Czekoladowe muffiny z owocowym środkiem

Czekoladowe muffiny z owocowym środkiem

Czasami mam ochotę na "coś słodkiego". Jednym z moich sprawdzonych przepisów są czekoladowe muffiny z nutą korzennych przypraw, w środku których kryją się owoce. W wersji przygotowanej dzisiaj pozwoliłam sobie zatopić maliny, ponieważ sezon na te owoce trwa w najlepsze i żal byłoby tego nie wykorzystać. 


malinowe muffiny
Przepis z poniższych proporcji wystarczy na przygotowanie 12 sporych babeczek albo jeśli ktoś jak ja nie lubi wylewającego się z formy ciasta 20 sztuk dość płaskich, mniej efektownych, ale równie pysznych.

Składniki:

-0,5 szkl. oleju roślinnego
-  250ml mleka
- 2 jajka, 
- 1,5 szkl.mąki pszennej
- 2 łyżki kakao (takie od serca)
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 
- 0,5szkl. cukru
- przyprawa do piernika lub kawy (ew. po szczypcie cynamonu, kardamonu i goździków)


Wykonanie:

1. W wysokim naczyniu mieszamy ze sobą składniki mokre, tj. mleko, olej i jajka. 
2. Składniki suche (wszystkie pozostałe) łączymy w drugim naczyniu pamiętając  o uprzednim przesianiu mąki :)  Ja najczęściej wykorzystuję przy pieczeniu gotową mieszankę przypraw do kawy, którą na bieżąco mielę. Wynika to z mojej rosnącej miłości do tego aromatu. Równie dobrze możecie jednak skorzystać z innych opcji lub pominąć ten punkt.
3. Wsypujemy sypkie do mokrych i za pomocą miksera dokładnie ze sobą łączymy. Minuta spokojnie wystarczy. Można też zrobić to ręcznie, pamiętając by pozbyć się grudek z mąki.
4. Nakładamy po łyżce do papilotek, umieszczamy na środku owoc i dokładamy na wierzch kolejną łyżkę ciasta.
5. Pieczemy w 190 st. przez 20 minut (tutaj warto samemu śledzić proces pieczenia, bo mogą się pojawić niewielkie różnice dot. czasu przygotowania).

Jak możecie zauważyć przepis jest łatwy, niewymagający większego zaangażowania. Z tego względu często pozwalam sobie na takie małe szaleństwo. Ciekawa jestem jakie są Wasze sprawdzone patenty na muffiny?!
Przegląd okresowy, czyli podsumowanie lipca.

Przegląd okresowy, czyli podsumowanie lipca.

O jakże ciężko przestawić mi się na sierpień. Cały czas wydaje mi się, że wakacje tyle co się rozpoczęły. Odkąd pracuję dni uciekają w zastraszającym tempie, a ja tylko dzięki zdjęciom jestem w stanie przypomnieć sobie co, gdzie i kiedy robiłam. Też tak macie? Czy zwyczajnie upomina się o mnie skleroza? :)  Dni odliczałam kolejnymi filiżankami kawy i stał się to najczęściej wykorzystywany preze mnie motyw na instagramie...


W lipcu, jak w każdym innym miesiącu sporo się u mnie działo. Niestety nie widać  tego na blogu, bo zwyczajnie nie miałam zbyt wiele czasu, żeby na bieżąco recenzować.Za sukces uważam swój powrót na portal BookParadise, gdzie miałam kilkutygodniową (o ile nie kilkunasto) przerwę. Pisałam dla Was o książce, która nieca mnie zmyliła opisem na okładce, a był to "Instruktaż nadmierny" traktujący trochę o tym jak rozwija się w naszym kraju świadomość seksualna. Dodatkowo z okazki dnia Czerwonego Kapturka pojawił się tam mój wpis o tej barwnej i ewolującej w zastraszającym tempie bajce. 

Większość czasu wypełniły mi książki. Praca zobowiązuje do bycia "na bieżąco" z tym co pojawia się każdego dnia. I chociaż wszystkich tytułów nie jestem w stanie przeczytać, to staram się lawirować między gatunkami. Nie zawsze udaje mi się trafić na książki wpisujące się idealnie w moje gusta, chociaż przyznaję, że lipiec był łaskawy i tylko jeden tytuł okazał się totalną porażką.Co ciekawe przeczytałam pierwszą od kilku, a właściwie kilkunastu lat młodzieżówkę i okazało się, że to całkiem ciekawa historia, chociaż dość smutna, bo o stracie najbliższej osoby. Z poniższych tytułów uwiodła mnie Monika Rzepiela, że swoim "Słowiańskim siedliskiem", to już kolejna książka tej autorki z cyklu SAGA POLSKA, którą przeczytałam. Równie dobrze czytało mi się  "Szeptuchę" Iwony Menzel. Z tytułów zakrawających o delikatny kryminał na lato, ale taki naprawdę dla początkujących wybrałam "Lato z ciotką spirytystką" (będzie o niej więcej na dniach). Na wakacje w sam raz. Z nieco bardziej zagmatwanych kryminalnie historii moją uwagę zwrócił Bojarski z nowym tytułem "Pokuszenie". Wspominałam o tej książce w tym wpisie (p.s. udało mi się przeczytać już 5/10 tytułów). Historia okazała się przyjemna i z cyklu tych "CHCĘ WIĘCEJ!" Ciekawa byłam również "Jak mogłaś" zakwalifikowanego jako thriller psychologiczny. Nie jest to może tak poplątana historia jak mogłoby się wydawać, ale  czyta się świetnie. Polecam, zwłaszcza jeśli ktoś chce rozpocząć swoją przygodę z gatunkiem 



Nie mam zbyt wiele czasu na czytanie, ale udaje mi się jednak od czasu do czasu zrelaksować w miłym towarzystwie książki ( znajomych zresztą  też). Mój Małż namiętnie łowi, a ja z reguły albo nad wodą albo w samochodzie częstuje się literaturą. Przyznajcie same, że okoliczności przyrody mocno zachęcające. Wtedy jest też ten czas, gdy mogę pobawić się aparatem (niestety częściej telefonem), co sprawia mi równie dużo przyjemności.


Mało mnie jako mnie w sm. Oszczędzam czas na książki i życie prywatne kosztem makijażu itp. W tym miesiącu udało mi się właściwie tylko dwa razy wyjść w pełnym make up'ie z czego na zdjęciach uchwyciłam tylko ten jeden raz. Widzę po sobie, że wypadła z wprawy, a właściwie może straciłam zapał do takich rzeczy. Na szczęście instagram  raczy nas aplikacjami w których nawet takie szpetki jak ja mogą  przez chwilę wyglądać  całkiem znośnie. Przez cały lipiec znalazłam tylko jeden w miarę luźny dzień podczas którego mogłam przejrzeć atrakcje jakie oferuje nam urlopowa okolica. Jest tego zatrzęsienie i naprawdę zdecydować się na coś graniczy z cudem. A jeszcze nie miałam okazji skupić się na przeglądaniu ofert dotyczących dalszej części naszych wojaży. Tym razem wydłużyliśmy sobie nieco urlop w stosunku do lat poprzednich, bo oboju nam potrzebny jest mały reset z dala od ludzi.


W kuchni wciąż eksperymentuję z roślinami. Po raz pierwszy zmierzyłam się z pastą z bobu, która okazała się być genialnym odkryciem i przyznaję szczerze, że pierwszą porcję zjadłam sama.W słoiczkach wylądowały morele, maliny, truskawki i porzeczki. Odmianą od owoców stał się niecierpek himalajski zebrany zresztą i przyrządzany zaledwie wczoraj. Z tą rośliną jest tyle możliwości, że poświęce jej odrębny wpis. Miałam też okazję próbować przygotowanego 6 tyg. temu szampana z lipy i przyznaję, że moje kubki smakowe mocno cieszy.




Kilkukrotnie udało nam się wyrwać gdzieś dalej. Dwie niedziele spędziliśmy w lesie, na grzybach. Ostatni wypad okazał się tak "owocny", że właściwie na nasze potrzeby całoroczne powinien wystarczyć. Oprócz tradycyjnych grzybów trafiłam na kilka wizualnych ciekawostek i nie mogłam się oprzeć, żeby nie zrobić im zdjęcia. Dodatkowo wybraliśmy się do Arboretum w Bolestraszycach, które w moich wpisach przewijało się już kilkukrotnie. Od pierwszej wizyty ogród znacznie się powiekszył, a co za tym idzie w górę skoczyły też ceny biletów. 


Kto śledzi mnie na instagramie ten wie, że zaczęłam naukę malowania, bo potrzebuję się odstresować i to tak porządnie. Nabyłam farby, kredki, bloki i całością jaram się jak dziecko podczas zakupów szkolnej wyprawki :)  Dodatkowo w lipcu notorycznie słucham na zmianę trzech piosenek. Tak się złożyło, że każda z nich jest  w wyk. polskiego artysty.Przez cały lipiec TV zupełnie dla mnie nie istniało, więc niestety w podsumowaniu nie pojawił się żaden film ani serial.  


Kwiat Jabłoni / Domagała / Brodka 
Chociaż w lipcu dużo zużywałam i testowałam, to na moim instagramie pojawiło się raptem dwa zdjęcia tematyczne. Sukcesywnie jednak będę dodawać wpisy dotyczące nawilżającej serii Nuxe czy nowości  z ostatniej paczki ambasadorskiej od Yves Rocher - skoncentrowanego szamponu. Wróciłam też do regularnego maseczkowania i oddałam się przyjemnościom płynącym z olejowania.



Ciekawa jestem co ciekawego działo się u Was?! Podrzucajcie wpisy, z chęcią coś poczytam :) 
Czy dobrze jest mieć "Niebo na własność" ?!

Czy dobrze jest mieć "Niebo na własność" ?!

... to już nie był nasz dom. Tamte pokoje przestały istnieć, jakoby dorośli ze swoimi sekretami zakazali do nich wstępu. Siedziałem więc na dole w tym starym, martwym domu, z zimnym wiatrem owiewającym mi kark. Odkąd oboje odeszli, wszystko splamione było ciszą.
Niebo na własność

Zdecydowałam się przeczytać książkę której nazwisko autora zupełnie nic mi nie mówiło. Teraz jestem bogatsza o wiedzę o tym, skąd pochodzi Luke Allnutt i gdzie mieszka. Długo zastanawiałam się jednak dlaczego postanowił pisać o tak trudnym przeżyciu jakim jest walka z nowotworem. Sam patrzył na cierpienie swojego ojca, gdy ten zmagał się z chorobą, a mimo to postanowił uczynić ją główną bohaterką "Nieba na własność". Być może chciał pokazać wszystkim tym którzy przechodzą cieżkie chwilę, że bez względu na rozwój wypadków, to wciąż my sami decydujemy jaką kroczyć drogą.

Bazując na notatce wydawcy wydawałoby się, że mamy do czynienia z historią jakich wiele. Małżeństwo z drobnymi problemami walczy o to, by zostać rodzicami. Ich zmagania kończą się happyend'em, a wtedy... Gdy ich syn Jack w wieku trzech lat zaczyna się dziwnie zachowywać początkowo nie zwracają na to większej uwagi. Z czasem staje się jednak jasne, że zachowanie chłopca to nie dziecięce wybryki, a objawy poważnej choroby. Spokojne życie pary zamienia się w maraton po lekarzach u których szukają pomocy dla syna. Zaangażowani w walkę o życie dziecka oddalają się od siebie i chociaż oboje mają jeden cel, to jednak jego osiągięcie staje się dla nich niemożliwe. Czy w obliczu osobistej tragedii będą umieli odnaleźć się na nowo?


Czasami lubię myśleć, że to Jack komentuje moje zdjęcia. (...) zostawiam mu wiadomości, akapity tekstu ukryte w kodzie, niewidoczne dla odwiedzających stronę, możliwe do wychwycenia wyłącznie okiem programisty- i mam nadzieję, że również jego.Powiedziałbym mu to wszystko osobiście, gdybym tylko mógł. Powiedziałbym mu to, gdyby mi go nie zabrała.

Nie jest to książka przez którą da się przejść... i zapomnieć. Historia zostaje w czytelniku na długo. Przebieg choroby Jack'a, kolejne etapy rozpadu związku jego rodziców, wszystko to zostało przedstawione w tak realistyczny sposób, aż trudno uwierzyć, że to wyłącznie wytwór wyobraźni autora. Podczas lektury  na przemian cieszyłam się i płakałam. Czułam bezsilność i rozżalenie Anny i Rob'a. Zastanawiałam się co ja postawiona w takiej sytuacji starałabym się zrobić: nauczyła się żyć z nieustającym bólem po stracie czy upadła na dno z którego samemu nie sposób się podnieść?! "Niebo na własność" można rozpatrywać na wiele sposobów. Z jednej  strony to historia niespełna kilkuletniego chłopca, którego życie doświadcza w najbrutalniejszy sposób, równie mocno o ile nie bardziej, rozbudowany jest wątek związku jego rodziców. Poznajemy historię tej pary z perspektywy męża. Najpierw raczy nas anegdotami ze szczęśliwych okresów w ich życiu, wspomina wspólne wakacje, by później opowiadać o wszystkim złym, co przytrafiło się na ich drodze. Mężczyzna otwarcie mówi o tym, jak spadł na samo dno nie potrafiąc poradzić sobie z narastającymi w nim emocjami. W momencie w którym wydaje się, że wszystko już między nimi skończone- wzajemne oskarżenia  i wyzwiska spowodowały przepaść nie do wypełnienia - zaczynają poznawać się na nowo. Czy rozmowa z kimś wobec kogo żywiło się kiedyś i miłość i nienawiść ma sens? Czy przebaczenie leży w ludzkiej naturze?!  


Nie mam dzieci, a książka i tak wycisnęła ze mnie całe spektrum emocji. Trochę obawiam się, że po jej lekturze młodzi rodzice zaczną upatrywać u swoich dzieci niepokojących zmian. Biorąc jednak pod uwagę to jak duże znaczenie ma wczesna diagnostyka, może to dobrze, że ta pozycja dodatkowo skupi ich uwagę na dziecku?! Jednocześnie jest to lektura dla wszystkich tych, którzy przeszli piekło związane z walką o życie bliskiej im osoby.Autor robi wszystko by uświadomili sobie, że śmierć to jednocześnie początek, a traumatyczne przeżycia można przekłuć na działanie na rzecz innych.

Stay Pure wielofunkcyjny olejek od Annabelle Minerals  do twarzy, ciała i włosów

Stay Pure wielofunkcyjny olejek od Annabelle Minerals do twarzy, ciała i włosów

Annabelle Minerals znana jest ze swoich kosmetyków do makijażu. Podkłady mineralne, cienie czy róże cieszą się popularnością wśród kobiet. Sama regularnie używam ich kosmetyków, ze względu na przyjemne wizualnie efekty, a  ich zdecydowanym plusem  jest również  wysoka wydajność. Sama ideologia, w myśl której funkcjonuje Annabelle Minerals do mnie przemawia, więc tym bardziej cieszy mnie fakt, że jako marka otworzyli się na nowe. Całkiem niedawno na rynek weszły trzy olejki wielofunkcyjne. Wiem, z tą funkcjonalnością różnie to bywa. Sama też sceptycznie podchodzę do kosmetyków  przeznaczonych do wszystkiego, bo niekiedy nadają się one tylko do jednego- do kosza. Fanki olejów i olejowania wiedzą jednak, że te produkty bronią się same. Umiejętnie skomponowane  potrafią zdziałać cuda. 

Stay Pure olejek wielofunkcyjny

Kosmetyki do pielęgnacji od Annabelle to produkty naturalne przeznaczone zarówno do twarzy, ciała i włosów- na tym właśnie polega ich wielofunkcyjność.Każda z dostępnych wersji, a jest ich obecnie trzy, opiera się na składnikach pochodzenia roślinnego, a w składzie nie kryją się ani konserwanty, ani substancje chemiczne.

STAY CALM przeznaczony do demakijażu i pielęgnacji skóry suchej, delikatnej i odwodnionej, a także naczyniowej.Formuła oparta na naturalnych olejach i olejkach eterycznych pozwala na różnorakie zastosowanie. Z pomocą olejku można wykonać demakijaż twarzy, jej masaż lub nałożyć go jako bazę pod kolejne produkty.Da się go również łączyć z podkładem mineralnym, dzięki czemu kosmetyk kolorowy zyskuje przyjemną konsystencję.
SKŁAD: Vitis Vinifera Seed Oil, Cocos Nucifera (Coconut) Oil Ricinus communis (Castor) Oil, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil, Persea Gratissima Oil, Tocopherol, Pelargonium Graveolens Flower Oil, Citrus medica limonum (Lemon) Peel Oil

STAY ESSENTIAL może być stosowany identycznie jak poprzednik. Przeznaczony jest do skóry dojrzałej, z pierwszymi oznakami starzenia oraz takiej wymagającej sporej dawki odżywienia. Zwalcza wolne rodniki za sprawą wysokiej zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych.
SKŁAD:  Argania Spinosa Kernel Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil Jojoba, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Crambe Abyssinica Seed Oil, Rubus Idaeus Seed Oil, Citrus Sinensis Peel Oil, Expressed, Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil


Stay Pure
STAY PURE wersja przeznaczona do skóry problematycznej, trądzikoweji tłustej.Olejek wykorzystywany m.in. w metodzie OCM skutecznie oczyszcza skórę twarzy. Nakładany jako serum nawilża i koi oraz działa regenerująco.Dodatkowo mieszanka ta wykazuje właściwości antybakteryjne  oraz reguluję pracę gruczołów łojowych. 
SKŁAD:Argania spinosa kernel Oil, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Ricinus communis (Castor) Oil, Crambe Abyssinica Seed Oil, Ribes Nigrum Seed Oil, Thymus Vulgaris Oil, Gaulteria Gaultheria procumbens,Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil

Swoją wersję przywiozłam ze sobą z tegorocznego Meet Beauty. Już wcześniej stosowałam u siebie z powodzeniem metodę OCM i chociaż bardzo spodobał mi się ten sposób oczyszczania skóry, to jednak mieszanie olejów skutecznie mnie zniechęcało. Szczęśliwie ktoś w Annabelle pomyślał o stworzeniu gotowej mieszanki. O tym, jak wygląda w praktyce OCM znajdziecie całą masę informacji w sieci. Olejku można jednak używać w prostszy sposób.Wystarczy zwilżyć wacik kosmetyczny produktem i przyłożyć do oka.Spokojnie radzi sobie nawet z produktami wodoodpornymi. U mnie w połączeniu z delikatnym żelem do mycia twarzy stanowi duet idealny, po którego użyciu wiem, że niechciane zanieczyszczenia zostały skutecznie usunięte. W przypadku gdy moja skóra odczuwała taką potrzebę aplikowałam sobie mieszankę na twarz w postaci serum na noc. Szczęśliwie każda z wersji jest niekomedogenna, a formuła jak na oleje jest przyjemnie lekka. Chociaż nie ukrywam, że jeśli ktoś naprawdę nie lubi tego rodzaju produktów,  musi się liczyć z tym, że to wciąż jednak jest olej.


To co mnie zachwyciło, a co może niestety odrzucić część potencjalnych użytkowniczek, to zapach. Autentycznie wybijają się tutaj nuty roślinne w mocno skoncentrowanym wydaniu. Kogo mama w chorobie smarowała bardzo popularną zieloną maścią o działaniu rozgrzewającym?! Kojarzycie zapach? O,to,to,to! Ja chyba za często chorowałam w dzieciństwie, bo zdążyłam się od tego aromatu uzależnić. Co więcej, nałożony wieczorem na twarz mocno uspokaja moje zmysły i mogę się oddać swojej drugiej miłości, leniuchowaniu. Poręczna buteleczka z ciemnego szkła o pojemności 50ml wyposażona została w całkiem sympatyczną pompkę z pomocą której wydobycie kosmetyku jest wręcz bajecznie łatwe. Szata graficzna utrzymana w prostej, wręcz surowej stylistyce bardzo do mnie przemawia i pasuje do produktu naturalnego. Wszystkie istotne informacje dotyczące składu, stosowania i właściwości zostały ujęte na etykiecie. Tak jak w przypadku kosmetyków sypki tej firmy, olejek również wykazuje wysoką wydajność. Używany każdego dnia nadal mi służy i mam szczerą nadzieję, że zdołam go zużyć w okresie 4 miesięcy od otwarcia, bo na tyle wskazuje producent.W przypadku mojej kapryśnej skóry twarzy Stay Pure spisał się idealnie, co nie oznacza, że nie jestem ciekawa pozostałych wersji. Interesują mnie zwłaszcza ich zapachy. Niestety nie złożyło się jakoś bym sprawdziła działanie olejku na swoich włosach, bo jednak trochę szkoda mi tego produktu na takie zastosowanie. 

Ciekawa jestem czy miałyście styczność z tymi kosmetykami, a jeśli tak, to jakie są Wasze odczucia?

Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger