Co łączy nasz urlop z "Opowieściami z Narnii" ?! Kogo zachwyci Dolny Śląsk?

Co łączy nasz urlop z "Opowieściami z Narnii" ?! Kogo zachwyci Dolny Śląsk?

Planowanie urlopu mnie relaksuje.Zwykle już zimą wiem, gdzie wyjadę na wakacje następnego lata, co pozwala zaoszczędzić mi w późniejszym okresie i czas i pieniądze. W zeszłym roku podjęliśmy decyzję, że tym razem za cel obieramy dwa skrajne kierunki. Nasze niezdecydowanie dało o sobie znać. Jako pierwsze odwiedziliśmy Góry Sowie oraz Stołowe,  do czego zainspirował mnie jeden z horrorów Łukasza Hennela. Akcja "Demona" okazała się na tyle interesująca, że postanowiłam na własne oczy zobaczyć opisywane w książce miejsca.Nie spodziewałam się jednak, że ta okolica obfita jest w tyle atrakcji. Zaplanowane przez nas 4 dni okazały się niewystarczające, a przygotowany w domu plan uległ  na miejscu  wielu modyfikacjom.


Zacznijmy jednak od początku. Nocleg znalazłam za pomocą strony noclegowo.pl nie pierwszy już zresztą raz. Wynajęty pokój okazał się naprawdę przytulny, dużym plusem była niska cena oraz  spokojna okolica. Łazienka w pokoju to jedyny luksus jakiego wymagam, bo jednak dzielenia prysznica z kimś obcym sobie nie wyobrażam. W Agroturystyce Orłowscy  dodatkowo pokoje wyposażone były w mini aneksy kuchenne, a w dużym holu znajdowała się strefa z lodówką i kuchenką w razie gdyby komuś chciało się podczas urlopu samodzielnie pichcić obiad. Jedynym minusem z mojego punktu widzenia był stosunkowo mały parking przed budynkiem. O wiele przyjemniej załatwiało mi się również pokój i wszelkie  związane z noclegiem sprawy z właścicielem niż z właścicielką. Odnosiłam wrażenie, że pani każdego nocującego traktuje jak potencjalnego wandala :P  Od razu ostrzegam też, że poza pełnym sezonem turystycznym w Sokolcu ciężko coś zjeść po godzinie 20. Niestety  większość lokali zamykała się w momencie, gdy my wracaliśmy dopiero "do domu" z całodniowych wycieczek.
Czterodniowy pobyt to koszt w okolicach 320-360zł za 2 os.




Polskę przejechaliśmy wzdłuż i wszerz a właściwie pierwsze wszerz... Początkowa trasa wynosiła około 500 km, ale oczywiście zahaczyliśmy o kilka dodatkowych punktów (np. zboczyliśmy do Moszny). Niestety tamtejszy zamek na żywo zupełnie mnie rozczarował, a może nie tyle zamek ile jego okolica...Dodatkowo w  drodze na miejsce docelowe udało nam się zwiedzić Złoty Stok i tamtejszą kopalnię.Jeszcze w domu zainteresowałam się ofertą tego miejsca, a pani w punkcie informacyjnym utwierdziła mnie w przekonaniu, że najlepszą opcją jest wybranie pakietu. Pojedyncze bilety oscylowały w granicach 25zł/os.  Biorąc pod uwagę, że do opłacenia było 3 (wersja z full opcją 4) atrakcje to jednak bardziej opłacało się skorzystać z opcji "Razem taniej-3 razy więcej", gdzie koszt pakietu od osoby to 48zł w wersji normalnej i 36zł ulgowej. Dociekliwi na stronie kopalni znajdą wszelkie potrzebne informacje. Pierwszym etapem było zwiedzanie Średniowiecznej osady górniczej w której poznawaliśmy sprzęt służący do wydobywania złota niemal od średniowiecza do czasów współczesnych. Na tym etapie wycieczki najlepszym miejscem okazał się Dom Kata, który  wbrew pozorom wykazywał się sporym poczuciem humoru. Na ścianach znajdowało się sporo niezawodnych sentencji 😈 Nie ukrywam, że największym wyzwaniem było przejście tunelu w którym zdecydowanie grawitacja płatała figle. Kolejno udaliśmy się do sztolni i kopalni. Warto mieć na uwadze, że jednak wchodzimy w podziemia- temperatura stała wynosi  tam około 7- 8 stopni Celsjusza oraz jest bardzo wysoka wilgotność powietrza. Naprawdę kurtki zimowe to dobra opcja dla zmarzluchów.Sztolnie były ciasne i dość wymagające,  więc zdecydowanie nie jest to miejsce dla osób z klaustrofobią. Warto jednak skorzystać z tej opcji chociażby po to, by obejrzeć podziemny wodospad. Co ciekawe na każdym etapie zwiedzania oprowadzał nas inny przewodnik, a pomiędzy następnymi przejściami była chwila na odpoczynek.Najtrudniej było nam się rozstać z p.Elą, oprowadzającą po ostatnim etapie wycieczki czyli kopalni. Pełna energii kobieta prócz sporej dawki wiedzy sprzedała nam całe mnóstwo ciekawostek i  miejscowych legend.Na końcu czekały na nas dwie dodatkowe atrakcje: sala ze śmiesznymi tabliczkami rodem z PRL (coś co lubię), a także podziemny przejazd kolejką. Nie będę się tu mocno wdawać w szczegóły, powiem tylko - warto!  Co ciekawe złoża złota nadal występują w tamtejszej okolicy, ale ich wydobycie jest zwyczajnie nieopłacalne. 



 Podczas kolejnego dnia zdecydowaliśmy się na zakup biletu łączonego na Sztolnie Walimskie (znane też pod nazwą Kompleks Riese-Rzeczka) oraz zamek Grodno, dzięki temu  kolejny raz zaoszczędziliśmy i czas i gotówkę. Sztolnie okazały się istnym rajem dla osób takich jak my. Pasjonaci II WŚ będą zadowoleni, bo oprócz faktów przedstawiane są tutaj także różne teorie zakrawające o spisek. Niestety nie pamiętam imienia naszego przewodnika, ale był to pasjonat  pełną gębą. Facet wiedział o czym mówi. Bez problemu lawirował między historią tego miejsca, a współczesnymi badaniami. Wycieczka ta okazała się jednym z lepiej  trafionych punktów naszego wyjazdu. W przypadku odwiedzin tego miejsca również należy pamiętać o  zabraniu ciepłej odzieży i wygodnych butów, bo niestety w niektórych korytarzach sztolni pojawiała się woda/błoto. Jeśli kiedykolwiek będziemy mieli możliwość pojawić się w sztolniach, to nie ukrywam, że zrobimy to z przyjemnością. Mam nadzieję, że do tego czasu odkryte zostaną kolejne korytarze i co ważne będą udostępnione dla zwiedzających. Przed podróżą warto przyjrzeć się godzinom wejść, bo sztolni nie można zwiedzać samodzielnie, a przewodnik zaprosi nas do środka wyłącznie w wybranych godzinach. p.s. Uważajcie na sprzęt. Ze względu na wysoką wilgotność i niską temperaturę akumulatory szybko się rozładowują.


Riese - kryptonim projektu górniczo- budowlanego nazistowskich Niemiec. Jednym z jego elementów jest odwiedzony przez nas kompleks  Walim - Rzeczka . To właśnie tutaj, wykute w skałach znajdują się trzy wejścia oddalone od siebie o mniej więcej 45m. Między poszczególnymi częściami znajdują się ogromne hale (na żywo robi to niesamowite wrażenie, niestety mocno depresyjne, jeśli człowiek uświadomi sobie cierpienia ludzi tam pracujących). Przy budowie i drążeniu wykorzystywano więźniów osadzonych w pobliskich obozach zagłady.






 Zamku Grodno nie mieliśmy początkowo w planach. Przekonał nas do niego bilet łączony. Ciekawa lokalizacja na wzgórzu uniemożliwiała dotarcie na miejsce samochodem, zyskaliśmy więc w pakiecie sacer przez park. Tutaj również mieliśmy szczęście do przewodnika, a właściwie do pani przewodnik, która wykazywała się ogromnym poczuciem humoru.Nawet czasowy remont zamku oraz prowadzone na jego dziedzińcu prace nie przeszkadzały jej w opowiadaniu historii- w nieco unowocześnionej wersji. Trochę to smutne, ale jednak nie wszyscy turyści są w stanie docenić potencjał takich miejsc. Jak wspomniała, zdarzało się że podczas niektórych wycieczek dochodziło do dewastowania wybranych sal.  Na zamku istnieje bezpłatna możliwość zwiedzania z przewodnikiem, z tego co pamiętam zbiórka przed wejściem głównym o pełnych godzinach.


Tego samego dnia w godzinach popołudniowych nakreśliłam bardzo ambitny plan: łączony bilet  z 4 atrakcjami w Wałbrzychu. na tej liście znajdował się Zamek Książ, Palmiarnia, Stara Kopalnia i Muzeum Porcelany. Na szczęście już podczas wizyty w zamku osoba z informacji podpowiedziała nam, że dotarcie i zobaczenie każdego  z czterech punktów w godzinach popołudniowych jest nie do zrealizowania. Wykupiliśmy więc jedynie bilety 2w1. Samo zwiedzanie zamku wraz z przewodnikiem zajęło nam przyszło dwie godziny. Tutaj największe wrażenie zrobił na nas rozmiar budowli (ilość pomieszczeń przyprawiała o zawroty głowy) i planowane przez władze niemieckie przekształcenia. Po lekcji historii szybkim tempem udaliśmy się do palmiarni, gdzie naprawdę odpoczęłam. Okazy zachwycały! Przed zwiedzaniem na uwadze należy mieć jednak, że  punkty te są od siebie oddzielone o kilka kilometrów i przejście z zamku do palmiarni nawet wyznaczonym przez pola skrótem, zajęło nam przyszło 25 minut. W Wałbrzychu zjedliśmy za to najlepsze pierogi na świecie- Pierogowa Chata.Sam budynek może niepozorny, ale mnogość i smak zdecydowanie na plus w stosunku do ceny.




 Podczas ostatnich dni postawiliśmy na aktywność. Za moją inicjatywą udaliśmy się na Szczeliniec Wielki, miejsce które chodziło ze mną już od bardzo, bardzo dawna, ale którego też bardzo się obawiałam.Kłopoty z ciśnieniem i oddychaniem na wysokościach pojawiają się u mnie dość regularnie, dlatego też bałam się samego wejścia. Okazało się jednak, że trasa jest przystępna (w większości prowadzi kamiennymi schodami) i nawet taka osoba jak ja, da sobie radę w terenie. Widoki na miejscu okazały się niezapomniane. Co ciekawe w tamtejszym schronisku można zjeść naprawdę dobrze i tanio. My trafiliśmy na porę śniadaniową podczas której do wyboru były m.in ogromne naleśniki z borówkami. Ja swojej nie dałam rady przejeść. Odmianą w stosunku do chodzenia po Biesach była dla mnie płatność. Tutaj nie płacimy przy wejściu, ale przy zejściu (w sezonie turystycznym), a pieniądze oczywiście przeznaczone są na potrzeby utrzymania miejsca w należytym porządku. Labirynt i zejście okazały się niemałym zaskoczeniem.Były tam miejsca, gdzie ja ze swoją wagą ledwie przeciskałam się między skałami. Część trzeba było przejść kucając. Zdecydowanie walczyłam tam ze swoimi lękami.

SZCZELINIEC WIELKI - CIEKAWOSTKI


Na wzniesienie prowadzi 665 schodów ułożonych przeszlo 200 lat temu przez sołtysa pobliskiej miejscowości. Trasa wejście- zejście to odcinek prawie 5km! Na Szczelińcu kręcono sceny do filmu "Opowieści z Narnii: Książe Kaspian" - tylko z tego powodu zdecyduję się go obejrzeć :P 



 W drodze ze Szczelińca wstąpiliśmy do Błędnych Skał, a  stamtąd drogą 100 zakrętów udaliśmy się w  stronę Karłowa- chcieliśmy zahaczyć o Kudowę i tamtejszą Kaplicę Czaszek. Nie zmieściliśmy się jednak w czasie i z duszą na ramieniu wróciliśmy na mieszkanie. Zresztą i tak na więcej zwiedzania nie było już sił. Dzień przed wyjazdem zdecydowaliśmy się także poświęcić  na Wrocław, a właściwie tamtejsze zoo.Niespecjalnie przepadam za takimi miejscami, ale nie ukrywam, że Afrykarium zrobiło na mnie spore wrażenie. Opłata za pobliski parking była niestety znacznie mniej optymistyczna...

Podejrzewam, że nawet gdyby pozostałe dni urlopu udało nam się spędzić właśnie w tamtej okolicy i tak nie bylibyśmy w stanie zwiedzić wszystkiego. Pozostałości po okresie wojny nadają  G.Sowim niepowtarzalny klimat. Tam nawet powietrze pachnie tajemnicą sprzed lat.

Podsumowując: największe koszty wbrew pozorom wygenerowały bilety wstępu. W większości miejsc można było zyskać rabat. Dla rodzin z dziećmi przygotowane były dodatkowe, specjalne upusty. W żadnym z powyższych nie spotkałam się z zakazem robienia zdjęć (w większości opcja bez lampy). Na niektóre z atrakcji trzeba się wcześniej umówić telefonicznie np. na spływ w kopalni złota, większość jest jednak dostępna od ręki.

A gdzie Wy byliście w tym roku?!Co polecacie?

INSTA/FACEBOOK - jeśli chcesz wiedzieć więcej!
Przegląd okresowy, czyli podsumowanie października - nowości.

Przegląd okresowy, czyli podsumowanie października - nowości.

Dzisiejsze podsumowanie zmusiło mnie to  przemyśleń. Zastanawiam się czy jeszcze ze mnie blogerka kosmetyczna czy już książkowa :) Ostatnio jakoś tego drugiego przybywa mi więcej i więcej... I chociaż kosmetyków nadal używam, to jednak ich zakup nie sprawia już takiej radości jak kiedyś.Przekornie zacznę jednak od tego co trafiło do mnie końcem września oraz przez cały październik. Spory wpływ na moje wybory miały wszechobecne promocje. Najpierw Hebe i festiwal kosmetyków naturalnych podczas którego do koszyka trafiło znane mi już wcześniej czarne mydło Nacomi. Póżniej Rossmann i ich okresowa promocja na produkty do makijażu. Skusiłam się na kilka nowości i tak trafiło do mnie różowe cacuszko od Wibo, fluid matujący z Jandy, lakiery hybrydowe od Wibo (tak od czasu do czasu wracam do hybrydy, mam nadzieję, że obejdzie się bez takich rewelacji jak przy samilcu). Zakochałam się w zakupionej na promocji  płynnej pomadce Magic Pop od Wibo, wybrałam kolor 04 czyli nasycony fiolet.  Dodatkowo podczas wyprzedaży udało mi się przygarnąć dwa kosmetyki Kruidvat : maseczkę oczyszczającą do twarzy i mleczko rozgrzewające do masażu.Za każdy z nich zapłaciłam mniej niż 5zł.Do grona moich ulubieńców trafił tonik z kurkumą od Bielendy.




Pomadki Sylveco były dodatkiem do jednej z gazet, znam je już od dawna, a że cena była korzystna... Podczas wizyty w stacjonarnym sklepie Yves Rocher skusiłam się na zestaw w skład którego wchodził peeling do twarzy i dwie maseczki o których więcej napiszę z czasem. Ciekawostką jest dla mnie kokosowy balsam do ciała od Kasi Mandarynki, którego obecnie używam.  
Jesień w pełni, dlatego też w moim domu na nowo zagościły cieplejsze zapachy. Moje świece pochodzą z TK MAXX. Oprócz zapachów "kupiły " mnie prostym, przyjemnym dla oka opakowaniem.


Tak, ostatnio maniakalnie zbieram książki kucharskie, chociaż gotować specjalnie nie mam czasu.Liczę na to, że kiedyś nadrobię wszelkie zaległości :) Wśród tradycyjnych przepisów trafiłam na kilka perełek jak te zamieszczone w "Filmowym menu" czy "Zamień chemię na energię". Październik przyniósł sporo interesujących mnie pod względem tematyki reportaży. Było o mafii, więzieniu i modnym ostatnio temacie - polskim kościele, a dokładniej księżach.Urozmaiciłam sobie jednak wszystkie te historie zabawnymi przerwynikami typu "Wielki Ogarniacz Życia we dwoje". Przyjemność sprawiła mi również lektura książki dla dzieci i młodzieży i o niej na pewno napiszę tu z czasem więcej.  Jak widzicie na nowy rok jestem też całkiem dobrze przygotowana. Początkowo myślałam, że przejdziemy to razem z Kotem Jaśniepanem, ale im więcej kalendarzy, tym więcej pokus. 




Trochę z ciekawości, trochę z potrzeby przeorganizowania swojego życia zakupiłam gotowy Bullet Journal. Zamysł świetny i samo wydanie przypadło mi do gustu tylko... nie bardzo mam czas żeby móc z niego regularnie korzystać :D

A co nowego u Was?
W rytmie slow... sanockie spotkanie blogerek okiem organizatora.

W rytmie slow... sanockie spotkanie blogerek okiem organizatora.

"W rytmie slow..." zrodziło się w mojej głowie tuż przed wrześniowym urlopem. Ciągła gonitwa w rytmie "praca-dom" dała mi się wówczas mocno we znaki i marzyłam jedynie o tym, by móc osiągnąć wewnętrzny spokój. Brakowało mi babskich plot, leniwego popołudnia i możliwości poznania produktów innych niż dotychczas.  Moje założenie było z jednej strony proste, a z drugiej trudne, zawalczyć o chwilę tylko dla siebie w tym zabieganym świecie. Chciałam przedstawić  je dziewczynom jak najlepiej, ale nie jestem pewna czy mój przekaz został zrozumiany. Oby ;) 


NoBo Cafe przywitało nas przytulnym wnętrzem. Od koleżanek z pracy wiedziałam, że warto wpaść tam chociażby na kawę czy obłędną tartę. Tak, zdecydowanie i jedno i drugie bardzo mi smakowało, chociaż nie ukrywam, że tamtejsza tarta to danie zdecydowanie dla dwóch osób, a ja szalona wzięłam dla siebie całą...  

Cała historia zaczęła się od informacji podanej w radio. Podobno podczas jednego sprzątania środkami chemicznymi do naszych płuc wędrują substancje szkodliwe, których  jednorazowe działanie porównywalne jest do miesiąca intensywnego palenia. Ruszyło mnie, bo mocno wypominam mojemu mężowi każdego papierosa, a tymczasem sama... Sprzątam, sprzątam, sprzątam! To wymusiło we mnie poszukiwania produktów o podobnym działaniu, ale nie siejących spustoszenia w moim organizmie. Tak trafiłam na Klareko, firmę zajmującą się produkcją (a właściwie tworzeniem) ekologicznych środków czystości.Pomyślałam, że spróbuję, napiszę...  Nawiązałam kontakt z jedną z założycielek, Martą. Ciepła kobieta i co dało się odczuć podczas długiej rozmowy telefonicznej, mocno zaangażowana w działania na rzecz środowiska. Początkowo zaskoczyła mnie chęcią rozmowy, bo zwykle taka propozycja ze strony firmy nie pada, ale już "po" wiedziałam, że była nam obu potrzebna. Jej, by mogła przekazać w przejrzysty sposób założenia firmy i mnie- by odkryć skalę problemu. To smutne, ale tak naprawdę niewiele z nas zwraca uwagę na to co znajduje się w składach środków czystości. A one tak samo jak kosmetyki mają kontakt z naszą skórą. Rozmowa z punktu widzenia konsumenta była dla mnie na tyle pomocna i interesująca, że jej szczegóły pojawią się z czasem na blogu. Zamysł był prosty: móc sprzątać w wolnych chwilach, bez obaw o zdrowie i bezpieczeństwo dzieci. Dlatego też Klareko bazuje na wyciągach roślinnych, ich składy są proste i przejrzyście rozpisane na opakowaniach (nadających się zresztą do recyklingu w PL). Dodatkowo pachną, o czym zresztą każda z nas miała okazję się przekonać.Co ciekawe w ofercie dziewczyn pojawiły się również świece sojowe. 



Miałam szczęście, bo na mojej drodze stanęło jeszcze kilka kobiet chcących podzielić się swoją wiedzą. Kolejną z nich była Kasia, znana w szerszym gronie jako Mandarynka. Z nią też miałam okazję porozmawiać telefonicznie i wyszedł z tego całkiem przyjemny blogerski wywiad.Kultowym produktem Kasi jest właśnie...krem mandarynkowy. Ale w swojej ofercie ma również inne kosmetyki jak maść lawendowa czy balsam kokosowy. "Kręcić" zaczęła w 2015r. Z czasem grono użytkowników sięgających po jej wyroby  rozrosło się poza rodzinę i znajomych.  




Naturativ  to marka wykreowana przez Magdę Hajduk.Jak sama mówi, kosmetyki naturalne od lat były jej pasją. Początkowo dostęp do nich był w naszym kraju utrudniony, więc sprowadzała je z różnych zakątków świata, później zaczęła tworzyć sama. Mocno zainspirowała się dobrem płynącym z natury. Co ciekawe Naturativ pojawił się najpierw na rynkach zagranicznych -2013r., a dopiero później na polskim rynku kosmetycznym - 2016r.



Chciałam, aby spotkanie było spójne tematycznie i mam nadzieję udało mi się stworzyć wspólny motyw. Wśród firm chcących wesprzeć nasze spotkanie pojawiła się także AUTORSKA, księgarnia w której klient ma poczuć się jak u siebie. Tak jest, a wiem co mówię, bo tam pracuję! ;)  Wnętrza odpowiadają tym jakie sami posiadamy w domu. Jest kuchnia, salon sypialnia, a nawet łazienka. Na miejscu można usiąść i w spokoju zanurzyć się w lekturze popijając przy tym aromatyczną kawę czy herbatę. Tym razem uczestniczki otrzymały rabat na zakupy, a na potrzeby spotkania stworzony został konkurs fotograficzny #wrytmieslow. Darmową wysyłkę i promocyjne ceny zapewniła Agata, kobieta tworząca świece sojowe Flaming z drewnianym knotem. Jest to świeżynka na polskim rynku, bo firma istnieje zaledwie od maja 2018r. Pomysł na biznes pojawił się w okolicy świąt, podczas samodzielnego przygotowywania prezentów dla bliskich. Próbkami swoich produktów podzieliła się z nami marka Esito, również zainspirowana naturą. Jej nazwa pochodzi od włoskiego słowa oznaczającego rezultat działania. I tym mają się wyróżniać produkty tej firmy na tle innych.







Postanowiłam, że uzupełnię spotkanie o kilka elementów "od siebie". Dziewczyny otrzymały ode mnie list z informacjami o firmach, ich ideologiach i informacjach o tym jak ważne są zmiany w naszym życiu. Przygotowałam również małe drobiazgi, dzięki którym oddawanie się przyjemnościom sam na sam stanie się łatwiejsze. Obecna pora roku nastraja do schowania się pod kocykiem z kubkiem gorącej herbaty.  Być może oczekiwania dziewczyn były nieco inne, ale mimo wszystko mam nadzieję, że spędziły miłe sobotnie popołudnie w kameralnym gronie. Z tego miejsca pragnę podziękować wszystkim, którzy zechcieli podzielić się z nami swoim spojrzeniem na świat!
Czego nie cierpi niecierpek?! Właściwości i zastosowanie niecierpka himalajskiego w kuchni i kosmetyce.

Czego nie cierpi niecierpek?! Właściwości i zastosowanie niecierpka himalajskiego w kuchni i kosmetyce.

Nigdy nie ukrywałam swojej miłości do jedzenia. Uwielbiam eksperymentować z niecodziennymi składnikami wprost z lasu lub ogródka. Czasami prowadzi to do sytuacji w których znajomi zastanawiają się czy przeżyję kolejny posiłek 😉.  Nie jem niczego o czym najpierw nie poczytam całej masy artykułów bądź książek. Nie jestem typem życiowego ryzykanta, ale pamiętam, że gdy pierwszy raz zaczęłam niecierpek himalajski podgryzać podczas wspólnej wyprawy na ryby... miny  pozostałych uczestników wyrażały wszystko. Sama przez lata tkwiłam w przekonaniu, że jest to roślina całkowicie trująca, bo tak się u nas na wsi mówiło, jednak to pędy spożyte na surowo mogą jedynie spowodować mdłości. Do tej pory nie wiem (i pewie nigdy się nie dowiem) skąd się to błędne myślenie wzięło, i chociaż dostęp do informacji na jej temat obecnie nie jest w żaden sposób utrudniony to jednak popularnością nadal się nie cieszy. A szkoda...

Kwiaty niecierpka himalajskiego

NIECIERPKU, SKĄD JESTEŚ?


To co z pewnością wiemy na temat niecierpka himalajskiego występującego także pod nazwami gruczołowaty, Roylego (Impatiens glandulifera), to fakt, że naturalnie występuje właśnie w Himalajach, a konkretniej w ich  zachodniej części. Został  wprowadzony na tereny innych krajów Azji, Ameryki Północnej i Europy właśnie jako roślina miododajna. Faktycznie podczas lata, a nawet jesieni (wciąż kwitnie), można zauważyć ogromne zainteresowanie owadów jego dzbaneczkowatymi kwiatami. Z dzieciństwa pamiętam, że razem z koleżankami robiłyśmy sobie z nich kolczyki, bo naprawdę wyglądają efektownie.Szybko okazało się, że niecierpek jest w stanie przystosować się niemal do każdych warunków, a już całkiem dobrze mu wzdłuż brzegów rzek. Tam ma idealne środowisko do dalszego rozprzestrzeniania, bo pękające torebki nasienne uwalniają ziarna wprost do wody, która przenosi je dalej, i dalej... Inwazyjność rośliny sprawiła, że zagraża on naszym rodzimym gatunkom.W chwili obecnej jest to na tyle duży problem, że aby móc mieć niecierpek we własnym ogrodzie, trzeba starać się o specjalne pozwolenie. W niektórych miejscach podjęto już próbę mechanicznego zwalczania rośliny, jednak generuje to ogromne koszty i niestety nie zawsze przynosi efekt. Z ciekawszych rzeczy mogę dodać, że podczas wystrzału z torebki nasiennej nasionka mogą pokonać nawet 7 metrów (!), w ciągu roku roślina ta ma możliwość przesunięcia się nawet o 5 km. Aby przedstawić skalę problemu dodam tylko, że badacze ustalili iż na  1m2   może się znajdować nawet do 32 tys. nasion.



Jednym słowem

DO NIECIERPKA TRZEBA MIEĆ CIERPLIWOŚĆ.


Możemy jednak sami trochę zadbać o środowisko, a jednocześnie coś na tym zyskać. Co ciekawe w niecierpku jadalne są i kwiaty i liście i owoce (nasiona). Wiem o czym piszę, bo sama w tym roku zrobiłam pierwszy zbiór, a na moich półkach stanęły małe wypełnione rośliną słoiczki. 

HERBATA Z NIECIERPKA


Czy ktoś z Was słyszał już o herbacie fermentowanej? Ja na przepis na takie cudo trafiłam w książce "Smakowite drzewa"- Małgorzaty kalemby- Dróżdż. Co prawda ona opisywała tam proces na przykładzie liści drzew (również przeze mnie wypróbowany), ale w sieci trafiłam na informację, że z liśćmi niecierpka można postąpić identycznie. Najlepsze są młode okazy, pochodzące z terenów niezanieczyszczonych. Sami najlepiej znacie swoje okoliczne środowiska, więc wybór miejsca nie powinien być trudny. Aby wykonać herbatę trzeba się również zaopatrzyć w słoik. Ja miałam nowy, jeśli korzystacie z już wcześniej używanego radziłabym go  uprzednio wyparzyć. Zebrne liście można albo rolować w dłoniach, aż do puszczenia soków i następnie mocno ugnieść w słoiku albo włożyć do słoika i ubić drewnianym trzonkiem np. od tłuczka do kotletów, tudzież w wersji dla leniwych przepuścić przez maszynkę do mięsa.Polecam rolowanie w dłoniach, bo liście mają w sobie coś, co nadaje skórze fantastyczną miękkość- lanolinę. Gdy wszystko jest już mocno ubite słoik zakręcamy, a całość odstawiamy na noc w ciepłe miejsce lub jak podpowiada autorka do zmywarki włączonej na 50-60 st. na 1,5-2 godz.Ja mam wypróbowaną opcję całonocną - działa. Kolejnego dnia listki wysypujemy i pozostawiamy do całkowitego wyschnięcia. Następnie już suche przekładamy do pojemników do przechowywania. Smak herbaty fermentowanej będzie się zmieniał z czasem. Ja po swojej lipowej wersji widzę, że z każdym dniem aromet dojrzewa.

Nie ukrywam, że najbardziej z przepisów z wykorzystaniem kwiatów (uwaga na owady!) przypadł mi do gustu ten na konfitury, nieco oszukane zresztą, bo jednak nie tak gęste jak tradycyjne. Same kwiaty mają lekko  maślany posmak i wbrew pozorom są dość mocno sycące. Tutaj tak jak i mnie spotka Was niespodzianka, bo nicierpek mocno czaruje w kuchni.
konfitura z kwiatów

KONFITURA Z KWIATÓW NIECIERPKA


 Do wykonania potrzebne będą:
- kwiaty niecierpka himalajskiego, 
- cytryna, 
- cukier, 
- woda

Na dobrą sprawę te trzy rzeczy wystarczą by zamknąć lato w słoiku. Miałam około 1,5 l kwiatów z czego solidną garść jeszcze przed rozpoczęciem kuchennych działań odłożyłam " na później". Przygotowujemy syrop z cukru i wody i tutaj nie ukrywam proporcje są kwestią  mocno indywidualną, bo każdy z nas lubi coś innego. Nie mniej jednak niech to będzie słodkie!. Syropu nie ma być dużo, u mnie było to około 750ml.  Kwiaty wsypujemy do syropu i gotujemy, niemal do całkowitego jego odparowania. Później będą się wręcz smażyć, podczas tego procesu zauważycie, że z pięknego różu nie zostało już nic. Ot, zielona breja. Wtedy do akcji wkroczyć musi sok wyciśniety z cytryny. Polecam dodawać po kropli i podziwiać, bo za sprawą soku nasza konfiturka na nowo nowo nabiera różowego koloru. Magia! Na sam koniec dodaję odłożone uprzednio kwiaty. Dzięki temu, że  zostały w całości  pieknie będą wyglądać w słoiczkach. Nakładamy gorące, zakręcamy i odstawiamy do góry dnem, aż do ostygnięcia. Walory smakowe może nie powalają, ale wizualnie wygląda to naprawdę fajnie i jako ozdoba do deserów śmiało może służyć.


A CO Z NASIONAMI?


W moim odczuciu w całej historii z niecierpkiem, to właśnie nasiona są najsmaczniejsze. Dojrzałe mają mocno orzechowy aromat i można je spożywać na surowo. Co ciekawe znalazłam też przepis na chałwę z ich wykorzystaniem, ale w tym roku zabrakło mi i czasu i cierpliowści na duży zbiór. W niektórych miejscach na świecie wytwarza się z nich również olej wykorzystywany późnej w gastronomii. Przy zbiorze należy jednak pamiętać o tym, że torebki nasienne pękają pod wpływem dotyku. Róbcie to na tyle uważnie, by faktycznie móc zmniejszyć populację rośliny, a nie dodatkowo ją wspomóc.
torebki nasienne/ nasiona niecierpka himalajskiego


NIECIERPEK W KOSMETYCE


Roślina ta posiada również całe spektrum możliwości wykorzystania w kosmetyce. Pozyskuje się z niej lanolinę roślinną, dodatkowo chętnie wykorzystywany jest w produkcji kosmetyków, które każdy z nas może spróbować wykonać w domowym zaciszu. Ze względu na swoje właściwości pomaga m.in w walce z łupieżem czy przypadłościami skórnymi. Można go macerować, robić napary i płukanki. Polecam bliżej przyjrzeć się tej roślinie.

Znacie, używacie przy wyrobach kosmetyków? A może jecie?!


Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger