Kochany święty Mikołaju, znowu do Ciebie piszę...

Kochany święty Mikołaju, znowu do Ciebie piszę...

Święta coraz bliżej, pewnie nie czułabym tak mocno tego klimatu, gdyby nie fakt, że pracując w galerii mam już dookoła siebie same świąteczne wystawy. Dlatego korzystając z wolnej chwili postanowiłam przygotować kolejny raz list w ramach akcji #blogmas2017 stworzonej przez Milenę z bloga Make life perfect 

Mam nadzieję, że po kliknięciu w list powiększy się on do rozmiarów umożliwiających wygodne czytanie. Ponieważ jednak biorę udział w kilku wymiankach świątecznych (z czego ogromnie się cieszę) musiałam też stworzyć listę pomocniczą dla moich par. Jak na dłoni widać, że bez kotów, haftów z ludowym motywem czy świec i wosków nie mogę się obejść.  Nie pogardzę też śmiesznymi kubkami czy dobrą herbatą. Jeśli chodzi o kosmetyki postanowiłam umieścić na swojej inspiracyjnej tablicy konkrety. 



Ciekawa jestem o co Wy w tym roku prosicie Mikołaja?!
Volare, zapach który dodaje skrzydeł.

Volare, zapach który dodaje skrzydeł.

Niektórych zapachów zwyczajnie nie potrafię sobie odmówić z wielu względów. Początkowo Volare trafiło do mnie w formie próbek i uwiodło zapachem na który składają się liście fiołka, peonia, płatki róż i pralinki. Takie zestawienie tworzy mocno romantyczną, delikatnie pudrową mieszankę. Dopiero później, już w katalogu zobaczyłam flakon w którym firma zdecydowała się zamknąć ten zmysłowy aromat. I wtedy przepadłam, zupełnie!


Wersja podstawowa zapachu, czyli ta którą posiadam zyskała flakon imitujący szklaną różę. Delikatny brzoskwiniowy kolor wody perfumowanej  przyjemnie komponuje się ze złotym zamknięciem- krótką łodyżką z liśćmi. Wbrew moim obawom da się go stabilnie ostawić na półce, chociaż najefektowniej wygląda ułożony na boku, bo wtedy cieszy całą swoją okazałością. Oriflame zdecydowało się wypuścić na rynek kilka innych wariacji znanych jako Volare Forever (srebrna róża) czy Volare Gold ( jak sama nazwa wskazuje wersja w złotym wydaniu). Co istotne w każdym z zapachów przewija się róża. W wersji tradycyjnej w asyście innych kwiatów, w Forever otulona migdałami, a w Gold w zestawieniu ze słonym karmelem . Tej ostatniej wersji nie ukrywam, jestem mocno ciekawa. Chociaż znowu nowy katalog kusi niższą ceną Forever  w zestawie z  deo. 



Kwiatowo - owocowe zapachy generalnie kojarzą mi się z cieplejszymi miesiącami, ale przyznaję, że ten wyjątkowo upodobałam sobie na chłodniejsze dni, ze względu na bijące od niego przyjemne ciepło. Co do trwałości tak jak zawsze i tym razem podkreślę fakt, że jest to mocno indywidualna kwestia, ale w moim przypadku wypada odrobinę gorzej niż opisywane tu kiedyś Possess. Natomiast faktem jest, że Volare pochodzi też z nieco niższej półki cenowej i można je upolować już od niecałych 30zł za 50 ml buteleczkę.


Ciekawa jestem ile z Was zna ten zapach i przy okazji podpytam jaki zapach od Oriflame interesowałby Was jako nagroda w konkursie?
Pink - boxing III , czyli  jesienna edycja blogerskiej wymianki.

Pink - boxing III , czyli jesienna edycja blogerskiej wymianki.

Dopiero chwaliłam Wam się na fb efektem wymiany z II edycji wymiany Pink Boxing zorganizowanej przez I love dots, a już trwa kolejna. Zapisy ruszyły z pierwszym dniem miesiąca dlatego zupełnie nie spodziewałam się, że tak szybko zostanę obdarowana. W życiu mojej wymiankowej pary, czyli Perfect Foundation, ostatnio dużo się dzieje stąd też jej "pośpiech" z przygotowaniem paczki dla mnie. Muszę Wam powiedzieć, że poczułam się mocno dopieszczona, bo jak zresztą zaraz zobaczycie, Ania skupiła się na moich zachciankach wymienionych w ankiecie. Dodatkowo widać, że poświęciła chwilę swojego czasu i zajrzała na bloga tudzież inne moje SM i na ich podstawie wybrała te rzeczy, które mogłyby mnie ucieszyć. Gotowi na prezentację zawartości?!


Byłam w sporym szoku, gdy listonosz dostarczył mi dzisiaj sporych rozmiarów pudełko. Początkowo nie skojarzyłam zupełnie, że może to być ta konkretna przesyłka, ale gdy dobrałam się do zawartości wiedziałam już, że nie ma w niej przypadku. W moje ręce trafiło dużo, dużo więcej dobroci niż śmiałabym oczekiwać, dlatego pozwoliłam sobie na dokładniejszą prezentację.Kto mnie zna, ten wie, że jestem szczerze zakochana w produktach firmy Organic Shop.Ich peelingi to stały element mojej pielęgnacji i powtarzam to z uporem maniaka przy każdej możliwej okazji. Ania nie tylko podarowała mi iście jesienno-zimową wersję scrubu do ciała, ale postawiła też w ramach uzupełnienia pielęgnacji na czekoladowy mus do ciała. Czego chcieć więcej, no czego? 


Żele pod prysznic zużywam w hurtowych ilościach. Ten z Balea na pewno przywoła wspomnienie lata w te coraz chłodniejsze dni. Ania podeszła do sprawy kompleksowo dodając mi do paczki również produkt do pielęgnacji włosów. Moje kochają odżywki, a ja lubię  fundować im w każdej wolnej chwili takie małe, włosowe spa. Krem do twarzy jest jedyną rzeczą, której nie jestem pewna czy zużyje ją osobiście. Wszystko to z prostej przyczyny- obecnie służy mi pielęgnacja od YR i trochę wstrzymuję się przed zbędnymi eksperymentami. Chociaż znając mnie ten stan nie będzie trwać wiecznie... Cieszy mnie natomiast maska do twarzy, bo kosmetyki z wit.C nie są mi obce, a już zwłaszcza  cenię sobie te o działaniu rozjaśniającym czy wyrównującym koloryt.
.


Teraz już mniej widać to na blogu, ale nadal mam zajawkę na makijaż. W ankiecie przesyłanej Ani wspomniałam o tym, że zawsze są u mnie w cenie ciemne pomadki. Wzięła to sobie do serca i takim sposobem trafiła do mnie kolejna "Kate". Uzupełnieniem okazała się paletka utrzymana w brązowej kolorystyce, a to właśnie takie odcienie noszę najchętniej na oku. Ci którzy mnie znają wiedzą, że koty, herbata i książki to stały element mojego życia.Taką chwilę dla siebie często urozmaicam unoszącym się zapachem. Spójrzcie na zdjęcie poniżej: są koty w formie kolczyków, jest herbata i nawet zapalić będzie co.



Zawsze przy okazji wymiankowych paczek i wszelkich innych blogowych zabaw wymieniam, że chciałabym otrzymać maseczki w saszetkach. To moje małe kosmetyczne skrzywienie, które niestety często jest ignorowane, a ja naprawdę bardzo lubię i chcę je otrzymać. Teraz mam do wyboru, do koloru. Cała paleta właściwości i formuł. Tak bardzo 💛. Całości dopełniła cała masa próbek, które widać zresztą na zdjęciu zbiorowym. Teraz chyba rozumiecie moją ekscytację dzisiejszą przesyłką ?! 


Perfect Foundation wysoko podniosła poprzeczkę i boję się, że moja paczka może nie sprostać jej wyobrażeniom. Mam jednak cichą nadzieję, że chociaż odrobinę trafię w jej gusta, bo mnie przyniosła naprawdę wiele radości. Dziękuję! Jednocześnie każdemu życzę takiej frajdy z otwierania tych spodziewanych i niespodziewanych przesyłek.
Twoja skóra się starzeje? Zapobiegaj temu  procesowi z linią Elixir Jeunesse od Yves Rocher.

Twoja skóra się starzeje? Zapobiegaj temu procesowi z linią Elixir Jeunesse od Yves Rocher.

Starzeć, to się trzeba z klasą -tak mówią. Nie oszukujmy się, każdy z nas kiedyś spojrzy w lustro i zobaczy w jego odbiciu pierwszą zmarszczkę i pierwszy siwy włos. I niby nie ma dramatu, ale staramy się jednak przeciągać ten moment najdłużej jak się da. A z pomocą w tych działaniach przychodzą nam marki kosmetyczne. Stosunkowo niedawno światło dzienne ujrzała linia kosmetyków Elixir Jeunesse Yves Rocher. Stylistyka opakowań jest już dobrze znana klientom firmy, ale tym razem do akcji wkracza nowy składnik aktywny.



GENIUSZ ŻYCIA... APHLOIA

Roślina ta zwróciła uwagę naukowców za sprawą swojej nietypowej zdolności. Gdy jest narażona na działanie niekorzystnych czynników zewnętrznych zaczyna wytwarzać zwiększoną ilość cząsteczki z rodziny polifenoli. Ta natomiast podwyższa  odporność na niekorzystne działanie i wspomaga proces regeneracji. Roślina może dzięki temu rozpocząć proces całkowitej wymiany kory. Udało się przenieść tą zdolność na inny grunt, dzięki czemu właściwościami aphloi możemy się cieszyć również w kosmetykach.Badania pokazują, że wyciąg z tej rośliny  jest metabolizowany przez komórki skóry.


LINIA ELIXIR JEUNESSE

Yves Rocher postanowiło stworzyć nową linię kosmetyków wzbogaconą o wspomniany już składnik. Tworzy ją sześć kosmetyków, z czego o czterech będę mogła opowiedzieć Wam coś więcej, ponieważ od miesiąca są one w moim posiadaniu.
  • Esencja Podwójny Efekt Elixir Jeunesse
  • Krem Restrukturyzujący na dzień
  • Detoksykujący żel micelarny
  • Rewitalizujący Roll-on pod oczy niwelujący oznaki zmęczenia
  • Krem- maska na noc niwelujący oznaki zmęczenia
  • Błyskawiczna maska detoksykująca




Detoksykujący żel micelarny to mój zdecydowany faworyt z tego zestawienia. Z taką formą kosmetyku zetknęłam się już wcześniej i  odpowiada mi zdecydowanie bardziej niż tradycyjne płyny. Nie jest tak, że żel nie spływa z płatka, bo jednak wciąż jest to ciecz, natomiast mam wrażenie, że dotarcie do trudno dostępnych miejsc jest zwyczajnie łatwiejsze. Dobrze radzi sobie również z kosmetykami kolorowymi, natomiast ja traktuję go jako element kończący mój demakijaż. Najpierw oczyszczam twarz olejkiem, myję pianką, a następnie stosuję żel.Dzięki temu czuję że moja skóra jest naprawdę gotowa na przyjęcie kolejnej dawki kosmetyków pielęgnacyjnych. Sam żel pozostawia na skórze uczucie nawilżenia i ukojenia. Forma wpływa na zwiększenie wydajności kosmetyku.Co ciekawe opakowanie w którym zamknięto żel wykonane jest w 25% z plastiku z recyklingu.

Na drugim miejscu na dobrą sprawę uplasowały się oba kremy do twarzy. Nie potrafię wyróżnić żadnego z nich, chociaż delikatnie skłaniam się ku temu na noc z prostej przyczyny : ze względu na możliwość wykorzystania go jako 2w1. Krem - maska na noc ma za zadanie zniwelować oznaki zmęczenia. Staram się nie dopuszczać do takich sytuacji, ale czasami każdy z nas ma za sobą gorszą noc... Zaskoczeniem była dla mnie naprawdę lekka (jak na krem przeznaczony na noc) konsystencja. Aplikacja i wklepywanie okazały się dla mnie naprawdę czystą przyjemnością i traktuję je w kategoriach zabiegu relaksacyjnego. Do całkowitego wchłonięcia potrzebuję czasu, ale efekt jaki pozostawia na skórze wart jest odczekania chwili przed pójściem spać. Podobnie jest w przypadku kremu na dzień. On również odznacza się lekką konsystencją, ale tym razem proces wchłaniania przebiega zdecydowanie szybciej. Bardzo przypomina mi pod tym względem inny krem z tej firmy, a dokładniej Intensywnie nawilżający krem- żel. Sprawdza się jako podbudowa makijażu, dobrze współgra z kosmetykami kolorowymi.  Oba posiadają przyjemny, szczęśliwie nienachalny zapach. Każdy zamknięty jest w solidnych, szklanych słoiczkach, a te po zużyciu produktu nadają się do przetworzenia czym firma kolejny raz podkreśla swoją dbałość o środowisko naturalne.

Na ostatnim miejscu w moim zestawieniu plasuje się produkt pod oczy, chociaż wcale nie oznacza to, że jest gorszy od poprzedników.Tutaj prócz samego działania właściwego dochodzi dodatkowy element, a mianowicie specyficzny aplikator, na który składają się trzy masujące metalowe kulki. Podbijają one efekt końcowy. Relaksują i ułatwiają wchłanianie kosmetyku. Sam krem nałożony na skórę  mrowi i chłodzi, jednocześnie delikatnie ją napina.Potrzebowałam kilku dni by móc oswoić się z jego działaniem, bo do tej pory stosowałam kremy po których aplikacji nie odczuwałam żadnych dodatkowych  doznań. 


ZMIANY, ZMIANY, ZMIANY...

Miesiąc z linią Elixir Jeunesse nie sprawił, że nagle odmłodniałam o kilka lat. Mam jednak świadomość, że jakość mojej skóry uległa poprawie. Na pewno wzrósł poziom nawilżenia i moim skromnym zdaniem trochę mniej widoczne stały się  stare przebarwienia. Oczywiście moją twarz nadal zdobi kilka nieprzyjemnych niespodzianek, ale w tym wypadku stawiam jednak na tło hormonalne. Wydajność każdego z kosmetyków pozwoli mi na kontynuowanie testów przez co najmniej miesiąc i wtedy mam nadzieję będę mogła powiedzieć Wam jeszcze więcej na ten temat.

Znacie? Który z kosmetyków zainteresował Was najbardziej?
Blog Matters, czyli nadmorski wysyp blogerek. Relacja.

Blog Matters, czyli nadmorski wysyp blogerek. Relacja.

~~OSTRZEŻENIE~~ 
Przed Wami post tasiemiec, ale musiałam jakoś zebrać tu dwa mega intensywne dni! Przyjemniej lektury.

Tegoroczny urlop kolejny raz spędziliśmy nad polskim morzem. Jedyne czego byłam pewna, to tego, że musi to być wyjazd po sezonie. I gdy już wszystko było dopięte na ostatni guzik, a ja namiętnie odliczałam dni, trafiłam na facebooku na informację o spotkaniu Blog Matters. Niestety zapisy  na nie odbywały się wcześniej, a ja wówczas jeszcze nieświadoma, przeoczyłam je. Zostawiłam jednak pod jednym ze zdjęć na profilu spotkania komentarz z ubolewaniem, że o całej sprawie dowiedziałam się już poniekąd "po" fakcie. Organizatorki zaskoczyły mnie jednak wiadomością prywatną w której napisały, że spokojnie znajdą dla mnie jeszcze miejsce siedzące.Nie było się nad czym zastanawiać. I tak dzięki uprzejmości Mileny i Moniki miałam możliwość 16-17 września spędzić w gronie koleżanek blogerek podczas wspólnego zdobywania wiedzy. A gdzie? W Mielnie, a dokładniej w Hotelu Unitral, który udostępnił nam przyjemną miejscówkę na spotkanie.



Nie ukrywam, że moje zakręcenie dało o sobie znać. Zapomniałam z domu przyszykowanych na specjalnie na potrzeby spotkania kreacji stąd też mój look wyglądał dosyć ubogo i bliżej mi było do wyjścia na ryby niż do imprezy w gronie pięknych pań. Wybaczcie! 😁 Trochę się bałam, bo  jednak na drugim końcu Polski raczej ciężko o  znajome twarze. Szczęśliwie jednak kilka piszących kobiet poznałam wcześniej online, co trochę ułatwiło mi kontakty. Jednak nie ta tyle, bym mogła powiedzieć o sobie, że miałam okazję poznać się ze wszystkimi. Wiecie, ja to jednak taka cicha myszka jestem... Na samym wstępie otrzymałyśmy identyfikatory i tak przystrojone udałyśmy się do właściwej sali wyposażone w łakocie, kawę i herbatę, co by mieć siłę na dalszy etap. 
To jest ten moment w którym muszę wesprzeć się zapiskami sporządzonymi podczas eventu w kreatywnym notatniku - jednym z prezentów przywiezionych ze Blog Matters.Sorry memory.

Jako pierwsza pojawiła się przed nami Agata Ciesielska, którą  znajdziecie na facebooku, instagramie i stronie jej studia. Z jej pomocą zgłębiłyśmy tajniki prawidłowego tworzenia zdjęć produktowych na bloga. Sporo miejsca poświęciła kompozycji i przedstawianiu produktu w aranżacji. Podpowiedziała jak stworzyć swój własny niskobudżetowy pomocniczy zestaw fotograficzny. Z Agatą rozpoczynałyśmy ten dzień i kończyłyśmy- wspólnymi warsztatami z "flat lay".



Kolejną prelegentką tego dnia była Ewa Popielarz - facebook, strona osobista.  Kobieta żywioł! Od razu jak tylko weszła na środek i zaczęła swoją opowieść o tym jak pisać, żeby ludzie chcieli za to płacić, przepadłam. Ewa opowiadała o tym CO pisać, GDZIE szukać zleceń , JAK podejść do współpracy i ILE liczyć za swoją pracę, tak by mieć z tego satysfakcję. Wielki plus za to, że prezentacja i przemowa nie były sztucznymi frazesami. "Dupochron" zapadł chyba w pamięci każdej z nas, tak samo jak wspomniane "Pisz bez obaw, redaguj bez litości". Po tej mega motywującej pogadance miałam ochotę siąść i pisać, pisać, pisać...



Na opowieść o "Happy marketingu" zaprosiła nas Agata Ossowska, dziennikarka pisząca dla Happy Koszalin. Jej prezentacja krążyła wokół tematu  storytellingu. Było trochę o tym jak opowiadać by nas słuchano. Dowiedziałam się także, że każdy autor ( również my blogerki) posiada swoje charakterystyczne cechy, które można dopasować do uniwersalnego wzorca bohaterów. Niestety mimo kilku prób nie potrafiłam samodzielnie ustalić do której postaci mi bliżej.Agata udowodniła, że zwykle fabuła opiera się na klasycznej konstrukcji i w każdej nowej historii wykorzystywane są te same wzorce ( chociaż czasami z pominięciem niektórych punktów). Sama chociaż bardzo dużo czytam nigdy nie doszłam do podobnych wniosków i dopiero po tym spotkaniu zaczęłam się bardziej interesować tą kwestią, w kategorii ciekawostek.


Na koniec czas wypełniła nam Anita Bednarczyk ze swoją opowieścią o Infografice, o której więcej znajdzie na jej stronie. Przyznaję, że zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, bo to strefa o której wiedziałam wcześniej tyle co nic. Oczywiście czasami znajdowałam w sieci podobne twory nie mając nawet pojęcia, że to akurat TO. Anita przekazała  cenne informacje, chociaż nie bardzo wiem jak mogłabym wykorzystać taką formę akurat w przypadku bloga. Może kiedyś...


Już po pierwszym dniu byłam naładowana pozytywną energią. Dobrze, że w Mielnie byłam z mężem i miałam komu wieczorem opowiadać o tym czego się dowiedziałam. Pogoda  jak na połowę września nam dopisała i chyba większość  z dziewczyn popołudnie i wieczór spędziła na plaży (takie wnioski nasunęły mi się po  późniejszym przejrzeniu insta).Ja oczywiście kolejny raz zrobiłam milion pięćset sto dziewięćset zdjęć zachodzącego słońca. Wiecie, taki zapas na resztę roku...Niedzielny poranek był dla mnie już nieco bardziej nerwowy. Ze względu na pracę męża musieliśmy się nastawić na szybszy niż planowaliśmy wyjazd. Przez to też nie mogłam zostać na ostatnim niedzielnym wykładzie p.Sławka Ludwikowskiego, czego żałuję. Ale zanim do tego...

Niedziele rozpoczęłyśmy od wspólnego śniadania, chciałabym napisać, ale akurat mnie na nim zabrakło, bo byłam w trakcie pakowania.Nie mniej jednak punktualnie o godz. 9:00  stawiłam się na pierwszym tego dnia wykładzie prowadzonym przez Olę Gościniak. Kim jest i czym się zajmuję chyba nie muszę Wam mówić? Gdyby ktoś jednak jeszcze nie wiedział to zapraszam na stronę oraz do grupy interaktywnych kobiet. Ola przedstawiła nam możliwości sprzedaży własnych produktów. Wspomniała też o przygotowaniu ciekawych treści i zamknięciu ich w formie kursów czy e-booków. Poznałyśmy koszty wykonania począwszy od korekty, aż do promocji.Było i o SEO i afiliacji. To dzięki Oli dowiedziałam się, że google "karze" za usuwanie wpisów, obniżając pozycję w wynikach wyszukiwania. To by wyjaśniało dlaczego po przeprowadzonych przeze mnie "porządkach" tak spadły mi zasięgi 😃


Nadeszła pora na prelekcję Krzysi Bezubik, autorki kursów i warsztatów kreatywnego pisania, którą znajdziecie na stronie Piszę Bo Chcę.  Krzysia vel. Krysia opowiedziała nam o tym jakie są zasady współpracy z wydawnictwami oraz jak według niej najlepiej wydać własną książkę. Sporo czasu poświęciła na omawianie plusów i minusów korzystania z opcji self- employed. Na pewno zyskały na tej wiedzy osoby posiadające już gotowy tekst, który czeka gdzieś nadal na dnie szuflady na to by wyjść na światło dzienne.


Ania Teodorczyk  wprowadziła nas do  swojego świata grafiki, dla chcących wiedzieć więcej- linki: facebook, strona Ani. Razem z nią odkryłyśmy na co zwraca uwagę odbiorca, jakie elementy grafiki są istotne, a których nasz wzrok zupełnie  nie wyłapuje. Najchętniej dziewczyny podpytywały Anię o dobór i ilość fontów w projekcie. Dowiedziałyśmy się również co nieco o współpracy grafika z klientem i o projektach pod zamówienie.


Swoją energią i zapałem podzieliła się z nami także Magdalena Bek, kobieta zafascynowana światem mediów społecznościowych , o którym pisze również na swoim blogu. To jedna z tych prelekcji na jakie czekałam z zapartym tchem. Byłam ciekawa wskazówek Magdy i nie zawiodłam się. Podpowiedziała ona z jakich aplikacji i narzędzi korzystać, by móc szybko i sprawie śledzić SM.  Warto ustalić cel jaki chcemy osiągnąć i mierzyć w odpowiedniego odbiorcę.



Dobrnęliście do tego momentu? To fajnie, chociaż to jeszcze nie koniec...

Organizacja tak dużego spotkania wymagała sporo pracy. Nie obeszłoby się również bez sponsorów i patronów medialnych. Dzięki temu miałyśmy się gdzie spotkać, co jeść jak również otrzymać upominki. Wielkie brawa należą się też prelegentom którzy nieodpłatnie zechcieli przyjechać do nas i podzielić się swoją wiedzą. Smutne jest tylko to, że niestety sporo osób nie poinformowało wcześniej organizatorek o tym, że nie dadzą rady pojawić się na spotkaniu. Dziewczyny włożyły w przygotowanie wszystkiego  masę serca, poświęciły swój wolny czas i chociażby krótkie słowa wyjaśnienia zwyczajnie  (w moim odczuciu) im się należały. 

Sponsor główny: MPS
Zdjęcia:  Aleksandra Piec






Dziękuję raz jeszcze za możliwość uczestnictwa, za sporą dawkę wiedzy i przyjemnie spędzony weekend. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie okazja...



Czym pachniała Kleopatra?! Possess by Oriflame

Czym pachniała Kleopatra?! Possess by Oriflame

Intrygujący flakonik i bogata mieszanka aromatów to element charakterystyczny zapachu  Possess, który trafił do mnie za sprawą Agnieszki Kowal z Oriflame. Nim jednak skupimy się na samym zapachu warto przypomnieć czym tak naprawdę są perfumy. W większości krajów przyjęto nazwę wywodzącą się od francuskiego zwrotu "par fumee", co w dosłownym tłumaczeniu oznacza "przez dym". W języku łacińskim jak i włoskim już dawno funkcjonowało słowo o podobnym brzmieniu "perfumare" - przedymiać.W takiej formie rozgościło się więc szybciej i sprawniej od francuskiego le parfum. Nazwa z wykorzystaniem cząstki par-, funkcjonuje natomiast nadal m.in w Niemczech. To czy mieszanka mocno skoncentrowanych substancji zapachowych ( i innych półproduktów) zostanie zakwalifikowana jako perfumy, a nie np. woda toaletowa, uzależnione jest od  wykorzystanej przy produkcji ilości rozpuszczalnika w stosunku do  procentowej zawartości tych pierwszych.




Mówi się, że perfumy są jak muzyka. Faktycznie powiązań między jednym a drugim jest sporo. W obu przypadkach proces powstawania jest twórczy i pracochłonny, a na udany efekt końcowy składają się umiejętnie dobrane... nuty. 

  • głowy - najbardziej lotna, ale zdecydowanie najmocniej wyczuwalna po aplikacji
  • serca - rozwijająca się w kilkanaście minut po aplikacji  pod wpływem kontaktu ze skórą i powietrzem
  • bazy - kumuluje pozostałe składniki, utrzymuje się najdłużej 

Do sedna...



Szukając informacji o zapachu Possess, trafiłam w sieci na wpis wiążący go z Kleopatrą. Wszystko to za sprawą zapachu kwiatów ylang- ylang uznawanego za skuteczny afrodyzjak. Nie jestem w stanie sprawdzić wiarygodności tamtego wpisu, ale skoro królowa tak silnie działała na swoich poddanych to faktycznie musiał w tym tkwić jakiś sekret. Twórcy wody perfumowanej  Possess postanowili wykorzystać tak pożądany składnik. Co ciekawe został on zamknięty w nucie serca w asyście maliny i kwiatu pomarańczy. Udaną "grę wstępną" zapewniają : ananas, grapefruit i frezja. Bazą i  jednocześnie najbardziej wyczuwalnym aromatem jest połączenie wanilii, paczuli i drzewa sandałowego, przez co wiele użytkowniczek określa ten  zapach  jako  skonkretyzowany i ciężki. 

Przyznaję, że sama byłam w stanie rozpoznać wyłącznie ostatnie akordy zapachowe i stawiałam na to, że Possess plasuje się w kategorii kwiatowo- orientalnej. Okazało się jednak, że kwiaty owszem i tak, ale sam zapach należy do tych określanych jako kwiatowo - szyprowy. O ile w takim zestawieniu nie zdziwił mnie zupełnie grapefruit, o tyle ananas i maliny okazały się  niespodzianką. Prawdopodobnie to właśnie im zawdzięczamy delikatnie przebijającą się słodką nutę, bo  zdecydowanie nie jest to jedynie zasługa wanilii. Trwałość zapachów uzależniona jest w głównej mierze od pH skóry, ale ja szczęśliwie nie mogę w tej kwestii narzekać i dzięki uwagom często przypadkowych osób wiem, że Possess długo po aplikacji nadal jest wyczuwalny na moim ciele. Sporym zaskoczeniem był dla mnie flakonik bez  dodatkowego zamknięcia atomizera. Do tej pory nie posiadałam zapachu zamkniętego w tak zdobnej oprawie i szczerze przyznaję, że z rozmachu kilkukrotnie "zdjęłam" właściwy atomizer. Na szczęście po powrocie na miejsce docelowe nadal działa bez zarzutu, a musicie uwierzyć, że jest namiętnie wykorzystywany. Zdaję sobie sprawę, że sporo osób zakwalifikuje ten zapach jako perfumy idealne na obecną i nadchodzącą porę roku, czyli miesiące chłodne. Ja zaliczam się do grona tych osób, które nie stosują się do takiego kategoryzowania i będę używała go również przez resztę roku.  Biorąc pod uwagę zapachy stworzone  na potrzeby Oriflame, Possess zalicza się do grona tych droższych, ale jednocześnie o zwiększonej wydajności. 


Po jakie zapachy Wy sięgacie najchętniej ? Może macie swoich faworytów wśród tych proponowanych przez Oriflame?



"Dance, sing , love. Miłosny układ" do wygrania!

"Dance, sing , love. Miłosny układ" do wygrania!


Zapraszam Was serdecznie do udziału w konkursie, w którym do wygrania jest  bestseller z Wattpad'a. Książka, która uzyskała ponad 2.5 mln wyświetleń. Jej lektura sprawiła mi sporo przyjemności i tym bardziej cieszę się, że mogę jeden egzemplarz przeznaczyć dla Was.

DANCE, SING, LOVE. Miłosny układ - Moim okiem :) 



Regulamin:
Konkurs trwa od 23.09 - 30. 09. 2017r. Wysyłka nagrody na terenie kraju  na mój koszt.Wyniki zostaną ogłoszone do 5 dni od zakończenia konkursu.Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych ( Dz.U. z 2004 r. Nr 4 , poz. 27 z późniejszymi zmianami) . Szczegółowy regulamin dostępny tutaj.

PYTANIE KONKURSOWE: 
Jaka tegoroczna nowość książkowa zwróciła Twoją uwagę? Uzasadnij w kilku słowach. (Odpowiedzi jak zawsze zostawiacie pod postem konkursowym. Nie jest wymagane posiadanie konta blogger)

Będzie mi bardzo miło jeśli zajrzycie na profil książki na facebooku - "Dance, sing, love"  .


Wrześniowe spotkanie blogerek w Rzeszowie, czyli  dobry PRETEKST nie jest zły...

Wrześniowe spotkanie blogerek w Rzeszowie, czyli dobry PRETEKST nie jest zły...

Początek roku szkolnego dla nas był wyjątkowo radosnym okresem, bo już we wtorek  5 września spotkałyśmy się w pokaźnym gronie w jednym z rzeszowskich, klimatycznych miejsc- restauracji PRETEKST. Dawno już nie brałam udziału w typowym blogerskim spotkaniu, ale tym razem za uczestnictwem przemawiało dwa ważne argumenty: szczytny cel, bo spotkanie okraszone było licytacją na rzecz Tomka oraz możliwość sprawdzenia się przeze mnie w roli fotografa. Co innego robić ustawiane zdjęcia w domowych pieleszach, a co innego uchwycić masę pięknych kobiet w ruchu :) 


Organizatorki Gabrysia i Kasia zapewniły ciepłą atmosferę. Miałam okazję spotkać się ze znanymi mi już dziewczynami jak i poznać nowe twarze, chociaż przyznaję, że jak zawsze byłam mało rozmowna, a ze względu na wyznaczone zadanie również mocno skupiona na pracy. Bez wątpienia prawdziwą atrakcją z mojego punktu widzenia była prelekcja Agnieszki, którą znajdziecie w sieci jako  Ladetre fotograf produktowy. Podzieliła się ona z nami swoją wiedzą z zakresu fotografii. Opowiedziała o ciekawych patentach do wykorzystania w domu i podpowiedziała jak prowadzić swoje SM. Dla mnie jej wykład był mocno motywujący. Zmierzyłam się nawet z jej wskazówkami czego efekty mogliście obejrzeć kilka dni temu na fb Praktycznie Kosmetycznie


Następnie przeszłyśmy do licytacji fantów przeznaczonych przez sponsorów. Do kupienia były też ręcznie robione drobiazgi autorstwa mamy Tomka. Brelokowym aniołkom nie sposób było się oprzeć. Ostatecznie udało się uzbierać 769zł. 



Sponsorzy zadbali także o nas, uczestniczki spotkania. Do domu prócz miłych wspomnień przywiozłam przygotowane przez nich paczki. Spodziewajcie się więc za jakiś czas powiewu nowych recenzji, bo jestem właśnie w fazie namiętnego testowania.







Pozdrawiam ;)

"Dance,sing,love.Miłosny układ" - Layla Wheldon, czyli sukces z Wattpad'a...

"Dance,sing,love.Miłosny układ" - Layla Wheldon, czyli sukces z Wattpad'a...

Czy opowieść z Wattpad'a jest w stanie osiągnąć sukces? Wypadałoby zadać to pytanie dziewczynie kryjącej się za pseudonimem Layla Wheldon, której książka" Dance, sing, love. Miłosny układ" od lipca, czyli momentu premiery,  nie schodzi z języków. Co kryje w sobie ta historia ? Kolejna z wielu... tak mogłabym Wam tu napisać opierając się wyłącznie na opisie wydawcy umieszczonym na okładce. Taniec, śpiew i miłość to bardzo chętnie i często wykorzystywane motywy w erze w której dla większości społeczeństwa jedyną rozrywką jest przeskakiwanie pilotem z kanału na kanał. Przebrnęłam przez opis, wypadałoby się zabrać za czytanie, ale chęci ku temu jakoś specjalnie nie nadchodziły. Aż w końcu....



Zabrałam się za czytanie. Zaskakujące? Wcale nie. Wystarczyło pierwszych kilka stron, żebym zupełnie przepadła. Pochłonęłam kolejne w zaledwie kilka godzin i ani się obejrzałam, a byłam na samym końcu. Za szybko, bo zdecydowanie chciałabym jeszcze raz na nowo przeżywać troski i radości wraz z głównymi bohaterami. A tu autorka popłynęła serwując nam całą gamę osobowości. Jedni przypadli mi do gustu natychmiast, o innych zdanie zmieniłam w trakcie czytania, a jeszcze innych nie byłam w stanie obdarzyć sympatią - jak w życiu. Ta różnorodność wpłynęła jednak na samą historię wzbogacając ją o całe spektrum znanych nam z autopsji emocji. Nikt nie wciska nam tu na siłę banalnych sytuacji , a każde kolejne wydarzenia następują po sobie naturalnie. Właściwie tej historii nie było by bez Livii, zawodowej tancerki i aroganckiego topowego piosenkarza Jamesa. Płytko? Ech, poczekajcie na resztę. Livia wraz ze swoim zespołem zajmują się tworzeniem show podczas występów gwiazd. Tym razem towarzyszą w trasie koncertowej wspomnianego już Jamesa. Każda z nas zna takiego upierdliwego faceta, któremu wydaje się, że jest pępkiem świata. Gdyby tak do tego dołożyć duże pieniądze i rzeszę fanek, to  "sodówka" gotowa. I właśnie na takim etapie kariery na początku historii jest nasz główny bohater. Początkowo, a właściwie niemal do połowy historii nasza " jeszcze nie para" wyjątkowo się nie lubi.W sumie nie ma się co dziwić, że Livia nie jest zainteresowana mężczyzną dla którego w związkach istotne jest by trwały tylko przez jedną noc... A co jeśli ze strony Sheridana to tylko gra? Oboje bronią się przed uczuciem, które wkrada się w ich serca. Namiętność kwitnie, ale w związku chodzi o coś więcej niż bajeczny, dziki seks... Czy warto walczyć o związek i do jakich dramatycznych kroków pchną bohaterów koleje próby?


Naprawdę książka zakrawa o miano " jednej z wielu" jeśli bazuje się wyłącznie na opisach dostępnych w sieci. Dopiero samodzielna lektura pokazuje jakie bogactwo kryje się w jej wnętrzu. Pierwsze uczucie, trochę nieporadne, często przejaskrawione buzującymi hormonami i wlewanym w siebie alkoholem. Każdy moment podczas którego by być sobą przy drugiej osobie, trzeba się napić. Radość widziana przez pryzmat szumiących w głowie procentów, łzy smutku wylewane w nieodpowiednich ramionach. Można się pogubić. Jak w realnym życiu, nie każda decyzja jest tą odpowiednią. A  konsekwencje   nieprzemyślanych działań rzutują na przyszłość. To nie kolejna historia o cukierkowej miłości dwojga ludzi. To opis drogi jaką musieli przejść by być razem. Drogi z przeszkodami, które niejednokrotnie były wynikiem bezmyślnego działania ich samych.  Drogi, którą każdego dnia kroczy wiele innych, realnych par. Bo czasami trzeba stawić czoła poważnym problemom, a alkoholizm jest jednym z nich. Autorka w przystępny, ale też emocjonujący sposób przedstawiła taką walkę o to by MY nie rozpadło się na JA i TY, a także o to by pomiędzy nie pojawił się KTOŚ inny... 

Po tak burzliwym i głośnym debiucie liczę na to, że Sandra Sotomska, bo tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko  autorki,  jeszcze nie raz  uraczy nas równie barwną opowieścią o życiu. 

Czym kierować się przy wyborze  lakieru do włosów? Nietypowe zastosowania lakierów. Szeroka gama produktów Ronney.

Czym kierować się przy wyborze lakieru do włosów? Nietypowe zastosowania lakierów. Szeroka gama produktów Ronney.

Gumy, pianki, musy, żele i lakiery to zaledwie część dedykowanych włosom produktów, których celem jest utrwalenie  fryzury i utrzymanie jej nienagannego wyglądu przez wiele godzin. Dzisiaj skupimy się na tych ostatnich. Wspólnie poznamy sposoby na ich aplikację oraz odkryjemy czym kierować się przy wyborze tego idealnego. Jako posiadaczka krótkiej fryzury mogę sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa unosząc swoje włosy u nasady lub tworząc totalny nieład. Zdecydowanie ta druga opcja podoba mi się bardziej, ale do jej wykonania potrzebuję kosmetyków o przedłużonej trwałości i naprawdę skutecznym działaniu. Niestety większość żeli i gum powoduje u mnie nadmierne przetłuszczanie dlatego w większości przypadków byłam zmuszona zrezygnować z ich dalszego stosowania. Obecnie posiadam jedną pomadę z pomocą której udaje mi się uzyskać zadowalający mnie efekt. W większości przypadków "ratuję się" lakierem do włosów z kilku prostych powodów. 


PLUSY LAKIERÓW DO WŁOSÓW

  • łatwy sposób aplikacji, 
  • szybkie działanie = oszczędność czasu
  • szeroka gama produktów o różnym przeznaczeniu i stopniu trwałości
  • niska cena przy wysokiej wydajności
  • możliwość poprawek lub zmian w fryzurze
  • łatwe usunięcie resztek z włosów* 
* W przypadku dobrych lakierów do włosów możliwe jest niemal całkowite ich wyczesanie .Zwłaszcza w przypadku krótkich fryzur.


Pierwszy lakier do włosów  powstał w latach 40. ubiegłego wieku. Jego bazę stanowiła naturalna żywica np. szelak. W latach 70. zaczęto eksperymentować z wykorzystaniem freonu jako gazu pędnego. Obecnie produkowane lakiery opierają się zwykle na mieszance żywic polimerowych rozpuszczonych w etanolu. Dodatkowo wzbogacane są o składniki odpowiadające za ochronę UV czy zapach. 


CZYM KIEROWAĆ SIĘ PRZY WYBORZE LAKIERU DO WŁOSÓW?



Pierwszym i najistotniejszym krokiem  jest ustalenie jakiego efektu oczekujemy po zastosowaniu produktu na włosy. Obecnie rynek kosmetyczny i fryzjerski bogaty jest w produkty różnych firm dedykowane do włosów o różniej gęstości lub borykające się  z  konkretnym problemem. Ja jako posiadaczka dość cienkich włosów o skłonnościach do przetłuszczania szukam kosmetyków nie obciążających ich zanadto. Zależy mi jednak na długotrwałym utrzymaniu włosów w ryzach, więc wśród lakierów po jakie sięgam zwykle znajdują się te oznaczane najwyższym numerem (odpowiadającym  największemu stopniowi utrwalenia). Unikam kosmetyków tworzących na włosach jednolitą taflę.




WŁAŚCIWOŚCI CZY ZAPACH?



A może jedno i drugie w parze? Jeszcze kilka lat temu w większości drogerii czy salonów fryzjerskich wybór był żaden. Jednakowy, mdlący zapach i przeznaczenie " do wszystkich typów". Na szczęście ten etap już dawno za nami, a co rusz na rynku pojawia się nowa marka. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić produkty Ronney. Przywędrowały one do Polski z Wielkiej Brytanii. W większości to produkty przeznaczone do włosów, ale na markę składają się także akcesoria przydatne w gabinetach kosmetycznych czy salonach fryzjerskich.Lakiery do włosów Ronney na tle innych podobnych kosmetyków wyróżnia zapach. Szeroka gama pozwala na dobranie odpowiedniego produktu wg gustu klienta. Nie bez znaczenia jest fakt, że każdy z  nich posiada inne właściwości pielęgnacyjne. Autentycznie różnią się one między sobą składem, co sprawdziłam. Lakiery aplikowane w sposób zgodny z przeznaczeniem utrwalają fryzurę jednocześnie jej nie sklejając. Warto pamiętać o wskazówkach producenta, ponieważ aplikacja zbyt blisko lub za daleko od włosów wpłynie na efekt końcowy. Wiem co mówię, bo za pierwszym razem zrobiłam swoim włosom małe kuku spowodowane zbyt małą odległością i trochę je zlepiłam.Lakierów używam obecnie codziennie, ale nie oznacza to, że każdorazowo muszę zmywać je z włosów z użyciem szamponu jak to miało miejsce przy użyciu drogeryjnych produktów. Te zdecydowanie  dobrze dają się wyczesać z włosów. A cały proces obywa się bezboleśnie. Zdaję sobie sprawę jednak z tego, że mam krótkie włosy i mogę sobie pozwolić na skorzystanie z takiej możliwości. Nie wiem jednak jak wyglądałoby to w przypadku posiadaczek długich włosów.  Czarne opakowania  dobrze prezentują się w każdej scenerii. Różnice w wyglądzie odnoszą się wyłącznie do kolorów napisów. Każdy z nich przeznaczony jest dla innej serii.Wśród 8 proponowanych dwie wersje zdecydowanie przypadły mi do gustu. Były to wersja z kwasem hialuronowym o lekko męskim aromacie oraz orzeźwiające owocowe nuty zamknięte w wersji z olejkiem Babassu. Chociaż to produkty profesjonalne ich cena jest wyjątkowo przyjemna dla portfela.Szczegółowe informacje dotyczące każdej z oferowanych wersji znajdziecie na Ronney.

  • Wersja klasyczna - lakier do włosów Extra Strong ( biały)
  • Wersja wzmacniająca z olejkiem z orzechów Makadamia - Macadamia Oil Restorative (złoty brąz)
  • Wersja  regenerująca z dodatkiem kwasów owocowych - Multi Frut Regenerating (żółty)
  • Wersja nawilżająca z dodatkiem kwasu hialuronowego - Hialuronic Acid Moisturizing - (niebieski)
  • Wersja rewitalizująca z dodatkiem witamin- Vitamin Complex Revitalizing (różowy)
  • Wersja energetyzująca z dodatkiem olejku Babassu - Energizing Babassu oil (pomarańczowy)
  • Wersja wzmacniająca zapobiegająca wypadaniu- Agains hair loos L-arginina ( fioletowy)
  • Wersja odbudowująca z dodatkiem keratyny - Keratina Redbuilding  (zielony) 


LAKIER DO WŁOSÓW INACZEJ...


Wiecie, że lakierów do włosów można używać w sytuacjach kryzysowych? Przydają się nawet podczas prania...

  1. Pomagają usunąć plamy po makijażu. Zabrudzone miejsce należy popsikać lakierem do włosów i ustawić pranie zgodnie z informacjami na metce.
  2. Wasze buty z połyskiem trochę zmatowiały? Bezpośrednio po wypastowaniu i polerce nanieś na nie odrobinę produktu.
  3. Z pomocą lakieru możemy też dłużej cieszyć się bukietem kwiatów. Ale tą metodę pewnie już znacie...
  4. Tak samo jak wykorzystanie lakieru przy ujarzmianiu niesfornych brwi...
  5. Ale może nie wiedziałyście, że popsikanie butów wewnątrz zapobiegnie ślizganiu się stopy.
  6. Dodatkowo odrobina lakieru zaaplikowana na papierowy ręcznik ułatwi usuwanie sierści z ubrań.


Ciekawa jestem jak wiele z Was używa lakierów regularnie. Jakie są Wasze typy? Znacie produkty Ronney?



Weekend w Krakowie - wersja  +18

Weekend w Krakowie - wersja +18

Weekend, który dla większości okazał się nawet całym tygodniem wolnego, spędziłam w Krakowie w towarzystwie dobrze Wam już znanej z mojego bloga Justyny - Elfie's Planet. Obie miałyśmy potrzebę odseparowania się na chwilę od blogowego świata, a dawna stolica Polski wydawała się idealnym miejscem na reset. Poniekąd wpływ na nasz wybór miała też lokalizacja, bo akurat "spotkałyśmy się " w połowie dzielącej nas od siebie odległości. W piątkowe popołudnie byłyśmy już na miejscu i jak przystało na dwie kobiety z GPS w telefonie pobłądziłyśmy w drodze na mieszkanie, co dało nam popalić, bo walizy nie ukrywajmy- były pełne.  Już na miejscu dałyśmy sobie ledwie chwilę na odpoczynek i ogarnięcie by ruszyć w miasto. A dokładniej do Galerii Krakowskiej. Zakupy jednak niespecjalnie nam się udały (sama jestem zdziwiona tym faktem) , więc i pokazywać nie ma co. Wieczór uczciłyśmy popijając trunki alkoholowe w ilościach śladowych, żeby mieć siłę na kolejny dzień.



W sobotę postanowiłyśmy naładować się energią płynącą z wawelskiego czakramu. Ludzi było jednak zatrważająco dużo i prawdę mówiąc ochota na zdjęcia przeszła mi dość szybko. Ostatecznie skupiłyśmy się na rynku gdzie akurat odbywała się jakaś impreza i wydaję mi się, że były to Dni Węgier, ale mogę się mylić. Mało ważne, grunt, że przy okazji tego wydarzenia zorganizowano jarmark rękodzieła i faktycznie było na co popatrzeć. Pospacerowałyśmy trochę po okolicznych uliczkach i zahaczyłyśmy o wystawę  reklamowaną jako "50 twarzy seksu". Na szczęście wypatrzyłam informację o niej w czeluściach internetu i udało nam się zakupić bilety ze zniżką na jednym z portali do zakupów grupowych co wygenerowało koszty około 11zł na osobę.Na miejscu trzeba zapłacić 20, a ja pomimo że wystawa mi się podobała, uważam że to spora przesada.  Popatrzeć było na co. Pozwoliłam sobie wrzucić Wam małą zajawkę. Zdecydowanie więcej mieliście okazję obejrzeć na moim insta stories, które  namiętnie wtedy wykorzystywałam.



W drodze na mieszkanie udało nam się jeszcze zajrzeć do Ogrodu Botanicznego UJ, co było dobrą decyzją. Za 9zł czekało na nas blisko 2 godziny spacerowania wśród roślin z czego mnie zdecydowanie najbardziej podobały się szklarnie i palmiarnia. Niestety w tzw. międzyczasie zaczęła się nam psuć pogoda. Ale pełne optymizmu udałyśmy się wieczorem w kierunku Kazimierza. Niestety już w drodze "do" deszcz nasilił się na tyle, że musiałyśmy wstąpić do Galerii Kazimierz, w której generalnie nic ciekawego nie było. Ulewa rozszalała się na dobre i ostatecznie czekał nas powrót na mieszkanie. Obiecałam mojej kuzynce, która w tym samym czasie ale w innej części Polski szalała na panieńskim, że wypiję jej zdrowie. Niestety masakryczny ból głowy skutecznie mi to uniemożliwił. Niedziela okazała się już zupełną klapą pogodową i jedyne co mogłyśmy zrobić w tej sytuacji to wcześniej zapakować się do busów, co zresztą uczyniłyśmy. Nie muszę chyba pisać, że po powrocie do domu zahaczyłam wieczorem o ryby... Tak , nowa pasja męża okazała się mocno absorbująca.



Jak z każdego spotkania z Justyną i tym razem przywiozłam ze sobą sporo skarbów. Pozwolę sobie pokazać Wam tytuły, których byłam bardzo ciekawa. I na tym zakończę swoją opowieść.



Pozdrawiam
Fall in  Love, czyli jesień z Yankee Candle.

Fall in Love, czyli jesień z Yankee Candle.

Czekam z utęsknieniem na jesień. Ta pora roku potrafi zaczarować nie tylko całą gamą ciepłych barw, ale również nostalgicznymi podmuchami wiatru i zapachem. Do tej kalendarzowej mamy jednak trochę czasu więc tym bardziej cieszy mnie, że Yankee Candle wyszło na przeciw moim oczekiwaniom z jesienną kolekcją Fall in Love.Każdy z zaprezentowanych zapachów łączy w sobie rozgrzewającą moc przypraw z odrobiną soczystych wspomnień lata. 



  • Mulberry & Fig delight

Koniec upalnego lata. Z drzew i krzewów coraz śmielej spoglądają na nas dojrzałe, soczyste owoce. Wołają do nas, kuszą usta aż w końcu wchodzą w gwałtowny związek z podniebieniem. Ich miękki miąższ zachęca do ponownego kontaktu , wypływający sok na dłużej pozwala cieszyć się smakiem. Mieszają się ze sobą słodkie i kwaśne nuty. Czerwone od niespodziewanej namiętności wargi  śmiało prezentują swoje żądze. Nie jest to zapach  wyłącznie na jesień. Owocowa mieszanka sprawdzi się podczas każdej kolejnej pory roku. Jej nastrajające pozytywnie właściwości pomogą jednak przetrwać depresyjne, wypełnione zimnem dni. morwa, figa, morela, brzoskwinia, jeżyny, tonka, wanilia



  • Vibrant Saffron

Mieszanka  przypraw zamknięta w postaci tego zapachu gwałtownie wdarła się w moje nozdrza. Foliowe opakowanie nie było w stanie utrzymać płynącej z wewnątrz energii. Plątanina korzennych aromatów z odrobiną wanilii roztoczyła nade mną ciepłą , otulającą powłokę. Poddałam się . Ułożyłam się wygodnie na tej nietypowej pościeli i zapadłam w głęboki sen. Do wiosny... Kumulacja kadzidlanych aromatów. Zapach  równie intensywny  w opakowaniu, co podczas palenia. Mocny i zdecydowany. Może przytłaczać, ale na pewno znajdzie też grono wiernych fanów. Mnie  to połączenie zupełnie kupiło. bergamotka, cynamon, anyżek, szafran, bursztyn, wanilia, akordy drzewne




  • Autumn Glow

Czytając opis producenta, pomyślałam sobie - to nie może się udać. Wyobraźcie sobie szklankę świeżo wyciskanego soku. Słodka pomarańcza miesza się z gorzkim grejpfrutem.Nagle ktoś wchodzi do kuchni, podchodzi do okna i zrywa listki rosnących tam ziół. Delikatnie rozciera je w dłoniach, bo uzyskać intensywny aromat po czym wrzuca je do szklanki z sokiem. Zapach ten najbardziej oddaje to co dzieje się jesienią za oknem. Jest odrobina świeżości, która przemyka niczym jesienny wiatr, by ustąpić miejsca duszącym aromatom. Wilgotna ziemia bezwiednie poddaje się kroplom deszczu, gdzieś w dali słychać szum złotych już liści.cytrusy, zioła, patchuli, tonka, bursztyn



  • Warm Cashmere

Wyjęłam go z pralki, nadal był przyjemnie miękki, ale teraz dodatkowo pachniał świeżością. Ciężko było mi się z nim rozstać, ale potrzebował teraz pieszczot wiatru i promieni słonecznych by dość do pożądanego stanu. Wrócę po niego wieczorem, zdejmę ze sznurka by w chwilę później móc otulić się nim we własnym łóżku. A on wprawnie ukołysze mnie do snu, spokojnego snu. Najdelikatniejszy i najbardziej uniwersalny z całej czwórki. Nienachalny, a mimo to obecny. Wierny towarzysz zimnych nocy i pokrytych mgłą poranków. Myślę, że niejednemu może się spodobać...pomarańcza, bursztyn, kardamon, drzewo sandałowe, biała paczula, wanilia, kaszmir, piżmo

 

Tegoroczna kolekcja jesiennych zapachów Yankee Candle wprowadza w wyjątkowy nastrój oczekiwania. Zanurzona w te aromaty odliczam dni do rozpoczęcia kolejnej pory roku. Oby ta i każda następna jesień była właśnie taka jak one : nasycona energią, aromatyczna i ciepła.
Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger