poniedziałek, 16 stycznia 2017

Makijaż rasowej zołzy.

Weekend obfitował  w całą masę atrakcji o których innym razem,  bo zdecydowanie z większością faktów i natłokiem informacji muszę iść  do łóżka. żeby je sobie dobrze zaszufladkować. Nie mniej jednak była okazja ( i to nie jedna) żeby przejrzeć aktualną ofertę dostępną w Empiku.Moją uwagę przykuł jeden tytuł i ubolewam teraz nad faktem , że nie trafił do mojego zakupowego koszyka, a mianowicie "Dlaczego bywam humorzastą zołzą?" Biorąc pod uwagę jak zaczęłam dzisiejszy dzień i tydzień dochodzę do wniosku, że książka powstała specjalnie dla mnie.Ale może zwalmy wszystko na Blue Monday... Albo zwyczajnie bądźmy szczerzy, taka już jestem :) 

Mogłabym Wam bajki pisać, że wstałam skoro świt , żeby wykonać ten makijaż, ale po pierwsze dobrze wiecie, że straszna ze mnie sowa i wstaję rano tylko wtedy gdy muszę. A po drugie sporo  z Was zna moją tajemnicę i wie, że od piątku nie mam już różowej nastroszonej czupryny. Nie mniej jednak wydaje mi się, że nadal pasuje do mojego wizerunku złośnicy. A wykonałam go w czwartek. Bez specjalnej okazji. Po prostu za oknem było w miarę dobre światło...   



Powiedzmy, że podczas rozmowy przy kawie, która  kawą nie była, przyznałam się do swojego uwielbienia względem kości policzkowych. Niestety mnie poskąpiono mocnych rysów więc jak widzicie mocno wspomagam się bronzerem , a piszę o tym tylko dlatego, że właśnie w tym makijażu po raz ostatni użyłam produktu, który pasował mi pod każdym względem. Mój ulubieniec zwany brązującym pudrem w kamieniu , tudzież contouring powder o jakże wymownej nazwie Sahara Sand 308 od Kobo towarzyszył mi przeszło rok. Wymuskałam zawartość do cna, a opakowanie mocno już sfatygowane życiowo na dowód tego wyczynu prezentuję na poniższym zdjęciu.Wracając do tematu, jednym brak piątej klepki, a mnie brak wystających kości policzkowych, takie życie. Bardzo lubię to swoje przerysowane odbicie w lustrze (a jeszcze bardziej krytykujące mój brak umiejętności nakładania tegoż produktu znawczynie ). Dodatkowo pomimo starań i eksperymentów z kolorem prawdziwie sobą czuję się w ciemniejszym wydaniu oka. I tak też było tym razem. Na powiekę trafiła zieleń w kilku odcieniach od MUR i Freedom. A średnio pasujące do całości usta to nic innego jak moja nowa miłość do matowych pomadek Bell. I jak to podsumowała jedna z bliskich osób, moje makijaże to kolejny dowód na to, że można mieć wiedzę w danym temacie i uparcie z niej nie korzystać. I tak sobie myślę , że łamanie zasad faktycznie wychodzi mi całkiem dobrze.


A jak to jest u Was w tej kwestii?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są Waszą odpowiedzią na moje posty.
Dziękuję za cenne uwagi w nich zawarte, opinie, miłe słowa...
Autoreklama nie jest tu mile widziana.Zawsze odwiedzam blogi osób , które zostawiają coś od siebie;)