Mikołaj alkoholik czyli  #gpe

Mikołaj alkoholik czyli #gpe

Nawet święci mają na sumieniu drobne grzeszki. Mój tegoroczny Mikołaj nawet całkiem spore przewinienia, bo kto to widział żeby przehandlować paczkę zamiast tradycyjnie podrzucić do komina. Od tej pory będę się bliżej przyglądać panom spod GS-a, bo być może wśród nich ukrywa się ten łachudra, który ostatecznie wyręczył się jakże uczynną Niewyparzoną. Kto wie co by się stało, gdyby ta dziarska i przebojowa kobieta nie wkroczyła do akcji. Pewnie właśnie roniłabym ciche łzy, bo w końcu taka grzeczna byłam w tym roku... Nie będę jednak poświęcać czasu komuś, kto nie miał go dla mnie. Więc SORRY MIKOŁAJU, do mnie już nie musisz zaglądać... i do flaszeczki też się nie dorzucę!


Niewyparzona Pudernica w kilku słowach wyjaśniła mi akcję z białobrodym który zamiast nosić prezenty  postanowił w tym roku mocno zabalować. Szczęśliwie ostatecznie ona zadecydowała o zawartości paczki dla mnie rozumiejąc idealnie potrzeby prowincjonalnej blogerki (czyt. moje).   Ten kto posiada kota ten wie, że normalnym (podobno) jest się przy pierwszym, ja już dawno minęłam ten etap przechodząc w stan który można by spokojnie określić wynajmowaniem pokoju u kota, bo zdecydowanie te cztery kąty nie są już moje. Całkiem mnie jednak pofiziało, bo doszłam do wniosku, że kolejna kocia gromadka nadal jest u mnie mile widziana. Takim sposobem trafił do mnie gigantyczny kubek mieszczący spore ilości napoju bogów, a już na pewno bogiń (i tak, dalej mam na myśli siebie) - herbaty, która również znalazła się w zestawie. Wracając do kubka jak widzicie okazał się prezentem trafionym i już wczoraj wieczorem przechodził pierwsze testy palpacyjne.


Kto lepiej zrozumie kobietę jak nie druga kobieta? Fakt, są wyjątki wśród mężczyzn. Mój chłop już tak mnie wyczuł, że wygląda na to iż rozumie te wszystkie milczące fochy i nerwy z rana spowodowane debilnym snem.Nie mniej jednak na to rozwiązanie raczej by nie wpadł.W puli kolejny trafiony prezent. Ale zacznijmy od początku. Marznę. Ot, moja krew jest za leniwa by krążyć na tyle szybko i móc sprawnie rozgrzać ciało. W moim stałym repertuarze są litry gorącej herbaty, koc i długie kąpiele niemal we wrzątku. A ponieważ przez moje dotychczasowe działania w blogosferze jestem tzw. blogerką kosmetyczną, lubię się też czasami wypindrzyć lub oddać innym przyjemnościom płynącym ze stosowania kosmetyków. Nie ma nic gorszego niż potraktowanie ciepłego ciałka zimnym balsamem, mleczkiem czy co tam w siebie wsmarowujecie... Ogrzewanie w dłoniach nic nie daje ( no chyba, że to ręce faceta 😁 i całość będzie miała dalszy ciąg). Dlatego  też stałam się fanką świec do masażu. Nie dość, że okazja, bo i pachnie i nawilża, to dodatkowo przyjemnie ciepłe w momencie aplikacji.  Tak, świecą już też się wczoraj miziałam... 

Także z tego miejsca raz jeszcze śle gorące podziękowania w stronę wiadomej osoby. Niech Ci kto chce i w czym Ty chcesz wynagrodzi. A cała wymiana miała miejsce w ramach Gwiazdkowej Paczki Elity.


Egipt różą pachnący! Egyptian Powder - puder brązujący do twarzy i ciała  z olejkiem różanym od Hean

Egipt różą pachnący! Egyptian Powder - puder brązujący do twarzy i ciała z olejkiem różanym od Hean

 Przejadły Wam się tradycyjne pudry brązujące? Całkiem niedawno na  ciekawe rozwiązanie postawiła marka Hean, a ich wyrób odznacza się na tle innych czymś szczególnym...


Opakowanie chociaż wykonane z tworzywa jest wyjątkowo solidne i jak w większości produktów tego typu, na jednej z jego części umieszczono przydatne przy wykonywaniu makijażu lusterko.Zaskoczeniem była dla mnie kolorystyka, bo nowa linia firmy  wyraźnie odznacza się od reszty za sprawą połączenia czerwieni i złota.Było to dość ryzykowne działanie, bo w przypadku tak charakterystycznych kolorów granica między elegancją a kiczem jest mocno umowna. Udało się jednak zachować styl, dzięki czemu mogę sobie pozwolić teraz na "ochy" i "achy". Egipskie słońce zamknięte w postaci pudru brązującego przeznaczone zostało zarówno do twarzy i ciała.Przyjemnym aspektem stosowania produktu jest możliwość stopniowego budowania zadowalającego efektu. Można nim delikatnie musnąć skórę by wyłącznie podkreślić opaleniznę, ale  za jego sprawą da się również mocno zaakcentować  wybrane  miejsca. Atutem tego kosmetyku są właściwości nawilżające i pielęgnujące skórę. Takie działanie możliwe jest dzięki zastosowaniu dodatkowo glinki kaolinowej i olejku różanego.Zawartość tego drugiego jest odczuwalna przy aplikacji kosmetyku. Już przy  otwarciu opakowania wydobywa się delikatny różany aromat, który przy  kolejnych ruchach pędzla  zyskuje na intensywności. Bez obaw - woń kwiatów nie przytłacza i po nałożeniu na twarz nie jest już zupełnie wyczuwalna. Stanowi tylko miłą odmianę podczas wykonywania makijażu. 


Egyptian powder pozytywnie mnie zaskoczył i z przyjemnością używałam go w ciągu cieplejszych miesięcy, gdy na mojej skórze widoczny był subtelny romans ze słońcem. Początkowo jednak miałam małe obiekcje co do odcienia, który na pierwszy rzut oka wydawał się wpadający w pomarańczowe tony. Teraz coraz bardziej się do niego przekonuję, chociaż mocno różni się od używanego przeze mnie do tej pory pudru brązującego od Kobo. 


Kolejną zaletą pudru  jest przystępna cena. Normalnie można go zakupić w granicach 16-18zł, ale dla chcących poznać się z nim bliżej przygotowano promocję na stronie oficjalnego sklepu marki i  pełnowymiarowe opakowanie mieszczące 9g Egipskiego Słońca można przygarnąć za mniej niż 10zł.  Ciekawa jestem czy znacie ten kosmetyk i jakie są Wasze odczucia  z nim związane?

*Kosmetyk otrzymałam podczas spotkania Blog Matters. Fakt ten nie ma wpływu na moją ocenę względem opisywanego produktu.


Crime story w polskim wydaniu : mafia, policja i inne takie. [Tendencyjne] zestawienie książek dla mężczyzn.

Crime story w polskim wydaniu : mafia, policja i inne takie. [Tendencyjne] zestawienie książek dla mężczyzn.

Mężczyzna czytający romanse wciąż budzi spore zainteresowanie. Podobnie, acz już nieco mniej kontrowersyjnie jest, gdy  to kobieta sięga po książki przeznaczone dla facetów. Kategoryzujemy, chociaż oficjalnie żaden sensowny podział nie istnieje, bo i po co miałby istnieć. To, że czytam mocno krwawe i kontrowersyjne książki nie sprawia, że jestem mniej kobieca, chociaż gdyby na to spojrzeć z większej perspektywy to chyba nie służę za najlepszy przykład, bo w moim obyciu jest jakiś pierwiastek męski. Kiedyś wiele rzeczy zwyczajnie " nie wypadało", na szczęście dzisiaj nie ma z tym większego problemu, chyba że mieszka się na wsi (podobnej do mojej), gdzie nie wszystko jest jeszcze tak oczywiste jakby się mogło wydawać. Wracając jednak do właściwego tematu dzisiejszego wpisu zapragnęłam stworzyć dla Was krótkie zestawienie kilku starszych i nowszych tytułów (w większości reportaży) , które moim zdaniem godne są uwagi, lub nie. 



Podobnie jak Vega lubię kontrowersje, a już całkiem podoba mi się fakt, jak ludzie reagują na jego nazwisko podczas dyskusji. Jego twórczość ma równie sporo zwolenników, co przeciwników. Z jednej strony można powiedzieć, że ten to dopiero jest tendencyjny w swoim postrzeganiu świata, a z drugiej, każdy z nas trochę jest , a on fantastycznie zbiera to w całość  ( tudzież "kupę", w zależności od punktu widzenia). Spory szum zrobił się wokół niego po niedawno wyświetlanym w kinie "Botoksie". Nie jest tajemnicą, że mnie wylewające się z ekranu chamstwo i prostota przekazu nie rażą. Ot lubię nawet, gdy ktoś rzuci jakąś k***ą, bo to takie polskie :P  Ostatnia produkcja przesycona była wieloma scenami, które jedni uznawali za nieprawdopodobne, inni za prawdziwe. Było o uzależnianiach lekarzy,  przekrętach, nieludzkich praktykach  podczas wykonywania zabiegów. Jeśli zainteresował Was ten problem to szczerze polecam książkę "Mali bogowie.O znieczulicy polskich lekarzy" Pawła Reszki .Zbiór  równie kontrowersyjnych  wypowiedzi z ust lekarzy z różnym stażem i doświadczeniem zawodowym, który widocznie mocno zainspirował Vegę, bo w "Botoksie" chwilami leciały hasła żywcem wyjęte z tej pozycji. O ile bardzo podobał mi  się także  w reżyserii tegoż samego "Niebezpieczne kobiety", o tyle sama książka już niespecjalnie. Zbiór rozmów z policjantkami zapowiadał się naprawdę ciekawie i byłoby tak gdyby nie fakt, że niektóre wręcz na siłę chciały zaistnieć mocno koloryzując swoje opowieści. Bardzo nie lubię, gdy ktoś przedkłada własne "ja" ponad wszystko inne i zamiast o właściwym temacie muszę słuchać wywodu o "zajebistości" rozmówczyni. Tej książki zdecydowanie nie kupiłabym na prezent.  

Każdy zna Masę. Muszę przyznać, że facet znalazł sposób na wypromowanie się w mediach, pomimo tego, że niczym specjalnym nie błysnął. Jest trochę jak mleczna kanapka "klaśnij i masz". Chcąc niechcąc wyskakuje nawet z lodówki.W historii mafii polskiej takich jak on przewinęło się na pęczki, ale jako nieliczny poszedł w koronę i zechciał o tym mówić i mówić... Przeczytałam jego wywody i zupełnie tego nie kupuję, ale wiem, że dobrze się czyta i jara spore rzesze ciekawskich. Nie krytykuję tego, chociaż jestem zdania że im dalej w las... Zwyczajnie, jeśli ktoś siedzi trochę głębiej w temacie i czyta różne publikacje to z czasem dojdzie do własnych wniosków na ten temat i mit Masy wówczas zwyczajnie przygasa. Nie mniej jednak musiałam zaspokoić wewnętrzne pragnienie wiedzy i sięgnęłam po  kolejną książkę Artura Górskiego "Słowikowa i masa. Twarzą w twarz." Zestawienie dość ciekawe i mogące rzucić nowe spojrzenie na sporo mafijnych spraw.Na to liczyłam, a niestety po lekturze poczułam mocne rozczarowanie. Dosłownie o wszystkich sprawach można było już wcześniej przeczytać albo w serii Masy, albo co w moim odczuciu ciekawsze, u Sumlińskiego. Z tą różnicą, że tutaj dodatkowo doszło do przepychanki słownej. Słowikowa opowiedziała swoją wersję, Masa swoją, a później przeradzało się to w kłótnie o rację. A ta wiadomo jest jak pewna część ciała, którą każdy ma - własną, niezmiennie...Można się nad sobą poznęcać i zaserwować taką dawkę słów. Pytanie tylko  po co?!

Jeśli jednak Wasz luby lub Wy same macie już za sobą w/w Masę, to polecam sięgnąć w celu uzupełnienia swojej wiedzy tudzież jej skonfrontowania z innym punktem widzenia po książki Sumlińskiego właśnie. Jedna ma nawet przyjemnie i znajomo brzmiący tytuł "Czego nie powie Masa o polskiej mafii." Ja już wiem, pora na Was! Okładka może i nie zachwyca, ale przeczytać warto. 


Było o mafii, pora na policję. Czy jest jakaś różnica?!


Głupie pytanie. Oczywiście, że jest różnica - chociażby w zarobkach. A tak serio to w każdym zawodzie znajdzie się jakaś czarna owca, ale dzisiaj dla odmiany chcę napisać o tych pozytywnych przypadkach. Chociaż może nie do końca dobrze to sformułowałam. Wartą uwagi książką są "Policjanci. Za cenę życia". Jedna z tych książek , które musiałam mieć, bo tak i już. Zbiór historii pokazujących, że praca w tym zawodzie to ciężki kawałek chleba. Można wykonywać czyjeś głupie rozkazy, zginąć w trakcie ich realizacji, a później Ci wyżej postawieni  i tak bezkarnie zmiotą sprawę pod dywan zostawiając rodziny zmarłych z niczym. Można nie mieć  na akcji wystarczająco dobrego wyposażenia, bo pieniądze na nie przeznaczone są roztrwaniane na wiele innych sposobów. Efekt ten sam - śmierć. Zdecydowanie zaleją Was tu wpisy odnoszące się do tych znanych z mediów spraw, jak i tych które mimochodem ujrzały światło dzienne. Jeśli Twoim mottem życiowym jest (hwdp/chwdp) to polecam przeczytać i mocno się zastanowić nad sensownością swoich przekonań. 

Bardzo fajnie czytało mi się kolejną przedstawioną pozycję, a mianowicie "Jerzy Dziewulski o polskiej policji". Tym razem całość mocno związana z osobą byłego już milicjanta i antyterrorysty. Jego opowieść o zdobywaniu kolejnych szczebli kariery momentami jest mocno zaskakująca. Dziewulski nie stawia jednak tylko na siebie, odnosi się do wielu sytuacji, które w tamtym okresie działy się w polskich służbach, przytacza chociażby dość szczegółowo akcję odbicia porwanego samolotu.

...I inne takie


Nic mnie tak nie cieszy jak konkretne  książki o zbrodniach, ciekawych często przez długie lata niewyjaśnionych przypadkach. Coś w stylu "Polskich morderczyń" Bondy, ale mocniej. Taką dawkę ciekawostek znajdziecie zdecydowanie w książce "Polskie archiwum X".Przypadkowe morderstwa będące zaczątkiem większych akcji, tajemnicze zgony i pomyłki wymiaru sprawiedliwości ukazane w przystępny sposób za sprawą policjantów, którzy badali wymienione przypadki. Całość opatrzona ich komentarzem odnośnie tego co umożliwiło im ustalenie sprawców, albo wyjaśnienia dlaczego niektórych spraw sprzed lat nie sposób już rozwiązać. Natomiast dla marzących o podróży w czasie polecam "Anatomię zbrodni". Genialne ujęcie rozwoju kryminalistyki na przestrzeni ostatnich stuleci. Nawiązania do konkretnych przypadków, opisy zapomnianych już metod jak i tych doskonalonych z czasem. Śmierć w wyjątkowo przyjemnym wizualnie wydaniu. Wisieńką na torcie, która ukazała się w przeciągu ostatnich tygodni, a właściwie dni jest "W kręgu zła". Tym razem to zbiór reportaży i artykułów poświęconych wielu ostatecznie nierozstrzygniętym sprawom mającym miejsce w naszym kraju.Każdy rozdział to odrębna historia, a intrygujący język autorki sprawia, że  zwyczajnie chce się więcej...




  •  "Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy" - Paweł Reszka
  • " Niebezpieczne kobiety". - Patryk Vega
  • "Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz" - Artur Górski
  • "Czego nie powie Masa o polskiej mafii" - Wojciech Sumliński
  • "Policjanci. Za cenę życia". - Joanna i Rafał Pańsztelańscy
  • "Jerzy Dziewulski o polskiej policji" - Krzysztof Pyzia, Jerzy Dziewulski
  • "Polskie archiwum X" - Piotr Litka, Mariusz Nowak i inni
  • "Anatomia zbrodni.Sekrety kryminalistyki" - Val McDermid
  • "W kręgu zła" - Dorota Kowalska


Tak więc, gdyby ktoś chciał mi kupić prezent, to wiecie w jakim klimacie książek szukać...
Ciekawa jestem czy którąś z wybranych pozycji czytaliście? Jakie jest Wasze zdanie na ich temat?

Kochany święty Mikołaju, znowu do Ciebie piszę...

Kochany święty Mikołaju, znowu do Ciebie piszę...

Święta coraz bliżej, pewnie nie czułabym tak mocno tego klimatu, gdyby nie fakt, że pracując w galerii mam już dookoła siebie same świąteczne wystawy. Dlatego korzystając z wolnej chwili postanowiłam przygotować kolejny raz list w ramach akcji #blogmas2017 stworzonej przez Milenę z bloga Make life perfect 

Mam nadzieję, że po kliknięciu w list powiększy się on do rozmiarów umożliwiających wygodne czytanie. Ponieważ jednak biorę udział w kilku wymiankach świątecznych (z czego ogromnie się cieszę) musiałam też stworzyć listę pomocniczą dla moich par. Jak na dłoni widać, że bez kotów, haftów z ludowym motywem czy świec i wosków nie mogę się obejść.  Nie pogardzę też śmiesznymi kubkami czy dobrą herbatą. Jeśli chodzi o kosmetyki postanowiłam umieścić na swojej inspiracyjnej tablicy konkrety. 



Ciekawa jestem o co Wy w tym roku prosicie Mikołaja?!
Volare, zapach który dodaje skrzydeł.

Volare, zapach który dodaje skrzydeł.

Niektórych zapachów zwyczajnie nie potrafię sobie odmówić z wielu względów. Początkowo Volare trafiło do mnie w formie próbek i uwiodło zapachem na który składają się liście fiołka, peonia, płatki róż i pralinki. Takie zestawienie tworzy mocno romantyczną, delikatnie pudrową mieszankę. Dopiero później, już w katalogu zobaczyłam flakon w którym firma zdecydowała się zamknąć ten zmysłowy aromat. I wtedy przepadłam, zupełnie!


Wersja podstawowa zapachu, czyli ta którą posiadam zyskała flakon imitujący szklaną różę. Delikatny brzoskwiniowy kolor wody perfumowanej  przyjemnie komponuje się ze złotym zamknięciem- krótką łodyżką z liśćmi. Wbrew moim obawom da się go stabilnie ostawić na półce, chociaż najefektowniej wygląda ułożony na boku, bo wtedy cieszy całą swoją okazałością. Oriflame zdecydowało się wypuścić na rynek kilka innych wariacji znanych jako Volare Forever (srebrna róża) czy Volare Gold ( jak sama nazwa wskazuje wersja w złotym wydaniu). Co istotne w każdym z zapachów przewija się róża. W wersji tradycyjnej w asyście innych kwiatów, w Forever otulona migdałami, a w Gold w zestawieniu ze słonym karmelem . Tej ostatniej wersji nie ukrywam, jestem mocno ciekawa. Chociaż znowu nowy katalog kusi niższą ceną Forever  w zestawie z  deo. 



Kwiatowo - owocowe zapachy generalnie kojarzą mi się z cieplejszymi miesiącami, ale przyznaję, że ten wyjątkowo upodobałam sobie na chłodniejsze dni, ze względu na bijące od niego przyjemne ciepło. Co do trwałości tak jak zawsze i tym razem podkreślę fakt, że jest to mocno indywidualna kwestia, ale w moim przypadku wypada odrobinę gorzej niż opisywane tu kiedyś Possess. Natomiast faktem jest, że Volare pochodzi też z nieco niższej półki cenowej i można je upolować już od niecałych 30zł za 50 ml buteleczkę.


Ciekawa jestem ile z Was zna ten zapach i przy okazji podpytam jaki zapach od Oriflame interesowałby Was jako nagroda w konkursie?
Pink - boxing III , czyli  jesienna edycja blogerskiej wymianki.

Pink - boxing III , czyli jesienna edycja blogerskiej wymianki.

Dopiero chwaliłam Wam się na fb efektem wymiany z II edycji wymiany Pink Boxing zorganizowanej przez I love dots, a już trwa kolejna. Zapisy ruszyły z pierwszym dniem miesiąca dlatego zupełnie nie spodziewałam się, że tak szybko zostanę obdarowana. W życiu mojej wymiankowej pary, czyli Perfect Foundation, ostatnio dużo się dzieje stąd też jej "pośpiech" z przygotowaniem paczki dla mnie. Muszę Wam powiedzieć, że poczułam się mocno dopieszczona, bo jak zresztą zaraz zobaczycie, Ania skupiła się na moich zachciankach wymienionych w ankiecie. Dodatkowo widać, że poświęciła chwilę swojego czasu i zajrzała na bloga tudzież inne moje SM i na ich podstawie wybrała te rzeczy, które mogłyby mnie ucieszyć. Gotowi na prezentację zawartości?!


Byłam w sporym szoku, gdy listonosz dostarczył mi dzisiaj sporych rozmiarów pudełko. Początkowo nie skojarzyłam zupełnie, że może to być ta konkretna przesyłka, ale gdy dobrałam się do zawartości wiedziałam już, że nie ma w niej przypadku. W moje ręce trafiło dużo, dużo więcej dobroci niż śmiałabym oczekiwać, dlatego pozwoliłam sobie na dokładniejszą prezentację.Kto mnie zna, ten wie, że jestem szczerze zakochana w produktach firmy Organic Shop.Ich peelingi to stały element mojej pielęgnacji i powtarzam to z uporem maniaka przy każdej możliwej okazji. Ania nie tylko podarowała mi iście jesienno-zimową wersję scrubu do ciała, ale postawiła też w ramach uzupełnienia pielęgnacji na czekoladowy mus do ciała. Czego chcieć więcej, no czego? 


Żele pod prysznic zużywam w hurtowych ilościach. Ten z Balea na pewno przywoła wspomnienie lata w te coraz chłodniejsze dni. Ania podeszła do sprawy kompleksowo dodając mi do paczki również produkt do pielęgnacji włosów. Moje kochają odżywki, a ja lubię  fundować im w każdej wolnej chwili takie małe, włosowe spa. Krem do twarzy jest jedyną rzeczą, której nie jestem pewna czy zużyje ją osobiście. Wszystko to z prostej przyczyny- obecnie służy mi pielęgnacja od YR i trochę wstrzymuję się przed zbędnymi eksperymentami. Chociaż znając mnie ten stan nie będzie trwać wiecznie... Cieszy mnie natomiast maska do twarzy, bo kosmetyki z wit.C nie są mi obce, a już zwłaszcza  cenię sobie te o działaniu rozjaśniającym czy wyrównującym koloryt.
.


Teraz już mniej widać to na blogu, ale nadal mam zajawkę na makijaż. W ankiecie przesyłanej Ani wspomniałam o tym, że zawsze są u mnie w cenie ciemne pomadki. Wzięła to sobie do serca i takim sposobem trafiła do mnie kolejna "Kate". Uzupełnieniem okazała się paletka utrzymana w brązowej kolorystyce, a to właśnie takie odcienie noszę najchętniej na oku. Ci którzy mnie znają wiedzą, że koty, herbata i książki to stały element mojego życia.Taką chwilę dla siebie często urozmaicam unoszącym się zapachem. Spójrzcie na zdjęcie poniżej: są koty w formie kolczyków, jest herbata i nawet zapalić będzie co.



Zawsze przy okazji wymiankowych paczek i wszelkich innych blogowych zabaw wymieniam, że chciałabym otrzymać maseczki w saszetkach. To moje małe kosmetyczne skrzywienie, które niestety często jest ignorowane, a ja naprawdę bardzo lubię i chcę je otrzymać. Teraz mam do wyboru, do koloru. Cała paleta właściwości i formuł. Tak bardzo 💛. Całości dopełniła cała masa próbek, które widać zresztą na zdjęciu zbiorowym. Teraz chyba rozumiecie moją ekscytację dzisiejszą przesyłką ?! 


Perfect Foundation wysoko podniosła poprzeczkę i boję się, że moja paczka może nie sprostać jej wyobrażeniom. Mam jednak cichą nadzieję, że chociaż odrobinę trafię w jej gusta, bo mnie przyniosła naprawdę wiele radości. Dziękuję! Jednocześnie każdemu życzę takiej frajdy z otwierania tych spodziewanych i niespodziewanych przesyłek.
Twoja skóra się starzeje? Zapobiegaj temu  procesowi z linią Elixir Jeunesse od Yves Rocher.

Twoja skóra się starzeje? Zapobiegaj temu procesowi z linią Elixir Jeunesse od Yves Rocher.

Starzeć, to się trzeba z klasą -tak mówią. Nie oszukujmy się, każdy z nas kiedyś spojrzy w lustro i zobaczy w jego odbiciu pierwszą zmarszczkę i pierwszy siwy włos. I niby nie ma dramatu, ale staramy się jednak przeciągać ten moment najdłużej jak się da. A z pomocą w tych działaniach przychodzą nam marki kosmetyczne. Stosunkowo niedawno światło dzienne ujrzała linia kosmetyków Elixir Jeunesse Yves Rocher. Stylistyka opakowań jest już dobrze znana klientom firmy, ale tym razem do akcji wkracza nowy składnik aktywny.



GENIUSZ ŻYCIA... APHLOIA

Roślina ta zwróciła uwagę naukowców za sprawą swojej nietypowej zdolności. Gdy jest narażona na działanie niekorzystnych czynników zewnętrznych zaczyna wytwarzać zwiększoną ilość cząsteczki z rodziny polifenoli. Ta natomiast podwyższa  odporność na niekorzystne działanie i wspomaga proces regeneracji. Roślina może dzięki temu rozpocząć proces całkowitej wymiany kory. Udało się przenieść tą zdolność na inny grunt, dzięki czemu właściwościami aphloi możemy się cieszyć również w kosmetykach.Badania pokazują, że wyciąg z tej rośliny  jest metabolizowany przez komórki skóry.


LINIA ELIXIR JEUNESSE

Yves Rocher postanowiło stworzyć nową linię kosmetyków wzbogaconą o wspomniany już składnik. Tworzy ją sześć kosmetyków, z czego o czterech będę mogła opowiedzieć Wam coś więcej, ponieważ od miesiąca są one w moim posiadaniu.
  • Esencja Podwójny Efekt Elixir Jeunesse
  • Krem Restrukturyzujący na dzień
  • Detoksykujący żel micelarny
  • Rewitalizujący Roll-on pod oczy niwelujący oznaki zmęczenia
  • Krem- maska na noc niwelujący oznaki zmęczenia
  • Błyskawiczna maska detoksykująca




Detoksykujący żel micelarny to mój zdecydowany faworyt z tego zestawienia. Z taką formą kosmetyku zetknęłam się już wcześniej i  odpowiada mi zdecydowanie bardziej niż tradycyjne płyny. Nie jest tak, że żel nie spływa z płatka, bo jednak wciąż jest to ciecz, natomiast mam wrażenie, że dotarcie do trudno dostępnych miejsc jest zwyczajnie łatwiejsze. Dobrze radzi sobie również z kosmetykami kolorowymi, natomiast ja traktuję go jako element kończący mój demakijaż. Najpierw oczyszczam twarz olejkiem, myję pianką, a następnie stosuję żel.Dzięki temu czuję że moja skóra jest naprawdę gotowa na przyjęcie kolejnej dawki kosmetyków pielęgnacyjnych. Sam żel pozostawia na skórze uczucie nawilżenia i ukojenia. Forma wpływa na zwiększenie wydajności kosmetyku.Co ciekawe opakowanie w którym zamknięto żel wykonane jest w 25% z plastiku z recyklingu.

Na drugim miejscu na dobrą sprawę uplasowały się oba kremy do twarzy. Nie potrafię wyróżnić żadnego z nich, chociaż delikatnie skłaniam się ku temu na noc z prostej przyczyny : ze względu na możliwość wykorzystania go jako 2w1. Krem - maska na noc ma za zadanie zniwelować oznaki zmęczenia. Staram się nie dopuszczać do takich sytuacji, ale czasami każdy z nas ma za sobą gorszą noc... Zaskoczeniem była dla mnie naprawdę lekka (jak na krem przeznaczony na noc) konsystencja. Aplikacja i wklepywanie okazały się dla mnie naprawdę czystą przyjemnością i traktuję je w kategoriach zabiegu relaksacyjnego. Do całkowitego wchłonięcia potrzebuję czasu, ale efekt jaki pozostawia na skórze wart jest odczekania chwili przed pójściem spać. Podobnie jest w przypadku kremu na dzień. On również odznacza się lekką konsystencją, ale tym razem proces wchłaniania przebiega zdecydowanie szybciej. Bardzo przypomina mi pod tym względem inny krem z tej firmy, a dokładniej Intensywnie nawilżający krem- żel. Sprawdza się jako podbudowa makijażu, dobrze współgra z kosmetykami kolorowymi.  Oba posiadają przyjemny, szczęśliwie nienachalny zapach. Każdy zamknięty jest w solidnych, szklanych słoiczkach, a te po zużyciu produktu nadają się do przetworzenia czym firma kolejny raz podkreśla swoją dbałość o środowisko naturalne.

Na ostatnim miejscu w moim zestawieniu plasuje się produkt pod oczy, chociaż wcale nie oznacza to, że jest gorszy od poprzedników.Tutaj prócz samego działania właściwego dochodzi dodatkowy element, a mianowicie specyficzny aplikator, na który składają się trzy masujące metalowe kulki. Podbijają one efekt końcowy. Relaksują i ułatwiają wchłanianie kosmetyku. Sam krem nałożony na skórę  mrowi i chłodzi, jednocześnie delikatnie ją napina.Potrzebowałam kilku dni by móc oswoić się z jego działaniem, bo do tej pory stosowałam kremy po których aplikacji nie odczuwałam żadnych dodatkowych  doznań. 


ZMIANY, ZMIANY, ZMIANY...

Miesiąc z linią Elixir Jeunesse nie sprawił, że nagle odmłodniałam o kilka lat. Mam jednak świadomość, że jakość mojej skóry uległa poprawie. Na pewno wzrósł poziom nawilżenia i moim skromnym zdaniem trochę mniej widoczne stały się  stare przebarwienia. Oczywiście moją twarz nadal zdobi kilka nieprzyjemnych niespodzianek, ale w tym wypadku stawiam jednak na tło hormonalne. Wydajność każdego z kosmetyków pozwoli mi na kontynuowanie testów przez co najmniej miesiąc i wtedy mam nadzieję będę mogła powiedzieć Wam jeszcze więcej na ten temat.

Znacie? Który z kosmetyków zainteresował Was najbardziej?
Blog Matters, czyli nadmorski wysyp blogerek. Relacja.

Blog Matters, czyli nadmorski wysyp blogerek. Relacja.

~~OSTRZEŻENIE~~ 
Przed Wami post tasiemiec, ale musiałam jakoś zebrać tu dwa mega intensywne dni! Przyjemniej lektury.

Tegoroczny urlop kolejny raz spędziliśmy nad polskim morzem. Jedyne czego byłam pewna, to tego, że musi to być wyjazd po sezonie. I gdy już wszystko było dopięte na ostatni guzik, a ja namiętnie odliczałam dni, trafiłam na facebooku na informację o spotkaniu Blog Matters. Niestety zapisy  na nie odbywały się wcześniej, a ja wówczas jeszcze nieświadoma, przeoczyłam je. Zostawiłam jednak pod jednym ze zdjęć na profilu spotkania komentarz z ubolewaniem, że o całej sprawie dowiedziałam się już poniekąd "po" fakcie. Organizatorki zaskoczyły mnie jednak wiadomością prywatną w której napisały, że spokojnie znajdą dla mnie jeszcze miejsce siedzące.Nie było się nad czym zastanawiać. I tak dzięki uprzejmości Mileny i Moniki miałam możliwość 16-17 września spędzić w gronie koleżanek blogerek podczas wspólnego zdobywania wiedzy. A gdzie? W Mielnie, a dokładniej w Hotelu Unitral, który udostępnił nam przyjemną miejscówkę na spotkanie.



Nie ukrywam, że moje zakręcenie dało o sobie znać. Zapomniałam z domu przyszykowanych na specjalnie na potrzeby spotkania kreacji stąd też mój look wyglądał dosyć ubogo i bliżej mi było do wyjścia na ryby niż do imprezy w gronie pięknych pań. Wybaczcie! 😁 Trochę się bałam, bo  jednak na drugim końcu Polski raczej ciężko o  znajome twarze. Szczęśliwie jednak kilka piszących kobiet poznałam wcześniej online, co trochę ułatwiło mi kontakty. Jednak nie ta tyle, bym mogła powiedzieć o sobie, że miałam okazję poznać się ze wszystkimi. Wiecie, ja to jednak taka cicha myszka jestem... Na samym wstępie otrzymałyśmy identyfikatory i tak przystrojone udałyśmy się do właściwej sali wyposażone w łakocie, kawę i herbatę, co by mieć siłę na dalszy etap. 
To jest ten moment w którym muszę wesprzeć się zapiskami sporządzonymi podczas eventu w kreatywnym notatniku - jednym z prezentów przywiezionych ze Blog Matters.Sorry memory.

Jako pierwsza pojawiła się przed nami Agata Ciesielska, którą  znajdziecie na facebooku, instagramie i stronie jej studia. Z jej pomocą zgłębiłyśmy tajniki prawidłowego tworzenia zdjęć produktowych na bloga. Sporo miejsca poświęciła kompozycji i przedstawianiu produktu w aranżacji. Podpowiedziała jak stworzyć swój własny niskobudżetowy pomocniczy zestaw fotograficzny. Z Agatą rozpoczynałyśmy ten dzień i kończyłyśmy- wspólnymi warsztatami z "flat lay".



Kolejną prelegentką tego dnia była Ewa Popielarz - facebook, strona osobista.  Kobieta żywioł! Od razu jak tylko weszła na środek i zaczęła swoją opowieść o tym jak pisać, żeby ludzie chcieli za to płacić, przepadłam. Ewa opowiadała o tym CO pisać, GDZIE szukać zleceń , JAK podejść do współpracy i ILE liczyć za swoją pracę, tak by mieć z tego satysfakcję. Wielki plus za to, że prezentacja i przemowa nie były sztucznymi frazesami. "Dupochron" zapadł chyba w pamięci każdej z nas, tak samo jak wspomniane "Pisz bez obaw, redaguj bez litości". Po tej mega motywującej pogadance miałam ochotę siąść i pisać, pisać, pisać...



Na opowieść o "Happy marketingu" zaprosiła nas Agata Ossowska, dziennikarka pisząca dla Happy Koszalin. Jej prezentacja krążyła wokół tematu  storytellingu. Było trochę o tym jak opowiadać by nas słuchano. Dowiedziałam się także, że każdy autor ( również my blogerki) posiada swoje charakterystyczne cechy, które można dopasować do uniwersalnego wzorca bohaterów. Niestety mimo kilku prób nie potrafiłam samodzielnie ustalić do której postaci mi bliżej.Agata udowodniła, że zwykle fabuła opiera się na klasycznej konstrukcji i w każdej nowej historii wykorzystywane są te same wzorce ( chociaż czasami z pominięciem niektórych punktów). Sama chociaż bardzo dużo czytam nigdy nie doszłam do podobnych wniosków i dopiero po tym spotkaniu zaczęłam się bardziej interesować tą kwestią, w kategorii ciekawostek.


Na koniec czas wypełniła nam Anita Bednarczyk ze swoją opowieścią o Infografice, o której więcej znajdzie na jej stronie. Przyznaję, że zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać, bo to strefa o której wiedziałam wcześniej tyle co nic. Oczywiście czasami znajdowałam w sieci podobne twory nie mając nawet pojęcia, że to akurat TO. Anita przekazała  cenne informacje, chociaż nie bardzo wiem jak mogłabym wykorzystać taką formę akurat w przypadku bloga. Może kiedyś...


Już po pierwszym dniu byłam naładowana pozytywną energią. Dobrze, że w Mielnie byłam z mężem i miałam komu wieczorem opowiadać o tym czego się dowiedziałam. Pogoda  jak na połowę września nam dopisała i chyba większość  z dziewczyn popołudnie i wieczór spędziła na plaży (takie wnioski nasunęły mi się po  późniejszym przejrzeniu insta).Ja oczywiście kolejny raz zrobiłam milion pięćset sto dziewięćset zdjęć zachodzącego słońca. Wiecie, taki zapas na resztę roku...Niedzielny poranek był dla mnie już nieco bardziej nerwowy. Ze względu na pracę męża musieliśmy się nastawić na szybszy niż planowaliśmy wyjazd. Przez to też nie mogłam zostać na ostatnim niedzielnym wykładzie p.Sławka Ludwikowskiego, czego żałuję. Ale zanim do tego...

Niedziele rozpoczęłyśmy od wspólnego śniadania, chciałabym napisać, ale akurat mnie na nim zabrakło, bo byłam w trakcie pakowania.Nie mniej jednak punktualnie o godz. 9:00  stawiłam się na pierwszym tego dnia wykładzie prowadzonym przez Olę Gościniak. Kim jest i czym się zajmuję chyba nie muszę Wam mówić? Gdyby ktoś jednak jeszcze nie wiedział to zapraszam na stronę oraz do grupy interaktywnych kobiet. Ola przedstawiła nam możliwości sprzedaży własnych produktów. Wspomniała też o przygotowaniu ciekawych treści i zamknięciu ich w formie kursów czy e-booków. Poznałyśmy koszty wykonania począwszy od korekty, aż do promocji.Było i o SEO i afiliacji. To dzięki Oli dowiedziałam się, że google "karze" za usuwanie wpisów, obniżając pozycję w wynikach wyszukiwania. To by wyjaśniało dlaczego po przeprowadzonych przeze mnie "porządkach" tak spadły mi zasięgi 😃


Nadeszła pora na prelekcję Krzysi Bezubik, autorki kursów i warsztatów kreatywnego pisania, którą znajdziecie na stronie Piszę Bo Chcę.  Krzysia vel. Krysia opowiedziała nam o tym jakie są zasady współpracy z wydawnictwami oraz jak według niej najlepiej wydać własną książkę. Sporo czasu poświęciła na omawianie plusów i minusów korzystania z opcji self- employed. Na pewno zyskały na tej wiedzy osoby posiadające już gotowy tekst, który czeka gdzieś nadal na dnie szuflady na to by wyjść na światło dzienne.


Ania Teodorczyk  wprowadziła nas do  swojego świata grafiki, dla chcących wiedzieć więcej- linki: facebook, strona Ani. Razem z nią odkryłyśmy na co zwraca uwagę odbiorca, jakie elementy grafiki są istotne, a których nasz wzrok zupełnie  nie wyłapuje. Najchętniej dziewczyny podpytywały Anię o dobór i ilość fontów w projekcie. Dowiedziałyśmy się również co nieco o współpracy grafika z klientem i o projektach pod zamówienie.


Swoją energią i zapałem podzieliła się z nami także Magdalena Bek, kobieta zafascynowana światem mediów społecznościowych , o którym pisze również na swoim blogu. To jedna z tych prelekcji na jakie czekałam z zapartym tchem. Byłam ciekawa wskazówek Magdy i nie zawiodłam się. Podpowiedziała ona z jakich aplikacji i narzędzi korzystać, by móc szybko i sprawie śledzić SM.  Warto ustalić cel jaki chcemy osiągnąć i mierzyć w odpowiedniego odbiorcę.



Dobrnęliście do tego momentu? To fajnie, chociaż to jeszcze nie koniec...

Organizacja tak dużego spotkania wymagała sporo pracy. Nie obeszłoby się również bez sponsorów i patronów medialnych. Dzięki temu miałyśmy się gdzie spotkać, co jeść jak również otrzymać upominki. Wielkie brawa należą się też prelegentom którzy nieodpłatnie zechcieli przyjechać do nas i podzielić się swoją wiedzą. Smutne jest tylko to, że niestety sporo osób nie poinformowało wcześniej organizatorek o tym, że nie dadzą rady pojawić się na spotkaniu. Dziewczyny włożyły w przygotowanie wszystkiego  masę serca, poświęciły swój wolny czas i chociażby krótkie słowa wyjaśnienia zwyczajnie  (w moim odczuciu) im się należały. 

Sponsor główny: MPS
Zdjęcia:  Aleksandra Piec






Dziękuję raz jeszcze za możliwość uczestnictwa, za sporą dawkę wiedzy i przyjemnie spędzony weekend. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie okazja...



Czym pachniała Kleopatra?! Possess by Oriflame

Czym pachniała Kleopatra?! Possess by Oriflame

Intrygujący flakonik i bogata mieszanka aromatów to element charakterystyczny zapachu  Possess, który trafił do mnie za sprawą Agnieszki Kowal z Oriflame. Nim jednak skupimy się na samym zapachu warto przypomnieć czym tak naprawdę są perfumy. W większości krajów przyjęto nazwę wywodzącą się od francuskiego zwrotu "par fumee", co w dosłownym tłumaczeniu oznacza "przez dym". W języku łacińskim jak i włoskim już dawno funkcjonowało słowo o podobnym brzmieniu "perfumare" - przedymiać.W takiej formie rozgościło się więc szybciej i sprawniej od francuskiego le parfum. Nazwa z wykorzystaniem cząstki par-, funkcjonuje natomiast nadal m.in w Niemczech. To czy mieszanka mocno skoncentrowanych substancji zapachowych ( i innych półproduktów) zostanie zakwalifikowana jako perfumy, a nie np. woda toaletowa, uzależnione jest od  wykorzystanej przy produkcji ilości rozpuszczalnika w stosunku do  procentowej zawartości tych pierwszych.




Mówi się, że perfumy są jak muzyka. Faktycznie powiązań między jednym a drugim jest sporo. W obu przypadkach proces powstawania jest twórczy i pracochłonny, a na udany efekt końcowy składają się umiejętnie dobrane... nuty. 

  • głowy - najbardziej lotna, ale zdecydowanie najmocniej wyczuwalna po aplikacji
  • serca - rozwijająca się w kilkanaście minut po aplikacji  pod wpływem kontaktu ze skórą i powietrzem
  • bazy - kumuluje pozostałe składniki, utrzymuje się najdłużej 

Do sedna...



Szukając informacji o zapachu Possess, trafiłam w sieci na wpis wiążący go z Kleopatrą. Wszystko to za sprawą zapachu kwiatów ylang- ylang uznawanego za skuteczny afrodyzjak. Nie jestem w stanie sprawdzić wiarygodności tamtego wpisu, ale skoro królowa tak silnie działała na swoich poddanych to faktycznie musiał w tym tkwić jakiś sekret. Twórcy wody perfumowanej  Possess postanowili wykorzystać tak pożądany składnik. Co ciekawe został on zamknięty w nucie serca w asyście maliny i kwiatu pomarańczy. Udaną "grę wstępną" zapewniają : ananas, grapefruit i frezja. Bazą i  jednocześnie najbardziej wyczuwalnym aromatem jest połączenie wanilii, paczuli i drzewa sandałowego, przez co wiele użytkowniczek określa ten  zapach  jako  skonkretyzowany i ciężki. 

Przyznaję, że sama byłam w stanie rozpoznać wyłącznie ostatnie akordy zapachowe i stawiałam na to, że Possess plasuje się w kategorii kwiatowo- orientalnej. Okazało się jednak, że kwiaty owszem i tak, ale sam zapach należy do tych określanych jako kwiatowo - szyprowy. O ile w takim zestawieniu nie zdziwił mnie zupełnie grapefruit, o tyle ananas i maliny okazały się  niespodzianką. Prawdopodobnie to właśnie im zawdzięczamy delikatnie przebijającą się słodką nutę, bo  zdecydowanie nie jest to jedynie zasługa wanilii. Trwałość zapachów uzależniona jest w głównej mierze od pH skóry, ale ja szczęśliwie nie mogę w tej kwestii narzekać i dzięki uwagom często przypadkowych osób wiem, że Possess długo po aplikacji nadal jest wyczuwalny na moim ciele. Sporym zaskoczeniem był dla mnie flakonik bez  dodatkowego zamknięcia atomizera. Do tej pory nie posiadałam zapachu zamkniętego w tak zdobnej oprawie i szczerze przyznaję, że z rozmachu kilkukrotnie "zdjęłam" właściwy atomizer. Na szczęście po powrocie na miejsce docelowe nadal działa bez zarzutu, a musicie uwierzyć, że jest namiętnie wykorzystywany. Zdaję sobie sprawę, że sporo osób zakwalifikuje ten zapach jako perfumy idealne na obecną i nadchodzącą porę roku, czyli miesiące chłodne. Ja zaliczam się do grona tych osób, które nie stosują się do takiego kategoryzowania i będę używała go również przez resztę roku.  Biorąc pod uwagę zapachy stworzone  na potrzeby Oriflame, Possess zalicza się do grona tych droższych, ale jednocześnie o zwiększonej wydajności. 


Po jakie zapachy Wy sięgacie najchętniej ? Może macie swoich faworytów wśród tych proponowanych przez Oriflame?



"Dance, sing , love. Miłosny układ" do wygrania!

"Dance, sing , love. Miłosny układ" do wygrania!


Zapraszam Was serdecznie do udziału w konkursie, w którym do wygrania jest  bestseller z Wattpad'a. Książka, która uzyskała ponad 2.5 mln wyświetleń. Jej lektura sprawiła mi sporo przyjemności i tym bardziej cieszę się, że mogę jeden egzemplarz przeznaczyć dla Was.

DANCE, SING, LOVE. Miłosny układ - Moim okiem :) 



Regulamin:
Konkurs trwa od 23.09 - 30. 09. 2017r. Wysyłka nagrody na terenie kraju  na mój koszt.Wyniki zostaną ogłoszone do 5 dni od zakończenia konkursu.Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych ( Dz.U. z 2004 r. Nr 4 , poz. 27 z późniejszymi zmianami) . Szczegółowy regulamin dostępny tutaj.

PYTANIE KONKURSOWE: 
Jaka tegoroczna nowość książkowa zwróciła Twoją uwagę? Uzasadnij w kilku słowach. (Odpowiedzi jak zawsze zostawiacie pod postem konkursowym. Nie jest wymagane posiadanie konta blogger)

Będzie mi bardzo miło jeśli zajrzycie na profil książki na facebooku - "Dance, sing, love"  .


Wrześniowe spotkanie blogerek w Rzeszowie, czyli  dobry PRETEKST nie jest zły...

Wrześniowe spotkanie blogerek w Rzeszowie, czyli dobry PRETEKST nie jest zły...

Początek roku szkolnego dla nas był wyjątkowo radosnym okresem, bo już we wtorek  5 września spotkałyśmy się w pokaźnym gronie w jednym z rzeszowskich, klimatycznych miejsc- restauracji PRETEKST. Dawno już nie brałam udziału w typowym blogerskim spotkaniu, ale tym razem za uczestnictwem przemawiało dwa ważne argumenty: szczytny cel, bo spotkanie okraszone było licytacją na rzecz Tomka oraz możliwość sprawdzenia się przeze mnie w roli fotografa. Co innego robić ustawiane zdjęcia w domowych pieleszach, a co innego uchwycić masę pięknych kobiet w ruchu :) 


Organizatorki Gabrysia i Kasia zapewniły ciepłą atmosferę. Miałam okazję spotkać się ze znanymi mi już dziewczynami jak i poznać nowe twarze, chociaż przyznaję, że jak zawsze byłam mało rozmowna, a ze względu na wyznaczone zadanie również mocno skupiona na pracy. Bez wątpienia prawdziwą atrakcją z mojego punktu widzenia była prelekcja Agnieszki, którą znajdziecie w sieci jako  Ladetre fotograf produktowy. Podzieliła się ona z nami swoją wiedzą z zakresu fotografii. Opowiedziała o ciekawych patentach do wykorzystania w domu i podpowiedziała jak prowadzić swoje SM. Dla mnie jej wykład był mocno motywujący. Zmierzyłam się nawet z jej wskazówkami czego efekty mogliście obejrzeć kilka dni temu na fb Praktycznie Kosmetycznie


Następnie przeszłyśmy do licytacji fantów przeznaczonych przez sponsorów. Do kupienia były też ręcznie robione drobiazgi autorstwa mamy Tomka. Brelokowym aniołkom nie sposób było się oprzeć. Ostatecznie udało się uzbierać 769zł. 



Sponsorzy zadbali także o nas, uczestniczki spotkania. Do domu prócz miłych wspomnień przywiozłam przygotowane przez nich paczki. Spodziewajcie się więc za jakiś czas powiewu nowych recenzji, bo jestem właśnie w fazie namiętnego testowania.







Pozdrawiam ;)

"Dance,sing,love.Miłosny układ" - Layla Wheldon, czyli sukces z Wattpad'a...

"Dance,sing,love.Miłosny układ" - Layla Wheldon, czyli sukces z Wattpad'a...

Czy opowieść z Wattpad'a jest w stanie osiągnąć sukces? Wypadałoby zadać to pytanie dziewczynie kryjącej się za pseudonimem Layla Wheldon, której książka" Dance, sing, love. Miłosny układ" od lipca, czyli momentu premiery,  nie schodzi z języków. Co kryje w sobie ta historia ? Kolejna z wielu... tak mogłabym Wam tu napisać opierając się wyłącznie na opisie wydawcy umieszczonym na okładce. Taniec, śpiew i miłość to bardzo chętnie i często wykorzystywane motywy w erze w której dla większości społeczeństwa jedyną rozrywką jest przeskakiwanie pilotem z kanału na kanał. Przebrnęłam przez opis, wypadałoby się zabrać za czytanie, ale chęci ku temu jakoś specjalnie nie nadchodziły. Aż w końcu....



Zabrałam się za czytanie. Zaskakujące? Wcale nie. Wystarczyło pierwszych kilka stron, żebym zupełnie przepadła. Pochłonęłam kolejne w zaledwie kilka godzin i ani się obejrzałam, a byłam na samym końcu. Za szybko, bo zdecydowanie chciałabym jeszcze raz na nowo przeżywać troski i radości wraz z głównymi bohaterami. A tu autorka popłynęła serwując nam całą gamę osobowości. Jedni przypadli mi do gustu natychmiast, o innych zdanie zmieniłam w trakcie czytania, a jeszcze innych nie byłam w stanie obdarzyć sympatią - jak w życiu. Ta różnorodność wpłynęła jednak na samą historię wzbogacając ją o całe spektrum znanych nam z autopsji emocji. Nikt nie wciska nam tu na siłę banalnych sytuacji , a każde kolejne wydarzenia następują po sobie naturalnie. Właściwie tej historii nie było by bez Livii, zawodowej tancerki i aroganckiego topowego piosenkarza Jamesa. Płytko? Ech, poczekajcie na resztę. Livia wraz ze swoim zespołem zajmują się tworzeniem show podczas występów gwiazd. Tym razem towarzyszą w trasie koncertowej wspomnianego już Jamesa. Każda z nas zna takiego upierdliwego faceta, któremu wydaje się, że jest pępkiem świata. Gdyby tak do tego dołożyć duże pieniądze i rzeszę fanek, to  "sodówka" gotowa. I właśnie na takim etapie kariery na początku historii jest nasz główny bohater. Początkowo, a właściwie niemal do połowy historii nasza " jeszcze nie para" wyjątkowo się nie lubi.W sumie nie ma się co dziwić, że Livia nie jest zainteresowana mężczyzną dla którego w związkach istotne jest by trwały tylko przez jedną noc... A co jeśli ze strony Sheridana to tylko gra? Oboje bronią się przed uczuciem, które wkrada się w ich serca. Namiętność kwitnie, ale w związku chodzi o coś więcej niż bajeczny, dziki seks... Czy warto walczyć o związek i do jakich dramatycznych kroków pchną bohaterów koleje próby?


Naprawdę książka zakrawa o miano " jednej z wielu" jeśli bazuje się wyłącznie na opisach dostępnych w sieci. Dopiero samodzielna lektura pokazuje jakie bogactwo kryje się w jej wnętrzu. Pierwsze uczucie, trochę nieporadne, często przejaskrawione buzującymi hormonami i wlewanym w siebie alkoholem. Każdy moment podczas którego by być sobą przy drugiej osobie, trzeba się napić. Radość widziana przez pryzmat szumiących w głowie procentów, łzy smutku wylewane w nieodpowiednich ramionach. Można się pogubić. Jak w realnym życiu, nie każda decyzja jest tą odpowiednią. A  konsekwencje   nieprzemyślanych działań rzutują na przyszłość. To nie kolejna historia o cukierkowej miłości dwojga ludzi. To opis drogi jaką musieli przejść by być razem. Drogi z przeszkodami, które niejednokrotnie były wynikiem bezmyślnego działania ich samych.  Drogi, którą każdego dnia kroczy wiele innych, realnych par. Bo czasami trzeba stawić czoła poważnym problemom, a alkoholizm jest jednym z nich. Autorka w przystępny, ale też emocjonujący sposób przedstawiła taką walkę o to by MY nie rozpadło się na JA i TY, a także o to by pomiędzy nie pojawił się KTOŚ inny... 

Po tak burzliwym i głośnym debiucie liczę na to, że Sandra Sotomska, bo tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko  autorki,  jeszcze nie raz  uraczy nas równie barwną opowieścią o życiu. 

Czym kierować się przy wyborze  lakieru do włosów? Nietypowe zastosowania lakierów. Szeroka gama produktów Ronney.

Czym kierować się przy wyborze lakieru do włosów? Nietypowe zastosowania lakierów. Szeroka gama produktów Ronney.

Gumy, pianki, musy, żele i lakiery to zaledwie część dedykowanych włosom produktów, których celem jest utrwalenie  fryzury i utrzymanie jej nienagannego wyglądu przez wiele godzin. Dzisiaj skupimy się na tych ostatnich. Wspólnie poznamy sposoby na ich aplikację oraz odkryjemy czym kierować się przy wyborze tego idealnego. Jako posiadaczka krótkiej fryzury mogę sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa unosząc swoje włosy u nasady lub tworząc totalny nieład. Zdecydowanie ta druga opcja podoba mi się bardziej, ale do jej wykonania potrzebuję kosmetyków o przedłużonej trwałości i naprawdę skutecznym działaniu. Niestety większość żeli i gum powoduje u mnie nadmierne przetłuszczanie dlatego w większości przypadków byłam zmuszona zrezygnować z ich dalszego stosowania. Obecnie posiadam jedną pomadę z pomocą której udaje mi się uzyskać zadowalający mnie efekt. W większości przypadków "ratuję się" lakierem do włosów z kilku prostych powodów. 


PLUSY LAKIERÓW DO WŁOSÓW

  • łatwy sposób aplikacji, 
  • szybkie działanie = oszczędność czasu
  • szeroka gama produktów o różnym przeznaczeniu i stopniu trwałości
  • niska cena przy wysokiej wydajności
  • możliwość poprawek lub zmian w fryzurze
  • łatwe usunięcie resztek z włosów* 
* W przypadku dobrych lakierów do włosów możliwe jest niemal całkowite ich wyczesanie .Zwłaszcza w przypadku krótkich fryzur.


Pierwszy lakier do włosów  powstał w latach 40. ubiegłego wieku. Jego bazę stanowiła naturalna żywica np. szelak. W latach 70. zaczęto eksperymentować z wykorzystaniem freonu jako gazu pędnego. Obecnie produkowane lakiery opierają się zwykle na mieszance żywic polimerowych rozpuszczonych w etanolu. Dodatkowo wzbogacane są o składniki odpowiadające za ochronę UV czy zapach. 


CZYM KIEROWAĆ SIĘ PRZY WYBORZE LAKIERU DO WŁOSÓW?



Pierwszym i najistotniejszym krokiem  jest ustalenie jakiego efektu oczekujemy po zastosowaniu produktu na włosy. Obecnie rynek kosmetyczny i fryzjerski bogaty jest w produkty różnych firm dedykowane do włosów o różniej gęstości lub borykające się  z  konkretnym problemem. Ja jako posiadaczka dość cienkich włosów o skłonnościach do przetłuszczania szukam kosmetyków nie obciążających ich zanadto. Zależy mi jednak na długotrwałym utrzymaniu włosów w ryzach, więc wśród lakierów po jakie sięgam zwykle znajdują się te oznaczane najwyższym numerem (odpowiadającym  największemu stopniowi utrwalenia). Unikam kosmetyków tworzących na włosach jednolitą taflę.




WŁAŚCIWOŚCI CZY ZAPACH?



A może jedno i drugie w parze? Jeszcze kilka lat temu w większości drogerii czy salonów fryzjerskich wybór był żaden. Jednakowy, mdlący zapach i przeznaczenie " do wszystkich typów". Na szczęście ten etap już dawno za nami, a co rusz na rynku pojawia się nowa marka. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić produkty Ronney. Przywędrowały one do Polski z Wielkiej Brytanii. W większości to produkty przeznaczone do włosów, ale na markę składają się także akcesoria przydatne w gabinetach kosmetycznych czy salonach fryzjerskich.Lakiery do włosów Ronney na tle innych podobnych kosmetyków wyróżnia zapach. Szeroka gama pozwala na dobranie odpowiedniego produktu wg gustu klienta. Nie bez znaczenia jest fakt, że każdy z  nich posiada inne właściwości pielęgnacyjne. Autentycznie różnią się one między sobą składem, co sprawdziłam. Lakiery aplikowane w sposób zgodny z przeznaczeniem utrwalają fryzurę jednocześnie jej nie sklejając. Warto pamiętać o wskazówkach producenta, ponieważ aplikacja zbyt blisko lub za daleko od włosów wpłynie na efekt końcowy. Wiem co mówię, bo za pierwszym razem zrobiłam swoim włosom małe kuku spowodowane zbyt małą odległością i trochę je zlepiłam.Lakierów używam obecnie codziennie, ale nie oznacza to, że każdorazowo muszę zmywać je z włosów z użyciem szamponu jak to miało miejsce przy użyciu drogeryjnych produktów. Te zdecydowanie  dobrze dają się wyczesać z włosów. A cały proces obywa się bezboleśnie. Zdaję sobie sprawę jednak z tego, że mam krótkie włosy i mogę sobie pozwolić na skorzystanie z takiej możliwości. Nie wiem jednak jak wyglądałoby to w przypadku posiadaczek długich włosów.  Czarne opakowania  dobrze prezentują się w każdej scenerii. Różnice w wyglądzie odnoszą się wyłącznie do kolorów napisów. Każdy z nich przeznaczony jest dla innej serii.Wśród 8 proponowanych dwie wersje zdecydowanie przypadły mi do gustu. Były to wersja z kwasem hialuronowym o lekko męskim aromacie oraz orzeźwiające owocowe nuty zamknięte w wersji z olejkiem Babassu. Chociaż to produkty profesjonalne ich cena jest wyjątkowo przyjemna dla portfela.Szczegółowe informacje dotyczące każdej z oferowanych wersji znajdziecie na Ronney.

  • Wersja klasyczna - lakier do włosów Extra Strong ( biały)
  • Wersja wzmacniająca z olejkiem z orzechów Makadamia - Macadamia Oil Restorative (złoty brąz)
  • Wersja  regenerująca z dodatkiem kwasów owocowych - Multi Frut Regenerating (żółty)
  • Wersja nawilżająca z dodatkiem kwasu hialuronowego - Hialuronic Acid Moisturizing - (niebieski)
  • Wersja rewitalizująca z dodatkiem witamin- Vitamin Complex Revitalizing (różowy)
  • Wersja energetyzująca z dodatkiem olejku Babassu - Energizing Babassu oil (pomarańczowy)
  • Wersja wzmacniająca zapobiegająca wypadaniu- Agains hair loos L-arginina ( fioletowy)
  • Wersja odbudowująca z dodatkiem keratyny - Keratina Redbuilding  (zielony) 


LAKIER DO WŁOSÓW INACZEJ...


Wiecie, że lakierów do włosów można używać w sytuacjach kryzysowych? Przydają się nawet podczas prania...

  1. Pomagają usunąć plamy po makijażu. Zabrudzone miejsce należy popsikać lakierem do włosów i ustawić pranie zgodnie z informacjami na metce.
  2. Wasze buty z połyskiem trochę zmatowiały? Bezpośrednio po wypastowaniu i polerce nanieś na nie odrobinę produktu.
  3. Z pomocą lakieru możemy też dłużej cieszyć się bukietem kwiatów. Ale tą metodę pewnie już znacie...
  4. Tak samo jak wykorzystanie lakieru przy ujarzmianiu niesfornych brwi...
  5. Ale może nie wiedziałyście, że popsikanie butów wewnątrz zapobiegnie ślizganiu się stopy.
  6. Dodatkowo odrobina lakieru zaaplikowana na papierowy ręcznik ułatwi usuwanie sierści z ubrań.


Ciekawa jestem jak wiele z Was używa lakierów regularnie. Jakie są Wasze typy? Znacie produkty Ronney?



Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger