środa, 31 maja 2017

Insta Stories mmichalowej czyli maj miesiącem zdjęć.

Cześć moi Kochani, bardzo dawno nie zwracałam się do Was inaczej niż przemycając odrobinę prywaty w recenzjach. Jednak to mój blog i chcę być na nim obecna. Móc pokazać, że świat nie ogranicza się tylko do kosmetyków. A może właściwie , że w moim życiu jest na nie zwyczajnie coraz mniej miejsca, Żyjemy w erze obrazu i przyznaję sama, że najłatwiej i najszybciej być na bieżąco z pomocą zdjęć umieszczonych w social mediach. W ostatnim miesiącu chętnie korzystałam z Insta Stories i dostrzegam zarówno  jej plusy jak i minusy.Zebrałam co ciekawsze zdjęcia z maja i postanowiłam wrzucić je tutaj, bo być może ktoś nie miał okazji, ktoś przegapił...

1. Wiecie, że mam fazę na jedzenie roślin powszechnie uznawanych za chwasty. Hasłem przewodnim maja mogłabym mianować mniszka, który przewijał się chyba najczęściej. Bardzo ważne jest dla mnie "dobrze zjeść" i nie wyobrażam sobie, żebym kiedyś musiała trzymać dietę...



2. Nowy telefon, a raczej lepszy aparat pozwalają mi uchwycić na zdjęciach piękno natury. W końcu nie muszę nosić ze sobą ciężkiego aparatu, przerzucać zdjęć na komputer, a następnie telefon.Kilka z Was pytało czym działam na insta- obecnie posiłkuje się Huawei p9 lite. Narzekać nie mogę :) 





3. Zaczynając  miesiąc od moich urodzin spędzonych w plenerze, każdy wolny dzień podczas weekendów staraliśmy się spędzać aktywnie.  Po raz pierwszy od x lat byłam na rybach, grillowałam na łonie natury. Czasami pozwalałam sobie na dłuższą chwilę przy herbacie, obżerałam słodyczami , walczyłam z kotami o łóżko czy pracowałam ( efekt moich działań na ostatnim w tym zestawieniu zdjęciu). Udało nam się również wyskoczyć do kina na film " Gwiazdy", który był dobry, aczkolwiek nie na tyle by namiętnie go polecać. 



4. Resztę cennych minut poświęciłam na swoje dwie pasje:  kosmetyki i książki. Chociaż powinnam zacząć tu od tych drugich, bo to na nich skupiłam się bardziej. Jako recenzent jest mi dane wyżywać się na portalu BookParadise. Jednak i bez tego nie wyobrażam sobie dnia bez kilku stron dobrej lektury. Malowałam się rzadko i raczej dość klasycznie. Nie poszalałam również z zakupami, bo inne wydatki mi na to nie pozwoliły. 



Ciekawa jestem jak Wam minął ten miesiąc. Z chęcią zobaczę pod tym wpisem nicki Waszych insta, bo pewnie wielu nadal nie mam w obserwowanych. 
Całuję
m.

Czytaj dalej »

piątek, 26 maja 2017

Prosta przekąska z... szałwii

Każdy z nas na pewno kojarzy szałwię z przydomowego ogródka lub jej suszoną wersję w formie herbatki do płukania gardła. Sama nie raz i nie dwa byłam poddawana tej kuracji i do niedawna nie miałam pojęcia o innych właściwościach tej rośliny. Zdecydowanie jest to jednak temat na oddzielny wpis, bo mam wrażenie, że jej wielofunkcyjne działanie jest nieograniczone. Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić ją z nieco innej strony...



Jakiś czas temu szukając informacji dotyczących zastosowań leczniczych trafiłam na wpis przedstawiający szałwię wyłącznie jako produkt spożywczy. Oczywiście wiedziałam o wspomnianej już wyżej herbacie czy suszonych listkach dodawanych do dań mięsnych, ale teraz wzbogaciłam się o wiedzę dotyczącą spożywania świeżych liści. Chociaż przyznaję, że świeże są one do pewnego momentu, bo jednak wypada je jakoś przetworzyć. 


Smażone liście szałwii

Składniki : 
- garść świeżych liści szałwi ( ok. 20 szt.)
-sól, 
-pieprz, 
- olej do smażenia, 
- jajko, 
- mąka ( do panierowania)

Wykonanie: 
Świeże liście szałwii myjemy i pozostawiamy do osuszenia.W tym samym czasie do miseczki wbijamy jajko i dodajemy przyprawy. Całość należy rozkłócić widelcem. Na talerzyku wysypujemy niewielką ilość mąki. Na patelni rozgrzewamy olej. Osuszone liście najpierw moczymy w jajku, a następnie mące. Wrzucamy na rozgrzany olej i smażymy około pół minuty na każdej ze stron. Liście odsączamy z tłuszczu wykładając na papierową serwetkę. Podobno świetnie uzupełniają się z rybą, ale w mojej kuchni występują solo jako szybka przekąska. 


Ciekawa jestem na ile taki przepis Was przekonuje. Miałyście już okazję spróbować szałwii w takim wydaniu?


Sama pamiętam jak mama wpajała mi zasadę, że szałwią można tylko płukać- nie pić. Wszystko to za sprawą tujonu, czyli substancji mogącej wywołać stany psychozy. Nie jest ona jednak rozpuszczalna w wodzie , a w alkoholach. Do zatruć dochodziło zazwyczaj przy spożyciu absyntu lub tzw. piołunówki . Obecnie ten rodzaj alkoholu jest dopuszczony do użytku , ale przy spełnieniu warunku w myśl którego stężenie tujonu nie może przekraczać 10mg/l.Szałwia polecana jest na wiele dolegliwości związanych z układem trawiennym. Dodatkowo obniża w niewielkim stopniu poziom cukru, działa rozkurczowo.Systematycznie przyjmowana pomaga w walce z trądzikiem. Olejek zawierający ekstrakt z tej rośliny polecany jest osobom cierpiącym na przewlekłe bóle głowy czy miewającym stany depresyjne.

"Złe tego nie ubodzie, u kogo szałwia w ogrodzie" 

  Mówi się także o jej działaniu oczyszczającym, a samą roślinę wskazuje jako podstawowe narzędzie szamańskie. Za jej pomocą możemy oczyścić nie tylko nasz umysł, ale i dom. W tym celu garść liści palimy w kadzidle i obchodzimy z dymiącą mieszanką każde z pomieszczeń. Następnie porządnie wietrzymy dom.Według wierzeń pochodzących z różnych zakątków świata roślina ta umożliwia widzenie duchów, a także odpędzenie demonów i ochronę przed złym okiem.

Bez względu na wierzenia i legendy, zdecydowanie jest to zioło , które warto mieć w swoim ogródku. Chociażby po to, by móc cieszyć się wspomnianą w poście przekąską.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 22 maja 2017

Set Sail Kringle Candle

Dla mnie jako zodiakalnego byka żywiołem wywierającym wpływ na charakter jest ziemia. Mówi się, że osoby spod tego znaku można porównać do pachnącej wiosennej gleby która chłonie wszystko. Coś w tym jest... Ja sama pragnę chłonąć rzeczywistość wszystkimi zmysłami i wtedy czuję, po co naprawdę żyję. Niezmiennie ważną częścią mojej egzystencji jest jednak woda. Daje mi ona poczucie wolności. Pewnie z tego powodu podświadomie ukochałam sobie polskie morze. Prawdziwy reset i kumulację sił życiowych odczuwam dopiero gdy do moich uszu dobiega szum fal, a twarz otula świeża bryza. 

Mój pierwszy raz z Set Sail był jak objawienie...



Samotnie kroczyłam po rozgrzanym piasku.Patrzyłam jak niespokojna niebieska tafla pieni się kotłując z wiatrem. Podmuchy czułam na twarzy, a wraz z nimi osiadała na niej delikatna, słona mgiełka. Było mi tak świeżo, tak przyjemnie. Pierwszy raz od dawna czułam się naprawdę wolna. Nie goniły mnie codzienne sprawy. Mogłam się rozkoszować tą pierwotną wolnością. Z chęcią zrzuciłabym ubranie i odbierała tą przyjemność każdą cząstką swojego ciała. Szum fal mieszał się z szumem drzew. Nawoływały mnie ku sobie stare sosny. Im bliżej nich się znajdowałam, tym mocniej wdzierał się w moje nozdrza żywiczny zapach. Powoli piasek ustępował igliwiu, które delikatnie drażniło moje stopy. Ukojenie przynosiły nierównomierne rozsiane miękkie, soczyste poduszki mchu. Mogłam się w nich zapomnieć i trwać w tym zapomnieniu, ale prawie tysiąc kilometrów dalej czekało na mnie moje drugie życie... Nagle obok mnie pojawił się on. Spojrzałam w przepełnione miłością oczy mężczyzny. "Wrócę najszybciej jak tylko będę mogła"- pomyślałam - i zgasiłam świeczkę.


Nie znalazłam do tej pory lepszego zapachu oddającego w 100% powyższą historię. 
I wiecie co, prawda jest taka, że nie zamierzam szukać. A jaki jest Wasz ideał?




Czytaj dalej »

czwartek, 11 maja 2017

Moja pielęgnacja twarzy : aktualizacja.

Zmiany są potrzebne: i te w życiu i te w kosmetyczce. Nowa pora roku i  inne potrzeby skóry spowodowały, że na nowo musiałam stworzyć swój zestaw do pielęgnacji twarzy. Tym razem w dużej mierze postawiłam na kosmetyki o działaniu rodem z natury, bo mam nadzieję, że z ich pomocą będzie już tylko lepiej. 

W moim przypadku dobranie odpowiedniej pielęgnacji oznacza testowanie  produktów metodą prób i błędów. Chociaż za każdym razem staram się wybierać kosmetyki o zbliżonych właściwościach czasami lubi się wśród nich trafić coś, czego niestety moja twarz nie jest w stanie zaakceptować. Są też przypadki, gdy niepozorne produkty okazują się strzałem w dziesiątkę.  O kilku używanych przeze mnie obecnie kosmetykach już Wam wspominałam we wpisach na facebooku lub przy okazji instagramowych zdjęć.Na początku kwietnia zakupiłam jednak kolejnych kilka kosmetyków, które obecnie grają główne skrzypce w moich codziennych rytuałach pielęgnacyjnych.



OCZYSZCZANIE

Moją pielęgnacyjną rutynę pozwolę sobie opisać zaczynając od wieczora. Po ciężkim dla mojej buźki dniu rozpoczynam oczyszczanie usuwając resztki makijażu za pomocą mleczka do twarzy Naobay. Najpierw nakładam je na dłonie i delikatnie rozmasowuję na twarzy i szyi. Następnie za pomocą płatków higienicznych zbieram nadmiar wraz z makijażem , który poddał się jego działaniu. W przypadku mocnego makijażu oczu nakładam produkt bezpośrednio na wacik , przykładam do powiek na chwilę i wtedy delikatnie ściągam całość. Następnie przechodzę do wstępnego mycia twarzy pianką. Obecnie jest to pianka od Planeta Organica, Secrets of Arctica , która nie tylko przyjemnie pachnie , ale i skutecznie usuwa zanieczyszczenia nie pozostawiając przy tym mojej skóry suchej na wiór.Dodatkowym plusem tego kosmetyku jest zdecydowanie jego niska cena przy sporej wydajności. Pierwsze nakładam na dłonie dwie pompki pianki i rozmasowuję ją na twarzy skrupulatnie  zwłaszcza w problematycznych dla mnie miejscach jak broda czy płatki nosa. Zmywam pozostałości wodą i już z przyzwyczajenia powielam zabieg tym razem wykorzystując tylko jedną aplikację kosmetyku na całą twarz.  Po takim krótkim rytuale mam już pewność, że wszystko co zbędne zostało z mojej skóry usunięte. 

TONIZOWANIE

Zarówno wieczorem jak i rano po przemyciu twarzy pianką stosuję tonik. Bardzo przypadł mi do gustu jednej z moich ostatnich zakupów, czyli kosmetyk od Natura Estonica- tonik do twarzy z  żeńszeniem i acai. Tutaj jak w przypadku wszystkich produktów płynnych z wydajnością jest nieco gorzej niż w przypadku pianki, ale za to cena jest równie niska, więc można mu wybaczyć tą drobną wadę.Pachnie intensywnie , ale przyjemnie podczas samej aplikacji, jednak na twarzy zapach nie jest już wyczuwalny. Po tym przechodzę do następnego etapu pielęgnacji. Nie mogę jednak wspomnieć o nawilżającym toniku - mgiełce od Vianek. Ten kosmetyk stosuję w ciągu dnia , spryskując nim twarz praktycznie podczas każdej chwili odpoczynku. Przynosi ukojenie mojej skórze. Muszę Wam również powiedzieć, że nawet mój mąż sięga po niego z przyjemnością.



NAWILŻENIE

Przechodzę do najprzyjemniejszej części całej pielęgnacji czyli aplikacji kosmetyków nawilżających. Na dzień moim zdecydowanym faworytem jest ultranawilżający krem- żel od Dermedic, o którym pisałam Wam już na blogu. Jego lekka konsystencja nie tylko szybko przynosi ulgę , ale idealnie nadaje się także do roli bazy pod makijaż. Wiosna i lato w moim przypadku to najlepsze pory roku do jego stosowania. W zimniejszych miesiącach potrzebuję czegoś "cięższego". Po wieczornym demakijażu zwyczajowo sięgam po olejek pielęgnujący do twarzy od BeautyOil, który jest niczym innym jak mieszanką kilku naturalnych olei. Raz, czasami dwa razy w tygodniu  sięgam po narzędzie tortur jak niektórzy zwykli nazywać tą małą naszpikowaną igiełkami rolkę do twarzy. Dla mnie masaż nią to czyste szaleństwo dla zmysłów i naprawdę relaksuję się podczas niego. Poza tym zdecydowanie lubię gdy efekty są widoczne niemalże od razu, a właśnie to jest nam w stanie zagwarantować w połączeniu z dobrym kosmetykiem. Obecnie cieszę się w jej towarzystwie kuracją do twarzy  z nanopeptydami i komórkami macierzystymi od DermoFuture. Pamiętam nasz pierwszy raz i moje zaskoczenie, gdy okazało się, że kuracja ma formę żelu, a nie olejku jak wskazywało na to opakowanie. Po takim połączeniu natychmiastowo czuję się młodsza. Daję odpocząć skórze i uciekam do łóżka. A poranek? Poranek zaczynam od pianki... 



MASECZKI

Jak każda kobieta lubię się od czasu do czasu rozpieścić. Wiecie, że coraz rzadziej sięgam po peelingi mechaniczne, ale staram się za to regularnie wykonywać maseczki. Naprzemiennie korzystam z tych w wersji kremowej z tymi w płacie. W ostatnim czasie pochwaliłam Wam się jednak na insta, że rozpoczynam swoją przygodę z maseczkami naturalnymi. Ciekawa jestem jak długo wytrwam w swoim postanowieniu i na ile rośliny z pól spiszą się w pielęgnacji mojej twarzy.

 A może Wy znacie jakieś ciekawe domowe przepisy?
Czytaj dalej »

sobota, 6 maja 2017

Ile jeszcze przed Tobą? "Całe życie" Robert Seethaler

Drogi Czytelniku, wyobraź sobie, że właśnie dzisiaj pojawia się przed Tobą możliwość zapisania Twojej karty  życia na nowo. Pewnie przygotowany przez Ciebie  plan zadowalałby Cię o wiele bardziej niż dotychczasowe życie. Idealna praca , wzorcowy związek , willa za miastem i miliony w portfelu.Jednocześnie zero łez, cierpienia i chorób- logiczne. Z każdego zakamarka wylewałoby się szczęście. Nasuwa się w tej sytuacji tylko jedno pytanie:  ilu z nas- idealnych ludzi funkcjonujących w tym perfekcyjnym do granic świecie byłoby w stanie je docenić? To smutne, ale pewnie nikt. Dobrze więc, że los daje nam na przemian dobre i złe zdarzenia, bo dopiero w obliczu tych drugich jesteśmy w stanie dostrzec istotę pierwszych.  


Mogłabym napisać, że historia Andreasa Egger' a to opowieść jakich mało, ale tak nie jest. Całe miliony ludzi na świecie żyje lub żyło podobnie ze spokojem przyjmując to co zgotował im los. Z czasem uświadamiając sobie wpływ ich decyzji na teraźniejszy świat. Pewnie obok mnie i Ciebie również jest ktoś taki, tylko nie jesteśmy w stanie go zauważyć. Nasza uwaga ginie gdzieś w gąszczu często wyimaginowanych problemów. Zanim książka "Całe życie " Roberta Sheethaler'a  trafiła w moje ręce pokusiłam się o przeczytanie dostępnych opinii na jej temat. Byłam przygotowana na odbiór wybitnego dzieła. Ba, niejednokrotnie zastanawiałam się co takiego autor w niej zawarł , że lektura skłaniała czytelników do głębokich przemyśleń. Przeczytałam, już wiem. I wiecie co? Nie jestem bogatsza o wiedzę o tym jak żyć wspaniale , nie robiąc nic ( rodem z tanich poradników). Zyskałam coś cenniejszego...


Poznałam historię człowieka, który z godnością niósł na swoich barkach zarówno sukcesy jak i życiowe niepowodzenia. Brał wszystko to, co było mu pisane. Dobre wspomnienia zachował w pamięci, złych nie rozpamiętywał. Były tak naturalną częścią jego życia  jak zaczerpnięte każdorazowo do płuc mroźne, górskie powietrze.Te momenty go zbudowały. Czytając, a jednocześnie przeżywając wraz z nim życie można odnieść wrażenie, że to człowiek bez charakteru. Po lekturze i chwili refleksji nasuwa się jednak myśl, że jest jaki jest właśnie dlatego, że ma charakter. Mocno zagmatwany, a jednocześnie prosty. Zdecydowanie niełatwy. Za prostym człowiekiem idą proste przemyślenia, ale jakże trafne. Zastanawiam się ile ja w swoim życiu takich dobrych rad puściłam mimo uszu. Zwyczajnie byłam głucha na pierwotny głos tego świata. Słowny ascetyzm twórcy sprawił, że głośniej i wyraźniej dały się słyszeć zawarte w tekście prawdy. Ze względu na to że książka nie tyle zmusiła co skłoniła mnie do refleksji, nie mogę napisać że była lekką lekturą. A jednocześnie, o ironio -  taka właśnie była. Słowa spływały z kart wprost do mojego umysłu  Z każdą kolejną kartką chciało się  ich więcej i więcej.I tu muszę wspomnieć, że czułam się z lekka rozczarowana małą ilością stron, jednak już po lekturze uświadomiłam sobie, że więcej w tej historii zwyczajnie nie dało się napisać. Dlaczego? Bo zatraciłaby swój sens. W tłumie niepotrzebnych słów zagubiłyby się te naprawdę wartościowe. 

PREMIERA KSIĄŻKI - 24. maja - WYDAWNICTWO OTWARTE


Czytelniku, proszę zatrzymaj się wraz ze mną , na chwilę. Pomyśl czy w Twoim  otoczeniu nie ma kogoś takiego?Człowieka, który ciężko pracuje na swój los. Takiego, którego tragicznie doświadczyło życie, a mimo to bez lęku bierze każdy kolejny dzień. I potrafi, potrafi się nim zachwycić... 

 

Andreas miał trudne dzieciństwo, jak to się teraz zwykło mówić. Zdany na łaskę i niełaskę ludzi, którzy nie okazywali mu pozytywnych uczuć wyrósł jednak na wrażliwego człowieka. Ciężką pracą zarabiał na życie, jednocześnie je przy tym narażając. Mimo złych wspomnień zdołał  ponownie zaufać drugiemu człowiekowi. Stworzył dom, bez wygód jakie mamy teraz , ale pełny miłości. Niedługo po tym jego serce pękło, a jego połowa została pod śniegiem, przy martwej ukochanej.Miał całkowite prawo płakać i załamywać ręce myśląc o swojej stracie.Co zrobił? Zaakceptował życie takim jakie jest.


Cały czas mam mieszane uczucia w stosunku do tej pozycji. Z jednej strony prostota tej opowieści bardzo mi się spodobała. Znalazłam na jej kartach sporo cytatów, które będą mi towarzyszyć. Chciałabym również jak główny bohater umieć brać to co jest nam dane, bez sprzeciwu i wyniszczającej gonitwy myśli. Z drugiej strony słowo bestseller, zupełnie mi do niej nie pasuje. Sama powiedziałabym o niej raczej, że jest wyjątkowa. I taką chcę ją mieć w pamięci...
Czytaj dalej »

czwartek, 4 maja 2017

Co przyniósł kwiecień? Podsumowanie miesiąca

Czas zdecydowanie ucieka, dopiero były święta , a już mamy maj. Niestety długi weekend specjalnie pogodowo nas nie rozpieścił, ale mogło być przecież znacznie gorzej. W ciągu tych kilku dni od ostatniego wpisu sporo się u mnie  działo.W niedzielę po raz pierwszy byłam blisko 12 godzin na rybach ( też jestem w szoku ) , a poniedziałek troszkę się zestarzałam biorąc pod uwagę metrykę. Wszystkim blogowym koleżankom, które pamiętały o  mnie w tym dniu dziękuję raz jeszcze i przesyłam gorące buziaki. Naprawdę, bardzo to miłe, gdy ktoś tam po drugiej stronie monitora pamięta, chociaż w większości przypadków nie było nam nawet dane spotkać się jeszcze w realnym świecie. Dobra, kończę ten wstęp, bo jeszcze Wam się tu rozckliwię zupełnie, a jednocześnie zapraszam do dalszej lektury, bo dzisiaj trochę o tym co dobrego pojawiło się u mnie w kwietniu.



Pod koniec kwietnia miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu autorskim z p. Dorotą Gąsiorowską, o czym zresztą napiszę jeszcze na blogu. Przy okazji spotkania rozejrzałam się trochę po księgarnianych półkach i wybrałam dla siebie trzy książki w wersji kieszonkowej, która mocno mi odpowiada. W moje ręce trafiła kolejna książka K. Bondy, mocno zresztą przez Was polecana "Tylko martwi nie kłamią". Do pary dobrałam sobie pozycję na którą polowałam już dłuższy czas ze względu na moje uwielbienie do Marysi Czubaszek  i nie mogłam przejść wobec niej obojętnie, a mianowicie "Boks na patyku czyli każdy szczyt ma swój Czubaszek i Karolak". Przez intrygujący opis na okładce skusiłam się także na "Niedokończone życie" , czyli całkiem zwykłe lecz nieco smutne babskie czytadło.  Na olx udało mi się odkupić za śmiesznie niską kasę "Prosektorium" Olgi Paluchowskiej- Święckiej, które już jakiś czas temu miałam na liście książek do przeczytania. "Pyszne chwasty" to część prezentu urodzinowego od mojego męża. Książką chwaliłam się już na instagramie, co więcej skorzystałam już z kilku zawartych w niej przepisów.




Mój zapach od YR jest już na wykończeniu , więc postanowiłam tym razem coś zmienić w tej kwestii i zamówiłam sobie ( oczywiście na allegro) zapach z FM nr 353, który przed laty bardzo mi się podobał. Po otwarciu buteleczki trochę się zdziwiłam, bo jednak pamiętałam go nieco inaczej. Zdecydowanie to mocno słodki i intensywny zapach. Podobno zbliżony do Kilian- Love, Don't Be Shy, ale tego akurat ja nie znam więc ani nie potwierdzę ani nie zaprzeczę 😊



Postanowiłam zmienić coś w swojej pielęgnacji , bo moja buźka nie miała się najlepiej. Zamówiłam więc arsenał nowych kosmetyków , stawiając na te tańsze i o bardziej przyjaznych składach. W międzyczasie wyszło na jaw ( dwukrotnie sprawdzałam, przez co dalej cierpię ) , że za podskórne grudki odpowiada u mnie  krem z wyższej półki i  kilkukrotnie wyższej cenie  w stosunku do tego obecnego. Większość moich zakupów pochodzi z Liveno24, chociaż zakupu u nich dokonałam przez allegro. Wybrałam sobie tym razem tonik do twarzy Natura Estonica z żeńszeniem i acai, o którym zdecydowanie mogę powiedzieć, że pięknie pachnie. Jako fanka pianek do mycia twarzy wrzuciłam do zakupowego koszyczka tą od Planeta Organica , z przebiśniegiem. Zarówno do twarzy jak i ciała przygarnęłam  maski Bania Agafii dobrze Wam już zresztą znane. 




Dotarły do mnie zamówione jeszcze w lutym maseczki w płacie z Aliexpress.  Tak jak w przypadku poprzedniczek jestem z nich zadowolona. Te w mniejszych saszetkach zdecydowanie wyróżniają się na tle. Dodatkowo na opakowaniu po raz pierwszy spotkałam się z pełnym opisem w j.angielskim wraz ze składem.  Na allegro u użytkownika darmar zakupiłam kolejną paletkę z MUA w promocyjnej cenie 7,99zł. Żeby nie było jej smutno samej w paczce, dobrałam jeszcze tonik na porost włosów ( nie wiem po co jak i tak noszę krótkie ) oraz najzwyklejsze gąbeczki.



Od pewnego czasu przyjmuję cynk : raz z myślą o poprawieniu stanu  mojej skóry na twarzy, dwa bo podobno dzięki temu szybciej goi się skóra po wykonaniu tatuażu. Nie wiem ile w tym prawdy, ale spróbować nie zaszkodzi zwłaszcza , że sesja coraz bliżej.  W pobliskiej aptece kupiłam krem co prawda na pękające pięty, ale stosuję go na łokcie i kolana , które mam zawsze mocno przesuszone, a przy okazji udało mi się trafić na promocję i za 8,99zł zakupić tonik - mgiełkę od Vianek. Na koniec nie byłam w stanie oprzeć się promocji w Biedronce, w której to  płyny Luksja kosztowały około 5zł za litrowe opakowanie. 


Na promocji w Rossmannie również nie poszalałam jakoś specjalnie. Przez pierwszy dzień walczyłam z aplikacją by w chwilę przed zamknięciem złożyć zamówienie. Oczywiście tusz z Wibo na który polowałam nie był już wówczas dostępny, więc wzięłam pierwszy lepszy przypadkowy. Wrzuciłam do koszyczka kolorowe eyelinery ( później dokupiłam jeszcze granatowy, ale zapomniałam dorzucić do zdjęcia). Najbardziej zależało mi na odżywce- lakierze w kolorze nude. Póki co nie mogę o jej działaniu nic powiedzieć ponad to, że na paznokciach wygląda naprawdę ładnie. 

A co dobrego w kwietniu trafiło w Wasze ręce?
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia