Co łączy nasz urlop z "Opowieściami z Narnii" ?! Kogo zachwyci Dolny Śląsk?

Co łączy nasz urlop z "Opowieściami z Narnii" ?! Kogo zachwyci Dolny Śląsk?

Planowanie urlopu mnie relaksuje.Zwykle już zimą wiem, gdzie wyjadę na wakacje następnego lata, co pozwala zaoszczędzić mi w późniejszym okresie i czas i pieniądze. W zeszłym roku podjęliśmy decyzję, że tym razem za cel obieramy dwa skrajne kierunki. Nasze niezdecydowanie dało o sobie znać. Jako pierwsze odwiedziliśmy Góry Sowie oraz Stołowe,  do czego zainspirował mnie jeden z horrorów Łukasza Hennela. Akcja "Demona" okazała się na tyle interesująca, że postanowiłam na własne oczy zobaczyć opisywane w książce miejsca.Nie spodziewałam się jednak, że ta okolica obfita jest w tyle atrakcji. Zaplanowane przez nas 4 dni okazały się niewystarczające, a przygotowany w domu plan uległ  na miejscu  wielu modyfikacjom.


Zacznijmy jednak od początku. Nocleg znalazłam za pomocą strony noclegowo.pl nie pierwszy już zresztą raz. Wynajęty pokój okazał się naprawdę przytulny, dużym plusem była niska cena oraz  spokojna okolica. Łazienka w pokoju to jedyny luksus jakiego wymagam, bo jednak dzielenia prysznica z kimś obcym sobie nie wyobrażam. W Agroturystyce Orłowscy  dodatkowo pokoje wyposażone były w mini aneksy kuchenne, a w dużym holu znajdowała się strefa z lodówką i kuchenką w razie gdyby komuś chciało się podczas urlopu samodzielnie pichcić obiad. Jedynym minusem z mojego punktu widzenia był stosunkowo mały parking przed budynkiem. O wiele przyjemniej załatwiało mi się również pokój i wszelkie  związane z noclegiem sprawy z właścicielem niż z właścicielką. Odnosiłam wrażenie, że pani każdego nocującego traktuje jak potencjalnego wandala :P  Od razu ostrzegam też, że poza pełnym sezonem turystycznym w Sokolcu ciężko coś zjeść po godzinie 20. Niestety  większość lokali zamykała się w momencie, gdy my wracaliśmy dopiero "do domu" z całodniowych wycieczek.
Czterodniowy pobyt to koszt w okolicach 320-360zł za 2 os.




Polskę przejechaliśmy wzdłuż i wszerz a właściwie pierwsze wszerz... Początkowa trasa wynosiła około 500 km, ale oczywiście zahaczyliśmy o kilka dodatkowych punktów (np. zboczyliśmy do Moszny). Niestety tamtejszy zamek na żywo zupełnie mnie rozczarował, a może nie tyle zamek ile jego okolica...Dodatkowo w  drodze na miejsce docelowe udało nam się zwiedzić Złoty Stok i tamtejszą kopalnię.Jeszcze w domu zainteresowałam się ofertą tego miejsca, a pani w punkcie informacyjnym utwierdziła mnie w przekonaniu, że najlepszą opcją jest wybranie pakietu. Pojedyncze bilety oscylowały w granicach 25zł/os.  Biorąc pod uwagę, że do opłacenia było 3 (wersja z full opcją 4) atrakcje to jednak bardziej opłacało się skorzystać z opcji "Razem taniej-3 razy więcej", gdzie koszt pakietu od osoby to 48zł w wersji normalnej i 36zł ulgowej. Dociekliwi na stronie kopalni znajdą wszelkie potrzebne informacje. Pierwszym etapem było zwiedzanie Średniowiecznej osady górniczej w której poznawaliśmy sprzęt służący do wydobywania złota niemal od średniowiecza do czasów współczesnych. Na tym etapie wycieczki najlepszym miejscem okazał się Dom Kata, który  wbrew pozorom wykazywał się sporym poczuciem humoru. Na ścianach znajdowało się sporo niezawodnych sentencji 😈 Nie ukrywam, że największym wyzwaniem było przejście tunelu w którym zdecydowanie grawitacja płatała figle. Kolejno udaliśmy się do sztolni i kopalni. Warto mieć na uwadze, że jednak wchodzimy w podziemia- temperatura stała wynosi  tam około 7- 8 stopni Celsjusza oraz jest bardzo wysoka wilgotność powietrza. Naprawdę kurtki zimowe to dobra opcja dla zmarzluchów.Sztolnie były ciasne i dość wymagające,  więc zdecydowanie nie jest to miejsce dla osób z klaustrofobią. Warto jednak skorzystać z tej opcji chociażby po to, by obejrzeć podziemny wodospad. Co ciekawe na każdym etapie zwiedzania oprowadzał nas inny przewodnik, a pomiędzy następnymi przejściami była chwila na odpoczynek.Najtrudniej było nam się rozstać z p.Elą, oprowadzającą po ostatnim etapie wycieczki czyli kopalni. Pełna energii kobieta prócz sporej dawki wiedzy sprzedała nam całe mnóstwo ciekawostek i  miejscowych legend.Na końcu czekały na nas dwie dodatkowe atrakcje: sala ze śmiesznymi tabliczkami rodem z PRL (coś co lubię), a także podziemny przejazd kolejką. Nie będę się tu mocno wdawać w szczegóły, powiem tylko - warto!  Co ciekawe złoża złota nadal występują w tamtejszej okolicy, ale ich wydobycie jest zwyczajnie nieopłacalne. 



 Podczas kolejnego dnia zdecydowaliśmy się na zakup biletu łączonego na Sztolnie Walimskie (znane też pod nazwą Kompleks Riese-Rzeczka) oraz zamek Grodno, dzięki temu  kolejny raz zaoszczędziliśmy i czas i gotówkę. Sztolnie okazały się istnym rajem dla osób takich jak my. Pasjonaci II WŚ będą zadowoleni, bo oprócz faktów przedstawiane są tutaj także różne teorie zakrawające o spisek. Niestety nie pamiętam imienia naszego przewodnika, ale był to pasjonat  pełną gębą. Facet wiedział o czym mówi. Bez problemu lawirował między historią tego miejsca, a współczesnymi badaniami. Wycieczka ta okazała się jednym z lepiej  trafionych punktów naszego wyjazdu. W przypadku odwiedzin tego miejsca również należy pamiętać o  zabraniu ciepłej odzieży i wygodnych butów, bo niestety w niektórych korytarzach sztolni pojawiała się woda/błoto. Jeśli kiedykolwiek będziemy mieli możliwość pojawić się w sztolniach, to nie ukrywam, że zrobimy to z przyjemnością. Mam nadzieję, że do tego czasu odkryte zostaną kolejne korytarze i co ważne będą udostępnione dla zwiedzających. Przed podróżą warto przyjrzeć się godzinom wejść, bo sztolni nie można zwiedzać samodzielnie, a przewodnik zaprosi nas do środka wyłącznie w wybranych godzinach. p.s. Uważajcie na sprzęt. Ze względu na wysoką wilgotność i niską temperaturę akumulatory szybko się rozładowują.


Riese - kryptonim projektu górniczo- budowlanego nazistowskich Niemiec. Jednym z jego elementów jest odwiedzony przez nas kompleks  Walim - Rzeczka . To właśnie tutaj, wykute w skałach znajdują się trzy wejścia oddalone od siebie o mniej więcej 45m. Między poszczególnymi częściami znajdują się ogromne hale (na żywo robi to niesamowite wrażenie, niestety mocno depresyjne, jeśli człowiek uświadomi sobie cierpienia ludzi tam pracujących). Przy budowie i drążeniu wykorzystywano więźniów osadzonych w pobliskich obozach zagłady.






 Zamku Grodno nie mieliśmy początkowo w planach. Przekonał nas do niego bilet łączony. Ciekawa lokalizacja na wzgórzu uniemożliwiała dotarcie na miejsce samochodem, zyskaliśmy więc w pakiecie spacer przez park. Tutaj również mieliśmy szczęście do przewodnika, a właściwie do pani przewodnik, która wykazywała się ogromnym poczuciem humoru.Nawet czasowy remont zamku oraz prowadzone na jego dziedzińcu prace nie przeszkadzały jej w opowiadaniu historii- w nieco unowocześnionej wersji. Trochę to smutne, ale jednak nie wszyscy turyści są w stanie docenić potencjał takich miejsc. Jak wspomniała, zdarzało się że podczas niektórych wycieczek dochodziło do dewastowania wybranych sal.  Na zamku istnieje bezpłatna możliwość zwiedzania z przewodnikiem, z tego co pamiętam zbiórka przed zamkowym portalem o pełnych godzinach.


Tego samego dnia w godzinach popołudniowych nakreśliłam bardzo ambitny plan: łączony bilet  z 4 atrakcjami w Wałbrzychu. na tej liście znajdował się Zamek Książ, Palmiarnia, Stara Kopalnia i Muzeum Porcelany. Na szczęście już podczas wizyty w zamku osoba z informacji podpowiedziała nam, że dotarcie i zobaczenie każdego  z czterech punktów w tak  krótkim czasie jest nie do zrealizowania. Wykupiliśmy więc jedynie bilety 2w1. Samo zwiedzanie zamku wraz z przewodnikiem zajęło nam przyszło dwie godziny. Tutaj największe wrażenie zrobił na nas rozmiar budowli (ilość pomieszczeń przyprawiała o zawroty głowy) i planowane przez władze niemieckie przekształcenia. Po lekcji historii szybkim tempem udaliśmy się do palmiarni, gdzie naprawdę odpoczęłam. Okazy zachwycały! Przed zwiedzaniem na uwadze należy mieć jednak, że  punkty te są od siebie oddzielone o kilka kilometrów i przejście z zamku do palmiarni nawet wyznaczonym przez pola skrótem, zajęło nam przyszło 25 minut. W Wałbrzychu zjedliśmy za to najlepsze pierogi na świecie- Pierogowa Chata.Sam budynek może niepozorny, ale mnogość i smak zdecydowanie na plus w stosunku do ceny.




 Podczas ostatnich dni postawiliśmy na aktywność. Za moją inicjatywą udaliśmy się na Szczeliniec Wielki, miejsce które chodziło ze mną już od bardzo, bardzo dawna, ale którego też bardzo się obawiałam.Kłopoty z ciśnieniem i oddychaniem na wysokościach pojawiają się u mnie dość regularnie, dlatego też bałam się samego wejścia. Okazało się jednak, że trasa jest przystępna (w większości prowadzi kamiennymi schodami) i nawet taka osoba jak ja, da sobie radę w terenie. Widoki na miejscu okazały się niezapomniane. Co ciekawe w tamtejszym schronisku można zjeść naprawdę dobrze i tanio. My trafiliśmy na porę śniadaniową podczas której do wyboru były m.in ogromne naleśniki z borówkami. Ja swojej  porcji nie dałam rady przejeść. Odmianą w stosunku do chodzenia po Biesach była dla mnie płatność. Tutaj nie płacimy przy wejściu, ale przy wyjściu (w sezonie turystycznym), a pieniądze oczywiście przeznaczone są na potrzeby utrzymania miejsca w należytym porządku. Labirynt i zejście okazały się niemałym zaskoczeniem.Były tam miejsca, gdzie ja ze swoją wagą ledwie przeciskałam się między skałami. Część trzeba było przejść kucając. Zdecydowanie walczyłam tam ze swoimi lękami.

SZCZELINIEC WIELKI - CIEKAWOSTKI


Na wzniesienie prowadzi 665 schodów ułożonych przeszlo 200 lat temu przez sołtysa pobliskiej miejscowości. Trasa wejście- zejście to odcinek prawie 5km! Na Szczelińcu kręcono sceny do filmu "Opowieści z Narnii: Książe Kaspian" - tylko z tego powodu zdecyduję się go obejrzeć :P 



 W drodze ze Szczelińca wstąpiliśmy do Błędnych Skał, a  stamtąd drogą 100 zakrętów udaliśmy się w  stronę Karłowa- chcieliśmy zahaczyć o Kudowę i tamtejszą Kaplicę Czaszek. Nie zmieściliśmy się jednak w czasie i z duszą na ramieniu wróciliśmy na mieszkanie. Zresztą i tak na więcej zwiedzania nie było już sił. Dzień przed wyjazdem zdecydowaliśmy się także poświęcić  na Wrocław, a właściwie tamtejsze zoo.Niespecjalnie przepadam za takimi miejscami, ale nie ukrywam, że Afrykarium zrobiło na mnie spore wrażenie. Opłata za pobliski parking była niestety znacznie mniej optymistyczna...

Podejrzewam, że nawet gdyby pozostałe dni urlopu udało nam się spędzić właśnie w tamtej okolicy i tak nie bylibyśmy w stanie zwiedzić wszystkiego. Pozostałości po okresie wojny nadają  G.Sowim niepowtarzalny klimat. Tam nawet powietrze pachnie tajemnicą sprzed lat.

Podsumowując: największe koszty wbrew pozorom wygenerowały bilety wstępu. W większości miejsc można było zyskać rabat. Dla rodzin z dziećmi przygotowane były dodatkowe, specjalne upusty. W żadnym z powyższych nie spotkałam się z zakazem robienia zdjęć (w większości opcja bez lampy). Na niektóre z atrakcji trzeba się wcześniej umówić telefonicznie np. na spływ w kopalni złota, większość jest jednak dostępna od ręki.

A gdzie Wy byliście w tym roku?!Co polecacie?

INSTA/FACEBOOK - jeśli chcesz wiedzieć więcej!
Przegląd okresowy, czyli podsumowanie października - nowości.

Przegląd okresowy, czyli podsumowanie października - nowości.

Dzisiejsze podsumowanie zmusiło mnie to  przemyśleń. Zastanawiam się czy jeszcze ze mnie blogerka kosmetyczna czy już książkowa :) Ostatnio jakoś tego drugiego przybywa mi więcej i więcej... I chociaż kosmetyków nadal używam, to jednak ich zakup nie sprawia już takiej radości jak kiedyś.Przekornie zacznę jednak od tego co trafiło do mnie końcem września oraz przez cały październik. Spory wpływ na moje wybory miały wszechobecne promocje. Najpierw Hebe i festiwal kosmetyków naturalnych podczas którego do koszyka trafiło znane mi już wcześniej czarne mydło Nacomi. Póżniej Rossmann i ich okresowa promocja na produkty do makijażu. Skusiłam się na kilka nowości i tak trafiło do mnie różowe cacuszko od Wibo, fluid matujący z Jandy, lakiery hybrydowe od Wibo (tak od czasu do czasu wracam do hybrydy, mam nadzieję, że obejdzie się bez takich rewelacji jak przy samilcu). Zakochałam się w zakupionej na promocji  płynnej pomadce Magic Pop od Wibo, wybrałam kolor 04 czyli nasycony fiolet.  Dodatkowo podczas wyprzedaży udało mi się przygarnąć dwa kosmetyki Kruidvat : maseczkę oczyszczającą do twarzy i mleczko rozgrzewające do masażu.Za każdy z nich zapłaciłam mniej niż 5zł.Do grona moich ulubieńców trafił tonik z kurkumą od Bielendy.




Pomadki Sylveco były dodatkiem do jednej z gazet, znam je już od dawna, a że cena była korzystna... Podczas wizyty w stacjonarnym sklepie Yves Rocher skusiłam się na zestaw w skład którego wchodził peeling do twarzy i dwie maseczki o których więcej napiszę z czasem. Ciekawostką jest dla mnie kokosowy balsam do ciała od Kasi Mandarynki, którego obecnie używam.  
Jesień w pełni, dlatego też w moim domu na nowo zagościły cieplejsze zapachy. Moje świece pochodzą z TK MAXX. Oprócz zapachów "kupiły " mnie prostym, przyjemnym dla oka opakowaniem.


Tak, ostatnio maniakalnie zbieram książki kucharskie, chociaż gotować specjalnie nie mam czasu.Liczę na to, że kiedyś nadrobię wszelkie zaległości :) Wśród tradycyjnych przepisów trafiłam na kilka perełek jak te zamieszczone w "Filmowym menu" czy "Zamień chemię na energię". Październik przyniósł sporo interesujących mnie pod względem tematyki reportaży. Było o mafii, więzieniu i modnym ostatnio temacie - polskim kościele, a dokładniej księżach.Urozmaiciłam sobie jednak wszystkie te historie zabawnymi przerwynikami typu "Wielki Ogarniacz Życia we dwoje". Przyjemność sprawiła mi również lektura książki dla dzieci i młodzieży i o niej na pewno napiszę tu z czasem więcej.  Jak widzicie na nowy rok jestem też całkiem dobrze przygotowana. Początkowo myślałam, że przejdziemy to razem z Kotem Jaśniepanem, ale im więcej kalendarzy, tym więcej pokus. 




Trochę z ciekawości, trochę z potrzeby przeorganizowania swojego życia zakupiłam gotowy Bullet Journal. Zamysł świetny i samo wydanie przypadło mi do gustu tylko... nie bardzo mam czas żeby móc z niego regularnie korzystać :D

A co nowego u Was?
W rytmie slow... sanockie spotkanie blogerek okiem organizatora.

W rytmie slow... sanockie spotkanie blogerek okiem organizatora.

"W rytmie slow..." zrodziło się w mojej głowie tuż przed wrześniowym urlopem. Ciągła gonitwa w rytmie "praca-dom" dała mi się wówczas mocno we znaki i marzyłam jedynie o tym, by móc osiągnąć wewnętrzny spokój. Brakowało mi babskich plot, leniwego popołudnia i możliwości poznania produktów innych niż dotychczas.  Moje założenie było z jednej strony proste, a z drugiej trudne, zawalczyć o chwilę tylko dla siebie w tym zabieganym świecie. Chciałam przedstawić  je dziewczynom jak najlepiej, ale nie jestem pewna czy mój przekaz został zrozumiany. Oby ;) 


NoBo Cafe przywitało nas przytulnym wnętrzem. Od koleżanek z pracy wiedziałam, że warto wpaść tam chociażby na kawę czy obłędną tartę. Tak, zdecydowanie i jedno i drugie bardzo mi smakowało, chociaż nie ukrywam, że tamtejsza tarta to danie zdecydowanie dla dwóch osób, a ja szalona wzięłam dla siebie całą...  

Cała historia zaczęła się od informacji podanej w radio. Podobno podczas jednego sprzątania środkami chemicznymi do naszych płuc wędrują substancje szkodliwe, których  jednorazowe działanie porównywalne jest do miesiąca intensywnego palenia. Ruszyło mnie, bo mocno wypominam mojemu mężowi każdego papierosa, a tymczasem sama... Sprzątam, sprzątam, sprzątam! To wymusiło we mnie poszukiwania produktów o podobnym działaniu, ale nie siejących spustoszenia w moim organizmie. Tak trafiłam na Klareko, firmę zajmującą się produkcją (a właściwie tworzeniem) ekologicznych środków czystości.Pomyślałam, że spróbuję, napiszę...  Nawiązałam kontakt z jedną z założycielek, Martą. Ciepła kobieta i co dało się odczuć podczas długiej rozmowy telefonicznej, mocno zaangażowana w działania na rzecz środowiska. Początkowo zaskoczyła mnie chęcią rozmowy, bo zwykle taka propozycja ze strony firmy nie pada, ale już "po" wiedziałam, że była nam obu potrzebna. Jej, by mogła przekazać w przejrzysty sposób założenia firmy i mnie- by odkryć skalę problemu. To smutne, ale tak naprawdę niewiele z nas zwraca uwagę na to co znajduje się w składach środków czystości. A one tak samo jak kosmetyki mają kontakt z naszą skórą. Rozmowa z punktu widzenia konsumenta była dla mnie na tyle pomocna i interesująca, że jej szczegóły pojawią się z czasem na blogu. Zamysł był prosty: móc sprzątać w wolnych chwilach, bez obaw o zdrowie i bezpieczeństwo dzieci. Dlatego też Klareko bazuje na wyciągach roślinnych, ich składy są proste i przejrzyście rozpisane na opakowaniach (nadających się zresztą do recyklingu w PL). Dodatkowo pachną, o czym zresztą każda z nas miała okazję się przekonać.Co ciekawe w ofercie dziewczyn pojawiły się również świece sojowe. 



Miałam szczęście, bo na mojej drodze stanęło jeszcze kilka kobiet chcących podzielić się swoją wiedzą. Kolejną z nich była Kasia, znana w szerszym gronie jako Mandarynka. Z nią też miałam okazję porozmawiać telefonicznie i wyszedł z tego całkiem przyjemny blogerski wywiad.Kultowym produktem Kasi jest właśnie...krem mandarynkowy. Ale w swojej ofercie ma również inne kosmetyki jak maść lawendowa czy balsam kokosowy. "Kręcić" zaczęła w 2015r. Z czasem grono użytkowników sięgających po jej wyroby  rozrosło się poza rodzinę i znajomych.  




Naturativ  to marka wykreowana przez Magdę Hajduk.Jak sama mówi, kosmetyki naturalne od lat były jej pasją. Początkowo dostęp do nich był w naszym kraju utrudniony, więc sprowadzała je z różnych zakątków świata, później zaczęła tworzyć sama. Mocno zainspirowała się dobrem płynącym z natury. Co ciekawe Naturativ pojawił się najpierw na rynkach zagranicznych -2013r., a dopiero później na polskim rynku kosmetycznym - 2016r.



Chciałam, aby spotkanie było spójne tematycznie i mam nadzieję udało mi się stworzyć wspólny motyw. Wśród firm chcących wesprzeć nasze spotkanie pojawiła się także AUTORSKA, księgarnia w której klient ma poczuć się jak u siebie. Tak jest, a wiem co mówię, bo tam pracuję! ;)  Wnętrza odpowiadają tym jakie sami posiadamy w domu. Jest kuchnia, salon sypialnia, a nawet łazienka. Na miejscu można usiąść i w spokoju zanurzyć się w lekturze popijając przy tym aromatyczną kawę czy herbatę. Tym razem uczestniczki otrzymały rabat na zakupy, a na potrzeby spotkania stworzony został konkurs fotograficzny #wrytmieslow. Darmową wysyłkę i promocyjne ceny zapewniła Agata, kobieta tworząca świece sojowe Flaming z drewnianym knotem. Jest to świeżynka na polskim rynku, bo firma istnieje zaledwie od maja 2018r. Pomysł na biznes pojawił się w okolicy świąt, podczas samodzielnego przygotowywania prezentów dla bliskich. Próbkami swoich produktów podzieliła się z nami marka Esito, również zainspirowana naturą. Jej nazwa pochodzi od włoskiego słowa oznaczającego rezultat działania. I tym mają się wyróżniać produkty tej firmy na tle innych.







Postanowiłam, że uzupełnię spotkanie o kilka elementów "od siebie". Dziewczyny otrzymały ode mnie list z informacjami o firmach, ich ideologiach i informacjach o tym jak ważne są zmiany w naszym życiu. Przygotowałam również małe drobiazgi, dzięki którym oddawanie się przyjemnościom sam na sam stanie się łatwiejsze. Obecna pora roku nastraja do schowania się pod kocykiem z kubkiem gorącej herbaty.  Być może oczekiwania dziewczyn były nieco inne, ale mimo wszystko mam nadzieję, że spędziły miłe sobotnie popołudnie w kameralnym gronie. Z tego miejsca pragnę podziękować wszystkim, którzy zechcieli podzielić się z nami swoim spojrzeniem na świat!
Czego nie cierpi niecierpek?! Właściwości i zastosowanie niecierpka himalajskiego w kuchni i kosmetyce.

Czego nie cierpi niecierpek?! Właściwości i zastosowanie niecierpka himalajskiego w kuchni i kosmetyce.

Nigdy nie ukrywałam swojej miłości do jedzenia. Uwielbiam eksperymentować z niecodziennymi składnikami wprost z lasu lub ogródka. Czasami prowadzi to do sytuacji w których znajomi zastanawiają się czy przeżyję kolejny posiłek 😉.  Nie jem niczego o czym najpierw nie poczytam całej masy artykułów bądź książek. Nie jestem typem życiowego ryzykanta, ale pamiętam, że gdy pierwszy raz zaczęłam niecierpek himalajski podgryzać podczas wspólnej wyprawy na ryby... miny  pozostałych uczestników wyrażały wszystko. Sama przez lata tkwiłam w przekonaniu, że jest to roślina całkowicie trująca, bo tak się u nas na wsi mówiło, jednak to pędy spożyte na surowo mogą jedynie spowodować mdłości. Do tej pory nie wiem (i pewie nigdy się nie dowiem) skąd się to błędne myślenie wzięło, i chociaż dostęp do informacji na jej temat obecnie nie jest w żaden sposób utrudniony to jednak popularnością nadal się nie cieszy. A szkoda...

Kwiaty niecierpka himalajskiego

NIECIERPKU, SKĄD JESTEŚ?


To co z pewnością wiemy na temat niecierpka himalajskiego występującego także pod nazwami gruczołowaty, Roylego (Impatiens glandulifera), to fakt, że naturalnie występuje właśnie w Himalajach, a konkretniej w ich  zachodniej części. Został  wprowadzony na tereny innych krajów Azji, Ameryki Północnej i Europy właśnie jako roślina miododajna. Faktycznie podczas lata, a nawet jesieni (wciąż kwitnie), można zauważyć ogromne zainteresowanie owadów jego dzbaneczkowatymi kwiatami. Z dzieciństwa pamiętam, że razem z koleżankami robiłyśmy sobie z nich kolczyki, bo naprawdę wyglądają efektownie.Szybko okazało się, że niecierpek jest w stanie przystosować się niemal do każdych warunków, a już całkiem dobrze mu wzdłuż brzegów rzek. Tam ma idealne środowisko do dalszego rozprzestrzeniania, bo pękające torebki nasienne uwalniają ziarna wprost do wody, która przenosi je dalej, i dalej... Inwazyjność rośliny sprawiła, że zagraża on naszym rodzimym gatunkom.W chwili obecnej jest to na tyle duży problem, że aby móc mieć niecierpek we własnym ogrodzie, trzeba starać się o specjalne pozwolenie. W niektórych miejscach podjęto już próbę mechanicznego zwalczania rośliny, jednak generuje to ogromne koszty i niestety nie zawsze przynosi efekt. Z ciekawszych rzeczy mogę dodać, że podczas wystrzału z torebki nasiennej nasionka mogą pokonać nawet 7 metrów (!), w ciągu roku roślina ta ma możliwość przesunięcia się nawet o 5 km. Aby przedstawić skalę problemu dodam tylko, że badacze ustalili iż na  1m2   może się znajdować nawet do 32 tys. nasion.



Jednym słowem

DO NIECIERPKA TRZEBA MIEĆ CIERPLIWOŚĆ.


Możemy jednak sami trochę zadbać o środowisko, a jednocześnie coś na tym zyskać. Co ciekawe w niecierpku jadalne są i kwiaty i liście i owoce (nasiona). Wiem o czym piszę, bo sama w tym roku zrobiłam pierwszy zbiór, a na moich półkach stanęły małe wypełnione rośliną słoiczki. 

HERBATA Z NIECIERPKA


Czy ktoś z Was słyszał już o herbacie fermentowanej? Ja na przepis na takie cudo trafiłam w książce "Smakowite drzewa"- Małgorzaty kalemby- Dróżdż. Co prawda ona opisywała tam proces na przykładzie liści drzew (również przeze mnie wypróbowany), ale w sieci trafiłam na informację, że z liśćmi niecierpka można postąpić identycznie. Najlepsze są młode okazy, pochodzące z terenów niezanieczyszczonych. Sami najlepiej znacie swoje okoliczne środowiska, więc wybór miejsca nie powinien być trudny. Aby wykonać herbatę trzeba się również zaopatrzyć w słoik. Ja miałam nowy, jeśli korzystacie z już wcześniej używanego radziłabym go  uprzednio wyparzyć. Zebrne liście można albo rolować w dłoniach, aż do puszczenia soków i następnie mocno ugnieść w słoiku albo włożyć do słoika i ubić drewnianym trzonkiem np. od tłuczka do kotletów, tudzież w wersji dla leniwych przepuścić przez maszynkę do mięsa.Polecam rolowanie w dłoniach, bo liście mają w sobie coś, co nadaje skórze fantastyczną miękkość- lanolinę. Gdy wszystko jest już mocno ubite słoik zakręcamy, a całość odstawiamy na noc w ciepłe miejsce lub jak podpowiada autorka do zmywarki włączonej na 50-60 st. na 1,5-2 godz.Ja mam wypróbowaną opcję całonocną - działa. Kolejnego dnia listki wysypujemy i pozostawiamy do całkowitego wyschnięcia. Następnie już suche przekładamy do pojemników do przechowywania. Smak herbaty fermentowanej będzie się zmieniał z czasem. Ja po swojej lipowej wersji widzę, że z każdym dniem aromet dojrzewa.

Nie ukrywam, że najbardziej z przepisów z wykorzystaniem kwiatów (uwaga na owady!) przypadł mi do gustu ten na konfitury, nieco oszukane zresztą, bo jednak nie tak gęste jak tradycyjne. Same kwiaty mają lekko  maślany posmak i wbrew pozorom są dość mocno sycące. Tutaj tak jak i mnie spotka Was niespodzianka, bo nicierpek mocno czaruje w kuchni.
konfitura z kwiatów

KONFITURA Z KWIATÓW NIECIERPKA


 Do wykonania potrzebne będą:
- kwiaty niecierpka himalajskiego, 
- cytryna, 
- cukier, 
- woda

Na dobrą sprawę te trzy rzeczy wystarczą by zamknąć lato w słoiku. Miałam około 1,5 l kwiatów z czego solidną garść jeszcze przed rozpoczęciem kuchennych działań odłożyłam " na później". Przygotowujemy syrop z cukru i wody i tutaj nie ukrywam proporcje są kwestią  mocno indywidualną, bo każdy z nas lubi coś innego. Nie mniej jednak niech to będzie słodkie!. Syropu nie ma być dużo, u mnie było to około 750ml.  Kwiaty wsypujemy do syropu i gotujemy, niemal do całkowitego jego odparowania. Później będą się wręcz smażyć, podczas tego procesu zauważycie, że z pięknego różu nie zostało już nic. Ot, zielona breja. Wtedy do akcji wkroczyć musi sok wyciśniety z cytryny. Polecam dodawać po kropli i podziwiać, bo za sprawą soku nasza konfiturka na nowo nowo nabiera różowego koloru. Magia! Na sam koniec dodaję odłożone uprzednio kwiaty. Dzięki temu, że  zostały w całości  pieknie będą wyglądać w słoiczkach. Nakładamy gorące, zakręcamy i odstawiamy do góry dnem, aż do ostygnięcia. Walory smakowe może nie powalają, ale wizualnie wygląda to naprawdę fajnie i jako ozdoba do deserów śmiało może służyć.


A CO Z NASIONAMI?


W moim odczuciu w całej historii z niecierpkiem, to właśnie nasiona są najsmaczniejsze. Dojrzałe mają mocno orzechowy aromat i można je spożywać na surowo. Co ciekawe znalazłam też przepis na chałwę z ich wykorzystaniem, ale w tym roku zabrakło mi i czasu i cierpliowści na duży zbiór. W niektórych miejscach na świecie wytwarza się z nich również olej wykorzystywany późnej w gastronomii. Przy zbiorze należy jednak pamiętać o tym, że torebki nasienne pękają pod wpływem dotyku. Róbcie to na tyle uważnie, by faktycznie móc zmniejszyć populację rośliny, a nie dodatkowo ją wspomóc.
torebki nasienne/ nasiona niecierpka himalajskiego


NIECIERPEK W KOSMETYCE


Roślina ta posiada również całe spektrum możliwości wykorzystania w kosmetyce. Pozyskuje się z niej lanolinę roślinną, dodatkowo chętnie wykorzystywany jest w produkcji kosmetyków, które każdy z nas może spróbować wykonać w domowym zaciszu. Ze względu na swoje właściwości pomaga m.in w walce z łupieżem czy przypadłościami skórnymi. Można go macerować, robić napary i płukanki. Polecam bliżej przyjrzeć się tej roślinie.

Znacie, używacie przy wyrobach kosmetyków? A może jecie?!


"Dobre matki"  czyli jakie? Alex Perry przedstawia prawdziwe historie kobiet, które przeciwstawiły się mafii.

"Dobre matki" czyli jakie? Alex Perry przedstawia prawdziwe historie kobiet, które przeciwstawiły się mafii.

Ciężko oprzeć się wrażeniu, że o mafii wiemy już sporo, bo przecież motyw ten przewijał się w niejednej książce czy produkcji filmowej. Sama chętnie sięgam po pozycje związane z tą tematyką, bo gdzieś tam w środku nie daje mi o niej zapomnieć zwykła ludzka ciekawość. W każdej z tych historii ze szklanego ekranu spoglądają na nas przystojni, szarmanccy, a jednocześnie nieludzko brutalni mężczyźni. W ich otoczeniu nie brakuje pięknych kobiet i pewnie nie jednej z nas przeszło kiedyś przez myśl, że fajnie byłoby prowadzić takie niezobowiązujące życie, gdzie jedynym problemem zdaje się wybór odpowiedniego stroju na konkretną okazję. A takich przecież jest sporo, bo przy nadmiarze gotówki można sobie pozwolić na codzienne rozrywki. Już podczas oglądania nasuwają się jednak przykre wnioski dotyczące poziomu inteligencji tych pięknych pań. Każda z nich zdaje się bowiem nie zauważać, co robią ich mężczyźni...

alex prerry

I tutaj kryje się małe ziarno prawdy, bo Alex Perry w swojej książce charakteryzuje działanie  jednej z  włoskich organizacji przestępczych. Dzięki niemu wiemy już, że kobiety mafii niestety najczęściej kończą naukę w wieku 13-14 lat, by mniej więcej rok później zostać żonami i matkami. Nietrudno  w tym przypadku odgadnąć, że o wielkiej i odwzajemnionej miłości mogą jedynie pomarzyć, bo zasady doboru partnerów są raczej proste:  z korzyścią dla organizacji. I chociaż nie muszą, a właściwie nie mogą podjąć pracy, a mimo to mają pieniądze, ich życie bazuje na innym stresie. W mafijnej rodzinie nie wiadomo, co przyniesie jutro...

Lea Garofalo, Maria Concetta  Cacciola i Giuseppina Pesca chciały przestać się bać! Związane z mafią matki, żony i córki obrały sobie za cel odcięcie się od organizacji, która uniemożliwiłaby normalne życie  ich dzieciom.  Pierwsza wraz z córką uciekła od męża i przez lata żyła w ukryciu. Niewielka różnica wieku między nią a dzieckiem pozwoliła na to, by mogły udawać siostry. Niestety obsesyjne myślenie o tym, że na każdym kroku są śledzone, sprawiło, że Lea poddała się i z wojennej ścieżki wpadła wprost w ręce demonicznego męża. Ten, jak każdy mężczyzna przynależący do 'ndranghety, kierował się honorem. Początkowo na nowo dał kobiecie nadzieję, rozkochał i wydawało się, że ich związek jest na najlepszej drodze, gdy doszło do morderstwa. Nastoletnia już córka przez wiele miesięcy żyła pod jednym dachem z rodziną ojca, świadoma tego, że są to ludzie odpowiedzialni za śmierć jej matki.
Historia Marii niestety zakończyła się podobnie. Kobiecie udało się uciec od męża, rozpoczęła współpracę i liczyła na to, że służby zdołają zapewnić dzieciom i jej bezpieczeństwo. Rozczarowanie przeciągającą się sprawą i naciski ze strony rodziny spowodowały, że rozchwiana emocjonalnie raz składała, a raz odwoływała swoje zeznania. Ostatecznie powróciła do domu rodzinnego, gdzie jak twierdzą jej bliscy, popełniła samobójstwo. Nie byłoby w tym pewnie nic dziwnego, gdyby nie sposób jaki "wybrała". Kobieta "wypiła" butelkę kwasu chlorowodorowego, przy czym eksperci podkreślają, że świadomie można przyjąć tylko łyżkę tej substancji. Dowodów na udział osób trzecich do tej pory jednak nie odnaleziono...

alex perry

Jedynie Giuseppina może nazywać się szczęściarą (o ile można do tego zaliczyć życie w ukryciu), bo wciąż żyje, a jej zeznania pozwoliły na poznanie struktur wpływowej mafii kalabryjskiej.Dzięki temu  dodatkowo udało się nakreślić  jej wpływ na rynek światowy, a także sytuację polityczną na świecie. Aresztowano wiele aktywnych członków, co spowodowało postęp w sprawie, jednak  rozbicie organizacji funkcjonującej w przeszło 120 krajach nie jest  proste i możliwe  do osiągnięcia w krótkim czasie.

Okresem świetności mafii kalabryjskiej były lata 90. XX wieku. To wtedy macki tej organizacji rozprzestrzeniły się niemal na cały świat. Stała się ona organizacją bez której funkcjonowanie innych włoskich grup przestępczych nie byłoby możliwe. Członkowie oprócz wymuszeń i haraczy zajmowali się praniem brudnych pieniędzy i handlem narkotykami. Trzeba mieć świadomość tego,  że z mafijnej rodziny dobrowolnie się nie odchodzi albo mówiąc brutalniej, odchodzi się, ale wyłącznie na tamten świat. Nawet publikacja losów trzech kobiet stała pod znakiem zapytania, a  w samego autora wymierzone były groźby. To, że mamy możliwość przeczytać o tym, o czym głośno się  nie mówi w dzisiejszym świecie, jest aktem odwagi. Odwagi kobiet, które dla dobra swoich dzieci poświęciły wszystko...  

Obszerny reportaż napisany przystępnym językiem zawiera całą masę ciekawostek dotyczących funkcjonowania 'ndranghety. Myślę, że pozycja ta zadowoli niejednego żądnego emocji czytelnika. Mnie publikacja ta otworzyła oczy na wciąż żywy problem ówczesnego świata oraz na dramat wmieszanych w mafijne układy kobiet i dzieci
Botanic Spa Rituals Maseczka nawilżająca olejek z pestek malin & melisa - Bielenda

Botanic Spa Rituals Maseczka nawilżająca olejek z pestek malin & melisa - Bielenda

Bielenda wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientek i powoli, sukcesywnie wprowadza na rynek kosmetyki odpowiadające obecnym trendom. Nie tak dawno swoją premierę miała nowa linia firmy Botanic Spa Rituals charakteryzująca się tym, że mocno czerpie z natury, a przy tym w składach kosmetyków brak silikonów, parabenów i sztucznych barwników.Początkowo czekałam, aż pierwsze blogowe guru przetestują i wypowiedzą się w tej kwestii. Mam kilka zaufanych osób w blogosferze z których opinią się liczę więc gdy już opadły pierwsze emocje związane z wprowadzeniem tych produktów na rynek, sama postanowiłam wypróbować, co dobrego siedzi w tych bajecznych słoiczkach. 



Moja miłość do maseczek dała o sobie znać i tak pierwszym produktem z serii jaki wpadł w moje ręce okazała się maseczka nawilżająca z olejkiem z pestek malin i melisą. Nie ukrywam, że mocno kusiła mnie wersja regenerująca z kurkumą i chia, ale nie była niestety dostępna w mojej drogerii.  Sam kosmetyk jak już wspomniałam wcześniej zamknięty został w szklanym solidnym słoiczku o niebanalnym kolorze głębokiej, soczystej zieleni. Całość sprawia bardzo przyjemne wrażenia estetyczne i pomimo namiętnego używania wciąż zachowuje pierwotny wygląd. Większość istotnych informacji dotyczących kosmetyku zawarta została na kartonowym opakowaniu w którym zamknięta była maseczka. Na samym słoiczku znajdziemy mocno okrojone informacje o sposobie użycia czy dacie przydatności. Tu warto zwrócić uwagę na to, że producent zaleca stosowanie maski 2-3 razy w tygodniu po około 15 minut, co też robię z wielką przyjemnością. Niewielki, bo 50 ml słoiczek jest wystarczający na około 12 aplikacji, co w stosunku do ceny wypada bardzo korzystnie (regularna: 23,99zł/ na promocjach w okolicach 16-18zł). 


Skoro stronę wizualną opakowania mamy już za sobą, mogę się skupić na produkcie właściwym a ten... ten zaskoczył mnie nieco swoim kolorem. Obstawiałam, że jednak z opakowania będzie nieśmiało wychylać się złamana biel znana z większości kremów. Naturalny, zgaszony malinowy odcień  to miła alternatywa. Pod względem konsystencji nie odbiega już jednak od innych kremowych  baz. Aplikacja jest bajeczie prosta, produkt nie "ucieka" z twarzy i dobrze się zmywa.Delikatny, owocowy aromat jest wyczuwalny zarówno podczas aplikacji, jak i później, gdy odczekujemy wymagane 15 minut. Liczyłam na to, że będzie wybijała się ziołowa nuta, ale wiem, że nie są to zapachy specjalnie lubiane przez konsumentki...Brak aromatu melisy jakoś przeżyłam :) Maseczka nawilżająca przeznaczona jest do każdego rodzaju skóry.Ze względu na skład ten konkretny produkt ma dodatkowo właściwości pomagające wyrównać koloryt skóry, opóźnić oznaki starzenia czy zredukować niedoskonałości. Maliny wykazują silne działanie antyoksydacyjne. Oprócz nich dodatkowo w składzie trafimy na witaminę E równie mocno opóźniającą proces starzenia się skóry. Na dokładkę postanowiono wykorzystać melisę o tym samym działaniu i dodatkowych właściwościach antybakteryjnych. Dzięki temu maseczka sprawdzi się również w przypadku cer problematycznych: zmniejszy wydzielanie serum oraz zredukuje powstawanie wyprysków. 
Każdorazowo po zmyciu produktu z twarzy mam wrażenie, że skóra jest rozjaśniona, a wszelkie ewentualne podrażnienia wyciszone. Bez wątpienia staje się  miękka w dotyku i odświeżona. Efekt ten przypomina mi trochę działanie peelingu enzymatycznego i za to lubię ją najbardziej. Jest to jeden z tych kosmetyków, do którego będę wracać często i z przyjemnością. 

Znacie produkty z linii Botanic Spa Rituals? Macie wśród nich ulubieńców?

 
Czekoladowe muffiny z owocowym środkiem

Czekoladowe muffiny z owocowym środkiem

Czasami mam ochotę na "coś słodkiego". Jednym z moich sprawdzonych przepisów są czekoladowe muffiny z nutą korzennych przypraw, w środku których kryją się owoce. W wersji przygotowanej dzisiaj pozwoliłam sobie zatopić maliny, ponieważ sezon na te owoce trwa w najlepsze i żal byłoby tego nie wykorzystać. 


malinowe muffiny
Przepis z poniższych proporcji wystarczy na przygotowanie 12 sporych babeczek albo jeśli ktoś jak ja nie lubi wylewającego się z formy ciasta 20 sztuk dość płaskich, mniej efektownych, ale równie pysznych.

Składniki:

-0,5 szkl. oleju roślinnego
-  250ml mleka
- 2 jajka, 
- 1,5 szkl.mąki pszennej
- 2 łyżki kakao (takie od serca)
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 
- 0,5szkl. cukru
- przyprawa do piernika lub kawy (ew. po szczypcie cynamonu, kardamonu i goździków)


Wykonanie:

1. W wysokim naczyniu mieszamy ze sobą składniki mokre, tj. mleko, olej i jajka. 
2. Składniki suche (wszystkie pozostałe) łączymy w drugim naczyniu pamiętając  o uprzednim przesianiu mąki :)  Ja najczęściej wykorzystuję przy pieczeniu gotową mieszankę przypraw do kawy, którą na bieżąco mielę. Wynika to z mojej rosnącej miłości do tego aromatu. Równie dobrze możecie jednak skorzystać z innych opcji lub pominąć ten punkt.
3. Wsypujemy sypkie do mokrych i za pomocą miksera dokładnie ze sobą łączymy. Minuta spokojnie wystarczy. Można też zrobić to ręcznie, pamiętając by pozbyć się grudek z mąki.
4. Nakładamy po łyżce do papilotek, umieszczamy na środku owoc i dokładamy na wierzch kolejną łyżkę ciasta.
5. Pieczemy w 190 st. przez 20 minut (tutaj warto samemu śledzić proces pieczenia, bo mogą się pojawić niewielkie różnice dot. czasu przygotowania).

Jak możecie zauważyć przepis jest łatwy, niewymagający większego zaangażowania. Z tego względu często pozwalam sobie na takie małe szaleństwo. Ciekawa jestem jakie są Wasze sprawdzone patenty na muffiny?!
Przegląd okresowy, czyli podsumowanie lipca.

Przegląd okresowy, czyli podsumowanie lipca.

O jakże ciężko przestawić mi się na sierpień. Cały czas wydaje mi się, że wakacje tyle co się rozpoczęły. Odkąd pracuję dni uciekają w zastraszającym tempie, a ja tylko dzięki zdjęciom jestem w stanie przypomnieć sobie co, gdzie i kiedy robiłam. Też tak macie? Czy zwyczajnie upomina się o mnie skleroza? :)  Dni odliczałam kolejnymi filiżankami kawy i stał się to najczęściej wykorzystywany preze mnie motyw na instagramie...


W lipcu, jak w każdym innym miesiącu sporo się u mnie działo. Niestety nie widać  tego na blogu, bo zwyczajnie nie miałam zbyt wiele czasu, żeby na bieżąco recenzować.Za sukces uważam swój powrót na portal BookParadise, gdzie miałam kilkutygodniową (o ile nie kilkunasto) przerwę. Pisałam dla Was o książce, która nieca mnie zmyliła opisem na okładce, a był to "Instruktaż nadmierny" traktujący trochę o tym jak rozwija się w naszym kraju świadomość seksualna. Dodatkowo z okazki dnia Czerwonego Kapturka pojawił się tam mój wpis o tej barwnej i ewolującej w zastraszającym tempie bajce. 

Większość czasu wypełniły mi książki. Praca zobowiązuje do bycia "na bieżąco" z tym co pojawia się każdego dnia. I chociaż wszystkich tytułów nie jestem w stanie przeczytać, to staram się lawirować między gatunkami. Nie zawsze udaje mi się trafić na książki wpisujące się idealnie w moje gusta, chociaż przyznaję, że lipiec był łaskawy i tylko jeden tytuł okazał się totalną porażką.Co ciekawe przeczytałam pierwszą od kilku, a właściwie kilkunastu lat młodzieżówkę i okazało się, że to całkiem ciekawa historia, chociaż dość smutna, bo o stracie najbliższej osoby. Z poniższych tytułów uwiodła mnie Monika Rzepiela, że swoim "Słowiańskim siedliskiem", to już kolejna książka tej autorki z cyklu SAGA POLSKA, którą przeczytałam. Równie dobrze czytało mi się  "Szeptuchę" Iwony Menzel. Z tytułów zakrawających o delikatny kryminał na lato, ale taki naprawdę dla początkujących wybrałam "Lato z ciotką spirytystką" (będzie o niej więcej na dniach). Na wakacje w sam raz. Z nieco bardziej zagmatwanych kryminalnie historii moją uwagę zwrócił Bojarski z nowym tytułem "Pokuszenie". Wspominałam o tej książce w tym wpisie (p.s. udało mi się przeczytać już 5/10 tytułów). Historia okazała się przyjemna i z cyklu tych "CHCĘ WIĘCEJ!" Ciekawa byłam również "Jak mogłaś" zakwalifikowanego jako thriller psychologiczny. Nie jest to może tak poplątana historia jak mogłoby się wydawać, ale  czyta się świetnie. Polecam, zwłaszcza jeśli ktoś chce rozpocząć swoją przygodę z gatunkiem 



Nie mam zbyt wiele czasu na czytanie, ale udaje mi się jednak od czasu do czasu zrelaksować w miłym towarzystwie książki ( znajomych zresztą  też). Mój Małż namiętnie łowi, a ja z reguły albo nad wodą albo w samochodzie częstuje się literaturą. Przyznajcie same, że okoliczności przyrody mocno zachęcające. Wtedy jest też ten czas, gdy mogę pobawić się aparatem (niestety częściej telefonem), co sprawia mi równie dużo przyjemności.


Mało mnie jako mnie w sm. Oszczędzam czas na książki i życie prywatne kosztem makijażu itp. W tym miesiącu udało mi się właściwie tylko dwa razy wyjść w pełnym make up'ie z czego na zdjęciach uchwyciłam tylko ten jeden raz. Widzę po sobie, że wypadła z wprawy, a właściwie może straciłam zapał do takich rzeczy. Na szczęście instagram  raczy nas aplikacjami w których nawet takie szpetki jak ja mogą  przez chwilę wyglądać  całkiem znośnie. Przez cały lipiec znalazłam tylko jeden w miarę luźny dzień podczas którego mogłam przejrzeć atrakcje jakie oferuje nam urlopowa okolica. Jest tego zatrzęsienie i naprawdę zdecydować się na coś graniczy z cudem. A jeszcze nie miałam okazji skupić się na przeglądaniu ofert dotyczących dalszej części naszych wojaży. Tym razem wydłużyliśmy sobie nieco urlop w stosunku do lat poprzednich, bo oboju nam potrzebny jest mały reset z dala od ludzi.


W kuchni wciąż eksperymentuję z roślinami. Po raz pierwszy zmierzyłam się z pastą z bobu, która okazała się być genialnym odkryciem i przyznaję szczerze, że pierwszą porcję zjadłam sama.W słoiczkach wylądowały morele, maliny, truskawki i porzeczki. Odmianą od owoców stał się niecierpek himalajski zebrany zresztą i przyrządzany zaledwie wczoraj. Z tą rośliną jest tyle możliwości, że poświęce jej odrębny wpis. Miałam też okazję próbować przygotowanego 6 tyg. temu szampana z lipy i przyznaję, że moje kubki smakowe mocno cieszy.




Kilkukrotnie udało nam się wyrwać gdzieś dalej. Dwie niedziele spędziliśmy w lesie, na grzybach. Ostatni wypad okazał się tak "owocny", że właściwie na nasze potrzeby całoroczne powinien wystarczyć. Oprócz tradycyjnych grzybów trafiłam na kilka wizualnych ciekawostek i nie mogłam się oprzeć, żeby nie zrobić im zdjęcia. Dodatkowo wybraliśmy się do Arboretum w Bolestraszycach, które w moich wpisach przewijało się już kilkukrotnie. Od pierwszej wizyty ogród znacznie się powiekszył, a co za tym idzie w górę skoczyły też ceny biletów. 


Kto śledzi mnie na instagramie ten wie, że zaczęłam naukę malowania, bo potrzebuję się odstresować i to tak porządnie. Nabyłam farby, kredki, bloki i całością jaram się jak dziecko podczas zakupów szkolnej wyprawki :)  Dodatkowo w lipcu notorycznie słucham na zmianę trzech piosenek. Tak się złożyło, że każda z nich jest  w wyk. polskiego artysty.Przez cały lipiec TV zupełnie dla mnie nie istniało, więc niestety w podsumowaniu nie pojawił się żaden film ani serial.  


Kwiat Jabłoni / Domagała / Brodka 
Chociaż w lipcu dużo zużywałam i testowałam, to na moim instagramie pojawiło się raptem dwa zdjęcia tematyczne. Sukcesywnie jednak będę dodawać wpisy dotyczące nawilżającej serii Nuxe czy nowości  z ostatniej paczki ambasadorskiej od Yves Rocher - skoncentrowanego szamponu. Wróciłam też do regularnego maseczkowania i oddałam się przyjemnościom płynącym z olejowania.



Ciekawa jestem co ciekawego działo się u Was?! Podrzucajcie wpisy, z chęcią coś poczytam :) 
Czy dobrze jest mieć "Niebo na własność" ?!

Czy dobrze jest mieć "Niebo na własność" ?!

... to już nie był nasz dom. Tamte pokoje przestały istnieć, jakoby dorośli ze swoimi sekretami zakazali do nich wstępu. Siedziałem więc na dole w tym starym, martwym domu, z zimnym wiatrem owiewającym mi kark. Odkąd oboje odeszli, wszystko splamione było ciszą.
Niebo na własność

Zdecydowałam się przeczytać książkę której nazwisko autora zupełnie nic mi nie mówiło. Teraz jestem bogatsza o wiedzę o tym, skąd pochodzi Luke Allnutt i gdzie mieszka. Długo zastanawiałam się jednak dlaczego postanowił pisać o tak trudnym przeżyciu jakim jest walka z nowotworem. Sam patrzył na cierpienie swojego ojca, gdy ten zmagał się z chorobą, a mimo to postanowił uczynić ją główną bohaterką "Nieba na własność". Być może chciał pokazać wszystkim tym którzy przechodzą cieżkie chwilę, że bez względu na rozwój wypadków, to wciąż my sami decydujemy jaką kroczyć drogą.

Bazując na notatce wydawcy wydawałoby się, że mamy do czynienia z historią jakich wiele. Małżeństwo z drobnymi problemami walczy o to, by zostać rodzicami. Ich zmagania kończą się happyend'em, a wtedy... Gdy ich syn Jack w wieku trzech lat zaczyna się dziwnie zachowywać początkowo nie zwracają na to większej uwagi. Z czasem staje się jednak jasne, że zachowanie chłopca to nie dziecięce wybryki, a objawy poważnej choroby. Spokojne życie pary zamienia się w maraton po lekarzach u których szukają pomocy dla syna. Zaangażowani w walkę o życie dziecka oddalają się od siebie i chociaż oboje mają jeden cel, to jednak jego osiągięcie staje się dla nich niemożliwe. Czy w obliczu osobistej tragedii będą umieli odnaleźć się na nowo?


Czasami lubię myśleć, że to Jack komentuje moje zdjęcia. (...) zostawiam mu wiadomości, akapity tekstu ukryte w kodzie, niewidoczne dla odwiedzających stronę, możliwe do wychwycenia wyłącznie okiem programisty- i mam nadzieję, że również jego.Powiedziałbym mu to wszystko osobiście, gdybym tylko mógł. Powiedziałbym mu to, gdyby mi go nie zabrała.

Nie jest to książka przez którą da się przejść... i zapomnieć. Historia zostaje w czytelniku na długo. Przebieg choroby Jack'a, kolejne etapy rozpadu związku jego rodziców, wszystko to zostało przedstawione w tak realistyczny sposób, aż trudno uwierzyć, że to wyłącznie wytwór wyobraźni autora. Podczas lektury  na przemian cieszyłam się i płakałam. Czułam bezsilność i rozżalenie Anny i Rob'a. Zastanawiałam się co ja postawiona w takiej sytuacji starałabym się zrobić: nauczyła się żyć z nieustającym bólem po stracie czy upadła na dno z którego samemu nie sposób się podnieść?! "Niebo na własność" można rozpatrywać na wiele sposobów. Z jednej  strony to historia niespełna kilkuletniego chłopca, którego życie doświadcza w najbrutalniejszy sposób, równie mocno o ile nie bardziej, rozbudowany jest wątek związku jego rodziców. Poznajemy historię tej pary z perspektywy męża. Najpierw raczy nas anegdotami ze szczęśliwych okresów w ich życiu, wspomina wspólne wakacje, by później opowiadać o wszystkim złym, co przytrafiło się na ich drodze. Mężczyzna otwarcie mówi o tym, jak spadł na samo dno nie potrafiąc poradzić sobie z narastającymi w nim emocjami. W momencie w którym wydaje się, że wszystko już między nimi skończone- wzajemne oskarżenia  i wyzwiska spowodowały przepaść nie do wypełnienia - zaczynają poznawać się na nowo. Czy rozmowa z kimś wobec kogo żywiło się kiedyś i miłość i nienawiść ma sens? Czy przebaczenie leży w ludzkiej naturze?!  


Nie mam dzieci, a książka i tak wycisnęła ze mnie całe spektrum emocji. Trochę obawiam się, że po jej lekturze młodzi rodzice zaczną upatrywać u swoich dzieci niepokojących zmian. Biorąc jednak pod uwagę to jak duże znaczenie ma wczesna diagnostyka, może to dobrze, że ta pozycja dodatkowo skupi ich uwagę na dziecku?! Jednocześnie jest to lektura dla wszystkich tych, którzy przeszli piekło związane z walką o życie bliskiej im osoby.Autor robi wszystko by uświadomili sobie, że śmierć to jednocześnie początek, a traumatyczne przeżycia można przekłuć na działanie na rzecz innych.

Stay Pure wielofunkcyjny olejek od Annabelle Minerals  do twarzy, ciała i włosów

Stay Pure wielofunkcyjny olejek od Annabelle Minerals do twarzy, ciała i włosów

Annabelle Minerals znana jest ze swoich kosmetyków do makijażu. Podkłady mineralne, cienie czy róże cieszą się popularnością wśród kobiet. Sama regularnie używam ich kosmetyków, ze względu na przyjemne wizualnie efekty, a  ich zdecydowanym plusem  jest również  wysoka wydajność. Sama ideologia, w myśl której funkcjonuje Annabelle Minerals do mnie przemawia, więc tym bardziej cieszy mnie fakt, że jako marka otworzyli się na nowe. Całkiem niedawno na rynek weszły trzy olejki wielofunkcyjne. Wiem, z tą funkcjonalnością różnie to bywa. Sama też sceptycznie podchodzę do kosmetyków  przeznaczonych do wszystkiego, bo niekiedy nadają się one tylko do jednego- do kosza. Fanki olejów i olejowania wiedzą jednak, że te produkty bronią się same. Umiejętnie skomponowane  potrafią zdziałać cuda. 

Stay Pure olejek wielofunkcyjny

Kosmetyki do pielęgnacji od Annabelle to produkty naturalne przeznaczone zarówno do twarzy, ciała i włosów- na tym właśnie polega ich wielofunkcyjność.Każda z dostępnych wersji, a jest ich obecnie trzy, opiera się na składnikach pochodzenia roślinnego, a w składzie nie kryją się ani konserwanty, ani substancje chemiczne.

STAY CALM przeznaczony do demakijażu i pielęgnacji skóry suchej, delikatnej i odwodnionej, a także naczyniowej.Formuła oparta na naturalnych olejach i olejkach eterycznych pozwala na różnorakie zastosowanie. Z pomocą olejku można wykonać demakijaż twarzy, jej masaż lub nałożyć go jako bazę pod kolejne produkty.Da się go również łączyć z podkładem mineralnym, dzięki czemu kosmetyk kolorowy zyskuje przyjemną konsystencję.
SKŁAD: Vitis Vinifera Seed Oil, Cocos Nucifera (Coconut) Oil Ricinus communis (Castor) Oil, Cannabis Sativa (Hemp) Seed Oil, Persea Gratissima Oil, Tocopherol, Pelargonium Graveolens Flower Oil, Citrus medica limonum (Lemon) Peel Oil

STAY ESSENTIAL może być stosowany identycznie jak poprzednik. Przeznaczony jest do skóry dojrzałej, z pierwszymi oznakami starzenia oraz takiej wymagającej sporej dawki odżywienia. Zwalcza wolne rodniki za sprawą wysokiej zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych.
SKŁAD:  Argania Spinosa Kernel Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil Jojoba, Macadamia Integrifolia Seed Oil, Crambe Abyssinica Seed Oil, Rubus Idaeus Seed Oil, Citrus Sinensis Peel Oil, Expressed, Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil


Stay Pure
STAY PURE wersja przeznaczona do skóry problematycznej, trądzikoweji tłustej.Olejek wykorzystywany m.in. w metodzie OCM skutecznie oczyszcza skórę twarzy. Nakładany jako serum nawilża i koi oraz działa regenerująco.Dodatkowo mieszanka ta wykazuje właściwości antybakteryjne  oraz reguluję pracę gruczołów łojowych. 
SKŁAD:Argania spinosa kernel Oil, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Ricinus communis (Castor) Oil, Crambe Abyssinica Seed Oil, Ribes Nigrum Seed Oil, Thymus Vulgaris Oil, Gaulteria Gaultheria procumbens,Tocopherol, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil

Swoją wersję przywiozłam ze sobą z tegorocznego Meet Beauty. Już wcześniej stosowałam u siebie z powodzeniem metodę OCM i chociaż bardzo spodobał mi się ten sposób oczyszczania skóry, to jednak mieszanie olejów skutecznie mnie zniechęcało. Szczęśliwie ktoś w Annabelle pomyślał o stworzeniu gotowej mieszanki. O tym, jak wygląda w praktyce OCM znajdziecie całą masę informacji w sieci. Olejku można jednak używać w prostszy sposób.Wystarczy zwilżyć wacik kosmetyczny produktem i przyłożyć do oka.Spokojnie radzi sobie nawet z produktami wodoodpornymi. U mnie w połączeniu z delikatnym żelem do mycia twarzy stanowi duet idealny, po którego użyciu wiem, że niechciane zanieczyszczenia zostały skutecznie usunięte. W przypadku gdy moja skóra odczuwała taką potrzebę aplikowałam sobie mieszankę na twarz w postaci serum na noc. Szczęśliwie każda z wersji jest niekomedogenna, a formuła jak na oleje jest przyjemnie lekka. Chociaż nie ukrywam, że jeśli ktoś naprawdę nie lubi tego rodzaju produktów,  musi się liczyć z tym, że to wciąż jednak jest olej.


To co mnie zachwyciło, a co może niestety odrzucić część potencjalnych użytkowniczek, to zapach. Autentycznie wybijają się tutaj nuty roślinne w mocno skoncentrowanym wydaniu. Kogo mama w chorobie smarowała bardzo popularną zieloną maścią o działaniu rozgrzewającym?! Kojarzycie zapach? O,to,to,to! Ja chyba za często chorowałam w dzieciństwie, bo zdążyłam się od tego aromatu uzależnić. Co więcej, nałożony wieczorem na twarz mocno uspokaja moje zmysły i mogę się oddać swojej drugiej miłości, leniuchowaniu. Poręczna buteleczka z ciemnego szkła o pojemności 50ml wyposażona została w całkiem sympatyczną pompkę z pomocą której wydobycie kosmetyku jest wręcz bajecznie łatwe. Szata graficzna utrzymana w prostej, wręcz surowej stylistyce bardzo do mnie przemawia i pasuje do produktu naturalnego. Wszystkie istotne informacje dotyczące składu, stosowania i właściwości zostały ujęte na etykiecie. Tak jak w przypadku kosmetyków sypki tej firmy, olejek również wykazuje wysoką wydajność. Używany każdego dnia nadal mi służy i mam szczerą nadzieję, że zdołam go zużyć w okresie 4 miesięcy od otwarcia, bo na tyle wskazuje producent.W przypadku mojej kapryśnej skóry twarzy Stay Pure spisał się idealnie, co nie oznacza, że nie jestem ciekawa pozostałych wersji. Interesują mnie zwłaszcza ich zapachy. Niestety nie złożyło się jakoś bym sprawdziła działanie olejku na swoich włosach, bo jednak trochę szkoda mi tego produktu na takie zastosowanie. 

Ciekawa jestem czy miałyście styczność z tymi kosmetykami, a jeśli tak, to jakie są Wasze odczucia?

10 książek, które chcę przeczytać w wakacje!

10 książek, które chcę przeczytać w wakacje!

Już dawno zamieniłam wakacje na urlop.Nie zmienia to jednak faktu, że plany wakacyjne mam mocno rozbudowane, bo w tym  okresie chciałabym przeczytać kilka nowości, które na bieżąco będą trafiać na półki. Przygotowałam się solidnie tworząc listę konkretnych tytułów, których nie chciałabym przegapić w całej masie innych wydań. Początkowy zamysł ograniczał się do notatnika, ale doszłam do wniosku, że może w mojej wyselekcjonowanej liście i Wam uda się znaleźć coś dla siebie.Tym razem kolejność nieprzypadkowa, bo pozycje umieściłam według dat oficjalnych premier, przy optymistycznym założeniu, że obejdzie się bez opóźnień.

"Profil mordercy" Paul Britton (04.07.2018r.)
Gatunek : literatura faktu

Lektura obowiązkowa dla fanów "Mindhuntera" i"Trupiej Farmy".Paul Britton jest jednym z najsłynniejszych profilerów na świecie – na podstawie śladów na miejscu zbrodni przygotowuje portret psychologiczny mordercy. Szuka szczegółów, które powiedzą mu coś o sprawcy, pozwolą sięgnąć do jego umysłu i spojrzeć na świat jego oczami. Nawet jeżeli oznacza to konieczność oglądania śmierci przerażonej ofiary. Psychopaci ukrywający ciała ofiar w ścianach własnego domu i w przydomowym ogródku, szantażysta grożący zatruciem karmy dla zwierząt i odżywek dla dzieci w marketach, makabryczni kolekcjonerzy zabierający z miejsc zbrodni fragment ciała ofiar – to tylko niektóre z prawdziwych spraw, jakie trafiły na strony tej książki. Paul Britton nie tylko przedstawia swoje najtrudniejsze śledztwa, ale też próbuje wyjaśnić, skąd bierze się w ludziach zdolność do okrucieństwa i zbrodni. "Profil mordercy" to mroczna wyprawa w głąb zbrodniczych umysłów.

Kto mnie zna, ten wie, że mam słabość do książek o takiej tematyce. Ciekawi mnie praca profilerów i techników kryminalnych. Często zastanawiam się, co siedzi w głowach ludzi dokonujących makabrycznych zbrodni. Mam nadzieję, że książka mnie nie zawiedzie.


"Pokuszenie" Piotr Bojarski (04.07.2018r.)
Gatunek: sensacja/kryminał


Bogdan Popiołek postanawia skorzystać z zaproszenia swego kolegi i odwiedzić jego dom rodzinny we Wschowie. Wkrótce okazuje się, że detektyw-amator znajdzie się w samym sercu kryminalnej intrygi, gdy seria brutalnych morderstw wstrząśnie mieszkańcami spokojnego dotąd miasteczka. Przy okazji Popiołek odkrywa niebezpieczną tajemnicę sprzed wieków. Nie jest jednak jedynym, który chce ją rozwikłać. Wizja skarbu ukrytego w gdzieś w starej części miasta kusi również pewnego kolekcjonera z Niemiec, a także lokalnego mafiosa. Zainteresowany sprawą Popiołek musi uważać, by nie stać się kolejną ofiarą mordercy. Co łączy zabójstwo byłego kustosza muzeum z utonięciem żołnierza mafiii o ksywce "Krzywy"? I co kryją mury tajemniczego Kripplein Christi?Nowa powieść Piotra Bojarskiego to brawurowe pościgi samochodowe, śmiertelnie niebezpieczne wyprawy rowerowe, pogoń za mordercą i wielowątkowa historia z zaskakującym zakończeniem. Czy dasz zwieść się na pokuszenie?

Przy wyborze tej książki kierowałam się sentymentem. Miałam okazję czytać przedpremierowo poprzedni tytuł autora, "Biegacz" i tamta pozycja bardzo przypadła mi do gustu. Co prawda nie są to bardzo krwawe kryminały, ale za to Bojarski skupia się w swoich książkach na mocno rozbudowanych wątkach nawiązujących do autentycznych wydarzeń. Gdyby ktoś chciał poznać poprzedni tytuł zapraszam tutaj.  W przypadku poprzedniej jak i tej książki jestem pod wrażeniem okładki. Jak widać w prostocie tkwi siła.

"Wszyscy ludzie, których znam, są chorzy psychicznie" Krystian Nowak (04.07.2018r.)
Gatunek: powieść polska

Krystek jest prężnym copywriterem, który trzaska masę ambitnych prodżektów. Tak można by go opisać na Fejsie. Jednak tak naprawdę Krystian jest kulturoznawcą, który żyje z pisania ogłoszeń klepanych aut dla komisu samochodowego i marzy o wydaniu swojej powieści. Stara się trzymać fason, popijając latte, i nie odstawać od standardów lewackich znajomych. Kiedy udziela pierwszego wywiadu jako literat, jego życie nabiera tempa, a on sam wpada w wir niecodziennych zdarzeń. Szasta lajkami, płaci swoim fejmem. Toczy filozoficzne dyskusje z kotami. Wpada na znanych ludzi w metrze i ucina sobie z nimi surrealistyczne pogawędki, choć już od dawna są martwi. Krystian to bohater na miarę naszych czasów, w których ważne są filtry na Instagramie, a miłości poszukuje się za pomocą geolokalizacji. Pełna czarnego humoru i sarkazmu powieść o millenialsach robiących kariery inne, niż im obiecywano. O rozczarowaniu i próbie radzenia sobie z rzeczywistością znacznie mniej nasyconą, niż ta na Insta.

Wybrana z przekory, bo to zupełnie nie mój klimat. Zaintrygował mnie tytuł i nieszablonowa okładka, która pewnie dla wielu z Was będzie zwyczajnie brzydka. Liczę na sporą dawkę humoru okraszoną jednak jakimś mądrym podsumowaniem. 


"Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk"  Ola Synowiec (11.07.2018r.)
Gatunek: literatura faktu 


Zrzucają dżinsy i garnitury, na głowy wkładają pióropusze, na kostki grzechotki. Lekarze, biznesmeni, wykładowcy uniwersyteccy gromadzą się w stolicy na placu Zócalo, by przez pięć godzin wykonywać taniec dla przedhiszpańskich bogów. Nie są Indianami, ale jak sami mówią, pragną odtwarzać wiarę azteckich przodków. Tymczasem Indianie na południu Meksyku w swoich rytuałach wykorzystują coca-colę, którą uważają za święty napój. Tradycyjni czarownicy z Catemaco też dostosowują się do realiów XXI wieku i mają swoje strony na Facebooku. Ola Synowiec pokazuje, jak Meksyk stopniowo odchodzi od przywiezionego z Europy pięćset lat temu katolicyzmu. Pisze o ruchu New Age, psychodelicznych turystach oraz meksykańskiej stolicy grzybów halucynogennych. Opowiada o Meksyku mało znanym, a także o tym, jak uniwersalna jest ludzka potrzeba religijności.

Reportaże to moja mała słabostka, zwłaszcza, gdy zahaczają o nieco kontrowersyjne tematy. Ciekawi mnie zestawienie nowego ze starym, bo samej bliżej mi też do wierzeń  i tradycji przodków, niż do tego co oferuje współczesny świat. Zdecydowanym plusem jest utrzymana  przez wydawnictwo spójność pod względem wizualnym.


"Majami. Zły pies" Artur Górski (17.04.2018r.)
Gatunek: literatura faktu

Rozmowa z najsłynniejszym polskim policyjnym przykrywkowcem. Janek Fabiańczyk, pierwowzór słynnego Majamiego z "Pitbulla" Patryka Vegi, to przykrywkowiec, czyli człowiek z najbardziej elitarnej i najbardziej tajemniczej formacji w polskiej policji. Jako agent przykrywkowy wszedł w struktury gangu mokotowskiego i przyczynił się do jego rozbicia. Jako oficer kryminalny w komendzie stołecznej rozpracował brutalnego bandytę, który zasłynął tym, że swoje ofiary przypalał żelazkiem... Za przekroczenie uprawnień trafił do więzienia z wyrokiem wyższym niż zatrzymany przez niego przestępca. Bo w spotkaniach z gangsterami był brutalny i bezkompromisowy. A w więzieniu gliniarz ma gorzej od pedofilów. Jak cienka jest granica między dobrym policjantem i złym psem? Kogo nie toleruje się w polskiej policji? Jak wygląda życie gliny po drugiej stronie więziennych murów?Niecenzurowana opowieść jednego z najskuteczniejszych policjantów w Polsce.

Nie ukrywam, że o prawdziwym Majami'm dowiedziałam się dzięki Vedze.Zafascynowana  brutalnymi filmami chciałam więcej i więcej... Zwłaszcza jeśli chodzi o poznanie prawdy dotyczącej wielu głośnych spraw w naszym kraju. Do tej pory żywiłam się w tej kwestii poprzednimi publikacjami Górskiego czy Sumlińskiego, nic więc dziwnego, że czekam na tą premierę z niecierpliwością.


"Siła ziół" Patrycja Machałek ( 18.07.2018r.)
Gatunek: poradnik


Lawendowy olejek do masażu relaksacyjnego, syrop z tymianku na suchy kaszel, kojący napar z dziurawca i mięty – dbanie o zdrowie jest prostsze, niż myślisz!Ta książka podpowie ci, jak na własnym parapecie lub w skrzynce na balkonie wyhodować rośliny, które poprawią jakość twojego życia. Nauczy, jak przygotować skuteczne napary, maści i ziołowe preparaty na najczęstsze dolegliwości. Pokaże, jak dzięki prostym rozwiązaniom wyeliminować parabeny, konserwanty, produkty ropopochodne, SLS, PEG, barwniki i inne szkodliwe substancje. Czujesz, że Twojemu zdrowiu i urodzie nie służą suplementy diety, drogie leki i nafaszerowane chemią kosmetyki? Chcesz zwolnić i znaleźć się bliżej natury? Nie godzisz się na kompromisy, jednak nie wiesz, od czego zacząć?Odkryj siłę ziół!


Mniej więcej od 1.5 roku intensywniej przyglądam się ziołom i płynącym z ich stosowania korzyściom. Mam w swojej biblioteczce kilka innych pozycji, ale zawsze fajnie zestawić swoją dotychczasową wiedzę z czymś nowym. Liczę na to, że wnętrze będzie równie inspirujące co okładka. 

"Saga Polska. Słowiańskie siedlisko" Monika Rzepiela (18.07.2018r.)
Gatunek: powieść polska

Rok 966. Osada Polana przed przyjęciem nowej wiary żyje według pradawnych pogańskich zwyczajów. Matka puszcza karmi, odziewa i chroni ludzi. Pory roku i dni naznaczają ich dolę odwiecznym rytmem pracy i odpoczynku, a bogowie czuwają. Dwie siostry – Rzepka i Dziewanna – zakochują się w Dobromirze, mężnym woju z książęcej drużyny. Jedna z nich zwraca się po pomoc do szeptuchy, ale czy ziołami i magią można zdobyć miłość? Mieszkańcy pogańskiej kniei wiodą proste życie, lecz okrutny los o nich nie zapomina. Tymczasem Mieszko I, mąż czeskiej księżniczki Dobrawy, przyjmuje chrzest święty. Władca sprzymierza się z chrześcijańskim światem dla dobra i spokoju poddanych. To niesie za sobą dalekosiężne skutki. Przygoda, miłość, historia i czas wielkiej zmiany – to wszystko w nowej powieści z cyklu "Saga Polska". Tym razem autorka przenosi czytelników do pogańskiej Polski u progu nowej wiary.


Powinnam powiedzieć, że nic co polskie nie jest mi obce, ale jednak. Początkowy okres istnienia naszego państwa znam tylko z okrojonych lekcji historii, więc postanowiłam skusić się na coś w zupełnie innej formie. Z autorką "znam się" dzięki książce "Dwór w Czartorowiczach", która doczekała się w zeszłym roku wznowienia i którą recenzowałam. Miałam również przyjemność przeprowadzić z p.Moniką wywiad i poznać ją nie tylko jako pisarkę, ale jako człowieka. Dla ciekawych- wywiad


"Dzika kuchnia" Łukasz Łuczaj (25.07.2018r.)
Gatunek:  poradnik/kucharska


Zielnik i książka kucharska w jednym!To praktyczny przewodnik po ponad dwustu dzikich roślinach jadalnych Polski, takich jak: bez, brzoza, chmiel, czosnek niedźwiedzi, czeremcha, klon, łopian, pokrzywa, podbiał, tatarak i wiele, wiele innych. Każdy rozdział wyjaśnia, gdzie szukać danego gatunku i jak go rozpoznać, które części rośliny są jadalne, podaje informacje na temat okresu zbioru, substancji czynnych i właściwości farmakologicznych rośliny, a także jej tradycyjnego i współczesnego użytkowania w różnych kulturach. W książce znalazło się ponad sto przepisów na różnorodne potrawy, między innymi: krupnik z nasion babki, nalewkę z owoców barszczu, pierogi z liśćmi bukowymi, japońskie ciasteczka z bylicą, rosyjskie powidła z czeremchy, czyściec błotny po rzepnicku, piwo łopianowo-mniszkowe, gołąbki zawijane w liście funkii i szwedzką zupę różaną. Książka, bogato ilustrowana zdjęciami i rycinami, wzbogacona została o pasjonujące zapiski i rozmyślania autora o miejscu człowieka w przyrodzie, zaczerpnięte ze zbioru felietonów "W dziką stronę". "Ta książka, jak i cała praca Łukasza, jest niesamowitą inspiracją do tworzenia współczesnej kuchni. Warto poznać tajniki natury i tkwiący w niej potencjał... "Wojciech ModestAmaro, 1*Michelin Star, Atelier Amaro 

"Dzika kuchnia" gości już na mojej półce. Jestem z tej książki naprawdę zadowolona i każdy kto interesuje się chociaż trochę rodzimą naturą oraz od czasu do czasu chce zjeść coś innego również będzie. W swoich zasobach mam jednak poprzednie, inne wizualnie wydanie, a ta wersja wydaje się bliższa mojemu poczuciu estetyki. Będzie moja!

"Kąpiele leśne" M.Amos Clifford (13.08.2018r.)
Gatunek: poradnik

Delikatny mech, kojący śpiew ptaków, aromatyczny zapach żywicy i hipnotyzujący szum drzew... Jeśli zdarza ci się czuć, że w natłoku codziennych spraw życie pędzi jak szalone – wyjdź do lasu, by skutecznie zresetować umysł i nie zwariować. Oto wyjątkowy przewodnik po leśnych kąpielach oparty na uzdrawiającej japońskiej filozofii shinrin-yoku, która polega na nawiązaniu bliskiej więzi naturą. M. Amos Clifford w swojej książce dzieli się praktycznymi wskazówkami, jak korzystać z dostępnych dobrodziejstw lasu i zmienić swoje życie dzięki jego zadziwiającej sile. 
Dzięki niej: dowiesz się, jak zacząć własną praktykę kąpieli leśnych, wybierzesz odpowiednie miejsca, które skutecznie uzdrowią twoje ciało i umysł, doświadczysz licznych korzyści, takich jak odprężenie i poprawa kondycji fizycznej, obudzisz w sobie wewnętrzną radość i chęć do życia. Zaprzyjaźnij się z drzewami i przekonaj się o niezwykłej mocy natury na własnej skórze!

Wałkuję temat do znudzenia, ale nic nie poradzę na to, że wydawcy tak kuszą okładkami. "Kąpiele leśne" w takim wydaniu muszą być moje, a jeśli dowiem się z nich coś ponadto co już wiem - super!


"Dobre zioła" Michael Landon ( 23.08.2018r.)
Gatunek: poradnik

Eliksir młodości w zasięgu twojej ręki!Zioła kojarzą ci się z mało skutecznymi i niesmacznymi herbatkami, które piją starsze panie? Odkryj nowoczesne sposoby na korzystanie z mocy drzemiącej w roślinach!Zawarte w niektórych z nich adaptogeny pomagają radzić sobie z negatywnymi skutkami intensywnego tempa życia: problemami ze snem, obciążeniem stresem czy rozregulowaną gospodarką hormonalną. Rachel Landon wnikliwie opisuje najlepsze dla twojego zdrowia rośliny i nauczy cię z nich korzystać. Dzięki tej książce:poznasz zioła, które skutecznie obniżają poziom stresu i niepokoju, dowiesz się, które z ziół i roślin przyspieszają regenerację zmęczonego organizmu, odkryjesz, za pomocą jakich roślin wspomagać produkcję kortyzolu i adrenaliny, które wpływają na procesy starzenia, nauczysz się przyrządzać kosmetyki i zdrowotne napary, które odmładzają i wzmacniają organizm. Propolis, kurkuma, rumianek, imbir, ashwagandha, matcha i wiele innych roślin, które zapewnią ci zdrowe, szczęśliwe i długie życie!

Ostatnia pozycja na którą zwróciłam uwagę również dotyczy ziół. Skupiłam się jednak na niej ze względu na to, że autor opisuje w niej mniej powszechne, nie tak oczywiste,  gatunki. Co by to nie było, dobrego zioła nigdy dość 😉


Na tym kończę swoje wakacyjne zestawienie. Ciekawa jestem czy któryś z powyższych tytułów zwrócił Waszą uwagę. Co Wy macie w planach przeczytać w najbliższych tygodniach?

Copyright © 2014 Praktycznie kosmetycznie. , Blogger