Premiery lutego: tytuły, na które czekam!

Premiery lutego: tytuły, na które czekam!

Obiecywałam sobie, że podobne zestawienia będę prowadzić regularnie, ale wyszło jak wyszło a właściwie wcale. Zabrakło mi oczywiście samozaparcia i systematyczności, bo ostatnio mocno przedkładam czas z rodziną i znajomymi ponad wszelkie inne sprawy. Mam kilka tematów, nad którymi muszę intensywniej pomyśleć i wśród tego wszystkiego blog niestety spadł na dalszy plan. Luty przynosi jednak kilka ciekawych tytułów, o których żal byłoby nie wspomnieć. Każdy z poniższych prezentuję z myślą, że będzie mi je dane przeczytać. Może nie wszystkie na bieżąco, ale w tym roku na pewno.

Sporo wydawców postawiło na premiery w połowie miesiąca i faktycznie w okolicach 13-go pojawia się ich najwięcej.Oby nie była to pechowa data :) 



"W czepku urodzone" - Weronika Nawara
Gatunek: literatura faktu

Pielęgniarki. Kończą trudne studia, dostają niskie pensje. Frustruje je, gdy traktowane są wyłącznie jako pomocnice lekarzy – przecież wykonują ciężką i wymagającą pracę. Często też niewdzięczną, bo pacjenci potrafią dawać w kość. A jednak kochają to, co robią. Czerpią z pracy ogromną satysfakcję i chcą opiekować się chorymi. Pielęgniarstwo to coś więcej niż zawód. Przejdź się z nimi po szpitalnym korytarzu, a dowiesz się, jak naprawdę wygląda ich życie. 



"Pielęgniarki" - Christie Watson
Gatunek: literatura faktu

Wzruszający, liryczny portret pielęgniarki i zarys losów ludzi, o których się otarła. 
Christie Watson przepracowała dwadzieścia lat jako pielęgniarka, a w tej osobistej, przejmującej książce uchyla drzwi szpitala i zdradza jego tajemnice. Prowadzi nas szpitalnymi korytarzami na rozmaite oddziały i poznaje z najbardziej niezapomnianymi pacjentami. 
Pójdziemy z nią pod rękę korytarzami i odwiedzimy maleńkie wcześniaki, które walczą o życie, zawieszone na granicy przetrwania dzięki sieci cewników i opiece pielęgniarek; usiądziemy pośród pacjentów onkologicznych i dowiemy się, jak na nich wpływa chemioterapia, zobaczymy z daleka, jak instrumentariuszka współtworzy łańcuch pomocy podczas operacji na otwartym sercu; staniemy z boku, gdy pielęgniarki z zatłoczonego SOR-u będą zmuszone odpierać fale pacjentów otumanionych alkoholem i narkotykami. Podejrzymy wnętrze apteki szpitalnej i zadumamy się nad tysiącami wydawanych recept, spędzimy trochę czasu w kostnicy w towarzystwie pielęgniarek i rodzin pacjentów. Przekonamy się, że ten najbardziej niedoceniany z zawodów to źródło podstawowej opieki i życzliwości. 

"Tajemnice pielęgniarek" - Marianna Fijewska
Gatunek: literatura faktu

Siostro, boję się!
To one są "przy łóżku" pacjenta, stale poddane ocenie – pacjentów, rodzin, lekarzy. Wzbudzają skrajne emocje – od uwielbienia, poprzez lekceważenie, po agresję. Młode i stare, wykształcone i przyuczone, entuzjastyczne i zgorzkniałe. Zbyt nisko opłacane. Przepracowane. 
Przestały milczeć. Opowiadają o sobie, o trudnych warunkach pracy, o chorych relacjach ze zwierzchnikami, o wzajemnych konfliktach. 
Z tych opowieści wyłania się portret środowiska, który każe nam się bać. Bo etap spolegliwych "sióstr" po prostu się skończył. Pielęgniarki chcą być traktowane przez system jak profesjonalistki, jeśli nie... tym gorzej dla systemu.


Moja miłość do reportaży powoli przeradza się w obsesję. Do tego stopnia, że dzisiejsze zestawienie zostało przez nie mocno zdominowane. Jak widać wydawcy starają się śledzić na bieżąco obecną sytuację, przez co zrobiło się trochę monotematycznie. Pierwsze był Reszka i jego "Mali bogowie", których przeczytałam jednym tchem, niesamowicie śmiałam się przy "Będzie bolało", by kilka tygodni później przejść w stan czytelniczej "Agonii". Po drodze byli jeszcze wstrząsający "Ginekolodzy", chwila ciszy i.... taaadaaamm... Ciekawe tylko czy wystarczy mi zdrowia na taką lekturę? Bo w razie gdyby nie, to Znak przygotował coś specjalnego...

"Wyznania przedsiębiorcy pogrzebowego" - Caleb Wilde
Gatunek:biografia

Spotykam was, gdy już nie żyjecie. Znam zakończenie wszystkich historii, łącznie z moją własną. 
Lubię mówić, że jestem przedsiębiorcą pogrzebowym z rodowodem: w moich żyłach, lekko licząc, płynie krew dziewięciu pokoleń przedstawicieli tego fachu. 
Jako dziecko bawiłem się w chowanego wśród trumien i nieboszczyków. "Caleb, nie huśtaj się na krześle. Pochowałem dzieciaka w twoim wieku, który w taki sposób przewrócił się i skręcił kark" – słyszałem od dziadka. Gdy dorosłem, chciałem odejść z rodzinnego biznesu tak daleko, jak się tylko dało. Pragnąłem zmieniać świat, a jak miałbym to robić, skoro wszyscy ludzie, z którymi pracowałem, byli... martwi? Wiem jednak, że boicie się śmierci. Wolicie udawać, że jej nie ma. Chcecie, by wychodziła tylnymi drzwiami. Powierzacie ją specjalistom. A zatem jestem. Opowiem wam, jak to będzie wyglądać krok po kroku. O balsamowaniu, ubieraniu do trumny, czuwaniu przy zwłokach. O ostatniej drodze, w którą bez wątpienia zabiorę każdego z was. 
Ale dziś zapraszam was do domu pogrzebowego. Poznajcie jego tajniki i dowiedzcie się, jak praca ze śmiercią uratowała mi życie.

Nie ukrywam, że śmierci się boję, chociaż  akurat nie swojej. Może przez to staram się z nią oswoić czytając podobne publikacje (a może zwyczajnie mam na tym punkcie lekką schizę :P) . Ostatnio z przyjemnością oddałam się lekturze "Sprawy dla koronera", którą serdecznie polecam wszystkim tym, których nie odstrasza masa opisów mniej lub bardziej nietypowych zgonów.

Tego samego dnia światło dzienne ujrzy też książkowe dziecko dwojga autorów, których duet już na etapie zapowiedzi wzbudza sporo emocji.Mówię tu o "Cymanowskim młynie" na który złożyli się twórczo M. Witkiewicz i S. Darda. Jak na swoim fb informuje autor, pomysł współpracy zrodził się kilka lat temu, bo w 2015r. Co z tego wyszło?

"Cymanowski młyn" -M.Witkiewicz, S.Darda
Gatunek:powieść

Małżeństwo Moniki i Macieja przechodzi głęboki kryzys. 
Oboje łudzą się, że tajemniczy prezent: urlop w leśnym pensjonacie, z dala od ludzi i cywilizacji, może jeszcze wszystko uratować. Początkowo ulegają romantycznym chwilom, jednak nagły wyjazd Macieja budzi demony przeszłości. Łukasz, przystojny syn właściciela, do złudzenia przypomina Monice jej byłego narzeczonego. Czy to tylko przypadkowe podobieństwo?
Wyjazd, który miał ratować związek, okazuje się początkiem trudnych do wyjaśnienia i niepokojących zdarzeń. Nic nie jest oczywiste, bohaterowie głęboko skrywają tajemnice, a na światło dzienne wypływają przerażające wspomnienia o krwawych zbrodniach sprzed lat. 
Kim tak naprawdę jest Łukasz? Czy małżeństwo Moniki i Maćka przetrwa próbę sił? I jaką rolę pełni dziewczynka ze starej wyblakłej fotografii? Mistrzowskie połączenie powieści obyczajowej i thrillera zapewnia lekturę na najwyższym poziomie emocji od pierwszej do ostatniej strony!


"Dom w zgodzie z naturą" - Christine Liu
Gatunek: poradnik

Chcesz żyć zdrowo i być przyjaznym naturze?
To naprawdę proste! Zacznij od małych zmian we własnym domu. 
Christine Liu, autorka popularnego lifestylowego bloga, podpowie ci, jak prostsze życie w duchu minimalizmu może stać się pierwszym krokiem w kierunku dbania o planetę. W jej książce znajdziesz proste wskazówki do życia w duchu less waste. Sprawdź, jak niewiele trzeba zrobić, aby twój salon, kuchnia czy łazienka były gospodarowane w sposób zgodny z naturą.

Robi się ze mnie mały ekologiczny natręt. Jednak wciąż wielu rzeczy zmienić nie potrafię. Może kolejna pozycja przybliży mnie do ideału?


A jak już jestem przy temacie domów, to bez wątpienia ostoją większości z nich są kobiety. Ich głosów wysłuchały A.Zbroja i A.Pajączkowska,  a następnie spisały je w książce.



"A co wyście myślały?" - A. Zbroja, A.Pajączkowska
Gatunek: literatura faktu

Kalina uważa, że facetowi więcej wolno. Bochenek tęskni za PGR-em. Stefania nigdy nie była w Warszawie, Gosia chce stamtąd wrócić. Chrześnica Iwony jest lesbijką, Marta była na czarnym proteście, a Dorota wysłuchuje żartów o swojej bezdzietności. Wiola nie zna nikogo, kto powiedziałby "nie wierzę w Boga", a Piotrowska zdradza, co słyszy w konfesjonale. 
Autorki ruszają z Warszawy i okrążają województwo mazowieckie, rozmawiając po drodze z rolniczkami, gospodyniami, sklepowymi, przedsiębiorczyniami, bezrobotnymi. Na ławeczkach, podwórkach, gankach, przy kuchennych stołach, słuchają opowieści o życiu w miejscach, skąd młodzież wyjeżdża do szkół, a mężczyźni na zarobek, gdzie starsze pokolenie umiera, a młode często już nie wraca. To próba oddania głosu tym, które pozostają niewidoczne i niesłyszane. Wieś przemawia na ogół co najwyżej głosem rolnika szukającego żony, polityka PSL-u lub wójta i księdza z popularnego serialu. A co z kobietami?

"Wymazać siebie"-Garrard Conley
Gatunek:biografia

Dziewiętnastoletni bohater pod naciskiem rodziców poddaje się terapii konwersyjnej, mającej go "uleczyć" z homoseksualizmu.  Celem chrześcijańskiej terapii gejów o nazwie Love in Action jest "nawrócenie" na heteroseksualizm, oczyszczenie z grzesznych impulsów i umocnienie wiary w Boga. Conley demaskuje obłudę systemu terapeutycznego, a jednocześnie w subtelny sposób pisze o miłości i seksualności. 

Tą smutną i przejmującą historię zekranizowano. Ciekawa jestem czy ktoś miał okazję oglądać?

"Gdybyś tylko wiedziała" - Hannah Beckerman
Gatunek: powieść

Tajemnica sprzed lat, która niszczy rodzinę. Czy prawda zawsze jest jednak najlepszym rozwiązaniem?Wzruszająca opowieść o rodzinie i sile wybaczenia. Niezwykle emocjonująca, ze wstrząsającym zwrotem akcji. Idealna dla wielbicielek Jojo Moyes i Jodi Picoult. 
Rodzina Audrey się rozpadła. Jej dwie dorosłe córki, Jess i Lily, są ze sobą skłócone, a nastoletnie wnuczki nawet się nie znają. Sekret sprzed trzydziestu lat – to jedyne, co nadal ich łączy. Kiedy napięcie sięga zenitu, decyzja, którą przed laty podjęła jedna z sióstr, teraz może wyjść na jaw. Czy pomimo skrywanej tajemnicy i trwającej wiele lat niezgody pojednanie jest możliwe? I za jaką cenę?

Skomplikowane historie rodzinne to moja bajka. Z chęcią przeczytam coś, co kryje w sobie wielką tajemnicę.Do tego ta wiosenna i optymistyczna okładka... wyczuwam ironię ;)




"Ja nie leczę, ja uzdrawiam" - Katarzyna Janiszewska
Gatunek: literatura faktu

Zwykle polegamy tylko na medycynie zachodniej, mimo to na spotkania z bioenergoterapeutami przychodzą tłumy. Dla niektórych jest to jednorazowa przygoda, inni jeżdżą na nie regularnie przez kilkanaście lat.  W Polsce zarejestrowanych jest ponad sto tysięcy uzdrowicieli. Żadna nisza, biznes jak każdy. Kilka tytułów prasowych, profesjonalne strony internetowe, kursy i sklepy z gadżetami. 
Co daje pacjentowi bioenergoterapeuta, czego nie potrafi dać lekarz? A jeśli coś daje, to czy to może szkodzić?Katarzyna Janiszewska dociera do pacjentów i ich uzdrowicieli. Rozmawia z etykami, duchownymi oraz lekarzami. Przygląda się mechanizmom stojącym za przemysłem uzdrowień. 
Kim naprawdę są bioenergoterapeuci? Cudotwórcami? Rzemieślnikami Pana Boga? Oszustami?

Na "Ja nie leczę..." trzeba będzie chwilę poczekać, bo oficjalną premierę książka ma dopiero 27.02. Po obejrzeniu kilku sezonów Kossakowskiego, nabrałam ochoty na lekturę.Kto wie ile prawdy jest w tym co mówią uzdrowiciele... i co albo kto tak naprawdę leczy ludzi?

Ciekawa jestem ile z osób zaglądających na mojego bloga czyta? Czekacie na któryś z powyższych tytułów? Napiszcie o swoich typach. Z chęcią dowiem się, co Waszym zdaniem jest warte uwagi?!


Czy Nowy Rok= nowa ja?! Dlaczego zmiany są jak sól do kąpieli?

Czy Nowy Rok= nowa ja?! Dlaczego zmiany są jak sól do kąpieli?

Bardzo dawno mnie tu nie było. Istnieje kilka powodów, dla których zaniedbałam swojego bloga. W większości miała na to wpływ moja praca, która wymagała ode mnie w ostatnich tygodniach dużego zaangażowania. Wydawało mi się, że im więcej obowiązków na siebie wezmę, tym łatwiej będzie mi wpaść w rytm. Niestety, czas i życie szybko zweryfikowały ten stan rzeczy. Tak to nie działa. W wolnych chwilach myślałam tylko o tym, żeby móc w końcu usiąść z książką lub obejrzeć dobry film (zaległości mam spore, oj spore). W życiu są  też jednak inne rzeczy, a to, co nazywałam  swoim czasem wolnym na dobrą sprawę ostatecznie musiałam  poświęcić innym. Czy żałuję? Raczej nie. Chociaż nie jestem pewna czy ktoś tu jeszcze na mnie czeka?! Zmieniły mi się priorytety życiowe,  dlatego też kosmetyków będzie tutaj stosunkowo niewiele. Blog w końcu zaczyna dorastać wraz ze mną, a trochę kazałam Wam na ten proces czekać.  Im więcej obserwuję ludzi i świat, tym lepiej rozumiem, że oczekuje od  swojego życia czegoś innego. Teraz to mniej znaczy dla mnie więcej. Ostatcznie nie idę w  ilość, ale mam nadzieję, że uda mi się pójść w jakość. Być może zechcecie mi nadal towarzyszyć. Jedyne, co napawa mnie smutkiem to fakt,  że niestety zbyt wiele bliskich  mi osób zupełnie nie szanuje mojego czasu.Opracowałam może niezbyt ciekawą taktykę i zaczęłam wysyłać do ludzi te same sygnały co oni do mnie (więc jeśli kiedyś zacznę do Was narzekać na temat tego ile mam obowiązków łącząc pracę ze szkołą i życiem rodzinnym, to oznacza ni mniej ni więcej, że to Wy zaczęliście). A tak zupełnie serio wiele rzeczy  pozostawiam  tylko dla siebie,  jedynie mój mąż  wie jaką płacę za to cenę.  Zdecydowanie w nowym roku muszę się nauczyć doceniać samą siebie, swoją pracę na rzecz innych.  Wiem na pewno, że nie chcę się otaczać ludźmi,  którzy dostrzegają tylko negatywne aspekty, sama  nie chcę być również takim człowiekiem...  Mam nadzieję,   że kolejny  rok  postawi przede mną jak i  przed Wami  same wartościowe osoby,   że dostrzeżecie prawdziwy sens Waszego życia, znajdziecie swoje miejsce na ziemi. 


ANYŻ I ROZMARYN...

Rozmaryn- działanie antydepresyjne, rozgrzewające i poprawiające krążenie. Ideał dla zmarzniętych stóp. Dodatkowo wykazuje właściwości przeciwgrzybiczne.
Anyż - reguluje produkcję sebum. rozgrzewa mięśnie, a także odpręża i relaksuje.


W ciągu ostatnich tygodni poznałam (osobiście czy internetowo) sporo fantastycznych osób. Zainspirowało mnie to! Zdecydowanie na pierwszym miejscu pragnę podziękować dziewczynom z Klareko jeszcze raz. Sponsorowały organizowane przeze mnie spotkanie,  ale pozwoliły  mi też dodatkowo  na poznanie świata w nieco innym wydaniu. Oczywiście zmiany  to proces bardziej złożony i  nie okaże się nagle, że zrezygnuję ze wszystkiego co przetworzone, natomiast postaram się by mój przyszły dom był jak najbardziej fair wobec przyrody.  Całkiem niedawno zaczęłam doceniać to, że  daje mi ona poczucie wolności i niezmącony spokój. Kiedyś, by czuć, że żyję potrzebowałam nieustannego ruchu- miasto zapewniało mi do tego warunki idealne. W tej chwili nie wyobrażam sobie bym miała brać udział w tym  dzikim pędzie. Cieszę się, że powoli małymi krokami zmierzam w kierunku, który da nam obojgu wytchnienie. Zamierzam robić to, na co naprawdę mam ochotę. Jedną z takich rzeczy jest kręcenie  kosmetyków. Moja fascynacja roślinami pochłania mnie coraz bardziej. Liczba książek zielarskich w  biblioteczce rośnie, ale do tej pory niespecjalnie przekładało się to na moją wiedzę i zaangażowanie w tym temacie. Być może rok 2019 okaże się zielarskim przełomem? Póki co, zostawiam Was na rozgrzewkę  z bardzo prostym przepisem na sól do kąpieli stóp/całego ciała. Przepis ten jest tak banalny, że każdy  bez większego zaangażowania będzie w stanie go zrobić. To co mnie sprawia największą radość, to  satysfakcja z  samodzielnego wykonania. Mam nadzieję, że będzie towarzyszła i Wam. Wówczas przyjemność korzystania z takich kosmetyków jest o niebo większa niż z tych gotowych. 



W swojej historii wykorzystałam sól z Morza Martwego. Ilość (według potrzeb) wymieszałam w szklanym naczyniu wraz z dodatkami i łyżką oleju. Wyniesione ze szkoły kosmetycznej przyzwyczajenia przetrwały i każde surowce kosmetyczne mieszam specjalnymi szpatułkami/ew. drewnianymi sztućcami (nigdy metalowymi!).

Podczas domowej produkcji uświadomiłam sobie jednak, że jest coś czego mi brakuje. Zdecydowanie brakuje mi moździerza! Do wykonania swojego peelingu postanowiłam użyć gwiazdek anyżu oraz suszonego rozmarynu. Rozdrobnienie tych dwóch składników bez odpowiednich narzędzi to wcale nie taka prosta sprawa. A że ostatnio mam fazę na oleje roślinne postanowiłam swoją sól wzbogacić odrobiną oleju konopnego. Oprócz tego, że całość fantastycznie wygląda na zdjęciach, okazuje się, że również w użyciu mocno mnie zadowala.  Plusem soli do kąpieli jest  wręcz nieograniczona mnogość wariacji. Trochę  jak w życiu. Jemu też sami jesteśmy w stanie nadać odpowiedni koloryt: swoimi działaniami, doborem przyjaciół czy zmianą priorytetów. W całym tym procesie stała jest sól, sól jako "ja". Dodatki wybieramy według uznania. Przyjemnej zabawy z tworzenia! I wszystkiego dobrego w tym Nowym Roku!




Co łączy nasz urlop z "Opowieściami z Narnii" ?! Kogo zachwyci Dolny Śląsk?

Co łączy nasz urlop z "Opowieściami z Narnii" ?! Kogo zachwyci Dolny Śląsk?

Planowanie urlopu mnie relaksuje.Zwykle już zimą wiem, gdzie wyjadę na wakacje następnego lata, co pozwala zaoszczędzić mi w późniejszym okresie i czas i pieniądze. W zeszłym roku podjęliśmy decyzję, że tym razem za cel obieramy dwa skrajne kierunki. Nasze niezdecydowanie dało o sobie znać. Jako pierwsze odwiedziliśmy Góry Sowie oraz Stołowe,  do czego zainspirował mnie jeden z horrorów Łukasza Hennela. Akcja "Demona" okazała się na tyle interesująca, że postanowiłam na własne oczy zobaczyć opisywane w książce miejsca.Nie spodziewałam się jednak, że ta okolica obfita jest w tyle atrakcji. Zaplanowane przez nas 4 dni okazały się niewystarczające, a przygotowany w domu plan uległ  na miejscu  wielu modyfikacjom.


Zacznijmy jednak od początku. Nocleg znalazłam za pomocą strony noclegowo.pl nie pierwszy już zresztą raz. Wynajęty pokój okazał się naprawdę przytulny, dużym plusem była niska cena oraz  spokojna okolica. Łazienka w pokoju to jedyny luksus jakiego wymagam, bo jednak dzielenia prysznica z kimś obcym sobie nie wyobrażam. W Agroturystyce Orłowscy  dodatkowo pokoje wyposażone były w mini aneksy kuchenne, a w dużym holu znajdowała się strefa z lodówką i kuchenką w razie gdyby komuś chciało się podczas urlopu samodzielnie pichcić obiad. Jedynym minusem z mojego punktu widzenia był stosunkowo mały parking przed budynkiem. O wiele przyjemniej załatwiało mi się również pokój i wszelkie  związane z noclegiem sprawy z właścicielem niż z właścicielką. Odnosiłam wrażenie, że pani każdego nocującego traktuje jak potencjalnego wandala :P  Od razu ostrzegam też, że poza pełnym sezonem turystycznym w Sokolcu ciężko coś zjeść po godzinie 20. Niestety  większość lokali zamykała się w momencie, gdy my wracaliśmy dopiero "do domu" z całodniowych wycieczek.
Czterodniowy pobyt to koszt w okolicach 320-360zł za 2 os.




Polskę przejechaliśmy wzdłuż i wszerz a właściwie pierwsze wszerz... Początkowa trasa wynosiła około 500 km, ale oczywiście zahaczyliśmy o kilka dodatkowych punktów (np. zboczyliśmy do Moszny). Niestety tamtejszy zamek na żywo zupełnie mnie rozczarował, a może nie tyle zamek ile jego okolica...Dodatkowo w  drodze na miejsce docelowe udało nam się zwiedzić Złoty Stok i tamtejszą kopalnię.Jeszcze w domu zainteresowałam się ofertą tego miejsca, a pani w punkcie informacyjnym utwierdziła mnie w przekonaniu, że najlepszą opcją jest wybranie pakietu. Pojedyncze bilety oscylowały w granicach 25zł/os.  Biorąc pod uwagę, że do opłacenia było 3 (wersja z full opcją 4) atrakcje to jednak bardziej opłacało się skorzystać z opcji "Razem taniej-3 razy więcej", gdzie koszt pakietu od osoby to 48zł w wersji normalnej i 36zł ulgowej. Dociekliwi na stronie kopalni znajdą wszelkie potrzebne informacje. Pierwszym etapem było zwiedzanie Średniowiecznej osady górniczej w której poznawaliśmy sprzęt służący do wydobywania złota niemal od średniowiecza do czasów współczesnych. Na tym etapie wycieczki najlepszym miejscem okazał się Dom Kata, który  wbrew pozorom wykazywał się sporym poczuciem humoru. Na ścianach znajdowało się sporo niezawodnych sentencji 😈 Nie ukrywam, że największym wyzwaniem było przejście tunelu w którym zdecydowanie grawitacja płatała figle. Kolejno udaliśmy się do sztolni i kopalni. Warto mieć na uwadze, że jednak wchodzimy w podziemia- temperatura stała wynosi  tam około 7- 8 stopni Celsjusza oraz jest bardzo wysoka wilgotność powietrza. Naprawdę kurtki zimowe to dobra opcja dla zmarzluchów.Sztolnie były ciasne i dość wymagające,  więc zdecydowanie nie jest to miejsce dla osób z klaustrofobią. Warto jednak skorzystać z tej opcji chociażby po to, by obejrzeć podziemny wodospad. Co ciekawe na każdym etapie zwiedzania oprowadzał nas inny przewodnik, a pomiędzy następnymi przejściami była chwila na odpoczynek.Najtrudniej było nam się rozstać z p.Elą, oprowadzającą po ostatnim etapie wycieczki czyli kopalni. Pełna energii kobieta prócz sporej dawki wiedzy sprzedała nam całe mnóstwo ciekawostek i  miejscowych legend.Na końcu czekały na nas dwie dodatkowe atrakcje: sala ze śmiesznymi tabliczkami rodem z PRL (coś co lubię), a także podziemny przejazd kolejką. Nie będę się tu mocno wdawać w szczegóły, powiem tylko - warto!  Co ciekawe złoża złota nadal występują w tamtejszej okolicy, ale ich wydobycie jest zwyczajnie nieopłacalne. 



 Podczas kolejnego dnia zdecydowaliśmy się na zakup biletu łączonego na Sztolnie Walimskie (znane też pod nazwą Kompleks Riese-Rzeczka) oraz zamek Grodno, dzięki temu  kolejny raz zaoszczędziliśmy i czas i gotówkę. Sztolnie okazały się istnym rajem dla osób takich jak my. Pasjonaci II WŚ będą zadowoleni, bo oprócz faktów przedstawiane są tutaj także różne teorie zakrawające o spisek. Niestety nie pamiętam imienia naszego przewodnika, ale był to pasjonat  pełną gębą. Facet wiedział o czym mówi. Bez problemu lawirował między historią tego miejsca, a współczesnymi badaniami. Wycieczka ta okazała się jednym z lepiej  trafionych punktów naszego wyjazdu. W przypadku odwiedzin tego miejsca również należy pamiętać o  zabraniu ciepłej odzieży i wygodnych butów, bo niestety w niektórych korytarzach sztolni pojawiała się woda/błoto. Jeśli kiedykolwiek będziemy mieli możliwość pojawić się w sztolniach, to nie ukrywam, że zrobimy to z przyjemnością. Mam nadzieję, że do tego czasu odkryte zostaną kolejne korytarze i co ważne będą udostępnione dla zwiedzających. Przed podróżą warto przyjrzeć się godzinom wejść, bo sztolni nie można zwiedzać samodzielnie, a przewodnik zaprosi nas do środka wyłącznie w wybranych godzinach. p.s. Uważajcie na sprzęt. Ze względu na wysoką wilgotność i niską temperaturę akumulatory szybko się rozładowują.


Riese - kryptonim projektu górniczo- budowlanego nazistowskich Niemiec. Jednym z jego elementów jest odwiedzony przez nas kompleks  Walim - Rzeczka . To właśnie tutaj, wykute w skałach znajdują się trzy wejścia oddalone od siebie o mniej więcej 45m. Między poszczególnymi częściami znajdują się ogromne hale (na żywo robi to niesamowite wrażenie, niestety mocno depresyjne, jeśli człowiek uświadomi sobie cierpienia ludzi tam pracujących). Przy budowie i drążeniu wykorzystywano więźniów osadzonych w pobliskich obozach zagłady.






 Zamku Grodno nie mieliśmy początkowo w planach. Przekonał nas do niego bilet łączony. Ciekawa lokalizacja na wzgórzu uniemożliwiała dotarcie na miejsce samochodem, zyskaliśmy więc w pakiecie spacer przez park. Tutaj również mieliśmy szczęście do przewodnika, a właściwie do pani przewodnik, która wykazywała się ogromnym poczuciem humoru.Nawet czasowy remont zamku oraz prowadzone na jego dziedzińcu prace nie przeszkadzały jej w opowiadaniu historii- w nieco unowocześnionej wersji. Trochę to smutne, ale jednak nie wszyscy turyści są w stanie docenić potencjał takich miejsc. Jak wspomniała, zdarzało się że podczas niektórych wycieczek dochodziło do dewastowania wybranych sal.  Na zamku istnieje bezpłatna możliwość zwiedzania z przewodnikiem, z tego co pamiętam zbiórka przed zamkowym portalem o pełnych godzinach.


Tego samego dnia w godzinach popołudniowych nakreśliłam bardzo ambitny plan: łączony bilet  z 4 atrakcjami w Wałbrzychu. na tej liście znajdował się Zamek Książ, Palmiarnia, Stara Kopalnia i Muzeum Porcelany. Na szczęście już podczas wizyty w zamku osoba z informacji podpowiedziała nam, że dotarcie i zobaczenie każdego  z czterech punktów w tak  krótkim czasie jest nie do zrealizowania. Wykupiliśmy więc jedynie bilety 2w1. Samo zwiedzanie zamku wraz z przewodnikiem zajęło nam przyszło dwie godziny. Tutaj największe wrażenie zrobił na nas rozmiar budowli (ilość pomieszczeń przyprawiała o zawroty głowy) i planowane przez władze niemieckie przekształcenia. Po lekcji historii szybkim tempem udaliśmy się do palmiarni, gdzie naprawdę odpoczęłam. Okazy zachwycały! Przed zwiedzaniem na uwadze należy mieć jednak, że  punkty te są od siebie oddzielone o kilka kilometrów i przejście z zamku do palmiarni nawet wyznaczonym przez pola skrótem, zajęło nam przyszło 25 minut. W Wałbrzychu zjedliśmy za to najlepsze pierogi na świecie- Pierogowa Chata.Sam budynek może niepozorny, ale mnogość i smak zdecydowanie na plus w stosunku do ceny.




 Podczas ostatnich dni postawiliśmy na aktywność. Za moją inicjatywą udaliśmy się na Szczeliniec Wielki, miejsce które chodziło ze mną już od bardzo, bardzo dawna, ale którego też bardzo się obawiałam.Kłopoty z ciśnieniem i oddychaniem na wysokościach pojawiają się u mnie dość regularnie, dlatego też bałam się samego wejścia. Okazało się jednak, że trasa jest przystępna (w większości prowadzi kamiennymi schodami) i nawet taka osoba jak ja, da sobie radę w terenie. Widoki na miejscu okazały się niezapomniane. Co ciekawe w tamtejszym schronisku można zjeść naprawdę dobrze i tanio. My trafiliśmy na porę śniadaniową podczas której do wyboru były m.in ogromne naleśniki z borówkami. Ja swojej  porcji nie dałam rady przejeść. Odmianą w stosunku do chodzenia po Biesach była dla mnie płatność. Tutaj nie płacimy przy wejściu, ale przy wyjściu (w sezonie turystycznym), a pieniądze oczywiście przeznaczone są na potrzeby utrzymania miejsca w należytym porządku. Labirynt i zejście okazały się niemałym zaskoczeniem.Były tam miejsca, gdzie ja ze swoją wagą ledwie przeciskałam się między skałami. Część trzeba było przejść kucając. Zdecydowanie walczyłam tam ze swoimi lękami.

SZCZELINIEC WIELKI - CIEKAWOSTKI


Na wzniesienie prowadzi 665 schodów ułożonych przeszlo 200 lat temu przez sołtysa pobliskiej miejscowości. Trasa wejście- zejście to odcinek prawie 5km! Na Szczelińcu kręcono sceny do filmu "Opowieści z Narnii: Książe Kaspian" - tylko z tego powodu zdecyduję się go obejrzeć :P 



 W drodze ze Szczelińca wstąpiliśmy do Błędnych Skał, a  stamtąd drogą 100 zakrętów udaliśmy się w  stronę Karłowa- chcieliśmy zahaczyć o Kudowę i tamtejszą Kaplicę Czaszek. Nie zmieściliśmy się jednak w czasie i z duszą na ramieniu wróciliśmy na mieszkanie. Zresztą i tak na więcej zwiedzania nie było już sił. Dzień przed wyjazdem zdecydowaliśmy się także poświęcić  na Wrocław, a właściwie tamtejsze zoo.Niespecjalnie przepadam za takimi miejscami, ale nie ukrywam, że Afrykarium zrobiło na mnie spore wrażenie. Opłata za pobliski parking była niestety znacznie mniej optymistyczna...

Podejrzewam, że nawet gdyby pozostałe dni urlopu udało nam się spędzić właśnie w tamtej okolicy i tak nie bylibyśmy w stanie zwiedzić wszystkiego. Pozostałości po okresie wojny nadają  G.Sowim niepowtarzalny klimat. Tam nawet powietrze pachnie tajemnicą sprzed lat.

Podsumowując: największe koszty wbrew pozorom wygenerowały bilety wstępu. W większości miejsc można było zyskać rabat. Dla rodzin z dziećmi przygotowane były dodatkowe, specjalne upusty. W żadnym z powyższych nie spotkałam się z zakazem robienia zdjęć (w większości opcja bez lampy). Na niektóre z atrakcji trzeba się wcześniej umówić telefonicznie np. na spływ w kopalni złota, większość jest jednak dostępna od ręki.

A gdzie Wy byliście w tym roku?!Co polecacie?

INSTA/FACEBOOK - jeśli chcesz wiedzieć więcej!
Przegląd okresowy, czyli podsumowanie października - nowości.

Przegląd okresowy, czyli podsumowanie października - nowości.

Dzisiejsze podsumowanie zmusiło mnie to  przemyśleń. Zastanawiam się czy jeszcze ze mnie blogerka kosmetyczna czy już książkowa :) Ostatnio jakoś tego drugiego przybywa mi więcej i więcej... I chociaż kosmetyków nadal używam, to jednak ich zakup nie sprawia już takiej radości jak kiedyś.Przekornie zacznę jednak od tego co trafiło do mnie końcem września oraz przez cały październik. Spory wpływ na moje wybory miały wszechobecne promocje. Najpierw Hebe i festiwal kosmetyków naturalnych podczas którego do koszyka trafiło znane mi już wcześniej czarne mydło Nacomi. Póżniej Rossmann i ich okresowa promocja na produkty do makijażu. Skusiłam się na kilka nowości i tak trafiło do mnie różowe cacuszko od Wibo, fluid matujący z Jandy, lakiery hybrydowe od Wibo (tak od czasu do czasu wracam do hybrydy, mam nadzieję, że obejdzie się bez takich rewelacji jak przy samilcu). Zakochałam się w zakupionej na promocji  płynnej pomadce Magic Pop od Wibo, wybrałam kolor 04 czyli nasycony fiolet.  Dodatkowo podczas wyprzedaży udało mi się przygarnąć dwa kosmetyki Kruidvat : maseczkę oczyszczającą do twarzy i mleczko rozgrzewające do masażu.Za każdy z nich zapłaciłam mniej niż 5zł.Do grona moich ulubieńców trafił tonik z kurkumą od Bielendy.




Pomadki Sylveco były dodatkiem do jednej z gazet, znam je już od dawna, a że cena była korzystna... Podczas wizyty w stacjonarnym sklepie Yves Rocher skusiłam się na zestaw w skład którego wchodził peeling do twarzy i dwie maseczki o których więcej napiszę z czasem. Ciekawostką jest dla mnie kokosowy balsam do ciała od Kasi Mandarynki, którego obecnie używam.  
Jesień w pełni, dlatego też w moim domu na nowo zagościły cieplejsze zapachy. Moje świece pochodzą z TK MAXX. Oprócz zapachów "kupiły " mnie prostym, przyjemnym dla oka opakowaniem.


Tak, ostatnio maniakalnie zbieram książki kucharskie, chociaż gotować specjalnie nie mam czasu.Liczę na to, że kiedyś nadrobię wszelkie zaległości :) Wśród tradycyjnych przepisów trafiłam na kilka perełek jak te zamieszczone w "Filmowym menu" czy "Zamień chemię na energię". Październik przyniósł sporo interesujących mnie pod względem tematyki reportaży. Było o mafii, więzieniu i modnym ostatnio temacie - polskim kościele, a dokładniej księżach.Urozmaiciłam sobie jednak wszystkie te historie zabawnymi przerwynikami typu "Wielki Ogarniacz Życia we dwoje". Przyjemność sprawiła mi również lektura książki dla dzieci i młodzieży i o niej na pewno napiszę tu z czasem więcej.  Jak widzicie na nowy rok jestem też całkiem dobrze przygotowana. Początkowo myślałam, że przejdziemy to razem z Kotem Jaśniepanem, ale im więcej kalendarzy, tym więcej pokus. 




Trochę z ciekawości, trochę z potrzeby przeorganizowania swojego życia zakupiłam gotowy Bullet Journal. Zamysł świetny i samo wydanie przypadło mi do gustu tylko... nie bardzo mam czas żeby móc z niego regularnie korzystać :D

A co nowego u Was?
Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger