Volum' Experience Waterproof Mascara - DeBBy

Volum' Experience Waterproof Mascara - DeBBy

Każdy z nas czasami trafia na kosmetyki które trudno przypisać do jakiekolwiek kategorii, bo nie są ani specjalnie dobre ani tak całkiem złe. Z każdym kolejnym pojawiającym się u mnie produktem mam cichą nadzieję, że nie będzie mi on dawał powodów do narzekań. Wiecie jednak jak to jest z tą nadzieją...




Nie mam specjalnych wymagań co do tuszy do rzęs. Zależy mi głównie na tym, by taki osobnik posiadał właściwości wodoodporne i by nie osypywał się w trakcie dnia z rzęs na policzki. Tylko tyle i aż tyle biorąc pod uwagę to co czasami trafia  w moje ręce. Takie właściwości miała posiadać mascara Volum'Experience od DeBBy i... pod tym względem naprawdę nie mogłam na nią narzekać. Piękny, intensywny   odcień czerni utrzymywał się na rzęsach naprawdę długo i niestraszne były mu strugi deszczu, ani upływający czas. Efekt pogrubienia może nie był specjalnie spektakularny, albo prościej mówiąc nie taki jaki znałam dotychczas , ale przyjemnie prezentował się na oku. Rzęsy nawet przy dużej ilości nie sklejały się nieestetycznie, a jeśli gdzieś pojawiła się jakaś grudka, łatwo było ją wyczesać przy pomocy szczoteczki. Jednak jak w każdej bajce tak i w tej nie byłoby frajdy, gdyby nie urozmaicił jej jakiś czarny charakter. Dosłownie. Szczoteczka- sporych rozmiarów o całkiem przyjaznym kształcie mocno namieszała w naszym związku. To właśnie ona sprawiła, że nie byłam z tego kosmetyku zadowolona tak, jak mogłabym być...



Wszystko odbywało się wręcz książkowo. Zanurzona w kosmetyku , wydostawała się na zewnątrz z przyzwoitą jego ilością i wprawnie zmierzała ku oku. I chociaż czynność tą wykonywałam setki razy z innymi osobnikami to w tym przypadku zawsze jeden element wychodził nie tak jak powinien. Napiszecie mi pewnie, że powodem są jej rozmiary, że moje oczy są za małe żeby dobrze się nią pomalować, ale prawda jest taka, że miałam i mniejsze i większe okazy i tylko w kilku przypadkach pojawiało się TO - nieestetyczne brudzenie górnej powieki tuszem.  Postanowiłam Wam zobrazować moją bolączkę. I muszę przyznać, że naprawdę bardzo się starałam zrobić to dokładnie. Inaczej widzielibyście taki mascarowy szlaczek na całej linii rzęs.




O ile nie nakładałam nic na powiekę to sytuacja taka była jeszcze na upartego do zniesienia. Pozostawał ratunek w postaci  patyczka higienicznego , którym oczyszczałam zabrudzenie. Jednak zastosowanie mascary już przy wykonanym makijażu w moim przypadku zupełnie nie wchodziło w grę, bo efekt byłby zwyczajnie nieciekawy. Jestem sobie w stanie wyobrazić rozczarowanie tych wszystkich osób , które wykonały szałowy makijaż, a następnie zdecydowały się na ten produkt. Chociaż teraz jak na to patrzę, to nie wiem czy akurat rozczarowanie jest tu odpowiednim słowem, bo mnie zapewne wyrwałoby się siarczyste... Co ciekawa jest to na chwilę obecną jedyna z mascar jakie posiadam o ważności sześciu miesięcy od otwarcia. Na wszystkich innych bariera to standardowe trzy.Koszt w większości sklepów oscyluje w okolicach 22zł, a wiecie same że w tych pieniądzach zdecydowanie można trafić na coś lepszego.  I tak, mogłabym się bawić w nakładanie jej inną szczoteczką , ale nie o to chodzi by na siłę  szukać rozwiązań , ale by od początku i w pierwotnej formie cieszyć się z danego produktu. 

Znacie? A może macie podobny problem z inną mascarą?
Hydrain3 Hialuro Dermedic krem - żel ultranawilżający

Hydrain3 Hialuro Dermedic krem - żel ultranawilżający

W życiu są rzeczy do których wraca się z przyjemnością... Czasami jest to książka, innym razem film lub jak w tym przypadku- kosmetyk. Krem - żel Hydrain 3 Hialuro od Dermedic trafił do mnie po raz pierwszy kilka lat temu w formie próbki , by teraz regularnie o sobie przypominać.

Moja relacja z tym kremem jest jak powrót do rodzinnego domu. Bywają okresy, gdy jest nam tam po prostu źle, ale  po pewnym czasie tęsknota jest tak silna, że wrócić wręcz trzeba. Co prawda w tym przypadku wspólne być albo nie być zależne jest od temperatury za oknem. Znamy się już kilka lat i z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest to idealny kosmetyk na lato. Lekka i szybko wchłaniająca się formuła pozwalają  na utrzymanie prawidłowego poziomu nawilżenia bez niepotrzebnej natłuszczającej warstewki. Potrzeby mam ogromne i ciężko im sprostać. Cera mieszana z aktywną  strefą T , a jednocześnie skłonność do miejscowych przesuszeń sprawiają, że  nie jest łatwa w pielęgnacji. Niestety  poszukiwania idealnego zestawu kosmetyków  na zimniejsze okresy w roku wciąż u mnie trwa, ale lato mam już opanowane do perfekcji. Nie ukrywam, że w dużej mierze właśnie dzięki niemu. 


Solidny , szklany słoik o przejrzystej szacie graficznej, charakterystycznej zresztą dla tej firmy zamknięty jest w kartoniku na którym to znajdziemy sporo informacji na temat samego kosmetyku. Ogólnie wizualnie bardzo dobrze to wygląda, ale nie ukrywam, że wolałabym wersję w tubce lub buteleczce airless. Sam krem- żel dodatkowo zabezpieczony jest sreberkiem, co jest zresztą  bardzo częstą praktyką. Po jego odchyleniu naszym oczom ukazuje się delikatnie niebieska i przyjemnie lekka zawartość właściwa. Ultranawilżające właściwości są odczuwalne już po pierwszej aplikacji. Krem szybko wchłania się w skórę przynosząc tym samym ukojenie. Bardzo dobrze sprawdza się jako podstawa makijażu. Osobiście nie trafiłam jeszcze na kosmetyk kolorowy który zaaplikowany w chwilę po  nim zmieniłby swoje właściwości. Zdecydowanie u mnie najlepiej spisywał się stosowany rano, po uprzednim delikatnym oczyszczeniu skóry. Czasami zdarzało mi się też nałożyć wieczorem podwojoną ilość i traktować go jak maskę, co akurat moja buźka bardzo polubiła. Nie jest to w moim przypadku produkt, który mogłabym stosować spokojnie przez cały rok, bo jednak w okresie zimowym potrzebuję czegoś o cięższej , bardziej tłustej konsystencji. Mimo to, zawsze będzie miał swoje miejsce w mojej kosmetyczce, bo nie sposób z niego zrezygnować.  Podczas promocji można go zakupić za mniej więcej 20-25zł , natomiast cena regularna oscyluje między 35-38zł / 50g. Krem jest bardzo wydajny, a tym samym  koszt rozłożony na kilka miesięcy używania wychodzi śmiesznie niski. 


SKŁADNIKI AKTYWNE W HYDRAIN 3 HIALURO


Coś w tym kremie musi siedzieć, co sprawia , że robi dobrze naszej skórze. Nie jest to jednak żadna magiczna i tajemna substancja, a zbiór kilku składników, które razem  zapewniają przyjemne odczucia. W kremie z taką nazwą  spodziewać można się w składzie kwasu hialuronowego. I tak oto trafiamy na hialuronian sodu odpowiedzialny m.in za tworzenie na skórze filmu wiążącego wodę. Tym sposobem możliwe jest ograniczenie transpidermalnej utraty wody i utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia o czym zresztą wspomina producent w swoich obietnicach dotyczących kosmetyku. Dodatkowo składnik ten odpowiedzialny jest za poprawę elastyczności skóry oraz wykazuje właściwości regenerujące. Oprócz niego kolejnym istotnym składnikiem jest betaina, związek pozyskiwany z buraka cukrowego wykazujący silne właściwości nawilżające. Spory wpływ na skuteczność ma połączenie gliceryny i Dub Diol . Duet ten zapobiega przed przesuszeniem i odwodnieniem skóry. Sama gliceryna znana jest zresztą również ze swoich właściwości ochronnych przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Jeśli do tego dodać jeszcze mocznik, witaminę E czy wodę termalną- chyba nie mogło się nie udać?! 

Znacie ten krem? Jeśli jeszcze nie polecam wypróbowanie chociażby w postaci próbek, bo może się okazać, że i u Was sprawdzi się równie dobrze co u mnie. Zwłaszcza, że przeznaczony jest do każdego rodzaju cer, nawet tych problematycznych. 
Jak zapuścić , wyregulować i podkreślić brwi? Odżywka do brwi Brow Orphica

Jak zapuścić , wyregulować i podkreślić brwi? Odżywka do brwi Brow Orphica

Osobiście nie znam chyba żadnej kobiety, która choć raz w życiu nie zaliczyłaby małej brwiowej wpadki. Zdarza się nam zbyt mocno je wyregulować albo dla odmiany podkreślić- również za intensywnie. A czasami zwyczajnie  dla kaprysu włoski mają zły dzień i nie chcą się układać tak jakby nam to odpowiadało. Chociaż małe i niepozorne  odgrywają istotną rolę w makijażu tworząc oprawę dla oczu i nadając całej  twarzy wyrazistości.Warto pamiętać więc o ich odpowiedniej pielęgnacji. Jak to zrobić?


Najtrudniejszy pierwszy krok...  ZAPUSZCZANIE


Zdarzyło Wam się zbyt mocno wyregulować brwi? A może planujecie zmianę kształtu , jak ja? Zapuszczenie włosków kosztuje jednak sporo samozaparcia, a i sam upór może nie wystarczyć. Niestety włoski na brwiach nie rosną tak bujnie  i szybko jak te niechciane  na innych częściach ciała, ot ironia losu. Nie oznacza to jednak, że nie da się nic zrobić. Ja swoim brwiom niejednokrotnie wyrządziłam krzywdę zbyt mocną i nieprzemyślaną regulacją. Ich kształt pozostawiał  wiele do życzenia, a ja zirytowana skubałam je namiętnie dalej... i dalej. Wraz z nowym trendem na naturalne brwi przyszło opamiętanie. Wstępnie wspomagałam się olejkiem rycynowym , który regularnie stosowany wzmacnia oraz przyśpiesza ich wzrost. Na forach kosmetycznych wyczytałam, że podobne właściwości wykazuje rumiankowa pomadka do ust Alterra. W  składzie znajduje się mieszanka olei, w tym też rycynowy. Śledząc blogi dziewczyn można jednak zauważyć, że w jej skuteczności nie ma jednak reguły. Czasami zwyczajnie trzeba sięgnąć po coś o mocniejszym, a tym samym efektywniejszym działaniu. Producenci kosmetyków wykorzystali nowy trend dzięki czemu na rynku pojawiły się gotowe odżywki do brwi. Jedną z nich miałam okazję testować i chciałabym napisać o moich odczuciach względem niej. 


Odżywka do brwi Brow Orphica


Miałam okazję używać kilku odżywek do rzęs, ale do tej pory te dedykowane brwiom były mi nieznane. Ciekawiło mnie przede wszystkim jaki w tym przypadku znajdę w opakowaniu...aplikator. Przyznaję, że stawiałam na standardowy pędzelek ewentualnie spiralkę jak w tuszach do rzęs i jakoś nie widziałam nic innego w tej roli. Gdy otworzyłam przesyłkę z odżywką  po pierwsze moim oczom ukazała się przejrzysta szata graficzna i klasyczne opakowanie.Całość utrzymana w bieli , dzięki czemu odniosłam wrażenie , że mam do czynienia z produktem naprawdę ekskluzywnym, sterylnym, wręcz aptecznym. Niewielkich rozmiarów opakowanie sprawia, że odżywka jest mobilna i zabranie jej na wakacyjny wypad nie stanowi problemu.  Po odkręceniu moim oczom ukazał się w całej krasie aplikator. Moje przypuszczenia były błędne, bo tym razem postawiono na skośnie ściętą gąbeczkę jaką często możemy znaleźć m.in w błyszczykach do ust. Przy nakładaniu odżywki faktycznie sprawdziła się ona bardzo dobrze, chociaż spiralka byłaby pewnie równie skuteczna. Sam produkt aplikujemy na oczyszczone i suche brwi przeciągając jednokrotnie aplikator po ich powierzchni zaczynając od środka twarzy ku zewnątrz. Podczas nakładania nie wyczułam żadnego zapachu, ale odkręcając opakowanie i mocno wysilając nosek można wyczuć delikatną, kremową woń. Początkowo przez pierwszych kilka aplikacji miałam wrażenie, że do moich oczu dociera miętowa świeżość. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. Nie niosło to za sobą dyskomfortu i trwało zaledwie chwilę, a po kilku dniach oczy zupełnie się przyzwyczaiły i przestały reagować. Stosowanie odżywki rozpoczęłam w styczniu , a mniej więcej w połowie lutego zaczęłam zauważać, że prócz włosków które normalnie usuwam ( bo rosną nie tam gdzie tego potrzebuję) zaczęły się pojawiać maleństwa głównie w wewnętrznej części brwi tworząc w końcu ich przyzwoity początek. Kolejnym plusem jest fakt, że ta odżywka do brwi delikatnie je przyciemnia. Jest to efekt  znacznie delikatniejszy niż po zabiegu farbowania henną , a tym samym naturalnie wyglądający. Myślę, że zdecydowanie przypadnie do gustu osobom jasnowłosym, które nie chcą zmieniać koloru, a jedynie podkreślić. Za działanie  w produkcie odpowiedzialne są aktywne peptydy które pobudzają porost. Dodatkowo w składzie zamknięto ekstrakt z korzenia żeń-szenia oddziałujący na lepsze ukrwienie skóry, a tym samym utrzymanie brwi w lepszej kondycji.Dla osiągnięcia zadowalającego efektu producent poleca regularne stosowanie produktu przez okres 8-12 tygodni. Jest to możliwe ze względu na dużą wydajność kosmetyku, pomimo , że jego pojemność to tylko  4 ml.  Oczywiście ja na czas kuracji odżywką nie zaprzestałam całkowicie regulacji , ale mogłam sobie dzięki niej pozwolić na powolne nadawanie im nowego , ulepszonego kształtu. Przygotowałam dla Was kilka zdjęć z różnych etapów moich testów , na których widoczne są pojawiające się między starymi włoskami wyrastające nowe maleństwa.   Odżywkę otrzymałam dzięki uprzejmości znamlek.pl , strony na której możecie przeczytać opinię użytkowników na temat wielu produktów.

Regulacja w kilku krokach


Jeśli już dorobimy się wystarczającej ilości włosów możemy przejść do regulacji brwi. Oczywiście w tym przypadku warto się trzymać kilku znanych zasad, dzięki czemu finalny efekt powinien być dla nas zadowalający.  Dostępne są gotowe szablony z kształtami, ale dla mnie osobiście to mało trafione rozwiązanie i raczej nie pokusiłabym się o regulację w oparciu o nie. Na początek najbezpieczniej przygotować sobie zatemperowaną kredkę do oczu. Jedna z metod ( znana mi również z książek do nauki zawodu ) mówi o tym, by kredkę przyłożyć do płatka nosa kierując ją ku górze. Na wysokości wewnętrznego kącika oka powinien znajdować się początek naszych brwi. Następnie wyznaczamy koniec brwi  trzymając nadal jeden koniec kredki przy płatku nosa, a drugi kierując ku zewnętrznemu kącikowi oka- to tam powinien kończy się nasz łuk brwiowy. Najwyższy punkt łuku brwiowego wyznaczamy natomiast również przykładając jeden koniec kredki do płatka nosa, a drugi kierując ku górze przez środek źrenicy oka ( przy patrzeniu na wprost). W sieci znalazłam sporo innych opartych na takim działaniu z wprowadzonymi małymi zmianami. Mówi, że, że początek przy takim wyznaczaniu jest za blisko przez co brwi schodzą się do siebie. Wszystko zależy jednak od tego jakie proporcje ma Wasza twarz. U mnie odsunięte od siebie dalej brwi wyglądają co najmniej dziwnie. Oczywistym jest również, że lepiej czegoś nie wyrwać niż wyrwać za dużo. Jak możecie zobaczyć na moich początkowych zdjęciach z kuracji  sama zrobiłam sobie przez gapiostwo takie "kuku". Zawsze wystające poza wytyczony przez nas kształt włoski można przyciąć. 


Jak podkreślić brwi?


Do wyboru mamy teraz całą gamę produktów dedykowanych brwiom. Zaczynając od kredek, cieni, farbek,  a na żelach kończąc. Z ich pomocą możemy nie tylko uzupełnić luki w owłosieniu, skorygować kształt lub zwyczajnie go podkreślić. Przy takich zabiegach najlepiej sprawdzi się ścięty skośnie pędzelek. By brwi wyglądały naturalniej dobrze jest wyczesać z nich resztki kosmetyku za pomocą chociażby spiralki takiej jak w tuszach do rzęs. Niektórzy w ten sposób nakładają na włoski odrobinę lakieru do włosów by utrzymać całość w ryzach  natomiast ja tej metody nie próbowałam i chyba nie będę ;)  Trwalsze podkreślenie lub zmianę koloru zapewniają dostępne na rynku henny : proszkowa, żelowa lub w kremie. Z czego ta pierwsza barwi również skórę o czym należy pamiętać przed przystąpieniem do zabiegu. Jeśli nie macie wprawy lepiej oddać się w ręce wykwalifikowanej osoby, bo koszty są śmiesznie niskie w porównaniu do krzywdy jaką możecie sobie wyrządzić. Natomiast jeśli henna nie jest Wam straszna, należy pamiętać by najpierw barwić brwi, a dopiero później przystąpić do wyrywania zbędnych włosków. W ten sposób unikniecie nieestetycznych czarnych kropek na łuku brwiowym  powstałych po  dostaniu się barwnika w ranki po wyrwanych włosach.

A jakie są Wasze sposoby na zadbane brwi? Stawiacie na naturalny look?


Nawilżający balsam pod prysznic Morska Alga - Lirene

Nawilżający balsam pod prysznic Morska Alga - Lirene

Pamiętacie jak w połowie zeszłego roku otrzymałam swoją paczkę współpracową od Lirene? Ja  też nie. Zużycie tych produktów siłą rzeczy zajęło mi trochę czasu i podczas gdy  dziewczyny piszą już o kolejnych nowościach ja nadal mam do opisania kilka zużytych produktów.Sukcesywnie postaram się jednak zamieszczać tu kolejne recenzję- w swoim leniwym tempie. A dzisiaj w ramach relaksu zapraszam Was pod prysznic...

Jeśli czytacie mnie już jakiś czas wiecie, że mój sceptycyzm względem kosmetyków , które mają działać na wielu płaszczyznach jest spory. Z dużą dozą niepewności podchodziłam do otrzymanej wówczas  nowości Lirene- nawilżającego balsamu pod prysznic Morska Alga.Prysznic kojarzył mi się dotychczas z oczyszczaniem ciała i wstępem do dalszej pielęgnacji, a w tym przypadku firma postanowiła przyśpieszyć i uprościć te czynności. Obawiałam się, że kosmetyk o konsystencji balsamu a dodatkowo działaniu nawilżającym może źle się nakładać przez obecność wody na ciele lub zwyczajnie spływać z niego zanim zdąży na dobre zadziałać. Jednak jak nad każdą nową recepturą i pomysłem  i nad tym kosmetykiem pracował sztab ludzi, którzy robili wszystko co w ich mocy by całość miała rację bytu. Myślicie , że im wyszło?



Zacznę od opakowania, które wydaje się dość praktyczne w tych nietypowych warunkach. Tubka otwierana na klik wykonana została z dość miękkiego tworzywa, które poddaje się dłoniom dzięki czemu można wycisnąć kosmetyk do  tzw. ostatniej kropli.  Szata graficzna znana już z innych produktów firmy. Co fajne nadruk jest wytrzymały i pomimo, że moja tubka jest już mocno sfatygowana to jednak nadal  wiadomo co siedziało w jej środku. Po ciuchu dodam tylko, że w KIK'u jest teraz obłędna morska seria dodatków do wnętrz (w tym też łazienek) z którymi balsam tworzyłby idealne połączenie. Pod względem konsystencji nie odbiega od typowych balsamów do ciała, ma jedynie delikatnie niebieskie zabarwienie. Łatwo go rozsmarować na ciele , a przy wykonywaniu tej czynności roznosi się delikatny , przyjemny  i (znowu)  w moim odczuciu nieco męski zapach. Aplikacja u mnie z reguły wyglądała tak, że po wyszorowaniu ciała szybko i niekoniecznie skrupulatnie rozsmarowywałam rzeczony wprawnymi ruchami. W miejscach  o których wiem , że są podatne na przesuszenie nakładałam go nieco więcej i może trochę mocnej masowałam ciało, ale prawdę mówiąc nie był to zabieg wymagany , bo i bez masażu balsam dość szybko robił co miał robić. Szybkie zakończenie łazienkowych wojaży zimnym strumieniem wody usuwało nadmiar kosmetyku. Następnie standardowo wycierałam skórę do sucha i faktycznie nie odczuwałam potrzeby natychmiastowego nawilżania jej tradycyjnym balsamem. Uroki tego produktu doceniłam jednak tak naprawdę dopiero podczas wakacyjnych ( i nie tylko) wyjazdów, kiedy to każda ilość wolnego miejsca w walizce była mile widziana.  Sama formuła szczęśliwie nie okazała się niewypałem.Ba! Co więcej podczas  kolejnych wyjazdów mam w planach zabierać tego typu kosmetyk ze sobą. Mam nadzieję, że gama zapachowa rozrośnie się znacząco tak by każdy mógł wybrać coś dla siebie. Mnie zachęciłaby dodatkowo dawka energii przemycona w jakimś cytrusowym zapachu do tych porannych prysznicowych rozkoszy. Morską Algę zostawiłabym wówczas na wieczory, dla ukojenia zmysłów.


Nie jestem Wam jednak w stanie powiedzieć  jak długo zadowalałoby Was używanie wyłącznie tego produkt w roli kosmetyku nawilżającego. Ja co prawda przez kilka dni z rzędu korzystałam wyłącznie z niego ( bez użycia innego balsamu) , ale nie przekraczało to jednorazowo tygodnia. Później zawsze pojawiała się okazja do nałożenia olejku czy innego kosmetyku o takim działaniu. Zresztą pewnie mało jest kobiet, które potrafiłyby sobie odmówić  przyjemności wynikającej z masażu ciała tradycyjnym balsamem. Nie mniej jednak dla panów, którym z dodatkowym nawilżeniem nie po drodze,  byłoby  to rozwiązanie idealne. Więc może warto  dołączyć do oferty jakiś typowo męski zapach?  Koszt takiego balsamu pod prysznic waha się w zależności od sklepu w granicach 12-15zł/ 200ml

A co tak naprawdę  działa w tym kosmetyku?

Za nawilżenie i odżywienie odpowiada ekstrakt z morskiej błękitnej algi , która to jest bogata w witaminy i minerały. Lirene korzysta z niego nie tylko przy produkcji tego kosmetyku. Gama produktów z wykorzystaniem algi jest bogata i obejmuje również kosmetyki dedykowane do pielęgnacji twarzy. Dodatkowo jako uzupełnienie wykorzystano kompleks Hydro Condition nadający skórze przyjemnej w dotyku miękkości. A taki efekt chyba lubicie, prawda?


Używacie balsamów pod prysznic? Znacie ten konkretny? Jeśli tak, ciekawa jestem jak się u Was spisał. W końcu każda z nas jest inna...


Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger