Co przyniósł styczeń? nowości miesiąca

Co przyniósł styczeń? nowości miesiąca

Nawet nie wiem kiedy uciekł grudzień , a jego podsumowanie pojawiło się tutaj. Za nami już kolejny miesiąc i pora na kolejny wpis z tej serii. Miało być mniej i w porównaniu do grudnia chyba faktycznie tak wyszło, chociaż o minimalizmie o którym marzę nie ma co wspominać. 

Początek stycznia jak i jego koniec okazały się dla mnie łaskawe biorąc pod uwagę szczęście w konkursach. O tej dzisiejszej wygranej napiszę Wam już jednak w przyszłym miesiącu , gdy do mnie dotrze, a teraz chwalę się paczką , która dotarła do mnie w pierwszym tygodniu miesiąca. Miałam to szczęście, że w konkursie organizowanym u  Karoliny  wraz z firmą Miravena zgarnęłam nagrodę numer 1 na którą tą składały się trzy żelowe preparaty do higieny intymnej o fantastycznych zapachach i przyjemnym działaniu. 


Z polecenia koleżanki trafiłam do sklepu Terranova , gdzie skorzystałam z wyprzedaży. Jak już wspominałam na fb udało mi się zakupić dwa sweterki i spodnie za 11,99zł/szt .


Jeden z weekendów spędziłam w stolicy. Przydał mi się taki reset od codzienności.Wyjazd uprzyjemniała mi obecność Justyny i razem z nią wybrałam się na zakupy do Złotych Tarasów. Ostatecznie wyszłam stamtąd z dwoma żelami TBS ( o jak cudnie pachną) oraz oczyszczającą kuracją do twarzy.Gdyby tylko w Rzeszowie otworzyli ten sklep... Poniżej widzicie natomiast masę książek , które dobra duszyczka J. wiozła specjalnie dla mnie.




Ponieważ zapasy kosmetyków mam spore, staram się kupować tylko to czego aktualnie faktycznie potrzebuję. Takim oto sposobem trafiła do mnie paletka do konturowania od Lovely zakupiona w Rossmannie za około 20zł. Całkiem przyjemny w użytkowaniu kosmetyk, chociaż obaw miałam względem niej sporo. Kolejno matowy puder brązujący Live& Love Makeup Obsessiom zakupiony na wyprzedaży ich szafy za około 10zł.. Również na promocji udało mi się zakupić olejek od LPM za jedyne 4,99zł.  U mojej fryzjerki zakupiłam natomiast pomadę do układania włosów. Ciekawy kosmetyków głównie ze względu na sposób aplikacji , delikatne klaskanie nad czuprynką sprawia, że osadza się na niej pajęczynka z kosmetyku. 



Online zrobiłam małe zamówienie w Drogerii Natura. Pokazywałam Wam na instastory  w jak dużym  pudle mi je dostarczono.Byłam w szoku gdy odebrałam je od listonosza. Różowy glitter od Wet n Wild okazał się mieć przyjemnie maślaną konsystencję, ale na tłustej powiece chyba niekoniecznie się przez to  sprawdzi.


W ramach współpracy otrzymałam jakiś czas temu odżywkę  poprawiającą kondycję i pobudzającą wzrost brwi. O moich odczuciach w związku z nią poczytacie na blogu dopiero za jakiś czas, ponieważ jest cały czas w fazie testów.


W związku z  obowiązkiem rejestracji numeru , zdecydowaliśmy się w końcu na przejście na abonament ( ach ta dorosłość) .  Takim sposobem trafił do mnie  nowy telefon, głównie po to by móc na bieżąco robić zdjęcia w lepszej niż dotychczas jakości.



Moje umiłowanie do książek nie pozwoliło mi przejść obojętnie wobec promocji atakujących biedny portfel z każdej możliwej strony.  Pierwsze trzy to zakup w oczytani.pl  . W moje ręce trafiły dwie historie na faktach i pierwsza książka Karoliny Korwin Piotrowskiej, podobno ta najgorsza... W chwile po tym zamówieniu trafiłam na Składnicę Księgarską  , a tam czekała na mnie cała masa książek powystawowych w niskich cenach. Komicznie niskich. Bo wiecie, że twór byłej pani prezydentowej dorwałam za całą złotówkę ? Najdroższa  pozycja kosztowała  około 4 złotych. Myślałam, że będą mocno zużyte, ale tylko jedna z nich miała poniszczoną okładkę, reszta była jak nowa.



I prawdę mówiąc to by było na tyle. Więcej grzechów nie pamiętam :)  A jak tam Wasze styczniowe łupy?

Fenomen masek w płacie- w czym tkwi? NC Face Line by Nails Company

Fenomen masek w płacie- w czym tkwi? NC Face Line by Nails Company

Maseczki to jeden z najprostszych sposobów  na szybką poprawę wyglądu i samopoczucia. Stanowią świetne uzupełnienie pielęgnacji i sprawiają, że nawet ciasne mieszkania chociaż na chwilę zamieniają się w małe salony SPA.  

Różnią się przeznaczeniem i formą , a ta przybiera coraz ciekawsze kształty. Inspiracje azjatycką pielęgnacją są coraz mocniejsze stąd też wiele europejskich firm dąży do stworzenia kosmetyków na wzór dostępnych na tamtejszym rynku . Od wielu lat wiodą tam prym maski w płacie inaczej nazywane maskami materiałowymi.To nic innego jak przycięty na kształt twarzy kawałek najczęściej bawełny lub jedwabiu nasączony składnikami aktywnymi . 


MASKI W PŁACIE- ZALETY

Niejednokrotnie mówi się o tym, że taka forma aplikacji niesie za sobą wiele więcej zalet niż w przypadku masek kremowych. Dlaczego? Powiem Wam, że przez wiele lat były dla mnie zwyczajnym wymysłem. Jednorazowe i dość drogie rzadko gościły na mojej twarzy. Dopiero z czasem zaczęłam dostrzegać ich pozytywne aspekty. I chociaż nie zrezygnowałam zupełnie z masek w kremie lub żelu, to jednak coraz częściej na mojej twarzy zaczęły gościć w takiej formie. Maski w płacie są łatwiejsze w aplikacji. Wystarczy wyjąć ją z opakowania i nałożyć na twarz odpowiednio dopasowując. Czas aplikacji wynosi z reguły od 10-30 minut.Można go spędzić leżąc plackiem lub... wykonując codzienne czynności , bo maska w niczym nie przeszkadza. Po upływie czasu płat materiału należy zdjąć i wyrzucić, a resztki substancji w której był nasączony pozostawić na twarzy. Omija nas zmywanie  produktu z twarzy co często bywa dość żmudnym procesem i wiąże się z małym bałaganem w łazience. Solidne opakowania pozwalają na zabranie maski w podróż  bez obaw o  uszkodzenie podczas transportu. Plusem kosmetyku jest również  waga, bo te z którymi miałam do tej pory do czynienia nie przekraczały 30g. Dzięki zastosowaniu materiału jako nośnika substancji aktywnych pomijane jest nakładanie na twarz niepotrzebnych wypełniaczy, które w maskach kremowych odpowiadają za prawidłową konsystencję. Materiał ma wpływ na skuteczniejsze działanie, powstrzymując ulatnianie się substancji aktywnych.




W ostatnim czasie miałam okazję stosować maski NC Face Line by Nails Company. Produkty te dostępne są w kilku wersjach o różnym przeznaczeniu i działaniu , a ich koszt wynosi około 15zł za sztukę. W cenie tej otrzymujemy płat nieco inny niż te do których byłam przyzwyczajona do tej pory. Producent pomyślał o tym, że mocno nasączony płat dobrze jest jakoś stabilnie podtrzymać na twarzy i  zdecydował się na jej przedłużenie wszerz i wzdłuż. Dzięki odpowiednim nacięciom maskę można odpowiednio napiąć i dosłownie zahaczyć o uszy. Dodatkowo egzemplarze te są bogatsze o część przystosowaną do aplikacji na podbródek i szyję. Niestety nie znalazłam informacji o tym jaka jest zawartość wagowa ekstraktu w którym nasączona jest maska, ale bez wątpienia było go w saszetce sporo , co pozwoliło na dokładne jej nasączenie. 

Exclusive Hyaluronic Q10 Complex Mask - to jak podpowiada nazwa maska o działaniu odmładzającym , nawilżającym i regenerującym.  Zastosowane w niej składniki aktywne są powszechnie znane ze swojego działania i skuteczności. Jako jedną z pierwszych substancji w składzie odnajdujemy kwas hialuronowy znany ze swoich zdolności wiązania wody, dzięki czemu wykazuje m.in silnie nawilżające właściwości. Nieco dalej jest już koenzym Q10 jak również znane  połączenie witamin C i E.  

Exclusive Anti-Aging Mask - płat nasączony jest w serum powstałym w wyniku połączenia m.in Matrixylu oraz Argireliny - składników o działaniu przeciwzmarszczkowym i liftingującym. Stymulują one skórę do działania pobudzając syntezę kolagenu i elastyny. Dopełnieniem dla tej dwójki jest kwas traneksamowy przejawiający właściwości wybielające i redukujące przebarwienia.

Pierwszą maskę pozwoliłam sobie przetestować osobiście, drugą podarowałam mamie, żeby móc realnie ocenić jej działanie. W obu przypadkach po otwarciu opakowania i podczas aplikacji roznosił się przyjemny , delikatnie kremowy zapach.Już na twarzy nie był on jednak praktycznie w ogóle wyczuwalny. Obie doszłyśmy do podobnych wniosków. Skóra po użyciu stała się napięta , ale w ten przyjemny sposób , przez co od razu poczułyśmy się młodziej. Mimo, że wizualnie nie było to już pewnie widoczne, zdecydowanie poprawiło nasze ogólne samopoczucie.Na twarzy nie pozostał żaden film, ale mimo to skóra była przyjemna w dotyku. W przypadku maski z kwasem hialuronowym efekt utrzymał się również po myciu twarzy. Życzyłabym sobie i Wam więcej takich produktów. 





Pina Colada od Bernard Cassiere

Pina Colada od Bernard Cassiere

Co prawda jeszcze jest zima , ale już niedługo  temperatura wzrośnie a wraz z nią pojawi się chęć na pokazanie ciała. Oczami wyobraźni widzę już te zatłoczone plaże,  na nich leżaczki, a na leżaczkach...  A w dłoniach tych piękności szkło wypełnione boskim napojem ( +18)  Pina Colada...

Jeśli połączenie kokosa z ananasem jest spełnieniem Waszych  zapachowych marzeń, to peeling do ciała od Bernard Cassiere Paris może okazać się strzałem w dziesiątkę. Autentycznie już po otwarciu tubki w której zamknięto kosmetyk roznosi się ta słodka , przenikliwa woń. Ciężko mi jednoznacznie powiedzieć co jest bardziej intensywne- dla mnie zdecydowanie kokos, ale czytałam, że sporo osób wyczuwa jednak mocniej  soczystego ananasa. Nie mniej jednak do pełni szczęścia brakuje tylko słomki...  Podobno.



Bez wątpienia konsystencja kosmetyku jest mocno kremowa. Dobrze, że producent pomyślał o wykorzystaniu opakowania z miękkiego tworzywa, bo inaczej ciężko byłoby wycisnąć zawartość. Po wydobyciu jej na zewnątrz i zaaplikowaniu na ciało poczułam się jednak mocno rozczarowana.Zapach intensywnie rozpościerał się po łazience, jednak opary pary spowodowały, że stał się dla mnie  wręcz męczący. Ciężko spodziewać się również spektakularnego wygładzenia, ponieważ zastosowane drobiny chociaż sporych rozmiarów występują jednak w zbyt małej ilości  i są za delikatne by skutecznie zadziałać. Dla mnie to dość dobrze radzący sobie ... balsam pod prysznic. Delikatnie masuje ciało i dość dobrze je nawilża zapewne przez zawartość masła Shea w składzie (swoją drogą ten jest dość długi).  Pojemność 100ml wystarczyła mi na wykonanie pięciu zabiegów. Mimo działania innego niż to którego oczekiwałam nie przekreśliłam jednak zupełnie tego kosmetyku, bo skóra po jego użyciu była w ostatecznym rozrachunku przyjemnie , nienachalnie natłuszczona. 



Byłam pod sporym wrażeniem produktów prezentowanych przez firmę podczas BBB i jestem zdania, że w ich asortymencie bez wątpienia można znaleźć sporo perełek (np.olejki do masażu) , jednak akurat od peelingu do ciała oczekiwałam czegoś więcej.Znacie tą firmę lub konkretny kosmetyk? 

Pomysł na wieczór we dwoje + przepis na kulę do kąpieli DIY

Pomysł na wieczór we dwoje + przepis na kulę do kąpieli DIY

Brak gotówki zmusza Was do pozostania w domu? A może zwyczajnie nie lubicie wieczornych wyjść? Nic straconego, we dwójkę zawsze znajdzie się coś ciekawego do zrobienia. I nie mówię tu o pójściu do łóżka.Chociaż to też jest jakaś opcja...  

Codzienne wyjścia  bywają męczące.Nawet jeśli wasi znajomi to świetni ludzie to jednak w końcu w każdej relacji dochodzi do tzw. zmęczenia materiału i zamiast świetnie się bawić myślimy tylko o tym by wrócić do domu i móc położyć się w wygodnym łóżku. Z wiekiem chęć pozostania w domowych pieleszach pojawia się u mnie coraz częściej. I chociaż zaleganie odłogiem przed tv jest całkiem fajne , to jednak przydałaby się jakaś alternatywa , tak by przyjemność nie stała się przykrą rutyną.


TYM RAZEM NIE KSIĄŻKA...

Tak nadal twierdzę, że  bezmyślne oglądanie telewizji może się szybko znudzić i pozbawić Was przyjemności jaka płynie z seansów we dwoje. Warto więc poświęcić chwilę czasu i znaleźć odpowiedni repertuar dla siebie. U nas w ostatnim czasie był to serial "Pakt". który zresztą polecam. Jak na rodzimą produkcję wyszło całkiem fajnie i nawet trochę było mi żal, że to tylko sześć odcinków w sezonie. Na jednym z portali wyczytałam jednak, że idealne są ... niemieckie filmy pornograficzne. Podobno wybuchy śmiechu są zagwarantowane przez producenta. 

KTO ZE MNĄ POĆWICZY?

Jedno z Was jest fanem aktywności fizycznej , a drugie wręcz przeciwnie? A może oboje unikacie sportu? Idealnym rozwiązaniem  może się okazać wieczorny trening  . W końcu kto jak nie druga połówka będzie dla Was idealną motywacją?  I nie chodzi wcale o to by zadręczać się ćwiczeniami, ale by dla Was obojga była to przede wszystkim dobra zabawa. Oczami wyobraźni widzę swojego partnera robiącego pajacyki i... nie mogę powstrzymać śmiechu 😉

WSPÓLNE SPA + DIY

Odpowiedni nastrój to połowa sukcesu. Świetnym pomysłem prócz nastrojowej kąpieli przy świecach może być samodzielne wykonanie kosmetycznych umilaczy. Nas ostatnio zainteresował temat kul do kąpieli DIY. Nie są one trudne do przygotowania i co ważne nie obciążą mocno kieszeni w przeciwieństwie do tych już gotowych produktów.  Przepis bazowy można modyfikować według waszych upodobań i potrzeb. Zdradzę Wam, że to moja metoda na zużywanie maseł Shea itp. surowców. Swoje kule wzbogacam m.in olejkiem z wiesiołka i zieloną herbatą, kawą czy skórką pomarańczy. 


PLAYSTATION v. PLANSZÓWKA. A MOŻE GOTOWANIE?

Gry są fajne bez względu na wiek. Jeśli nie macie możliwości spróbować swoich sił w rozgrywkach na Playstation z pomocą przychodzą niezawodne planszówki. Na pewno gdzieś na strychu macie jeszcze zapomnianego "Chińczyka" lub " Scrabble". W ostateczności możecie do zabawy zaprosić również przyjaciół.Innym rozwiązaniem ( nie tylko dla smakoszy) jest wspólne gotowanie. Z każdego posiłku zjedzonego poza domem czerpiemy inspirację i później staramy się odtworzyć danie w domu. Co prawda z różnym skutkiem, ale makarony wychodzą nam coraz lepiej. I tak zamyka się magiczny krąg wspólnego spędzania czasu.

W sobotę jedzenie na mieście, w niedzielę seans w domowym zaciszu, w poniedziałek odtwarzania dania, we wtorek planszówki, w środę na uczczenie połowy tygodnia  relaksujące spa, a w czwartek ćwiczenia, bo po gotowaniu odłożył się jakiś tłuszczyk , a w piątek kolejny raz spa, bo trzeba jakoś wyglądać przed sobotą...

Miłego Miśki!
10 x 10 - moja wersja wyzwania Kameralnej

10 x 10 - moja wersja wyzwania Kameralnej

Od dłuższego czasu zastanawiałam się nad tym ilu ubrań faktycznie potrzebuję. Staram się regularnie robić przegląd szafy i odrzucam te z nich których nie ubrałam w ciągu ostatnich miesięcy lub w ogóle, bo i takie egzemplarze  od czasu do czasu się trafiały.Wciąż jednak szafa jest pełna, a nie ma się w co ubrać.Wy pewnie też znacie ten problem ?

MOJA SZAFA

Do tej pory myślałam , że w mojej szafie panuje zupełny misz masz. Szukając jednak wyzwaniowej dziesiątki  okazało się, że jestem mocno monotematyczna. Z kolorów najczęściej przewijają się odcienie szarości przeplatane odrobiną czerni, bieli i granatu. Na palcach mogę policzyć te ubrania, które kupiłam pod wpływem chwili i które w zestawieniu z resztą wydają się naprawdę szalone. I właśnie z nimi jest ten problem, że nie mam ich z czym zestawić, bo zwyczajnie nie pasują do reszty. O ile jest to sukienka , którą można wspomóc dodatkami nie ma problemu. Jednak gdy wyciągam z półki fikuśną spódnicę lub bluzkę... 


 UBRANIA WYBRANE DO WYZWANIA

W czasie trwania wyzwania szykuje mi się kilka mniej oficjalnych wyjść więc postawiłam przede wszystkim na wygodę i uniwersalność zestawów , które mogę stworzyć z wybranych ubrań. Nieodłącznym elementem są dla mnie jeansowe spodnie.Był czas, że posiadałam ponad trzydzieści par. Obecnie ograniczyłam się do mniej więcej dziewięciu w których najczęściej chodzę. Do wyzwania wybrałam natomiast trzy, ale tylko jedne z nich są w jednolitym kolorze. Pozwoliłam sobie na małą wariację dobierając skinny w kropki oraz białe ornamentowe zdobienia. Spodnie pochodzą z Cubus'a ,ale każde z nich udało mi się wylicytować za niecałą dyszkę na allegro.Na górę wybrałam również trzy bluzeczki o trzech różnych długościach rękawa. Jedna to najzwyklejsza szara bokserka, kolejna to bluzeczka z krótkim rękawem w której połączono dwa różne materiały  , a na deser zostawiłam swoją ukochaną koszulę z Sinsay. Za oknem zima, stąd też kolejne dwie rzeczy są niejako wymuszonym dopełnieniem. Postawiłam na włochaty sweterek o prostym kroju oraz asymetryczną  narzutkę zdobioną wstawkami ze skóry.  Najtrudniejszy był dobór butów. Postawiłam na klasyczną czerń.


ZESTAWY

Nie jestem zbyt "modowa", więc nie będę wrzucać tutaj każdego dnia zdjęć przygotowanych zestawów. Prawdopodobnie będzie się to odbywało na instagramie, a pod koniec akcji zrobię na blogu małe podsumowanie. Biorę udział by  przede wszystkim sobie samej udowodnić, że nie potrzebuję kolejnej pary jeansów by być szczęśliwą i że z tego co już mam jestem w stanie przygotować coś sensownego w dość szybkim czasie. Mam nadzieje, że pomoże mi to przeprowadzić bezwzględną selekcję.Mniej ubrań = więcej miejsca = mniej szaf = więcej przestrzeni życiowej :) Oby!

Dla tych , którzy jeszcze nie wiedzą cała akcja swój początek miała już jesienią. Wówczas podglądałam tylko po cichu poczynania Kameralnej, by teraz dołączyć się do jej pomysłu. Może ktoś z Was również będzie miał ochotę? Jestem głodna pomysłów :) 
Makijaż rasowej zołzy.

Makijaż rasowej zołzy.

Weekend obfitował  w całą masę atrakcji o których innym razem,  bo zdecydowanie z większością faktów i natłokiem informacji muszę iść  do łóżka. żeby je sobie dobrze zaszufladkować. Nie mniej jednak była okazja ( i to nie jedna) żeby przejrzeć aktualną ofertę dostępną w Empiku.Moją uwagę przykuł jeden tytuł i ubolewam teraz nad faktem , że nie trafił do mojego zakupowego koszyka, a mianowicie "Dlaczego bywam humorzastą zołzą?" Biorąc pod uwagę jak zaczęłam dzisiejszy dzień i tydzień dochodzę do wniosku, że książka powstała specjalnie dla mnie.Ale może zwalmy wszystko na Blue Monday... Albo zwyczajnie bądźmy szczerzy, taka już jestem :) 

Mogłabym Wam bajki pisać, że wstałam skoro świt , żeby wykonać ten makijaż, ale po pierwsze dobrze wiecie, że straszna ze mnie sowa i wstaję rano tylko wtedy gdy muszę. A po drugie sporo  z Was zna moją tajemnicę i wie, że od piątku nie mam już różowej nastroszonej czupryny. Nie mniej jednak wydaje mi się, że nadal pasuje do mojego wizerunku złośnicy. A wykonałam go w czwartek. Bez specjalnej okazji. Po prostu za oknem było w miarę dobre światło...   



Powiedzmy, że podczas rozmowy przy kawie, która  kawą nie była, przyznałam się do swojego uwielbienia względem kości policzkowych. Niestety mnie poskąpiono mocnych rysów więc jak widzicie mocno wspomagam się bronzerem , a piszę o tym tylko dlatego, że właśnie w tym makijażu po raz ostatni użyłam produktu, który pasował mi pod każdym względem. Mój ulubieniec zwany brązującym pudrem w kamieniu , tudzież contouring powder o jakże wymownej nazwie Sahara Sand 308 od Kobo towarzyszył mi przeszło rok. Wymuskałam zawartość do cna, a opakowanie mocno już sfatygowane życiowo na dowód tego wyczynu prezentuję na poniższym zdjęciu.Wracając do tematu, jednym brak piątej klepki, a mnie brak wystających kości policzkowych, takie życie. Bardzo lubię to swoje przerysowane odbicie w lustrze (a jeszcze bardziej krytykujące mój brak umiejętności nakładania tegoż produktu znawczynie ). Dodatkowo pomimo starań i eksperymentów z kolorem prawdziwie sobą czuję się w ciemniejszym wydaniu oka. I tak też było tym razem. Na powiekę trafiła zieleń w kilku odcieniach od MUR i Freedom. A średnio pasujące do całości usta to nic innego jak moja nowa miłość do matowych pomadek Bell. I jak to podsumowała jedna z bliskich osób, moje makijaże to kolejny dowód na to, że można mieć wiedzę w danym temacie i uparcie z niej nie korzystać. I tak sobie myślę , że łamanie zasad faktycznie wychodzi mi całkiem dobrze.


A jak to jest u Was w tej kwestii?
Konkurs dla czytelników Praktycznie kosmetycznie!

Konkurs dla czytelników Praktycznie kosmetycznie!

Zaczął się kolejny rok mojej blogowej przygody. Nie byłoby jednak tego wszystkiego bez Was, moich czytelników, podglądaczy , komentatorów. Chcąc nagrodzić aktywność i obecność przygotowałam do zgarnięcia zestaw do którego trafiło kilka produktów które wzbudziły moje zainteresowanie lub zwyczajnie znam je i wiem, że są dobre. 

Na nagrodę składają się:
- książka "Radzka radzi: Tobie dobrze w tym" M.Kanoniak, 
- świeczka Comfy Sweater  Kringle ,
- mikrodermabrazja VitaC Infusion Mincer Pharma, 
- peeling do ciała Organic olive & clay Organic Shop , 
- paletka 18 cieni Love Naked - Live&love 




Regulamin:
Konkurs trwa od 15.01 - 15. 02. 2017r. Sponsorem nagród jestem ja - praktyczniekosmetycznie.pl . Wysyłka nagrody na terenie kraju  na mój koszt.Wyniki zostaną ogłoszone do 5 dni od zakończenia konkursu.Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych ( Dz.U. z 2004 r. Nr 4 , poz. 27 z późniejszymi zmianami) 

Warunki uczestnictwa:
- obserwowanie bloga praktyczniekosmetycznie.pl
- komentarz pod tym postem zawierający nick pod jakim mnie obserwujecie oraz odpowiedź na pytanie : Jaki wpis na moim blogu spodobał Ci się najbardziej? ( link lub tytuł)  

Zapraszam do zabawy i życzę powodzenia! 




Moja włosowa historia!

Moja włosowa historia!

Zakładam, że to będzie jeden z najdłuższych wpisów na tym blogu jakie znalazły tu swoje miejsce. I chociaż nie jestem włosomaniaczką, a może właśnie dlatego, że nią nie jestem , na moich włosach w pewnym momencie życia działo się sporo. Zmieniały się kolory, zmieniały długości, ale nigdy nie było tak, żebym tych zmian żałowała. 

Przez kilkanaście lat swojego życia żyłam z blond czupryną. A ona żyła swoim życiem. Fryzjerzy narzekali, że  nie ma u mnie co czesać , bo podobno włosów było mało i były dość wątłe. Najdłuższe jakie udało mi się wyhodować, a właściwie wówczas jeszcze mojej mamie , miałam w drugiej klasie szkoły podstawowej. Powód większości pewnie znany. Niestety zdjęcia z tego okresu zechciały się gdzieś zapodziać. Musicie mi uwierzyć na słowo, że sięgały wtedy do połowy pleców i były moim zdecydowanym maximum przez (już) 25 lat życia. 


Nie byłam z  faktu bycia blondi specjalnie zadowolona i stosunkowo szybko za przyzwoleniem mamy zaczęłam swoje małe eksperymenty. O ile jako dziecko jakoś w tym kolorze  wyglądałam, o tyle późna podstawówka i gimnazjum utwierdziły mnie w przekonaniu, że mysi blond podkreśla nijakość. Z włosami szybko rozprawił się fryzjer, ale wiecie jak to jest... Jakość specjalnie lepiej się nie czułam. Stopniowo więc włosów ubywało, pojawiła się  także grzywka.


Później przyszedł czas na oberżynę, a następnie brązy. W liceum zaszalałam i dodałam pasemka od czubka głowy , z którymi wyglądałam co najmniej dziwnie. Następnie pojawiła się granatowa czerń i tak trwała sobie u mnie przez kilka lat. Był to okres w którym zmianie uległa kilkukrotnie długość, a także swoje miejsce zmieniała z lekka grzywka. Raz była na wprost innym razem na boku. Nie ominął mnie także etap fryzury w stylu emo.  W tym czasie udało mi się także wziąć udział w metamorfozie w jednej z gazet.



Następnie wpadłam na pomysł samodzielnej dekoloryzacji...która nawet mi się udała i zeszłam z czerni - na chwilę. Przygarnęłam w tamtym czasie pierwszą tubkę czerwieni. I popełniłam zdecydowanie niewybaczalny błąd. Nie sprawdziłam czy w opakowaniu znajduje się faktycznie kolor na którym mi zależy. Już z farbą na głowie zauważyłam, że coś idzie nie tak. Szybkie zmycie nie pomogło, bo na włosach na nowo zagościł ciemny brąz . Od tamtej pory dokładnie sprawdzam co znajduje się w pudełku , bo nigdy nie wiadomo czy komuś nie przyszła do głowy jakaś zamiana. Kolejne próby zejścia z ciemnego koloru podjęłam już rozjaśniaczem fundując swoim włosom  mocne przesuszenie. Aż dziwne, że nie spaliłam ich zupełnie i przyjęły jeszcze w miarę dobrze dawkę rudej farby...


Następnych kilka lat było balansowaniem pomiędzy różnymi odcieniami czerwieni.



Raz było soczyście, innym razem trochę ciemniej i ciemniej... Po drodze wypadł wyjazd do UK, gdzie zaczęłam swoją przygodę z olejowaniem włosów. Rosły tam jak szalone , brakowało mi jednak zmian i zdecydowałam kolejny raz na ich przyciemnienie.


Po powrocie do Polski przez długi czas nic z włosami nie robiłam, prócz odświeżania koloru raz na jakiś czas. Większość znajomych i rodziny mówi mi otwarcie, że w tamtym okresie i z taką fryzurą wyglądałam  najlepiej. Patrząc z perspektywy czasu na zdjęcia, mnie również się podobają.Pamiętam jednak , że nie były wtedy w najlepszej kondycji, bo namiętnie je prostowałam.Odwijające się końce doprowadzały mnie do szału...


Spontanicznie podjęłam decyzję o ścięciu, której nie żałuję. Może obecna długość nie daje  aż takich możliwości pod względem fryzur, ale jest przede wszystkim wygodna. Po raz pierwszy w życiu miałam wykonaną trwałą ondulację, przez co zamieniłam się w baranka. Obecnie dość dobrze widać jeszcze jej pozostałości, ale kolejna wizyta u fryzjera już umówiona, więc nigdy nic nie wiadomo...


Chciałabym teraz jeszcze krócej... Wiecie, to uzależnia. A później może z czystą kartą zacznę je na nowo zapuszczać?! A jak to jest u Was?
Czarna maska - Iva Natura

Czarna maska - Iva Natura

Gdy  w moje ręce za sprawą Beauty by Bloggers i Iva Natura trafiła czarna maska do twarzy miałam dość sprecyzowane wyobrażenie na jej temat. Znana mi była już maska o takiej nazwie w wersji peel off o której głośno na blogach.Miałam nawet którąś z wersji w swojej kosmetyczce, ale nie zrobiła na mnie większego wrażenia. W tym wypadku zastanawiający był dla mnie jednak bogaty w ekstrakty skład więc stosunkowo szybko dobrałam się do zawartości słoiczka  i już po uchyleniu wieczka dostrzegłam różnicę.

Czarna maska od Iva Natura to zdecydowanie inny kosmetyk a  z koleżankami z Chin łączy ją tylko nazwa... i kolor ( chociaż czasami wydaje mi się, że jest w kolorze ciemnej butelkowej zieleni, zależnie od światła). Konsystencja jest przyjemnie kremowa i dość łatwo rozprowadza się na twarzy. Podczas aplikacji nie żałujemy sobie produktu, który według wskazań producenta pozostawiamy na twarzy na około 5 minut  po czym zmywamy  wodą. Ja sama kilkukrotnie zdecydowanie przekroczyłam wskazany czas, ale nic złego się nie wydarzyło. Kosmetyk ten ma działanie oczyszczające  oraz wybielające, a skuteczność zapewniają odpowiednio dobrane składniki . Przyznaję, że dla mnie niektóre z nich były zwyczajnie zaskakujące. Specyficzny i trudny do sprecyzowania zapach jest zdecydowanie składową roślinnych ekstraktów. 


Bazą maski jest powstały w wyniku destylacji kwiatów róży damaceńskiej roztwór wodny. Wykazuje on właściwości przeciwzapalne oraz przeciwzmarszczkowe. Ceni się go także za działanie matujące. Tuż obok niego  swoje miejsce znalazła przytulia czepna ( przytulina -galium aparine). Podejrzewam, że mieszkanki wsi nie raz miały do czynienia z rośliną, która u nas uznawana jest za chwast.Prawdę mówiąc osobiście nie miałam pojęcia , że wykazuje ona jakieś pozytywne właściwości.Mnie do tej pory skutecznie irytowała 😊 Ta wykorzystana  w formie ekstraktu  w masce pochodzi jednak z regionu Diyarbakir  i bogata jest w witaminę C.  Kawałek dalej w składzie odnaleźć możemy kolejną roślinę " z ogródka" - macierzankę, działającą ściągająco. Dobrze znane i sprawdzone oliwa z oliwek oraz ekstrakt z kasztanowca zwyczajnego  również wykorzystano. Dla mnie zaskoczeniem i nowością było odkrycie w składzie chruściny jagodnej , znanej Wam pewnie lepiej pod nazwą poziomkowiec lub jako drzewko truskawkowe. Roślina ta wykazuje właściwości antybiotyczne. A do tej pory zupełnie nie kojarzyła mi  się  z szeroko pojętą kosmetyką. 


W moim posiadaniu znalazł się słoiczek 50 ml , a normalna pojemność maski to aż 250 ml, czyli całkiem sporo jak na kosmetyk do pielęgnacji twarzy. Hojnie ją sobie aplikowałam, ale wystarczyła mi na mniej więcej 12 aplikacji , ale już po pierwszej zauważalne były dla mnie pewne zmiany. Ja, posiadaczka cery mieszanej a jednak ze skłonnością do przesuszeń dostrzegłam jej wielofunkcyjność. Zdecydowanie po aplikacji skóra była przyjemniejsza w dotyku . Pory widoczne na policzkach i nosie nieco się zwęziły , przez co i mniej wysiłku wymagało ode mnie zmatowanie skóry przy późniejszym wykonywaniu makijażu. Nie był to co prawda długotrwały efekt , ale dobrze jest mieć taki "wspomagacz" zwłaszcza gdy wiemy, że dzień później szykuje nam się jakieś większe wyjście. Nie wystąpiło  przesuszenie, a jego obawiałam się najbardziej,  bo już nie raz i nie dwa zrobiłam sobie innymi maseczkami takie "kuku'. Jednak w ekstraktach roślinnych drzemie ogromna moc i cieszę się, że mogłam ją poczuć na własnej skórze.


Blue spruce!

Blue spruce!

 W dalekim lesie, w głębokim borze...  Krocząc przez pokryty śniegiem las  trafiłam na drzewo , które zdecydowanie przyciągnęło mój wzrok.  Jego gałęzie rozpościerały się szeroko na każdą ze stron świata a igły pokryte lodem błyszczały niczym drogocenne kamienie . Byłam pewna, że trafiłam do zaczarowanego świata, bo  zdecydowanie nie było normalnie. Im bliżej niego podchodziłam, tym bardziej wchłaniała mnie niebieska poświata. A w powietrzu unosił się zapach... Ten zapach! 


Zapach niebieskiego świerka trafił w moje ręce początkiem grudnia. Najpierw jedną jego sztukę  w formie małej świecy zakupiłam z myślą o wymiankowej paczce do której pasowała mi... kolorystycznie. Jednak gdy świeczuszka dotarła do mojego domu i poczułam tą woń wiedziałam, że nie dam rady funkcjonować bez niego w tą mroźną zimę. Domówiłam kilka sztuk z myślą o sobie i bliskich i tak zaczęła się ta niestety zbyt krótka jak na mój gust miłość.  Otwierając przyjemnie zapakowaną świecę ( wystarcza na 10-12 godzin palenia) nie sposób nie zgadnąć , że to zapach żywicznego iglastego drzewka. Być może jest on Wam znany i całkiem świeży w pamięci, wszak akurat święta za nami. Dla mnie to zapach dzieciństwa: wigilii spędzanej w rodzinnym gronie, przedświątecznej wrzawy. Przypalana wieczorami tworzyła na nowo tą niesamowitą atmosferę. Kringle Candle idealnie oddało aromat zmrożonych igieł , które pod wpływem ciepła dłoni wydzielają swoją moc. 



Nie będę pisać Wam bajek na temat wydajności, bo podane przez producenta informacje są rzeczowe i konkretne. Zawartość wypaliła się doszczętnie, jednak bez szkody w opakowaniu , o co jednak trochę się martwiłam- w końcu to tworzywo.  Pewnie przerobię je na puzderko w którym zamknę pierścionek lub kolejną parę kolczyków. A może swoje miejsce znajdą tam wspomnienia zeszłorocznych świąt? 

Znacie? Czym pachniały Wasze święta?
Co przyniósł grudzień? Nowości!

Co przyniósł grudzień? Nowości!

Jako, że podsumowania roku na moim blogu nie będzie , bo zwyczajnie nikt nie przetrwałby takiego tasiemca postanowiłam napisać o tym, co przywędrowało do mnie w grudniu. Sama lubię przeglądać tego typu wpisy. U mnie do pewnego momentu też regularnie się pojawiały, dopóki ktoś życzliwy nie zaczął mnie rozliczać  z wydatków :) Teraz może, bo chociaż rzeczy jest cała masa to są to głównie wyprzedażowe łupy... 

Rozsmakowałam się już jakiś czas temu w scrubach do ciała od Organic Shop. Podoba mi się  ich konsystencja ,  działanie oraz bez wątpienia cena ( koszt ok 8zł/szt). Mam takie ciche założenie , że z czasem uda mi się wypróbować każdą z wersji zapachowych, a póki co zadowoliłam się sympatyczną czwórką zakupiona na Triny. W gratisie otrzymałam sporą próbkę soli do kąpieli , co nie ukrywam było przyjemną niespodzianką.


Pozostając w temacie zakupów kosmetycznych dotarło do mnie kilka drobiazgów zamówionych co prawda jeszcze w listopadzie , ale wiecie jak to jest z wysyłką na Aliexpress. Skusiły mnie promocje z 11.11 i nie żałuję, bo z większości jestem naprawdę zadowolona , a koszty były śmiesznie niskie. Najwięcej bo około 16 zł zapłaciłam za musującą maseczkę  do twarzy, która na grupach kosmetycznych wzbudza sporo kontrowersji. Zresztą jak większość kosmetyków stamtąd. Ja zaryzykowałam już jakiś czas temu z maseczką fasolową i odpukać nic złego się z moim licem nie stało , a wręcz przeciwnie - autentycznie jestem zadowolona z działania tych kosmetyków.  Około 12 zł kosztował mnie zestaw czterech maseczek w płacie znanych już dobrze w blogosferze. Konjac i maseczka jajko kosztowały  w granicach 4 złotych. Podobnie wyglądało to z zestawem naklejek na paznokcie.Oczywiście wpadło mi do koszyka jeszcze  kilka drobiazgów, ale nie mogę ich teraz znaleźć w czeluściach pokoju.



Poszczęściło mi się również w instagramowym konkursie Mincer Pharma i odebrałam w tym miesiącu sporą nagrodę. Prawdę mówiąc oczy mi wyszły na wierzch jak już odpakowałam całość. Zdjęcie mówi zresztą samo za siebie.


Grudzień zaowocował zapachowym odkryciem. Po raz pierwszy w moje ręce wpadły zapachy od Kringle. Co prawda skromnie, ale zawsze coś. Akurat miałam to szczęście , że idealnie wpisały się w moje gusta. Blue Spruce towarzyszyła nam podczas świąt i już niestety za wiele jej nie zostało, stąd też przygarnęłam Welcome Home. Cena małej świeczki lub wosku oscyluje około 11 zł/szt. 


W tym miesiącu zdecydowanie pojawiło się u mnie sporo nowości ubraniowych. Nie będę Wam tu pokazywać setnej pary rajstop ( a sporo mi ich przybyło naprawdę), a jedynie wyrywki. Chwaliłam się wczoraj na instagramie wylicytowanymi spodniami z Cubusa. Za trzy pary zapłaciłam zawrotne 25zł , czyli jakąś 1/5 ceny jednej pary w sklepie. Deal życia! :)  Jako , że pierwszy raz od kilku lat postawiliśmy na spędzenie sylwestra na imprezie składkowej chciałam się do tego jakoś przygotować. Problem polegał na tym, że nigdy nie nosiłam butów na obcasie bez dodatkowych pasków ze względu na to, że zwyczajnie nie mogłam znaleźć pasujących na moją szczupłą stopę. I boom! podczas wizyty w tzw. "chińczyku" wpadły mi w oko klasyczne czarne szpile. Nie muszę chyba mówić, że gdy tylko sprawdziłam czy pasują, trafiły do koszyka ( 65 zł). Później jednak moja mama wypatrzyła promocję w sklepie pantofelek24.pl , gdzie ceny okazały się naprawdę niskie. Przy pierwszym zamówieniu zdecydowałam się  tylko na obuwie sportowe i tak trafiły do mnie białe sneakersy (29zł) i czarne ocieplane (20zł). Zaskoczyła mnie ich jakość , bo spodziewałam się za taką kasę czegoś znacznie mniej dopracowanego.Czasami w sklepach stacjonarnych dawałam dużo więcej za coś co okazywało się badziewiem... W kilka dni później jeszcze raz kliknęło mi się nowe zamówienie . Trafiłam na dodatkową promocję i takim sposobem zgarnęłam dwie pary szpilek po 17 zł każda. Jakiś cud , bo i jedne i drugie okazały się być na mnie dobre. Ostatecznie w tych z ćwiekami wybrałam się nawet w sylwestrową noc. 











Podczas zakupów w Biedronce roztrwoniłam całe 40 zł przygarniając dwa filmy i dwie interesujące mnie książki. Prawdę mówiąc miałam ochotę na jeszcze kilka, ale rozsądek zwyciężył. Online dokupiłam poradnik o jakże wdzięcznie brzmiącym tytule "F**k it" , a od Elfie's Planet przywędrował do mnie CzaroMarownik, czyli kalendarz który będzie mi towarzyszył przez cały rok. 





W ramach blogowych zabaw trafiła do mnie masa niespodzianek.Paczkę od Feeling Fancy już Wam opisywałam tutaj. Druga to wynik wymiany na blogach książkowych. Nie mogę nie wspomnieć także o dobrociach przywiezionych z II edycji BBB





Dobrnęliście do końca? Mam nieodparte wrażenie , że i tak zapomniałam o czymś ważnym 😊
Pozdrawiam 
Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger