Carbonated Bubble Clay Mask - bąbelkująca maseczka Bioaqua

Jeśli Twój wymarzony wieczór  opiera się na długiej kąpieli w wannie pełnej piany a dodatkowym umilaczem jest musujący w kieliszkach szampan być może kosmetyk który dzisiaj opisuje  okaże się dla Ciebie, Drogi Czytelniku ideałem?! Co prawda nie zastąpi żadnej z powyższych uciech, ale w działaniu jest równie intensywny co przyjemny.

Moja problematyczna buźka  poniekąd wymusza na mnie dobór kosmetyków metodą prób i błędów, bo jednak nie wszystko co jest dla niej przeznaczone jej służy. Stąd też gdy odkryłam na Aliexpress dział z kosmetykami zdecydowałam postawić wszystko na jedną kartę. Pisałam już kiedyś o maseczce z fasolą Mung i wspominałam tam, że rozumiem  każde podejście do tematu zamawiania tam kosmetyków i ich późniejszego używania. O ile sama pewnie nie pokusiłabym się na kamuflaże i temu podobne twory, o tyle do pielęgnacji podeszłam ufnie. Szczęśliwie dla mnie, jak się później okazało. Po tamtej saszetkowej przygodzie była kolejna i kolejna... Próbowałam kilkunastu różnych masek w płacie czy zamkniętą w słoiczku maskę (również fasolową) z firmy Caicui. Aż w końcu gdy u nas zaczął się boom z maseczkami bąbelkującymi w płacie od Skin79 , postawiłam na podobny kosmetyk w wersji kremowej. 


Carbonated Bubble Clay Mask od Bioaqua jest chyba jedną z najczęściej prezentowanych maseczek na polskich blogach rodem z Aliexpress. Nie dziwi mnie to w ogóle, ponieważ bez wątpienia wzbudza ciekawość. Do mnie kosmetyk dotarł ofoliowany i zabezpieczony banderolkami firmowymi. W środku kartonowego opakowania znalazłam właściwy słoiczek i jak w przypadku maski od Caicui szpatułkę do nakładania. Co prawda  nie nakłada się nimi jakoś specjalnie dobrze , ale do  higienicznego wydobycia kosmetyku  z opakowania nadaje się idealnie. Zawsze lepsze to niż babrać w całości paluchami. Może kolorystycznie specjalnie nie zachęca ,ale nie pachnie  źle więc niesiona ciekawością zdobyłam się na jej regularną aplikację - około 2 razy w tygodniu. Pierwsza próba okazała się mało udana, bo nałożyłam za bogatą warstwę przez co produkt praktycznie w ogóle się nie spienił. Z czasem było już tylko lepiej. Maska ma konsystencję budyniu , ale całkiem dobrze daje się rozprowadzać na twarzy. W chwilę po naniesieniu pod wpływem kontaktu z powietrzem zaczyna przyjemnie musować. Coś jak wydostające się z wody mineralnej bąbelki. Chwilami trochę mnie to łaskotało, ale całość oceniam bardzo pozytywnie, bo podczas aplikacji czułam się naprawdę zrelaksowana. Ilość wytworzonej piany nie okazała się tak spektakularna jak w przypadku masek w płacie jakie prezentowane są ostatnio na blogach, ale była zadowalająca.Oczyszcza delikatnie, ale mimo to po użyciu   skóra została wygładzona i przyjemna w dotyku. Przy regularnym stosowaniu problem z przetłuszczającą się  strefą T został  zmniejszony w znacznym stopniu.

Maska w  akcji. Po całkowitym wybąbelkowaniu tworzy około cetrymetrową warstwę piany. 


 W tym przypadku na opakowaniu możemy znaleźć coś więcej niż zazwyczaj. Trochę łamaną angielszczyzną ujęto w kilku zdaniach ogólne przeznaczenie produktu oraz jego skład. Znajdują się one zarówno na kartoniku jak i etykiecie na słoiczku co  nawet w przypadku niektórych rodzimych kosmetyków wcale nie jest takie oczywiste. Zdaję sobie sprawę, że znajdą się tacy , którzy podważą wiarygodność tych informacji, nie mniej jednak u mnie produkt ten spisał się bez zastrzeżeń i z chęcią sięgnę po kolejne  jego opakowanie. Jak w przypadku każdego kosmetyku polecam wykonanie próby uczuleniowej , żeby później nie było , że ta czy ta pisała jakie to cudo , a mnie uczuliło... 😊 Cena 3-5 $ za 100g.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze są Waszą odpowiedzią na moje posty.
Dziękuję za cenne uwagi w nich zawarte, opinie, miłe słowa...
Autoreklama nie jest tu mile widziana.Zawsze odwiedzam blogi osób , które zostawiają coś od siebie;)

Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger