piątek, 24 lutego 2017

Kapsułka za kapsułką [ olejek z witaminami A i E - Gal ]

Jeszcze dwa lata wstecz oleje i olejki mogły dla mnie nie istnieć. Unikałam ich jak ognia eliminując tym samym ze swojej pielęgnacji wiele interesujących produktów. Już sama wizja użycia balsamu, który źle się wchłania mnie przerażała. Walcząc z powracającymi wypryskami odkryłam jednak metodę OCM i tak zaczęłam się przekonywać do ich skuteczności i zbawiennego działania. Olej olejkowi  jednak nierówny, a dzisiaj o umilaczach do kąpieli , które z nazwy są olejkami...



Kapsułki z firmy Gal są mi znane od kilku lat. Wcześniej używałam tych przeznaczonych do twarzy zwłaszcza na etapie poszukiwania złotego środka w pielęgnacji, ale jakoś nasz romans nie był specjalnie długi i namiętny. Jestem jednak otwarta  na nowe, więc gdy na spotkaniu BBB otrzymałam zestaw kapsułek tym razem do ciała ochoczo przystąpiłam do testów. Lubię takie małe pielęgnacyjne "bajery", a uroku odmówić im nie można. Zarówno jeden jak i drugi kartonik mieściły w swoim wnętrzu kapsułki żelatynowe zawierające olejek  wiesiołkowy z witaminami A i E- w teorii. 


Olejek do kąpieli z witaminami A i E i olejem wiesiołkowym

W mojej wannie lądowały już cuda wianki i rozeznanie w podobnych produktach mam spore więc autentycznie ciekawa byłam działania tych uroczych czerwonych kuleczek.  Spójrzcie sami, z czym Wam się kojarzą? Dla mnie to mocno powiększone kulki hydrożelowe do kwiatów. Równie ładnie prezentowałyby się w wazonie jak i w wannie. Tylko nie wiem czy kwiatom  by się podobało.Wracając jednak do jakże wdzięcznego tematu lenistwa w wannie... Jako, że lubię na bogato jednorazowo wrzucałam do kąpieli  3 kapsułki ( producent zaleca od 1-3 sztuki). Dość szybko rozpuszczały się w ciepłej wodzie, pachniały ledwie wyczuwalnie i w moim odczuciu niestety nie robiły nic wybitnego.Na skórze po ich użyciu nie pozostawał wyczuwalny film, szczęśliwie na wannie również nie ( znacie ten ból mycia jej po kąpieli?). Nie mniej jednak tak uroczo się prezentują, że nie ręczę za to czy w przyszłości ich nie zakupię. Ot, dla wyglądu właśnie! Olejek z wiesiołka znajduje się ni mniej ni więcej, a w połowie składu. 





Olejek wiesiołkowy po kąpieli  z witaminami A i E

Olejek wiesiołkowy przeznaczony do użycia " po"  kąpieli zaskakuje. Zielone serce niesie nadzieję , na większą skuteczność. Na pierwszym miejscu w składzie olej... lniany. A to zaskoczenie! Całkiem przyjemne biorąc pod uwagę, że składnik ten wykazuje  sporo przyjemnych dla ciała właściwości. Czegóż to on nie robi? Działa przeciwzapalnie, przeciwświądowo , rozmiękcza skórę, regeneruje, przyśpiesza gojenie. Normalnie ochy i achy! Tytułowy wiesiołkowy dodatkowo wyżej w składzie niż w poprzedniku, więc szanse na powodzenie już na starcie były większe. Udało się. Gdy tylko dobrałam się do pierwszego serducha przepadłam. Zapach zdecydowanie wyczuwalny , według mnie cytrusowy. Poznałam jednak jego zwolenników i przeciwników. Swoją drogą naprawdę może się komuś nie podobać? 😜 (Taki żart, gdyby ktoś nie wyłapał  mojego dość specyficznego poczucia humoru). Jedna kapsułka wystarczyła mi na aplikację na całe ciało prócz twarzy- uszy i szyję też pominęłam jak już tak wchodzimy w szczegóły. Chodziłam później i pachniałam, bo co innego miałam robić skoro moja uroda tak wprawnie została poprawiona. Olejek potrzebuje chwili by dobrze się wchłonąć. Nie polecam bezpośrednio po aplikacji otulenia się szlafroczkiem, chyba że marzy Wam się image " na misia". Warto jednak poczekać, bo autentycznie skóra staje się przyjemna w dotyku i miękka. U mnie niepotrzebne było nakładanie dodatkowego kosmetyku o działaniu nawilżającym. Szkoda mi tylko, że serduszek było mniej, bo zaledwie osiem sztuk. Z drugiej strony po przeliczeniu koszt pojedynczej  to zaledwie złotówka - całkiem przyjemnie. Do tego produktu zdecydowanie powrócę. 



__________________________________________________________________
I tym miłym akcentem kończę swój dzisiejszy wywód.Nie było mnie kilka dni, wybaczcie ale dorwała mnie niemoc twórcza i ni w ząb nie mogłam zebrać sensownie myśli, a co dopiero przelać je na ekran...Żeby nie było, że nie podałam wyników konkursu, to podałam. Wiszą sobie spokojnie na fb tablicy i kto ma wiedzieć już wie. Wygrała Karolina Horsi. Miłego!


czwartek, 16 lutego 2017

Taniec uczuć - Flamenco [ manicure z Indigo]

Czerwień.. klasyczna i ponadczasowa. A ile z Was wie skąd wzięła się polska nazwa tego koloru? Sprawcą całego zamieszania są larwy Czerwca Polskiego z których to pozyskiwana jest koszenila- czerwony barwnik  wykorzystywany przez lata m.in do barwienia tkanin. Nadal są na świecie miejsca, gdzie korzysta się z takiej metody. Ale dzisiaj nie o tym, dzisiaj o odcieniach. Bo czerwień wiele imion ma...

 Niestety i z perfekcyjnym manicure i z tańcem niewiele mam wspólnego. Z pomocą w kryzysowych sytuacjach przychodzi jednak  Indigo i jeden z ich lakierów w odcieniu nazwanym wdzięcznie Flamenco. Sama powiedziałabym, że w tym przypadku mamy do czynienia z nasyconym odcieniem wina lub wiśni  jak kto woli. I jedno i drugie lubię, więc kolor też nie mógł mi się nie spodobać. A od tego pierwszego do gorącego flamenco wszak już nie tak daleko... 





Naczytałam się u innych o tym jaka ta czerwień zła , bo ni w ząb nie chce się trzymać paznokci. Jednak jeśli zaglądacie do  mnie już dłuższy czas , to wiecie że bardzo tłusta płytka jest moim utrapieniem i naprawdę mało który lakier przetrwa na niej nieruszony dłużej niż jeden dzień, a tutaj... Zaskoczenie! Całe trzy dni radochy, więcej niestety nie podźwignęły końcówki , które zaczęły się ścierać, ale dla mnie to i tak naprawdę dobry wynik (a nie oszczędzałam ich wcale). Muszę Wam się jednak do czegoś przyznać. Gdy przywiozłam zestaw pięciu odcieniu z Meet Beauty zastanawiałam się nad tym, gdzie inni widzą tą różnicę. Dopiero na paznokciach odkryłam, że czerwień czerwieni nierówna. W manicure, który Wam dzisiaj prezentuję na paznokciach pojawiło się dwie warstwy. Przy krótkich postawiłabym na jedną i spokojnie by mnie zadowoliła, jednak mając dłuższe niż dotychczas paznokcie wyraźnie w moim przypadku odcina się jaśniejszy wolny brzeg, co  mnie drażni, stąd też dołożyłam dla swojego spokoju drugą.


Pojedynczo lakiery te można nabyć za 16zł, jednak w przypadku czerwieni istnieje możliwość zakupu zestawu pięciu w cenie 49zł, co oczywiście jest bardziej opłacalnym rozwiązaniem. Podobnie jest z "nudziakami" na które mam ochotę już od jakiegoś czasu. Nie trudno zauważyć, że zestawiłam flamenco ze srebrem od Gosh i pobawiłam się ombre. Niestety nie jest ono tak efektowne jak w przypadku hybryd, ale jak się nie ma co się lubi...

poniedziałek, 13 lutego 2017

Ile może zmieścić format A4? moja torebka.

Bez względu na format nazywane są dodatkiem do kobiecego stroju. Ale czy na pewno taka jest ich rola? Nie od dziś wiadomo przecież, że w kobiecej torebce znaleźć można wszystko.Ania, znana szerszemu gronu jako Balbina Ogryzek postanowiła odkryć tajemnice ich zawartości. A ja z chęcią pomogę swoim przykładem w prowadzonych badaniach ;) 

Coraz mniej angażuję się w blogowe akcje, ale gdy wpadłam na wspomniany wcześniej wpis nie mogłam przejść obojętnie na wołanie o blogową mobilizację. Oto jestem z zawartością swojej torebki, a właściwie torebek , bo te zmieniam w zależności od potrzeb i nastroju. Niestety nie dorobiłam się jeszcze praktycznego organizera, więc rzeczy które widzicie na poniższym zdjęciu w każdej kolejnej torbie lądują luzem i poniewierają się biedne w czeluściach... 



Śledząc już wcześniej niektóre wpisy dziewczyn w tym temacie doszłam do wniosku, że chociaż w tej kwestii przejawiam odrobinę minimalizmu. Nie noszę już od dawna sporej ilości kosmetyków, głównie przez to, że z wiekiem wyzbyłam się niepotrzebnych nikomu kompleksów. Z przyczyn praktycznych najczęściej z tej dziedziny produktów mam przy sobie albo chusteczki nawilżane albo deo w takim wydaniu. Oprócz tego zawsze wrzucam  matową pomadkę w płynie od Bell, z którymi bardzo się polubiłam i zamiennie używam kilku kolorów. Do kompletu kilka dni temu dołączył (genialny !) peeling do ust w pomadce  , na który wpadłam przypadkiem w  biedronkowej szafietejże firmy.Bardzo często zabieram ze sobą ulubione perfumy w wersji max 30ml. Większej ze względów praktycznych nie chciałoby mi się nosić. Jak widzicie obecnie jest to YR  Vanille Noire. Jako, że w transporcie publicznym są czasem "zapaszki" nie do zniesienia na pokładzie obecny jest zawsze  mały kremik do rąk od Indigo. Jak wiecie są to produkty mocno perfumowane i chociaż  jakoś specjalnie nie wyróżniają się działaniem , pięknego zapachu nie można im odmówić. W razie potrzeby miziam nim dłonie ratując nos z opresji.  Nieodłącznym elementem jest dla mnie od pewnego czasu niezastąpiony kalendarz w sam raz dla rasowych czarownic (prezent od Elfie's Planet ) . Zapisuję w nim wszystkie ważne daty, a także pomysły na kolejne wpisy. Jako, że lubię czytać noszę ze sobą tytuł po który mam ochotę sięgnąć w danym czasie. Z reguły są to historie pisane życiem. 


Pora na rzeczy przyziemne. Nieodłącznym elementem jest dla mnie niestety już od dawna telefon. Stare solidne okazy nie wymagały dodatkowego ekwipunku, ale teraz dla swojego świętego spokoju mam przy sobie ładowarkę w razie gdyby bateria jednak nie podołała... Przydałby się jednak zdecydowanie power bank. Z wiekiem coraz częściej zahaczam o urzędy przez co obowiązkowo musi się znaleźć długopis, a nawet dwa. Drugi egzemplarz mam zawsze wsunięty do portfela. O nim  samym nie wspominam, bo to dość oczywisty element. Mój już jest wystarczająco wysłużony i zasługuje na emeryturę. Pęk kluczy które giną w niewyjaśnionych okolicznościach również jest. Co więcej mam nawet kupiony puchaty brelok który również noszę w torebce, ale jakoś nie było jeszcze okazji przypiąć. Często gęsto amortyzację na spodzie torebki tworzą paragony i potwierdzenia wpłat. Jako, że maniakalnie kupuje zdrapki przy każdej możliwej okazji  zawsze jakaś znajdzie się w środku. Pomiędzy to wizytówka fryzjerki, bo nigdy nie wiadomo kiedy najdzie ochota na zmianę image'u. Tyle. W dłuższe trasy zabieram czasami coś do przegryzienia. Niestety o tak oczywistych rzeczach jak chusteczki higieniczne pamiętam rzadko kiedy... 

A jak to wygląda u Was?!

niedziela, 12 lutego 2017

Jak kochała Wisłocka? [film]

Nie jest tajemnicą , że przeczytałam Grey'a, chociaż ostatnią część "po łebkach" i bez większej przyjemności. Film oglądałam długo po premierze i głównie przez to, że wszyscy znajomi zachwalali. Na drugą część nawet się nie wybieram, bo już sam zwiastun umocnił mnie w przekonaniu, że seksualna fikcja to nie moja bajka. Głośno się jednak zrobiło i widzę, że sporo osób wciąż żyje tą historią. Trochę mi przykro, że jej premiera mocno zbiegła się w czasie z polską "Sztuką kochania" , bo nasza rodzima produkcja niestety nie miała tylu sponsorów i takiej reklamy, a obejrzenia bez wątpienia jest warta. 


Wczoraj wybraliśmy się do kina na film ,  o którym  wiedziałam jedno : muszę go obejrzeć! O jaką produkcję chodzi już wiecie. Chciałam wcześniej przeczytać książkę i poznać samą historię autorki. Niestety nie udało się "przed", ale tym bardziej  nabrałam na to ochoty "po". Sztuka kochania w wersji pisanej swoją premierę miała przed wielu laty po bojach stoczonych przez Wisłocką z ówczesną władzą. Długo było o niej zwyczajnie cicho i pewnie gdyby nie film (na podstawie książki V.Ozimnkowski "Sztuka kochania gorczycielki")... Słyszałam o książce, wiedziałam, że istnieje, ale potrzeby czytania poradnika sprzed lat jakoś nie czułam. Nie o niej tu jednak mowa, ale o filmie. Po pierwszym oficjalnym zwiastunie "zagrało". Polski film, nieoczywisty temat , a do tego całość oparta na prawdziwych wydarzeniach  z życia seksualnej rewolucjonistki- to mogło się nie udać. Można było pokazać za mało albo przedobrzyć z wizualizacją. Jak wyszło?Po kolejnych zwiastunach i wywiadach udzielanych przez córkę autorki zaczęłam się wnikliwiej interesować tym kim faktycznie była ta kobieta i co zrobiła, że stało się o niej głośno. I to było TO.

Były momenty w których uśmiech sam cisnął się na twarz. Po wielu latach ciężko sobie jednak wyobrazić autentyczną reakcję władzy na próbę przemycenia w piśmie seksualnego przewrotu. Z jednej strony seks był elementem obecnym, a z drugiej nic się o nim nie mówiło, otwarcie oczywiście. Oglądając tą produkcję miałam jednak nieodparte wrażenie, że ludzie w tamtych czasach byli bardziej wyzwoleni , a miłość czysta. I tylko świadomość była zdecydowanie mniejsza...Scenariusz jak można było się spodziewać uwzględniał sporo scen miłości fizycznej.Pomyślicie sobie seks to seks, o czym ona chce tu pisać? Muszę jednak wspomnieć, że autentycznie było czuć tą chemię wylewającą się z ekranu.Idealnie dobrana obsada "zagrała". Duet Boczarskiej z Lubasem ociekał erotyzmem. Były to jednak tak naturalne niewyuzdane i piękne w swojej prostocie zbliżenia, że warto było nasycić nimi zmysły. Może gdyby dzisiejsza młodzież miała takie wzorce zamiast tych z zachodniego kina...Z ekranu prócz wzlotów bohaterki wylewała się również jej niewątpliwa samotność. Momentami i mnie zaszkliło się oko, a były i takie osoby, które ta historia zupełnie rozczuliła. Nie będę wnikać w szczegóły, bo mam cichą nadzieję, że może ktoś jeszcze odkryje w sobie ochotę na seans. Warto było poznać tą historię życia , posłuchać dobrych kawałków którymi okraszony  był film czy chociażby zobaczyć całkiem seksowny tyłek Lubosa (tudzież krągłe piersi Boczarskiej - jak kto woli). Ja ze swojej strony dodam tylko, że na pewno nie był to mój pierwszy  i ostatni raz z Michaliną...

wtorek, 7 lutego 2017

Jesteś jak księżyc... + GRAFIKI do pobrania

Często czytam , że poranki są dla Was inspirujące. Wschodzące słońce, nowy dzień, nowy początek. Śpiew ptaków lub gwar budzącego się do życia miasta działają jak guzik z napisem POWER. Jednak czy noc może być równie  produktywna? Jak to jest być nocnym markiem  i dlaczego się nie wysypiamy?

Biorąc pod uwagę godzinę o której ukazuje się ten wpis, chyba nie muszę tłumaczyć  do której grupy ludzi się zaliczam. Jeśli kiedyś ktoś z Was zechce mnie odwiedzić w moich czterech kątach polecam to zrobić najpewniej świtkiem koło południa. Pozwoli to i mnie i Wam uniknąć traumy 😊 Swój życiowy rytm zaczęłam odkrywać pod koniec gimnazjum, by w liceum przekonać się 100% o słuszności swoich podejrzeń. Szybka diagnoza- jestem nocnym markiem ( lub jak to tłumaczą na angielski "nighthawks") była dla mnie do przyjęcia. Chociaż z ręką na sercu przyznaję, że do tej pory czuję się z tego powodu jak i pewnie większość prowadzących taki tryb życia zwyczajnie dyskryminowana.Otóż wychodzę z założenia , że powinni dla tej części społeczności stworzyć szkoły i miejsca pracy dostosowane do trybu życia. Czyż nie byłoby pięknie wychodzić na zajęcia po dwudziestej ? Najedzeni, wyspani i pełni energii ruszalibyśmy w miasto podbijać świat! 

Żeby nie było, że a tak ciągle na tym swoim blogu narzekam i tylko piszę ile to robię a efektów jakoś nie widać. Oto jestem z trzema przygotowanymi  grafikami mocno związanymi z tematem posta. Ot takie miałam twórcze zapędy. Jednak coś z tej grafiki komputerowej wynoszę, a jeszcze kilka miesięcy temu nie wiedziałam jak się zabrać za PS'a. Grafiki, a właściwie plakaty w formacie A4 do pobrania podlinkowałam poniżej. Nadają się do druku, natomiast co jest oczywiste stworzone są do użytku domowego dla Was moi czytelnicy. Będzie mi bardzo miło jeśli gdzieś kiedyś ktoś podrzuci mi zdjęcie z wykorzystaniem któregoś z nich. 

          PLAKAT NR 1                             PLAKAT NR 2                                           PLAKAT NR 3


A TAK POWAŻNIE....

Problem z zasypianiem dotyczy co drugiego Polaka. Większości wydaje się, że dobrze śpią ale tak naprawdę coraz mniej osób efektywnie się wysypia. Wpływ na taki stan rzeczy ma wiele czynników, a  szczęśliwie niektóre z nich sami jesteśmy w stanie zniwelować. Pobudki w środku nocy sprawiają, że następnego dnia zdecydowanie trudniej nam się skoncentrować , jesteśmy mniej produktywni i konfliktowi. W celu poprawy komfortu życia warto zadbać o odpowiednie warunki do snu. 


1.ZADBAJ O ODPOWIEDNIĄ ATMOSFERĘ

To nie żart. Miejsce w którym śpicie powinno być przewietrzone , a temperatura powinna być w nim nieco niższa niż w reszcie domu. Spory wpływ  na nasz odpoczynek ma powierzchnia do spania , które wymiary powinny być dostosowane do naszych potrzeb. Warto postawić także na pościel wykonaną z materiałów przepuszczających powietrze. Urządzenia  elektroniczne zakłócające sen w miarę możliwości powinniśmy z naszej sypialni usunąć lub chociaż zrezygnować z ich używania na chwilę przed pójściem spać. Emitowane przez nie promieniowanie uniemożliwia przejście w stan głębokiego snu.

2.NIE NAJADAJ SIĘ

Nie wiem jak Wam, ale mnie w dzieciństwie zawsze mówiono , żebym nie najadała się przed snem, bo będą mi się śniły "pierdoły". Dorosłe życie zweryfikowało prawdziwość tego stwierdzenia. Wieczorne podjadanie jest naprawdę super, wiem. Gorzej jest tylko później, gdy autentycznie chcemy  zasnąć, a nie jest to możliwe. Pomijam już problem dodatkowych kilogramów wynikający z tego niezdrowego nawyku . Nasz metabolizm w czasie nocy zwalnia. Układ pokarmowy nie jest przyzwyczajony do pracy w pozycji leżącej, a kwasy żołądkowe ulegają cofnięciu. Takie objawy są charakterystyczne dla refluksu, który  jest już nazywany chorobą naszych czasów.Organizm funkcjonujący według określonego trybu zostaje "oszukany". Duża dawka jedzenia wiąże się z dużą dawką energii, a takie pobudzenie niestety nie sprzyja  dobremu snu.


3.WPROWADŹ DO SYPIALNI ODPOWIEDNIE ROŚLINY

Od lat szkolnych wpaja się nam, że rośliny to samo dobro ze względu na produkcję tlenu i pochłanianie dwutlenku węgla. Jednak jak w każdej dziedzinie życia i tutaj umiar jest wskazany. Lepiej postawić na kilka sprawdzonych gatunków, niż urządzić w pomieszczeniu dżunglę.Polecany do sypialni jest zwłaszcza aloes (a przyda się także w innych dziedzinach, bo zastosowań ma wszak wiele. Roślina ta nie dość, że jest stosunkowo łatwa w rozmnażaniu i pielęgnacji dodatkowo świetnie oczyszcza powietrze poprawiając jego jakość.Może tym samym pomóc przy bezsenności. Duet idealny stworzy z lawendą działającą uspokajająco. Zmniejsza ona stres , reguluje tętno i podobno przyczynia się do zmniejszenia płaczliwości u dzieci. 


AMERYKI NIE ODKRYŁAM, WIEM.

To co napisałam jest dla większości z Was oczywistą oczywistością- mam taką nadzieję. Nie każdy ma możliwość wyeliminowania chociażby sprzętu elektrycznego z miejsca przeznaczonego na sen (ja też  nie mam, wiem jak jest). Staram się jednak sukcesywnie wprowadzać zasadę dotyczącą uprzedniego wietrzenia czy ograniczenia oglądania TV przed snem. Mimo to , od czasu do czasu pojawia się... Przychodzi w nocy i budzi o tej samej porze. Znacie to? Podobno nasz organizm woła w konkretnych godzinach na pomoc, alarmując o problemie z danym  organem. Ile w tym prawdy? Sama nie wiem. Na informację te natrafiłam w kilku publikacjach stąd też pozwolę sobie umieścić je w ramach niezobowiązującej ciekawostki. Za pobudki w godzinach pomiędzy 21, a 23 odpowiada tarczyca ( ktoś o tej porze już śpi?) . W godzinach 23-1 w nocy pobudkę funduje nam woreczek żółciowy, dodatkowo może to być objawem nadmiernego stresu. Rozbudzenie w godzinach od 1-3 może być spowodowane  wątrobą, która nie radzi sobie z oczyszczaniem organizmu z toksyn.Naturalna pobudka w godzinach od 3-5 świadczy o problemach  z płucami, natomiast później "działa " już jelito grube.



" Jesteś jak księżyc wyraźny  świecisz na moim chłodnym niebie..."  pisała Halina Poświatowska. A co rozświetla Wasze nieba? Widzicie  czy już dawno pochłonął Was sen? 

poniedziałek, 6 lutego 2017

Carbonated Bubble Clay Mask - bąbelkująca maseczka Bioaqua

Jeśli Twój wymarzony wieczór  opiera się na długiej kąpieli w wannie pełnej piany a dodatkowym umilaczem jest musujący w kieliszkach szampan być może kosmetyk który dzisiaj opisuje  okaże się dla Ciebie, Drogi Czytelniku ideałem?! Co prawda nie zastąpi żadnej z powyższych uciech, ale w działaniu jest równie intensywny co przyjemny.

Moja problematyczna buźka  poniekąd wymusza na mnie dobór kosmetyków metodą prób i błędów, bo jednak nie wszystko co jest dla niej przeznaczone jej służy. Stąd też gdy odkryłam na Aliexpress dział z kosmetykami zdecydowałam postawić wszystko na jedną kartę. Pisałam już kiedyś o maseczce z fasolą Mung i wspominałam tam, że rozumiem  każde podejście do tematu zamawiania tam kosmetyków i ich późniejszego używania. O ile sama pewnie nie pokusiłabym się na kamuflaże i temu podobne twory, o tyle do pielęgnacji podeszłam ufnie. Szczęśliwie dla mnie, jak się później okazało. Po tamtej saszetkowej przygodzie była kolejna i kolejna... Próbowałam kilkunastu różnych masek w płacie czy zamkniętą w słoiczku maskę (również fasolową) z firmy Caicui. Aż w końcu gdy u nas zaczął się boom z maseczkami bąbelkującymi w płacie od Skin79 , postawiłam na podobny kosmetyk w wersji kremowej. 


Carbonated Bubble Clay Mask od Bioaqua jest chyba jedną z najczęściej prezentowanych maseczek na polskich blogach rodem z Aliexpress. Nie dziwi mnie to w ogóle, ponieważ bez wątpienia wzbudza ciekawość. Do mnie kosmetyk dotarł ofoliowany i zabezpieczony banderolkami firmowymi. W środku kartonowego opakowania znalazłam właściwy słoiczek i jak w przypadku maski od Caicui szpatułkę do nakładania. Co prawda  nie nakłada się nimi jakoś specjalnie dobrze , ale do  higienicznego wydobycia kosmetyku  z opakowania nadaje się idealnie. Zawsze lepsze to niż babrać w całości paluchami. Może kolorystycznie specjalnie nie zachęca ,ale nie pachnie  źle więc niesiona ciekawością zdobyłam się na jej regularną aplikację - około 2 razy w tygodniu. Pierwsza próba okazała się mało udana, bo nałożyłam za bogatą warstwę przez co produkt praktycznie w ogóle się nie spienił. Z czasem było już tylko lepiej. Maska ma konsystencję budyniu , ale całkiem dobrze daje się rozprowadzać na twarzy. W chwilę po naniesieniu pod wpływem kontaktu z powietrzem zaczyna przyjemnie musować. Coś jak wydostające się z wody mineralnej bąbelki. Chwilami trochę mnie to łaskotało, ale całość oceniam bardzo pozytywnie, bo podczas aplikacji czułam się naprawdę zrelaksowana. Ilość wytworzonej piany nie okazała się tak spektakularna jak w przypadku masek w płacie jakie prezentowane są ostatnio na blogach, ale była zadowalająca.Oczyszcza delikatnie, ale mimo to po użyciu   skóra została wygładzona i przyjemna w dotyku. Przy regularnym stosowaniu problem z przetłuszczającą się  strefą T został  zmniejszony w znacznym stopniu.

Maska w  akcji. Po całkowitym wybąbelkowaniu tworzy około cetrymetrową warstwę piany. 


 W tym przypadku na opakowaniu możemy znaleźć coś więcej niż zazwyczaj. Trochę łamaną angielszczyzną ujęto w kilku zdaniach ogólne przeznaczenie produktu oraz jego skład. Znajdują się one zarówno na kartoniku jak i etykiecie na słoiczku co  nawet w przypadku niektórych rodzimych kosmetyków wcale nie jest takie oczywiste. Zdaję sobie sprawę, że znajdą się tacy , którzy podważą wiarygodność tych informacji, nie mniej jednak u mnie produkt ten spisał się bez zastrzeżeń i z chęcią sięgnę po kolejne  jego opakowanie. Jak w przypadku każdego kosmetyku polecam wykonanie próby uczuleniowej , żeby później nie było , że ta czy ta pisała jakie to cudo , a mnie uczuliło... 😊 Cena 3-5 $ za 100g.

środa, 1 lutego 2017

Demakijaż z Mincer Pharma

Jest jedną z najważniejszych czynności pielęgnacyjnych, a mimo to często poświęcamy mu za mało czasu. Wykonujemy w pośpiechu i niedokładnie. Nasza świadomość na jego temat wciąż wzrasta głównie za sprawą poradników pojawiających się jak grzyby po deszczu , a mimo to znam osobiście jeszcze kilka osób , którym wydaje się, że można bez niego żyć. Nie można! Dlaczego? Jeśli masz wątpliwości wystarczy spojrzeć w lustro.

DEMAKIJAŻ

Jak już wspomniałam jeden z najważniejszych procesów pielęgnacyjnych. Bez jego prawidłowego przeprowadzenia ciężko mówić o skuteczności kolejnych kroków.Ani pielęgnacja ani makijaż nie przyniosą oczekiwanych efektów jeśli uprzednio nie zadbamy o to by nasza twarz została odpowiednio oczyszczona. Wiele z moich znajomych tłumaczy sobie zaniedbanie w tej kwestii argumentując, że przecież nie malują się na co dzień, więc nie ma czego z buźki usuwać. Obecna pora roku idealnie nadaje się do zobrazowania tej sytuacji. Czarne już na szczęście drogi są jeszcze otoczone śnieżnymi nasypami. Tylko z tym śniegiem jest coś nie tak. Przyczyna jego nietypowego wyglądu tkwi w powietrzu. Wszystkie zanieczyszczenia które się w nim znajdują muszą ostatecznie gdzieś osiąść. I wcale nie jest tak, że śnieg w magiczny sposób je przyciąga, równie skutecznie zbiera je nasza skóra. Może "efektów" tego osiadania nie widać aż tak dosadnie , ale wychodzą one z czasem w formie zaskórników, wyprysków czy ziemistym kolorycie. Nawet jeśli nie jesteście posiadaczkami tłustych buziek, to wbrew pozorom każda inna również wytwarza wydzielinę łojową, a ta nieusunięta uniemożliwia prawidłowe oddychanie skórze. A to w ostatecznym rozrachunku również prowadzi do pogorszenia  jej stanu. Przez skorupkę utworzoną z brudu i martwego naskórka nie zadziała nawet najlepszy krem, a kosmetyki kolorowe zwyczajnie będą się niekorzystnie prezentować i ich trwałość zostanie wystawiona na ciężką próbę.

Nadal mam Was przekonywać, że warto poświęcić temu procesowi większą uwagę?

Wiem, że są kapryśne buźki ( w tym moja), że nawet przy zachowaniu wszystkich rygorystycznych wytycznych potrafią dać nieźle popalić. Niech Was nie zniechęca brak natychmiastowych efektów. Sami musicie metodą prób i błędów znaleźć odpowiednie rozwiązanie dla Was. Jednak jeśli słyszę od kogoś pełne rozżalenia jęki na temat złego stanu skóry, a w chwilę później dana osoba mówi, że nie miała sił zmyć wczoraj makijażu z twarzy... Albo  co gorsza,  że zdarza jej się to regularnie- sama jest sobie winna. Ja wiem, że gdybym pozwoliła sobie na takie zaniechanie (chociażby jednorazowe) długo musiałabym się męczyć z konsekwencjami.


Produktów do demakijażu twarzy i oczu jest obecnie cała masa. Od mleczek przez płyny do pianek czy proszków. Naprawdę jest w czym wybierać, więc wymówki  " nie ma dla mnie nic odpowiedniego" od razu szufladkuję jako lenistwo. Sama sięgałam po różne produkty i lawirowałam między markami wybierając te z nich , które  zadowoliły mnie pod względem działania, a jednocześnie odpowiadały mojej skórze nie wyrządzając jej krzywdy.Na dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję trzech z nich , które już jakiś czas temu dotarły do mnie w ramach wygranej. 

Dwufazowy płyn do demakijażu oczu - Mincer Pharma

Na samym wstępie muszę zaznaczyć, że jest to bez wątpienia najbardziej wydajny płyn dwufazowy jaki miałam okazję używać. Nie jest tajemnicą , że jego wydajność wynika ze skuteczności. Bardzo dobrze radzi sobie z usuwaniem nawet mocnego makijażu. Ja nasączam każdorazowo dwa waciki i przykładam je do powieki odczekując chwilę, tak by miał szansę zadziałać i rozpuścić  kosmetyczny "brud" . Delikatnie zsuwam je ku rzęsom i powtarzam dla pewności czynność wspomagając się drugą stroną płatków. W ten sposób spokojnie udaje mi się usunąć większość kosmetyków jakie posiadam. Tylko z jedną wodoodporną maskarą powielam ten proces wyłącznie na rzęsach. Wspominałam już niejednokrotnie, że dwufazówki nie są moją ulubioną formą, ale ciężko odmówić im skuteczności i szybkości w działaniu. Osobiście najbardziej przeszkadza mi delikatny film na skórze, ale radzę sobie z nim za sprawą kosmetyku o którym mowa w dalszej części tego wpisu. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu od Mincer Pharma zamknięto w mieszczącej 150ml plastikowej butelce otwieranej na klik. Cała linia  Daily Care ma przyjemną w moim odczuciu szatę graficzną , a na opakowaniach znajduje się spora dawka informacji. Umieszczona tam krótka historia powstania firmy jest wstępem do właściwej treści o przeznaczeniu i składnikach aktywnych. W tym przypadku płyn dedykowany jest delikatnym okolicom oczu , ma za zadanie usuwać makijaż , koić i nawilżać. W składzie znajdują się m.in ekstrakt z magnolii i świetlika. To co zwróciło moją uwagę ( a czego nie widać niestety dokładnie na zdjęciu ze względu na kąt jego robienia) to fakt, że obie fazy zużywają się w jednakowym tempie. A kto korzysta z dwufazowych kosmetyków ten wie, że wcale nie jest to takie oczywiste... 

Koszt w zależności  od  sklepu oscyluje w granicach 10- 16zł. 
Produkt ważny 6 miesięcy od otwarcia.




 Regenerujący płyn micelarny do twarzy- Mincer Pharma

Kolejny produkt do oczyszczania twarzy z zanieczyszczeń i resztek makijażu ma formę przezroczystego płynu. Jak w przypadku poprzednika wykonanie jak i szata graficzna tworzą spójną całość. Różnica  tkwi przede wszystkim w pojemności, bo  tutaj mamy do czynienia z butelką mieszczącą 250ml. Jako składniki aktywne wyróżnione są arnika i lukrecja. Płyn micelarny przeznaczony jest co cery normalnej  i jak zapowiada producent usuwa makijaż, oczyszcza i regeneruje. Według wskazówek na opakowaniu można go aplikować bezpośrednio na skórę po czym nadmiar wraz z zanieczyszczeniami usunąć wacikiem. Przyznaję, że ja najpierw aplikowałam go na wacik i przecierając usuwałam zanieczyszczenia z twarzy. Wydaje mi się, że przy aplikacji na twarz znacznie spadłaby wydajność. Ciężko mi również wyobrazić sobie jak dokładnie miałabym to robić. W odróżnieniu do bezzapachowej  dwufazówki płyn pachnie delikatnie kremowo, ale przyjemnie. Radzi sobie nawet z grubą warstwą makijażu, chociaż ze względu na powierzchnię jaką musi oczyścić zużywa się oczywiście nieco szybciej. Pozostawia twarz odświeżoną i przyjemną w dotyku. Nie skusiłabym się jednak na ponowne usuwanie nim makijażu oka , ponieważ w moim przypadku odczuwalne było pieczenie . Zresztą nie widzę powodów, żeby to robić ( prócz zwykłej ciekawości czy da radę- dał, ale nie tak dobrze jak poprzednik ) ponieważ  jest uzupełnieniem płynu dwufazowego. 

Koszt w zależności od sklepu wynosi 10-13zł . 
Termin przydatności po otwarciu-  6 miesięcy.



Nawilżający tonik do twarzy - Mincer Pharma 

Ostatni kosmetyk nie jest typowym kosmetykiem z tej kategorii i  na pewno nie pomoże w usuwaniu zanieczyszczeń czy resztek makijażu. Nie mniej jednak sama nie wyobrażam sobie tego procesu  bez niego, bo jest jak przysłowiowa "kropka nad i". Mowa tu o nawilżającym toniku do twarzy przeznaczonym do cery normalnej i suchej. Tym razem dla odmiany butelka w kolorze niebieskim, co przyznaję mnie bardzo ułatwia sprawę i nie mam obaw, że mogłabym się zwyczajnie po ludzku pomylić. Kosmetyk stosuję dwukrotnie w ciągu dnia : wieczorem po wykonanym demakijażu , a przed nałożeniem kremu oraz rano w celu odświeżenia i również przed dalszymi krokami pielęgnacyjnymi. Moja twarz bardzo dobrze reaguje na ten produkt i po użyciu tak naprawdę nie odczuwam natychmiastowego przymusu nałożenia kremu ( chociaż i tak to robię) . Dzięki niemu film powstały po użyciu płynu dwufazowego znika.Dodatkowo przywraca on właściwe pH skóry i wykazuje właściwości łagodzące. Jako składniki aktywne w tym kosmetyku figurują skrzyp oraz kwas hialuronowy. 

Koszt 13-15zł w zależności od sklepu
Termin przydatności po otwarciu wynosi 6 miesięcy.



Jestem zadowolona z działania tych trzech produktów, ale wypatrzyłam już w jednej z drogerii olejek do demakijażu tej samej firmy i nie byłabym sobą , gdybym nie zdecydowała się go przetestować (jednak ta recenzja będzie musiała jeszcze trochę poczekać ) . Kosmetyki te udowadniają,że wcale nie trzeba wydać masy pieniędzy na wykonanie skutecznego demakijażu, a tym samym na odpowiednią pielęgnację twarzy. 

Znacie te kosmetyki? Jestem ciekawa jak spisały się u Was? A może używacie innej serii?