Czy Nowy Rok= nowa ja?! Dlaczego zmiany są jak sól do kąpieli?

Czy Nowy Rok= nowa ja?! Dlaczego zmiany są jak sól do kąpieli?

Bardzo dawno mnie tu nie było. Istnieje kilka powodów, dla których zaniedbałam swojego bloga. W większości miała na to wpływ moja praca, która wymagała ode mnie w ostatnich tygodniach dużego zaangażowania. Wydawało mi się, że im więcej obowiązków na siebie wezmę, tym łatwiej będzie mi wpaść w rytm. Niestety, czas i życie szybko zweryfikowały ten stan rzeczy. Tak to nie działa. W wolnych chwilach myślałam tylko o tym, żeby móc w końcu usiąść z książką lub obejrzeć dobry film (zaległości mam spore, oj spore). W życiu są  też jednak inne rzeczy, a to, co nazywałam  swoim czasem wolnym na dobrą sprawę ostatecznie musiałam  poświęcić innym. Czy żałuję? Raczej nie. Chociaż nie jestem pewna czy ktoś tu jeszcze na mnie czeka?! Zmieniły mi się priorytety życiowe,  dlatego też kosmetyków będzie tutaj stosunkowo niewiele. Blog w końcu zaczyna dorastać wraz ze mną, a trochę kazałam Wam na ten proces czekać.  Im więcej obserwuję ludzi i świat, tym lepiej rozumiem, że oczekuje od  swojego życia czegoś innego. Teraz to mniej znaczy dla mnie więcej. Ostatcznie nie idę w  ilość, ale mam nadzieję, że uda mi się pójść w jakość. Być może zechcecie mi nadal towarzyszyć. Jedyne, co napawa mnie smutkiem to fakt,  że niestety zbyt wiele bliskich  mi osób zupełnie nie szanuje mojego czasu.Opracowałam może niezbyt ciekawą taktykę i zaczęłam wysyłać do ludzi te same sygnały co oni do mnie (więc jeśli kiedyś zacznę do Was narzekać na temat tego ile mam obowiązków łącząc pracę ze szkołą i życiem rodzinnym, to oznacza ni mniej ni więcej, że to Wy zaczęliście). A tak zupełnie serio wiele rzeczy  pozostawiam  tylko dla siebie,  jedynie mój mąż  wie jaką płacę za to cenę.  Zdecydowanie w nowym roku muszę się nauczyć doceniać samą siebie, swoją pracę na rzecz innych.  Wiem na pewno, że nie chcę się otaczać ludźmi,  którzy dostrzegają tylko negatywne aspekty, sama  nie chcę być również takim człowiekiem...  Mam nadzieję,   że kolejny  rok  postawi przede mną jak i  przed Wami  same wartościowe osoby,   że dostrzeżecie prawdziwy sens Waszego życia, znajdziecie swoje miejsce na ziemi. 


ANYŻ I ROZMARYN...

Rozmaryn- działanie antydepresyjne, rozgrzewające i poprawiające krążenie. Ideał dla zmarzniętych stóp. Dodatkowo wykazuje właściwości przeciwgrzybiczne.
Anyż - reguluje produkcję sebum. rozgrzewa mięśnie, a także odpręża i relaksuje.


W ciągu ostatnich tygodni poznałam (osobiście czy internetowo) sporo fantastycznych osób. Zainspirowało mnie to! Zdecydowanie na pierwszym miejscu pragnę podziękować dziewczynom z Klareko jeszcze raz. Sponsorowały organizowane przeze mnie spotkanie,  ale pozwoliły  mi też dodatkowo  na poznanie świata w nieco innym wydaniu. Oczywiście zmiany  to proces bardziej złożony i  nie okaże się nagle, że zrezygnuję ze wszystkiego co przetworzone, natomiast postaram się by mój przyszły dom był jak najbardziej fair wobec przyrody.  Całkiem niedawno zaczęłam doceniać to, że  daje mi ona poczucie wolności i niezmącony spokój. Kiedyś, by czuć, że żyję potrzebowałam nieustannego ruchu- miasto zapewniało mi do tego warunki idealne. W tej chwili nie wyobrażam sobie bym miała brać udział w tym  dzikim pędzie. Cieszę się, że powoli małymi krokami zmierzam w kierunku, który da nam obojgu wytchnienie. Zamierzam robić to, na co naprawdę mam ochotę. Jedną z takich rzeczy jest kręcenie  kosmetyków. Moja fascynacja roślinami pochłania mnie coraz bardziej. Liczba książek zielarskich w  biblioteczce rośnie, ale do tej pory niespecjalnie przekładało się to na moją wiedzę i zaangażowanie w tym temacie. Być może rok 2019 okaże się zielarskim przełomem? Póki co, zostawiam Was na rozgrzewkę  z bardzo prostym przepisem na sól do kąpieli stóp/całego ciała. Przepis ten jest tak banalny, że każdy  bez większego zaangażowania będzie w stanie go zrobić. To co mnie sprawia największą radość, to  satysfakcja z  samodzielnego wykonania. Mam nadzieję, że będzie towarzyszła i Wam. Wówczas przyjemność korzystania z takich kosmetyków jest o niebo większa niż z tych gotowych. 



W swojej historii wykorzystałam sól z Morza Martwego. Ilość (według potrzeb) wymieszałam w szklanym naczyniu wraz z dodatkami i łyżką oleju. Wyniesione ze szkoły kosmetycznej przyzwyczajenia przetrwały i każde surowce kosmetyczne mieszam specjalnymi szpatułkami/ew. drewnianymi sztućcami (nigdy metalowymi!).

Podczas domowej produkcji uświadomiłam sobie jednak, że jest coś czego mi brakuje. Zdecydowanie brakuje mi moździerza! Do wykonania swojego peelingu postanowiłam użyć gwiazdek anyżu oraz suszonego rozmarynu. Rozdrobnienie tych dwóch składników bez odpowiednich narzędzi to wcale nie taka prosta sprawa. A że ostatnio mam fazę na oleje roślinne postanowiłam swoją sól wzbogacić odrobiną oleju konopnego. Oprócz tego, że całość fantastycznie wygląda na zdjęciach, okazuje się, że również w użyciu mocno mnie zadowala.  Plusem soli do kąpieli jest  wręcz nieograniczona mnogość wariacji. Trochę  jak w życiu. Jemu też sami jesteśmy w stanie nadać odpowiedni koloryt: swoimi działaniami, doborem przyjaciół czy zmianą priorytetów. W całym tym procesie stała jest sól, sól jako "ja". Dodatki wybieramy według uznania. Przyjemnej zabawy z tworzenia! I wszystkiego dobrego w tym Nowym Roku!




Co łączy nasz urlop z "Opowieściami z Narnii" ?! Kogo zachwyci Dolny Śląsk?

Co łączy nasz urlop z "Opowieściami z Narnii" ?! Kogo zachwyci Dolny Śląsk?

Planowanie urlopu mnie relaksuje.Zwykle już zimą wiem, gdzie wyjadę na wakacje następnego lata, co pozwala zaoszczędzić mi w późniejszym okresie i czas i pieniądze. W zeszłym roku podjęliśmy decyzję, że tym razem za cel obieramy dwa skrajne kierunki. Nasze niezdecydowanie dało o sobie znać. Jako pierwsze odwiedziliśmy Góry Sowie oraz Stołowe,  do czego zainspirował mnie jeden z horrorów Łukasza Hennela. Akcja "Demona" okazała się na tyle interesująca, że postanowiłam na własne oczy zobaczyć opisywane w książce miejsca.Nie spodziewałam się jednak, że ta okolica obfita jest w tyle atrakcji. Zaplanowane przez nas 4 dni okazały się niewystarczające, a przygotowany w domu plan uległ  na miejscu  wielu modyfikacjom.


Zacznijmy jednak od początku. Nocleg znalazłam za pomocą strony noclegowo.pl nie pierwszy już zresztą raz. Wynajęty pokój okazał się naprawdę przytulny, dużym plusem była niska cena oraz  spokojna okolica. Łazienka w pokoju to jedyny luksus jakiego wymagam, bo jednak dzielenia prysznica z kimś obcym sobie nie wyobrażam. W Agroturystyce Orłowscy  dodatkowo pokoje wyposażone były w mini aneksy kuchenne, a w dużym holu znajdowała się strefa z lodówką i kuchenką w razie gdyby komuś chciało się podczas urlopu samodzielnie pichcić obiad. Jedynym minusem z mojego punktu widzenia był stosunkowo mały parking przed budynkiem. O wiele przyjemniej załatwiało mi się również pokój i wszelkie  związane z noclegiem sprawy z właścicielem niż z właścicielką. Odnosiłam wrażenie, że pani każdego nocującego traktuje jak potencjalnego wandala :P  Od razu ostrzegam też, że poza pełnym sezonem turystycznym w Sokolcu ciężko coś zjeść po godzinie 20. Niestety  większość lokali zamykała się w momencie, gdy my wracaliśmy dopiero "do domu" z całodniowych wycieczek.
Czterodniowy pobyt to koszt w okolicach 320-360zł za 2 os.




Polskę przejechaliśmy wzdłuż i wszerz a właściwie pierwsze wszerz... Początkowa trasa wynosiła około 500 km, ale oczywiście zahaczyliśmy o kilka dodatkowych punktów (np. zboczyliśmy do Moszny). Niestety tamtejszy zamek na żywo zupełnie mnie rozczarował, a może nie tyle zamek ile jego okolica...Dodatkowo w  drodze na miejsce docelowe udało nam się zwiedzić Złoty Stok i tamtejszą kopalnię.Jeszcze w domu zainteresowałam się ofertą tego miejsca, a pani w punkcie informacyjnym utwierdziła mnie w przekonaniu, że najlepszą opcją jest wybranie pakietu. Pojedyncze bilety oscylowały w granicach 25zł/os.  Biorąc pod uwagę, że do opłacenia było 3 (wersja z full opcją 4) atrakcje to jednak bardziej opłacało się skorzystać z opcji "Razem taniej-3 razy więcej", gdzie koszt pakietu od osoby to 48zł w wersji normalnej i 36zł ulgowej. Dociekliwi na stronie kopalni znajdą wszelkie potrzebne informacje. Pierwszym etapem było zwiedzanie Średniowiecznej osady górniczej w której poznawaliśmy sprzęt służący do wydobywania złota niemal od średniowiecza do czasów współczesnych. Na tym etapie wycieczki najlepszym miejscem okazał się Dom Kata, który  wbrew pozorom wykazywał się sporym poczuciem humoru. Na ścianach znajdowało się sporo niezawodnych sentencji 😈 Nie ukrywam, że największym wyzwaniem było przejście tunelu w którym zdecydowanie grawitacja płatała figle. Kolejno udaliśmy się do sztolni i kopalni. Warto mieć na uwadze, że jednak wchodzimy w podziemia- temperatura stała wynosi  tam około 7- 8 stopni Celsjusza oraz jest bardzo wysoka wilgotność powietrza. Naprawdę kurtki zimowe to dobra opcja dla zmarzluchów.Sztolnie były ciasne i dość wymagające,  więc zdecydowanie nie jest to miejsce dla osób z klaustrofobią. Warto jednak skorzystać z tej opcji chociażby po to, by obejrzeć podziemny wodospad. Co ciekawe na każdym etapie zwiedzania oprowadzał nas inny przewodnik, a pomiędzy następnymi przejściami była chwila na odpoczynek.Najtrudniej było nam się rozstać z p.Elą, oprowadzającą po ostatnim etapie wycieczki czyli kopalni. Pełna energii kobieta prócz sporej dawki wiedzy sprzedała nam całe mnóstwo ciekawostek i  miejscowych legend.Na końcu czekały na nas dwie dodatkowe atrakcje: sala ze śmiesznymi tabliczkami rodem z PRL (coś co lubię), a także podziemny przejazd kolejką. Nie będę się tu mocno wdawać w szczegóły, powiem tylko - warto!  Co ciekawe złoża złota nadal występują w tamtejszej okolicy, ale ich wydobycie jest zwyczajnie nieopłacalne. 



 Podczas kolejnego dnia zdecydowaliśmy się na zakup biletu łączonego na Sztolnie Walimskie (znane też pod nazwą Kompleks Riese-Rzeczka) oraz zamek Grodno, dzięki temu  kolejny raz zaoszczędziliśmy i czas i gotówkę. Sztolnie okazały się istnym rajem dla osób takich jak my. Pasjonaci II WŚ będą zadowoleni, bo oprócz faktów przedstawiane są tutaj także różne teorie zakrawające o spisek. Niestety nie pamiętam imienia naszego przewodnika, ale był to pasjonat  pełną gębą. Facet wiedział o czym mówi. Bez problemu lawirował między historią tego miejsca, a współczesnymi badaniami. Wycieczka ta okazała się jednym z lepiej  trafionych punktów naszego wyjazdu. W przypadku odwiedzin tego miejsca również należy pamiętać o  zabraniu ciepłej odzieży i wygodnych butów, bo niestety w niektórych korytarzach sztolni pojawiała się woda/błoto. Jeśli kiedykolwiek będziemy mieli możliwość pojawić się w sztolniach, to nie ukrywam, że zrobimy to z przyjemnością. Mam nadzieję, że do tego czasu odkryte zostaną kolejne korytarze i co ważne będą udostępnione dla zwiedzających. Przed podróżą warto przyjrzeć się godzinom wejść, bo sztolni nie można zwiedzać samodzielnie, a przewodnik zaprosi nas do środka wyłącznie w wybranych godzinach. p.s. Uważajcie na sprzęt. Ze względu na wysoką wilgotność i niską temperaturę akumulatory szybko się rozładowują.


Riese - kryptonim projektu górniczo- budowlanego nazistowskich Niemiec. Jednym z jego elementów jest odwiedzony przez nas kompleks  Walim - Rzeczka . To właśnie tutaj, wykute w skałach znajdują się trzy wejścia oddalone od siebie o mniej więcej 45m. Między poszczególnymi częściami znajdują się ogromne hale (na żywo robi to niesamowite wrażenie, niestety mocno depresyjne, jeśli człowiek uświadomi sobie cierpienia ludzi tam pracujących). Przy budowie i drążeniu wykorzystywano więźniów osadzonych w pobliskich obozach zagłady.






 Zamku Grodno nie mieliśmy początkowo w planach. Przekonał nas do niego bilet łączony. Ciekawa lokalizacja na wzgórzu uniemożliwiała dotarcie na miejsce samochodem, zyskaliśmy więc w pakiecie spacer przez park. Tutaj również mieliśmy szczęście do przewodnika, a właściwie do pani przewodnik, która wykazywała się ogromnym poczuciem humoru.Nawet czasowy remont zamku oraz prowadzone na jego dziedzińcu prace nie przeszkadzały jej w opowiadaniu historii- w nieco unowocześnionej wersji. Trochę to smutne, ale jednak nie wszyscy turyści są w stanie docenić potencjał takich miejsc. Jak wspomniała, zdarzało się że podczas niektórych wycieczek dochodziło do dewastowania wybranych sal.  Na zamku istnieje bezpłatna możliwość zwiedzania z przewodnikiem, z tego co pamiętam zbiórka przed zamkowym portalem o pełnych godzinach.


Tego samego dnia w godzinach popołudniowych nakreśliłam bardzo ambitny plan: łączony bilet  z 4 atrakcjami w Wałbrzychu. na tej liście znajdował się Zamek Książ, Palmiarnia, Stara Kopalnia i Muzeum Porcelany. Na szczęście już podczas wizyty w zamku osoba z informacji podpowiedziała nam, że dotarcie i zobaczenie każdego  z czterech punktów w tak  krótkim czasie jest nie do zrealizowania. Wykupiliśmy więc jedynie bilety 2w1. Samo zwiedzanie zamku wraz z przewodnikiem zajęło nam przyszło dwie godziny. Tutaj największe wrażenie zrobił na nas rozmiar budowli (ilość pomieszczeń przyprawiała o zawroty głowy) i planowane przez władze niemieckie przekształcenia. Po lekcji historii szybkim tempem udaliśmy się do palmiarni, gdzie naprawdę odpoczęłam. Okazy zachwycały! Przed zwiedzaniem na uwadze należy mieć jednak, że  punkty te są od siebie oddzielone o kilka kilometrów i przejście z zamku do palmiarni nawet wyznaczonym przez pola skrótem, zajęło nam przyszło 25 minut. W Wałbrzychu zjedliśmy za to najlepsze pierogi na świecie- Pierogowa Chata.Sam budynek może niepozorny, ale mnogość i smak zdecydowanie na plus w stosunku do ceny.




 Podczas ostatnich dni postawiliśmy na aktywność. Za moją inicjatywą udaliśmy się na Szczeliniec Wielki, miejsce które chodziło ze mną już od bardzo, bardzo dawna, ale którego też bardzo się obawiałam.Kłopoty z ciśnieniem i oddychaniem na wysokościach pojawiają się u mnie dość regularnie, dlatego też bałam się samego wejścia. Okazało się jednak, że trasa jest przystępna (w większości prowadzi kamiennymi schodami) i nawet taka osoba jak ja, da sobie radę w terenie. Widoki na miejscu okazały się niezapomniane. Co ciekawe w tamtejszym schronisku można zjeść naprawdę dobrze i tanio. My trafiliśmy na porę śniadaniową podczas której do wyboru były m.in ogromne naleśniki z borówkami. Ja swojej  porcji nie dałam rady przejeść. Odmianą w stosunku do chodzenia po Biesach była dla mnie płatność. Tutaj nie płacimy przy wejściu, ale przy wyjściu (w sezonie turystycznym), a pieniądze oczywiście przeznaczone są na potrzeby utrzymania miejsca w należytym porządku. Labirynt i zejście okazały się niemałym zaskoczeniem.Były tam miejsca, gdzie ja ze swoją wagą ledwie przeciskałam się między skałami. Część trzeba było przejść kucając. Zdecydowanie walczyłam tam ze swoimi lękami.

SZCZELINIEC WIELKI - CIEKAWOSTKI


Na wzniesienie prowadzi 665 schodów ułożonych przeszlo 200 lat temu przez sołtysa pobliskiej miejscowości. Trasa wejście- zejście to odcinek prawie 5km! Na Szczelińcu kręcono sceny do filmu "Opowieści z Narnii: Książe Kaspian" - tylko z tego powodu zdecyduję się go obejrzeć :P 



 W drodze ze Szczelińca wstąpiliśmy do Błędnych Skał, a  stamtąd drogą 100 zakrętów udaliśmy się w  stronę Karłowa- chcieliśmy zahaczyć o Kudowę i tamtejszą Kaplicę Czaszek. Nie zmieściliśmy się jednak w czasie i z duszą na ramieniu wróciliśmy na mieszkanie. Zresztą i tak na więcej zwiedzania nie było już sił. Dzień przed wyjazdem zdecydowaliśmy się także poświęcić  na Wrocław, a właściwie tamtejsze zoo.Niespecjalnie przepadam za takimi miejscami, ale nie ukrywam, że Afrykarium zrobiło na mnie spore wrażenie. Opłata za pobliski parking była niestety znacznie mniej optymistyczna...

Podejrzewam, że nawet gdyby pozostałe dni urlopu udało nam się spędzić właśnie w tamtej okolicy i tak nie bylibyśmy w stanie zwiedzić wszystkiego. Pozostałości po okresie wojny nadają  G.Sowim niepowtarzalny klimat. Tam nawet powietrze pachnie tajemnicą sprzed lat.

Podsumowując: największe koszty wbrew pozorom wygenerowały bilety wstępu. W większości miejsc można było zyskać rabat. Dla rodzin z dziećmi przygotowane były dodatkowe, specjalne upusty. W żadnym z powyższych nie spotkałam się z zakazem robienia zdjęć (w większości opcja bez lampy). Na niektóre z atrakcji trzeba się wcześniej umówić telefonicznie np. na spływ w kopalni złota, większość jest jednak dostępna od ręki.

A gdzie Wy byliście w tym roku?!Co polecacie?

INSTA/FACEBOOK - jeśli chcesz wiedzieć więcej!
Przegląd okresowy, czyli podsumowanie października - nowości.

Przegląd okresowy, czyli podsumowanie października - nowości.

Dzisiejsze podsumowanie zmusiło mnie to  przemyśleń. Zastanawiam się czy jeszcze ze mnie blogerka kosmetyczna czy już książkowa :) Ostatnio jakoś tego drugiego przybywa mi więcej i więcej... I chociaż kosmetyków nadal używam, to jednak ich zakup nie sprawia już takiej radości jak kiedyś.Przekornie zacznę jednak od tego co trafiło do mnie końcem września oraz przez cały październik. Spory wpływ na moje wybory miały wszechobecne promocje. Najpierw Hebe i festiwal kosmetyków naturalnych podczas którego do koszyka trafiło znane mi już wcześniej czarne mydło Nacomi. Póżniej Rossmann i ich okresowa promocja na produkty do makijażu. Skusiłam się na kilka nowości i tak trafiło do mnie różowe cacuszko od Wibo, fluid matujący z Jandy, lakiery hybrydowe od Wibo (tak od czasu do czasu wracam do hybrydy, mam nadzieję, że obejdzie się bez takich rewelacji jak przy samilcu). Zakochałam się w zakupionej na promocji  płynnej pomadce Magic Pop od Wibo, wybrałam kolor 04 czyli nasycony fiolet.  Dodatkowo podczas wyprzedaży udało mi się przygarnąć dwa kosmetyki Kruidvat : maseczkę oczyszczającą do twarzy i mleczko rozgrzewające do masażu.Za każdy z nich zapłaciłam mniej niż 5zł.Do grona moich ulubieńców trafił tonik z kurkumą od Bielendy.




Pomadki Sylveco były dodatkiem do jednej z gazet, znam je już od dawna, a że cena była korzystna... Podczas wizyty w stacjonarnym sklepie Yves Rocher skusiłam się na zestaw w skład którego wchodził peeling do twarzy i dwie maseczki o których więcej napiszę z czasem. Ciekawostką jest dla mnie kokosowy balsam do ciała od Kasi Mandarynki, którego obecnie używam.  
Jesień w pełni, dlatego też w moim domu na nowo zagościły cieplejsze zapachy. Moje świece pochodzą z TK MAXX. Oprócz zapachów "kupiły " mnie prostym, przyjemnym dla oka opakowaniem.


Tak, ostatnio maniakalnie zbieram książki kucharskie, chociaż gotować specjalnie nie mam czasu.Liczę na to, że kiedyś nadrobię wszelkie zaległości :) Wśród tradycyjnych przepisów trafiłam na kilka perełek jak te zamieszczone w "Filmowym menu" czy "Zamień chemię na energię". Październik przyniósł sporo interesujących mnie pod względem tematyki reportaży. Było o mafii, więzieniu i modnym ostatnio temacie - polskim kościele, a dokładniej księżach.Urozmaiciłam sobie jednak wszystkie te historie zabawnymi przerwynikami typu "Wielki Ogarniacz Życia we dwoje". Przyjemność sprawiła mi również lektura książki dla dzieci i młodzieży i o niej na pewno napiszę tu z czasem więcej.  Jak widzicie na nowy rok jestem też całkiem dobrze przygotowana. Początkowo myślałam, że przejdziemy to razem z Kotem Jaśniepanem, ale im więcej kalendarzy, tym więcej pokus. 




Trochę z ciekawości, trochę z potrzeby przeorganizowania swojego życia zakupiłam gotowy Bullet Journal. Zamysł świetny i samo wydanie przypadło mi do gustu tylko... nie bardzo mam czas żeby móc z niego regularnie korzystać :D

A co nowego u Was?
W rytmie slow... sanockie spotkanie blogerek okiem organizatora.

W rytmie slow... sanockie spotkanie blogerek okiem organizatora.

"W rytmie slow..." zrodziło się w mojej głowie tuż przed wrześniowym urlopem. Ciągła gonitwa w rytmie "praca-dom" dała mi się wówczas mocno we znaki i marzyłam jedynie o tym, by móc osiągnąć wewnętrzny spokój. Brakowało mi babskich plot, leniwego popołudnia i możliwości poznania produktów innych niż dotychczas.  Moje założenie było z jednej strony proste, a z drugiej trudne, zawalczyć o chwilę tylko dla siebie w tym zabieganym świecie. Chciałam przedstawić  je dziewczynom jak najlepiej, ale nie jestem pewna czy mój przekaz został zrozumiany. Oby ;) 


NoBo Cafe przywitało nas przytulnym wnętrzem. Od koleżanek z pracy wiedziałam, że warto wpaść tam chociażby na kawę czy obłędną tartę. Tak, zdecydowanie i jedno i drugie bardzo mi smakowało, chociaż nie ukrywam, że tamtejsza tarta to danie zdecydowanie dla dwóch osób, a ja szalona wzięłam dla siebie całą...  

Cała historia zaczęła się od informacji podanej w radio. Podobno podczas jednego sprzątania środkami chemicznymi do naszych płuc wędrują substancje szkodliwe, których  jednorazowe działanie porównywalne jest do miesiąca intensywnego palenia. Ruszyło mnie, bo mocno wypominam mojemu mężowi każdego papierosa, a tymczasem sama... Sprzątam, sprzątam, sprzątam! To wymusiło we mnie poszukiwania produktów o podobnym działaniu, ale nie siejących spustoszenia w moim organizmie. Tak trafiłam na Klareko, firmę zajmującą się produkcją (a właściwie tworzeniem) ekologicznych środków czystości.Pomyślałam, że spróbuję, napiszę...  Nawiązałam kontakt z jedną z założycielek, Martą. Ciepła kobieta i co dało się odczuć podczas długiej rozmowy telefonicznej, mocno zaangażowana w działania na rzecz środowiska. Początkowo zaskoczyła mnie chęcią rozmowy, bo zwykle taka propozycja ze strony firmy nie pada, ale już "po" wiedziałam, że była nam obu potrzebna. Jej, by mogła przekazać w przejrzysty sposób założenia firmy i mnie- by odkryć skalę problemu. To smutne, ale tak naprawdę niewiele z nas zwraca uwagę na to co znajduje się w składach środków czystości. A one tak samo jak kosmetyki mają kontakt z naszą skórą. Rozmowa z punktu widzenia konsumenta była dla mnie na tyle pomocna i interesująca, że jej szczegóły pojawią się z czasem na blogu. Zamysł był prosty: móc sprzątać w wolnych chwilach, bez obaw o zdrowie i bezpieczeństwo dzieci. Dlatego też Klareko bazuje na wyciągach roślinnych, ich składy są proste i przejrzyście rozpisane na opakowaniach (nadających się zresztą do recyklingu w PL). Dodatkowo pachną, o czym zresztą każda z nas miała okazję się przekonać.Co ciekawe w ofercie dziewczyn pojawiły się również świece sojowe. 



Miałam szczęście, bo na mojej drodze stanęło jeszcze kilka kobiet chcących podzielić się swoją wiedzą. Kolejną z nich była Kasia, znana w szerszym gronie jako Mandarynka. Z nią też miałam okazję porozmawiać telefonicznie i wyszedł z tego całkiem przyjemny blogerski wywiad.Kultowym produktem Kasi jest właśnie...krem mandarynkowy. Ale w swojej ofercie ma również inne kosmetyki jak maść lawendowa czy balsam kokosowy. "Kręcić" zaczęła w 2015r. Z czasem grono użytkowników sięgających po jej wyroby  rozrosło się poza rodzinę i znajomych.  




Naturativ  to marka wykreowana przez Magdę Hajduk.Jak sama mówi, kosmetyki naturalne od lat były jej pasją. Początkowo dostęp do nich był w naszym kraju utrudniony, więc sprowadzała je z różnych zakątków świata, później zaczęła tworzyć sama. Mocno zainspirowała się dobrem płynącym z natury. Co ciekawe Naturativ pojawił się najpierw na rynkach zagranicznych -2013r., a dopiero później na polskim rynku kosmetycznym - 2016r.



Chciałam, aby spotkanie było spójne tematycznie i mam nadzieję udało mi się stworzyć wspólny motyw. Wśród firm chcących wesprzeć nasze spotkanie pojawiła się także AUTORSKA, księgarnia w której klient ma poczuć się jak u siebie. Tak jest, a wiem co mówię, bo tam pracuję! ;)  Wnętrza odpowiadają tym jakie sami posiadamy w domu. Jest kuchnia, salon sypialnia, a nawet łazienka. Na miejscu można usiąść i w spokoju zanurzyć się w lekturze popijając przy tym aromatyczną kawę czy herbatę. Tym razem uczestniczki otrzymały rabat na zakupy, a na potrzeby spotkania stworzony został konkurs fotograficzny #wrytmieslow. Darmową wysyłkę i promocyjne ceny zapewniła Agata, kobieta tworząca świece sojowe Flaming z drewnianym knotem. Jest to świeżynka na polskim rynku, bo firma istnieje zaledwie od maja 2018r. Pomysł na biznes pojawił się w okolicy świąt, podczas samodzielnego przygotowywania prezentów dla bliskich. Próbkami swoich produktów podzieliła się z nami marka Esito, również zainspirowana naturą. Jej nazwa pochodzi od włoskiego słowa oznaczającego rezultat działania. I tym mają się wyróżniać produkty tej firmy na tle innych.







Postanowiłam, że uzupełnię spotkanie o kilka elementów "od siebie". Dziewczyny otrzymały ode mnie list z informacjami o firmach, ich ideologiach i informacjach o tym jak ważne są zmiany w naszym życiu. Przygotowałam również małe drobiazgi, dzięki którym oddawanie się przyjemnościom sam na sam stanie się łatwiejsze. Obecna pora roku nastraja do schowania się pod kocykiem z kubkiem gorącej herbaty.  Być może oczekiwania dziewczyn były nieco inne, ale mimo wszystko mam nadzieję, że spędziły miłe sobotnie popołudnie w kameralnym gronie. Z tego miejsca pragnę podziękować wszystkim, którzy zechcieli podzielić się z nami swoim spojrzeniem na świat!
Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger