niedziela, 12 lutego 2017

Jak kochała Wisłocka? [film]

Nie jest tajemnicą , że przeczytałam Grey'a, chociaż ostatnią część "po łebkach" i bez większej przyjemności. Film oglądałam długo po premierze i głównie przez to, że wszyscy znajomi zachwalali. Na drugą część nawet się nie wybieram, bo już sam zwiastun umocnił mnie w przekonaniu, że seksualna fikcja to nie moja bajka. Głośno się jednak zrobiło i widzę, że sporo osób wciąż żyje tą historią. Trochę mi przykro, że jej premiera mocno zbiegła się w czasie z polską "Sztuką kochania" , bo nasza rodzima produkcja niestety nie miała tylu sponsorów i takiej reklamy, a obejrzenia bez wątpienia jest warta. 


Wczoraj wybraliśmy się do kina na film ,  o którym  wiedziałam jedno : muszę go obejrzeć! O jaką produkcję chodzi już wiecie. Chciałam wcześniej przeczytać książkę i poznać samą historię autorki. Niestety nie udało się "przed", ale tym bardziej  nabrałam na to ochoty "po". Sztuka kochania w wersji pisanej swoją premierę miała przed wielu laty po bojach stoczonych przez Wisłocką z ówczesną władzą. Długo było o niej zwyczajnie cicho i pewnie gdyby nie film (na podstawie książki V.Ozimnkowski "Sztuka kochania gorczycielki")... Słyszałam o książce, wiedziałam, że istnieje, ale potrzeby czytania poradnika sprzed lat jakoś nie czułam. Nie o niej tu jednak mowa, ale o filmie. Po pierwszym oficjalnym zwiastunie "zagrało". Polski film, nieoczywisty temat , a do tego całość oparta na prawdziwych wydarzeniach  z życia seksualnej rewolucjonistki- to mogło się nie udać. Można było pokazać za mało albo przedobrzyć z wizualizacją. Jak wyszło?Po kolejnych zwiastunach i wywiadach udzielanych przez córkę autorki zaczęłam się wnikliwiej interesować tym kim faktycznie była ta kobieta i co zrobiła, że stało się o niej głośno. I to było TO.

Były momenty w których uśmiech sam cisnął się na twarz. Po wielu latach ciężko sobie jednak wyobrazić autentyczną reakcję władzy na próbę przemycenia w piśmie seksualnego przewrotu. Z jednej strony seks był elementem obecnym, a z drugiej nic się o nim nie mówiło, otwarcie oczywiście. Oglądając tą produkcję miałam jednak nieodparte wrażenie, że ludzie w tamtych czasach byli bardziej wyzwoleni , a miłość czysta. I tylko świadomość była zdecydowanie mniejsza...Scenariusz jak można było się spodziewać uwzględniał sporo scen miłości fizycznej.Pomyślicie sobie seks to seks, o czym ona chce tu pisać? Muszę jednak wspomnieć, że autentycznie było czuć tą chemię wylewającą się z ekranu.Idealnie dobrana obsada "zagrała". Duet Boczarskiej z Lubasem ociekał erotyzmem. Były to jednak tak naturalne niewyuzdane i piękne w swojej prostocie zbliżenia, że warto było nasycić nimi zmysły. Może gdyby dzisiejsza młodzież miała takie wzorce zamiast tych z zachodniego kina...Z ekranu prócz wzlotów bohaterki wylewała się również jej niewątpliwa samotność. Momentami i mnie zaszkliło się oko, a były i takie osoby, które ta historia zupełnie rozczuliła. Nie będę wnikać w szczegóły, bo mam cichą nadzieję, że może ktoś jeszcze odkryje w sobie ochotę na seans. Warto było poznać tą historię życia , posłuchać dobrych kawałków którymi okraszony  był film czy chociażby zobaczyć całkiem seksowny tyłek Lubosa (tudzież krągłe piersi Boczarskiej - jak kto woli). Ja ze swojej strony dodam tylko, że na pewno nie był to mój pierwszy  i ostatni raz z Michaliną...

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Komentarze są Waszą odpowiedzią na moje posty.
Dziękuję za cenne uwagi w nich zawarte, opinie, miłe słowa...
Autoreklama nie jest tu mile widziana.Zawsze odwiedzam blogi osób , które zostawiają coś od siebie;)

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia