawe podobno opóźnia siwienie włosów. 

Uwaga! Nie powinna być używana przez kobiety karmiące piersią ponieważ  powstrzymuje laktację.



PŁUKANKA Z SZAŁWII DO WŁOSÓW

Przepis na jej wykonanie jest banalnie prosty, Dwie torebki  ziela na 1 litr wody. Płukanka ta wykazuje dodatkowo właściwości prostujące włosy, a także może przyciemnić ich naturalny kolor.








  • Tymianek
Tymianek jest rośliną którą każdy z nas kojarzy przede wszystkim z kuchni. To intensywnie pachnące i aromatyczne zioło sprawdza się także w innych sytuacjach. Wszystko za sprawą tymolu, czyli olejku eterycznego o właściwościach antybakteryjnych. Bardzo często wykorzystywany jest zamiennie z szałwią do płukania jamy ustnej. Działa wykrztuśnie, dzięki czemu sprawdza się w preparatach  na kaszel. Coraz częściej wykorzystywany jest w kosmetykach dedykowanych cerom trądzikowym. Reguluje produkcje sebum, odświeża i działa przeciwłupieżowo. Zapobiega także wypadaniu włosów. Co ciekawe tymol wykorzystywany był w starożytności przy mumifikacji, a w późniejszych wiekach jako środek odrobaczający. 

Uwaga!  Z tymolem trzeba ostrożnie gdyż przedawkowany jest silną trucizną. Na chwilę obecną max. dopuszczalna dawka dzienna wynosi do  4g. 


NAPAR I WCIERKA TYMIANKOWA DO WŁOSÓW

W przypadku naparu wykorzystywanego następnie jako płukanka stosujemy proporcję w myśl której łyżka ziela przypada na szklankę wrzątku. Całość należy parzyć pod przykryciem 15 minut. Następnie na koniec mycia opłukać  przygotowanym naparem włosy. W celu stworzenia wcierki  do w/w naparu należy dodać mały kieliszek wódki. Kosmetyk DIY warto wtedy aplikować na włosy na m.in godzinę przed myciem.


Ciekawa jestem ile z Was kiedykolwiek zdecydowało się sięgnąć po zioła w walce o piękne włosy? 
Przed podjęciem prób jeszcze raz zwracam uwagę na dokładne zapoznanie się z  właściwościami tych roślin, by walka z przetłuszczaniem nie stała się początkiem problemów z przesuszeniem. Z ziołami trzeba ostrożnie a odpowiednie dla nas proporcje czasami trzeba wypracowywać  przez długi okres czasu. 


Czytaj dalej »

wtorek, 13 czerwca 2017

Himalaya Herbals - prezentacja kosmetyków.

Tytułem wstępu napiszę tylko, że oto przed Wami prezentacja kosmetyków, które otrzymałam w paczce od firmy Himalaya Herbals w związku z ich akcją przeprowadzoną na facebooku. Nie jest to recenzja. Chciałam jedynie pokazać Wam, co trafiło w moje ręce i czego możecie się z czasem spodziewać na blogu. O samej firmie słyszałam, ale do tej pory nie miałam okazji używać tych produktów. 



W akcji organizowanej przez firmę wzięło udział sporo znajomych mi osób/ blogów. Stąd też dzisiaj starałam się nie wchodzić tam, gdzie istniało prawdopodobieństwo zobaczenia zawartości. Ostatecznie jednak oczekując na przyjazd kuriera poległam i zajrzałam do Elfie's Planet. Przyznaję, że sama paczka zrobiła na mnie spore wrażenie ze względu na staranność i pomysłowość opakowania. Po otwarciu właściwego pudełka sięgnęłam do kopert i przeczytałam: " Mamy nadzieję, że kwiaty dobrze wkomponują się w przestrzeń Twojego domu..." Zaraz, zaraz! Jakie kwiaty? Myślałam, że urocze sukulenty na zdjęciach koleżanek to ich domowe zasoby. W życiu nie spodziewałabym się w paczce z kosmetykami żywych okazów. Nie ukrywam radości płynącej z tego faktu, bo jednak jestem fanką doniczkowych okazów. 

Swoją prezentację zacznę od produktu do mycia twarzy. Bardzo odpowiada mi taka forma i nie ukrywam, że mocno liczę na Oczyszczającą piankę do mycia twarzy z Neem.Jak wspomina producent produkt ten nie zawiera mydła. Dzięki wykorzystaniu kurkumy idealnie nadaje się do pielęgnacji cer problematycznych.



Zdecydowanym plusem jest możliwość przetestowania dwóch kolejnych produktów z serii Himalaya Neem. Jak możecie zauważyć na zdjęciu trafił do mnie zarówno Peeling oczyszczający z Neem  jak i maseczka o takim samym działaniu. W pierwszym kosmetyku jako drobiny ścierające wykorzystano granulki z pestek moreli, w maseczce natomiast składnikiem aktywnym jest glinka Multani Mitti. O niej słyszę po raz pierwszy, stąd też jestem bardzo ciekawa działania. 



Małym zaskoczeniem było dla mnie znalezienie w paczce pasty do zębów Himalaya Sparkly White. Nie raz i nie dwa używałam past ziołowych, ale zapach tej jest jednym z najintensywniejszych jakie miałam okazję wąchać. 



O ostatnim kosmetyku  miałam okazję najwięcej przeczytać. Przyznaję, że mocno zastanawia mnie ten produkt, bo opinie na jego temat dostępne w sieci są skrajnie różne. Tym bardziej cieszy mnie, że sama będę mogła wyrobić sobie zdanie na temat tego kremu - Intensywnie nawilżający krem do ciała i twarzy.



Ciekawa jestem czy znacie te kosmetyki i jakie jest Wasze zdanie na ich temat. 
Sama zabieram się do testów z nadzieją, że spodobają się one mojej wybrednej nieco skórze. 
Czytaj dalej »

czwartek, 8 czerwca 2017

Szybkie danie z woka : ryż z groszkiem i prażonym słonecznikiem

Ponad dwa lata temu podczas pobytu w Anglii kupiliśmy swojego pierwszego woka. Nie przesadzam pisząc tu, że to była miłość od pierwszego wrażenia. W chwili obecnej jest to nadal najczęściej i najchętniej używane przeze mnie naczynie w kuchni. Pozwala na szybkie przygotowanie potraw, a jednocześnie po gotowaniu nie pozostaje zbyt wiele do mycia. 




Nasz obecny wok pochodzi z Biedronki w której to kosztował zawrotne 39,99zł i po blisko sześciu miesiącach namiętnego używania nadal jest w nienaruszonym stanie, chociaż przyznaję, że czasami zapomnę i zamiast drewnianą szpatułką lub łyżką potraktuję go widelcem. Jednym słowem łatwo ze mną nie ma. Nie jest mu chyba jednak tak źle, bo odpłaca się pysznymi daniami, których przygotowanie szczęśliwie nie zajmuje całego dnia, ani nawet pół. No dobra, zwykle mieszczę się w 30 minutach gotowania. Postanowiłam w końcu podzielić się z Wami jednym ze swoich sprawdzonych przepisów.



RYŻ Z ZIELONYM GROSZKIEM I PRAŻONYM SŁONECZNIKIEM



Do przygotowania w/w dania potrzebujecie ( ilość jaką podaję wystarcza w naszym przypadku na solidne nakarmienie 4 dorosłych osób) :

- 1 puszki groszku konserwowego, 
- 100g ziaren słonecznika ,
- opakowania ryżu ( 4x100g)
- 500g przecieru pomidorowego ( u mnie ten z Biedronki - Sotille Gusto)
- odrobiny oleju,
- 1l bulionu 
- przyprawy do smaku,


Zacznę od tego, że nie zawsze mam czas i chęć bawić się w przygotowanie bulionu warzywnego, więc z reguły posiłkuje się kostkami rosołowymi. Szybko gotuję bulion z ich pomocą. W tym samym czasie wlewam do woka odrobinę oleju, rozgrzewam go. Na rozgrzany olej wsypuję słonecznik i prażę. Im mocniej przyprażony tym bardziej gorzki, więc trzeba uważać żeby nie przedobrzyć. Na słonecznik wsypuję suchy ryż,  a następnie  całość zalewam bulionem. Gotuję około 15 minut mieszając od czasu do czasu. W momencie gdy ryż jest już praktycznie zupełnie ugotowany dodaję odsączony groszek i przecier pomidorowy. Całość mieszam, solę i pieprzę do smaku. podgrzewam przez kilka minut. 


Niech Was nie przeraża, że bulion nie odparwał całkowicie. Wystarczy odstawić danie na chwilę a ryż "wpije" resztę wody. Zwracam uwagę na to by faktycznie słonecznik uprażyć, bo dzięki temu staje się chrupki co jest przyjemną odmianą w połączeniu z dość miękką resztą składników.  Dla mnie to idealny przepis na te dni, gdy nie mam sensownego pomysłu na obiad ;) 


Jestem ciekawa czy gotujecie w woku , a jeśli tak to może podzielicie się ze mną przepisem?
Smacznego!


Czytaj dalej »

wtorek, 6 czerwca 2017

ToSave - przesyłka ze sklepu. Na co się zdecydowałam?

Już od jakiegoś czasu na blogach można trafić  na posty dotyczące współpracy z zagranicznymi sklepami, zwłaszcza oferującymi rzeczy z Chin. Przyznaję, że gdy otrzymałam na swojego e-maila propozycję od jednego z  nich, chwilę się zastanawiałam. Nie dlatego, że nie byłam ciekawa lub nie odpowiada mi taka forma albo asortyment, ale trochę przez to, że mnie samą mocno rażą wszechobecne prośby o kliknięcia. Stąd też już na wstępie tego posta piszę, że linki i owszem gdzieś się tu wplotą, ale wyłącznie po to , by autentycznie zainteresowana rzeczami osoba, mogła sobie wejść i poczytać co na temat tych rzeczy ma do powiedzenia sprzedawca tosave.com . Na potrzeby tego wpisu stworzyłam skalę ocen- przypominającą tą w szkole.




Prześledziłam wstępnie, co wybierały inne osoby przy zamówieniach z tego sklepu, by móc w jak najszerszym stopniu przedstawić Wam  jego asortyment. Celowo nie stawiałam na  standardowe ubrania, bo to chyba jedna z najtrudniejszych rzeczy do kupienia online, zwłaszcza gdy nie jesteśmy pewni rozmiaru, a  jakość materiału budzi nasze obawy  ( muszę tu jednak wspomnieć, że sama mam kilka ubrań stamtąd , z których jestem zadowolona i naprawdę nie mam się do czego przyczepić). Naprawdę długo przeglądałam stronę zanim dokonałam wyboru.




Z czystego egoizmu wybrałam jako pierwszy czarny zegarek - bransoletkę.Wciąż trudno mi się zdecydować czy traktować go bardziej jako zegarek czy ozdobę, bo uroku nie można mu odmówić. Jako, że mam bardzo szczupłą dłoń spokojnie dałam radę dwukrotnie ją nim owinąć, a z reguły mam z  tym problem. Lubię dopasowaną biżuterię i niespecjalnie podoba mi się gdy coś "lata" na ręce. W tym przypadku jest idealnie- dla mnie. Biorąc jednak na przykład moją mamę, byłaby pewnie trochę zawiedziona, bo zapięcie nie jest regulowane i niestety u niej pasek okazałby się zbyt krótki ( co prawda można go zapiąć w dwóch miejscach, ale nie wpływa to znacząco na długość). Wykonany z materiału przypominającego rzemyki,  miły w kontakcie ze skórą, a jednocześnie z małą skłonnością do zbierania paprochów. Koraliki trzymają się jak do tej pory solidnie, a jest w moim posiadaniu już blisko miesiąc.  Dostępne są cztery wersje kolorystyczne, lecz mnie uwiodła uniwersalna czerń.





Moda na bralety spowodowała, że i ja ostatecznie zapragnęłam wejść w posiadanie koronkowego stanika. Moje naturalne predyspozycje pozwalają mi na to, a mały biust nie odczuwa znaczącej różnicy pomiędzy  usztywnianymi miseczkami, a tymi nieusztywnianymi. Nie powiem, bardzo podoba mi się takie rozwiązanie i myślę tu o tej części życia prywatnego, którą się z Wami nie podzielę. Jak wiadomo koronka potrafi działać na wyobraźnie. Zdarzyło mi się również korzystać z niego na co dzień, zwłaszcza wtedy gdy mój tatuaż był na etapie gojenia i nie chciałam go maltretować mocnym uciskaniem. Model który do mnie dotarł jest naprawdę miękki i to chyba zaskoczyło mnie najbardziej, bo jednak w głębi duszy obawiałam się trochę, że zamiast cieszyć oczy i ciało, będzie działał drażniąco, Normalnie noszę xs/s , taki też rozmiar otrzymałam i odpowiada  on tradycyjnej rozmiarówce. Spodobał mi się na tyle, że czekam na dwa kolejne, które tym razem przylecą do mnie z UK. Jedyny minus, za to, że ozdobne szeleczki na bokach są trochę za luźno przyszyte ( miejsce z przodu, te małe fragmenty które nie są regulowane).Na stronie sklepu mój model dostępny jest w rozmiarach od S -XL oraz w trzech wersjach kolorystycznych.

Brallets - 5/6





Wprawnie pozwolę sobie teraz przejść do... wystroju wnętrz. Detal robi robotę więc postanowiłam sprawdzić czy ten tworzony tam daleko też będzie mnie w stanie zadowolić. Spośród całej masy motywów udało mi się wybrać jeden najbardziej mnie interesujący. Takim sposobem do mojego domu trafiła poszewka z groźnie wyglądającymi drzewami. I kolejny raz spodziewałam się tandety, a przyszła całkiem fajna rzecz. Nie jest to śliski i sztuczny materiał , którego byłam pewna. Zresztą chyba każdemu przyszłyby na myśl podobne skojarzenia.Otrzymałam dobrze uszytą ( równo , z dbałością o szczegóły)  lnianą poszewkę o grubym splocie. Nadruk wytrzymał pranie bez szwanku, prasowanie zresztą szło nam równie dobrze. Naprawdę wiele w ostatnim czasie poszewek miałam okazję macać i oglądać i ta na ich tle prezentuje się bardzo dobrze. A ponieważ mam jeszcze dwie "wolne" poduszki spodziewajcie się, że i na nich z czasem pojawi się coś nowego.  





Najsłabiej , co nie oznacza że źle, wypada w tym zestawieniu bukiet piwonii, który o ironio był najdroższy. Same kwiaty są okazałe i dość dobrze odwzorowują naturalne, ale trochę zajęło mi nadanie im wymaganego kształtu po podróży. Co ciekawe dołączono do nich także listki na łodyżkach, dzięki czemu bukiet wydaje się okazalszy. Chyba nic więcej już dodać nie mogę w temacie. 


Ciekawa jestem czy któraś z rzeczy Was zainteresowała. Zamawiacie takie drobiazgi ?


p.s. po kliknięciu na zdjęcie, możecie je powiększyć :) 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia