zakładki

wtorek, 9 lipca 2019

Sponsorzy spotkania w Stalowej Woli

Udostępnij ten wpis:
Nadszedł ten moment, kiedy szczegółowo mogę przedstawić Wam sponsorów spotkania, w którym brałam udział w połowie czerwca. Dobrze się nie obejrzałam, a już prawie miesiąc za mną, co ma swoje plusy, bo w tej chwili mogę już coś więcej powiedzieć na temat otrzymanych produktów.Pełnych recenzji spodziewajcie się jednak dopiero za jakiś czas. Na wstępie muszę wspomnieć, że kilka z nich było mi już wcześniej znanych, inne to całkowite nowości.




"Czas na wnętrze" jest jedną z tych pozycji, które znam od dawna... i kupuję. Zawsze kręciły mnie pisma wnętrzarskie, a teraz w związku z nowym życiowym projektem będę mogła przenieść swoje wizję w rzeczywisty wymiar. Nasz dom będzie jak muzeum, do którego wkradły się się elementy nowoczesności. Z jednej strony zawsze marzyła mi się sielska chata, z drugiej fajnie byłoby mieszkać w loftowym wnętrzu. Największą niespodzianką okazał się dołączony do magazynu bon, umożliwiający skorzystanie z półrocznej bezpłatnej prenumeraty. Oczywiście ja już czekam na swój pierwszy numer. 

Niezmiernie mnie cieszy, że pierwszy raz ze spotkania wyszłam z taką ilością materiałów do przeczytania. Wśród nich znalazły się i branżowe czasopisma, coś dla dzieci oraz książki. W związku z tym ostatnim będę miała dla Was za kilka dni niespodzankę na instagramie, zachęcam do zajrzenia na mój profil. 


Młodym sportowcem nie jestem i to już się raczej nie zmieni, ale temat żywienia nie jest mi obcy i staram się w swoim życiu wprowadzać zmiany. Pozostałe pozycje były chyba przygotowane pode mnie, bo blogowo zaczynałam od tematów kosmetycznych, co z czasem zaczęło ewoluować. A podtytuł z kolejnej książki... hmmm ;) Kobiece czytadła zawsze są u mnie w cenie w okresie wakacyjnym. W ciągu roku czytam tyle drastycznych reportaży, że czasami dla swojego zdrowia psychicznego muszę sięgnąć po coś z innego gatunku.



Nie mam zbyt wiele czasu na tradycyjne  gotowanie, ale przetwory uwielbiam robić i z chęcią korzystam z sezonowych dobrodziejstw. Cieszy mnie, że w moje ręce trafiły pozycje które znam, ale i nowości jak "Sól i Pieprz" czy "Kuchnia". Ponieważ sama nie mam dzieci, kolejne fanty przekazałam w "odpowiednie ręce" małego czytelnika. Brokatowa kokarda z LOL zrobiła furorę na głowie małej blondyneczki.  Część, o ile nie większość uczestniczek spotkania, posiada już dzieci i do nich skierowany był magazyn Mint, do którego ja podchodziłam trochę jak pies do jeża, bo bałam się, że nic tam dla siebie nie znajdę. Dobrze, że piękne  wydanie zachęciło mnie do zajrzenia do środka, bo tam wbrew pozorom znalazłam sporo artykułów które okazały się interesujące bez względu na wiek czy płeć. 


Pojawił się również element kosmetyczny, a właściwie coś dla fanek kolorówki. Firma Revers przygotowała dla nas paczki wypełnone po brzegi kosmetykami  potrzebnymi do wykonania makijażu. Jak każdą srokę moją uwagę skupiły w większości rozświetlacze do twarzy. Płynnej wersji używam niemal codziennie.  Jedyne z czym mam problem, to lakier utwiardzający się pod wpływem światła. Nie potrafię nim bezproblemowo pomalować paznokci, ale może z czasem...





Podczas spotkania odbyły się małe warsztaty kulinarne.  O ile z gotowaniem bywa różnie, o tyle temat jedzenia nie jest mi na szczęście obcy ;)  Jestem otwarta na nowości więc gdy odkryłam już po powrocie do domu intrygujące ekologiczne pudełko musiałam zajrzeć do środka... To mój pierwszy kontakt z Helpą, nie kojarzę nawet tych produktów ze sklepowych półek i muszę doczytać gdzie prócz strony producenta są one dostępne. Wśród kasz i kaw znalazłam intrygujące różdzki smaku w wersji owocowej i warzywnej i o nich coś wkrótce opowiem.



Kolejne pudełko skrywało w moim przypadku zapas czarnej fasoli w małych puszkach "na raz". Takie rozwiązanie jest idealne dla osób, które jak ja, brzydzą się nieco używać już wcześniej otwarty produkt. Zmarnować, nic się nie zmarnuję. W tym przypadku trafiło do mnie znane już rozwiązanie i smak ;) Tak samo było zresztą z produktami od kolejnego sponsora- Melvit przygotował dla nas kilka produktów z których dla mnie nowością było Crispy, chrupkie pieczywo. Ich mieszanki Trendy Lunch przewijały się już wcześniej przez moją kuchnię.



Na koniec zostawiłam coś, co tygryski lubią najbardziej... Kubek od MDR z wiadomą grafiką idealnie wpisał się w moje poczucie humoru. Te produkty są mi również znane, bo to częsty wybór klientów w mojej pracy. Niezobowiązujący, zabawny prezent jest w stanie wywołać uśmiech chyba na każdej twarzy. 


 Coś co mnie uwiodło... mocna aromatyczna herbata (nieznana mi wcześniej, a to dziwne) i kubek, który nie nagrzewa się z zewnątrz, a mimo to świetnie utrzymuję temperaturę napoju. Ideał każdej herbaciary <3






Jak sami widzicie sporo firm zechciało wesprzeć to wydarzenie. Dziękuję ;) 



piątek, 21 czerwca 2019

Noc Kupały czy może Świętojańska?! Właściwie wszystko zależy od tego, w co wierzysz.

Udostępnij ten wpis:
Przed nami kilka pięknych dni, a jeszcze ciekawszych nocy. Coraz częściej błędnie używamy zamiennie nazwy Noc Kupały z Nocą Świętojańską. Chociaż mocno do siebie zbliżone, mają odmienne pochodzenie, a właściwie jedna z nich jest nieco starsza, a druga  powstała na potrzeby wprowadzanej wówczas religii.



Słowiańskie walentynki?

Słowianie, a także ludy germańskie i celtyckie w podobny sposób hucznie obchodzili przesilenie letnie. W najkrótszą noc roku oddawały cześć m.in dwóm żywiołom, jakimi są woda i ogień.Dodatkowo kultywowana tradycja skupiała się wokół Słońca i Księżyca, a towarzyszące jej obrzędy miały na celu zapewnienie urodzajnych plonów/zwiększoną płodność. Stąd też w późniejszym okresie Kupałę zaczęto określać świętem miłości. Wpływ na to miał jeden z najlepiej zachowanych elementów, czyli puszczanie wianków. Niezamężne panny zaplatały z ziół wianki, które następnie puszczano  na wodę.Gdy wianek został wyłowiony przez kawalera, wróżyło to pannie rychłe wydanie. Gorzej sytuacja przedstawiała się gdy wianek zatonął, dla dziewczyny był to zwiastun staropanieństwa.

Noc Świętojańska była odpowiedzią na pogańskie święto. Poprzednia tradycja tak mocno trwała w świadomości ludzi, że łatwiej było podjąć próbę połączenia jej z nową religią niż całkowitego wyplenienia. O ile Kupała wypada z 21 na 22 czerwca, o tyle Noc Świętojańska obchodzona jest z 23 na 24, czyli w wigilię św. Jana. Początkowo podejmowano próby scalenia tego obrzędu z obchodzonymi w Kościele Katolickim Zielonymi Świątkami, ale szybko okazało się, że pomysł ten nie cieszy się  większym zainteresowaniem.O pierwszych obchodach wiemy stosunkowo niewiele, bo Kościołowi przez lata zależało jednak na tym, by pamięć o tej tradycji naturalnie zamarła. Tak się jednak nie stało i od XVI wieku powoli wraca on do łask. Obecnie jest jednak okazją do wspólnego spędzenia czasu i do zabawy, a tylko nieliczni skupiają się na pierwotnym podejściu do tego święta.

Nieodłącznym elementem obu świąt było i nadal jest wspólne palenie ogniska. Mówi się również o tym, że dopiero od tego okresu można bezpiecznie kąpać się w rzekach i jeziorach, bo słabnie wówczas moc zamieszkujących wodę bóstw i demonów. 


Kupalnocka, palinocka czy sobótka?

Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Wszystko zależy od tego, w jakim regionie kraju mieszkamy. I tak na północy  Polski najczęściej mówi się o Nocy Kupalnej lub Kupale, a już na południu, w tym i w moich regionach mamy do czynienia z nazwą Sobótka. Palinocka znana jest na wschodzie, co do zachodu nie znalazłam większych wzmianek na ten temat. Może ktoś podpowie? :) 
Co ciekawe nazwa sobótka od początku posiadała negatywny wydźwięk. Podobno określenie to stworzone zostało przez Kościół i miało na celu podkreślenie, że święto to zwyczajny mały sabat.

Tradycja...

Wianki wiankami, ale...  Co wytrwalsi poszukiwali kwiatu paproci (kwiat Peruna), który znalazcy  zapewnić miał dostatek. Dodatkowo jednym z elementów tradycyjnego obrzędu były skoki przez ognisko (to najczęściej rozpalano w pobliżu jezior i rzek), mające na celu oczyszczenie oraz ochronę przed nieszczęściem. 

Celowo wrzuciłam zdjęcie książek, które ostatnio kupiłam.W jednej z nich odkryjecie opis rytuału medytacyjnego nie tylko na letnie przesilenie. Znacie powyższe pozycje? Możecie polecić coś w podobnym klimacie?


środa, 19 czerwca 2019

"Spotkajmy się przy kawie" -relacja z pierwszego stalowowolskiego spotkania blogerek.

Udostępnij ten wpis:
Nie jestem świeżynką, w blogosferze "bywam" sobie od kilku ładnych lat, ale za każdym razem przed spotkaniem w większym gronie mam te same obawy. Od pierwszych do tych obecnych w moim podejściu nic się nie zmieniło- nadal jestem typem milczka, albo jak kto woli słuchacza :)  Cieszy mnie jednak, że zmieniło się "nasze" blogerskie podejście i oprócz branżowych plotek i ploteczek (które też są bardzo przyjemnym elementem) zaczyna dziać się coś więcej. Chociaż podczas pisania jestem mocno rozgadana, co ma swoje plusy i minusy, bo jednak dość często odbiegam od tematu. Do sedna więc! Cztery mega energiczne kobiety ze Stali postanowiły wnieść w tamtejsze blogerskie otoczenie nieco świeżości. Dzielnie zabrały się do pracy, wynikiem której było  pierwsze stalowowolskie spotkanie blogerek. A miało ono miejsce 15.06.2019r. w jedną z najsłoneczniejszych sobót miesiąca, dodatkowo w świetnej i niepowtarzalnej scenerii jaką zapewniły nam Kwiaty ze smakiem. Połączenie kawiarni z kwiaciarnią to jedno z bardziej niekonwencjonalnych rozwiązań z jakimi się spotkałam, a jednocześnie jedno  z najpiękniejszych. 


Przyznam szczerze- do końca żyłam w przekonaniu, że jednak mojemu Małżowi uda się mnie zawieźć na miejsce. W Stalowej Woli byłam raz, przejazdem. Centrum miasta stanowiło dla mnie zagadkę, ale nie ukrywam, że fajnie było móc przejechać się kawałek autostradą - to niezmiennie kojarzy mi się z nadchodzącym urlopem :)   Na miejscu zastałam już organizatorki i pierwsze uczestniczki, a chwilę później byłyśmy już w komplecie.


KOMPLET CZYLI....

Zacznę od organizatorek całego zamieszania :)
Ewelina prowadząca bloga Zabawa w gotowanie , Ela znana Wam już pewnie z  Radość kipiąca uśmiechem , Agata czarująca na  the little things oraz Natalia, którą znałam już wcześniej - Mój portret. Napracowały się i stworzyły dla nas wydarzenie wzbogacone o mini warsztaty z kilku dziedzin, ale więcej o tym w dalszej części wpisu.

- Ola,  Nocny Paź,
- Aneta,  Anszpi  i na IG 
- Marcelina, Mamik pisze i na IG
-Alicja,  Alicja z Krainy Czarów  i na IG
- Ania, Mama Cukiereczki  i na IG
- Dominika, Dyed Blonde i na IG 
- Liliana, Beauty Lilly  i na IG
oraz ja ;)

Po chwili na wzajemnie zapoznanie zaczęła się oficjalna część spotkania i pierwsze warsztaty- kulinarne. Wspólnie przygotowałyśmy chłodnik i spring rollsy. Oba dania dotychczas mi nieznane. Plusem chłodnika było ekspresowe tempo przygotowania, chociaż ja jednak z tych, co zupy tylko na ciepło... Spring rollsy  bardzo fajnie się zwijało,  na tyle, że dzisiaj przygotowuję je w domu. Ogólnie mocno zachwycił mnie papier ryżowy, którego wcześniej nie używałam. Mam nadzieję, że w mojej przyszłej kuchni będę odkrywać więcej takich ciekawych produktów.



Następnie już za sprawą Natalii przeniosłyśmy się w świat scrapu, dobrze mi już zresztą znany. Niestety zaniedbałam tą swoją papierową miłość trochę przez pracę, więcej przez remont...


Przygotowanie spotkania to żmudna praca, wiem z autopsji. Nie jest możliwe do zrealizowania bez pomocy z zewnątrz. Dzięki firmom, które zechciały wesprzeć nasze wydarzenie produktowo miałyśmy możliwość na chwilę beztroski, oderwanie się od mocno szarej rzeczywistości.



HELPA, MELVIT, KONESSO, MINT, MEDIA ZAWADA, BURDAMEDIA, REVERS, VIVO, BONDUELLE, GALAKTYKA, ZYSK i S-KA, PRÓSZYŃSKI i S-KA, CUDA WIANKI, MDR, AGORA, AVT,   Cudne zdjęcia są zasługą  Eli z SZAST PRAST

Więcej o tym, co przywiozłam ze sobą ze spotkania  w kolejnym poście. 

wtorek, 7 maja 2019

Książkowe 5 minut! Darda, Lackberg i inni...

Udostępnij ten wpis:
Jestem z siebie dumna, bo w kwietniu udało mi się przeczytać aż 10 książek. To świetny wynik, biorąc pod uwagę, że mam jeszcze pracę i remont domu na głowie. Czasami udaje mi się nawet co nieco o przeczytanych pozycjach  napisać, ale rozbijanie tego na pojedyncze posty nie ma chyba większego sensu. Ciekawa jestem czy takie zbiorcze recenzje przypadną Wam do gustu?!


Cymanowski młyn- M.Witkiewicz, S.Darda


  Takiego połączenia chyba nikt się nie spodziewał. Znana z obyczajowych, optymistycznych historii Magdalena Witkiewicz postanowiła stworzyć coś przy współpracy ze Stefanem Dardą. Ten zamieszkujący Podkarpacie autor specjalizuje się głównie w powieściach grozy. Ponieważ podczytywałam wcześniej twórczość obojga, byłam ciekawa, jaki będzie owoc wspólnych działań.
Początkowo wydaje się, że to historia jakich wiele. Małżeństwo pochłonięte pracą powoli traci ze sobą kontakt. Niespodziewanie dla nich samych okazuje się, że ktoś postanowił podarować im nietypową wygraną – nocleg w Cymanowskim Młynie. Oboje sceptycznie podchodzą do planowanego wyjazdu, co więcej już na miejscu okazuje się, że nie będzie im dane nacieszyć się sobą zbyt długo. Maciej musi pilnie wrócić do miasta, ze względu na swoje obowiązki. Wydawałoby się, że w tym momencie czytelnika nie jest w stanie już nic zaskoczyć, ale… Monika poznaje się bliżej z synem właściciela agroturystyki. Łukasz zwraca jej uwagę nie tylko  swoim wyglądem, ale zachowaniem. Łudzące podobieństwo do dawnej, pierwszej i prawdziwej miłości kobiety- zmarłego tragicznie Piotra powoduje, że kobieta chce utrzymać tą znajomość. To, co zaczyna się między nimi dziać, cieszy ojca mężczyzny, w końcu w ich gospodarstwie przydałaby się kobieca dłoń. Z czasem jednak w Łukaszu zaczynają zachodzić niepokojące zmiany. Czy wpływ na to mają jego niepokojące okultystyczne zainteresowania czy może Monika?
W przełomowym momencie do akcji wkracza Stefan Darda i nadaje powieści swój niepowtarzalny styl. Odtąd wszystko, co będzie miało miejsce w Cymanowskim Młynie okryte zostanie przerażającą sławą. Każde miejsce ma swoją historię. Pytanie jednak, czy spodziewalibyście się, że akurat taką? Dalsza przyszłość Moniki i Macieja stanie pod znakiem zapytania, ale to nie miłość będzie miała decydujący głos w sprawie. Oczekiwałam czegoś mocniejszego, ale czytało się ją naprawdę przyjemnie 4/6



 Lukier- Malwina Pająk


Malwina Pająk przewrotnie nadała swojej książce „słodki” tytuł. Wspomniany „Lukier” podczas lektury okazuje się plątaniną wielu przepełnionych emocjami historii. Julka- główna bohaterka prowadzi mocno nieusystematyzowane życie. Trudne dzieciństwo i bieda odcisnęły piętno na jej psychice. W dorosłym życiu dziewczyna chce więc szybko poprawić swój status materialny. Niestety, działania jakich się podejmuje, niosą za sobą ogromne ryzyko.
Anka również uczestniczy w gonitwie za pieniądzem. Wszystko po to, by spłacić swoje idealne mieszkanie. Korporacja wżera się w jej życie na tyle mocno, że z czasem nawet miłość schodzi na drugi plan. Aż w końcu zostaje sama…
Polska, jaką przedstawia autorka, pełna jest sprzeczności. Z jednej dostrzegamy tętniące życiem miasto, a z drugiej w całym tym zgiełku można dostrzec wielu samotnych ludzi. Pustka dookoła nich sprawia, że uciekają w nałogi, a każdy kolejny dzień wyznacza im biała kreska…Autorka nie boi się mówić głośno o problemach współczesnego świata. Opisana przez nią historia zmusza do przemyśleń i tylko od nas zależy, ile jesteśmy w stanie wyciągnąć z niej dla siebie. Lubię czasami poczytać o życiu innych ludzi. Szkoda, że sporo w tej książce brzydkiej prawdy o człowieku 4/6

 Złota klatka- Camilla Lackberg


Kryminalną sagę Lackberg dawno już mam za sobą i przyznaję, że odkąd pojawiła się informacja o premierze jej nowej książki, z zapartym tchem czekałam, aż w końcu trafi ona na „półki”. Kobieca okładka przywołuje na myśl ckliwą historię miłosną i przez moment wydaje się, że tak właśnie jest. Trafiamy do świata pary prowadzącej idealne życie. Miłość ma jednak to do siebie, że niepielęgnowana bardzo często przeradza się w nienawiść.
Inteligentna Faye daje zamknąć się schematom stworzonym przez jej apodyktycznego męża. Na każdym kroku stara się sprostać jego wymaganiom, aż w końcu… nakrywa go w łóżku z inną kobietą. Otumaniona uczuciem początkowo błaga mężczyznę o jeszcze jedną szansę. Dzięki wsparciu przyjaciółki odzyskuje jednak pewność siebie. Postanawia walczyć o godność, którą na wiele lat jej odebrano. W tym celu przygotowuje skrupulatny plan zemsty na byłym już mężu. Nikt nie spodziewa się jednak, do czego zdolna jest zraniona kobieta.
Autorka jak zawsze wykazuje się lekkim piórem i pomimo że pisze o sprawach niełatwych, to lektura „Złotej klatki” sprawia czytelnikowi przyjemność. Tym razem Lackberg zrezygnowała z poprowadzenia jednocześnie kilku ciekawych wątków i cała akcja mocno związana jest z osobą głównej bohaterki. Wykreowana przez nią postać wzbudza jednak spore emocje. Słaba, znajdująca się w sytuacji bez wyjścia kobieta, znajduje w sobie siłę, by stanąć na nogach. Faye ma jednak pewną cechę, którą można śmiało uznać zarówno za wadę, jak i zaletę – jest w stanie zrobić wszystko, by ocalić to, co dla niej najważniejsze. Dosłownie- wszystko!
„Złota klatka” może rozczarować fanów tradycyjnego kryminału, zdecydowanie tym razem Lackberg postawiła na psychologiczny aspekt historii. W książce nie brak też mocno pikantnych scen, śmiało mogą po nią sięgnąć również osoby gustujące dotychczas w powieściach obyczajowych. Książka na jeden wieczór, tak dobrze wchodzi.Tylko kryminału jak dla mnie jednak trochę mało 3/6

Zupełnie normalna rodzina- M.T.Edvardsson


Niby ideałów nie ma, a jednak są! W takim przekonaniu żyje Adam- mężczyzna sprawujący funkcję pastora, szczęśliwy mąż i przykładny ojciec. Każdego dnia stara się on zachować pozory tak, by inni myśleli, że jego rodzina jest nieskazitelna. Problem w tym, że niepokorna córka wcale nie ułatwia mu tego zdania, a oddana żona okazuje się mieć coś na sumieniu…
Gdy dziewiętnastoletnia Stella zostaje aresztowana w związku z morderstwem bogatego mężczyzny, zarówno ojciec, jak i matka starają się oczyścić swoje dziecko z zarzutów. Tak bardzo zależy im na udowodnieniu niewinności dziewczyny, że decydują się podjąć działania niezgodne z prawem i z ich sumieniem. Czy to pomoże ocalić dziewczynę? I dlaczego ona sama nie chce się bronić?
Wykreowany przez nich przed laty obraz idealnej rodziny sprawił, że podczas wychowywania córki przeoczyli wiele istotnych wydarzeń z jej życia. Ważne sprawy zignorowali z troski, lecz nie o własne dziecko, ale ze względu na opinię publiczną. Liczne niedopowiedzenia, brak okazywanych uczuć sprawiły, że Stella stworzyła wokół siebie twardą skorupę. Czy komuś uda się z czasem do niej dotrzeć?
Książka zwraca uwagę czytelnika swoją narracją. Te same wydarzenia z życia rodziny widzimy oczami każdego z jej członków i co ciekawe za każdym razem wyglądają one inaczej. „Zupełnie normalna rodzina” zmusza do refleksji i przewartościowania swojego życia. Z historii kryminalnej płynnie przechodzi w filozoficzny wymiar i razem z bohaterami zostajemy w nim niemal do końca. Przy okazji mocno zastanawiając się, jak to wygląda w naszych rodzinach... Przeczytałam ją jakiś czas temu, ale wciąż mam mieszane uczucia, gdy o niej myślę. Zdecydowanie jest...inna. 3/6

Strażacy. Tam gdzie zaczyna się bohaterstwo Joanna i Rafał Pasztelańscy



Ostatnio w mediach dość głośno jest o służbach ratunkowych. Co rusz z ekranów telewizorów i na nagłówkach gazet przewijają się informacje dotyczące protestów. Płace są wciąż nieproporcjonalne do ryzyka, jakie ponoszą osoby wykonujące  pracę w ramach tych zawodów. W całych tych dyskusjach nie przewija się jednak wątek Straży Pożarnej, a wbrew pozorom to członkowie tej formacji są narażeni na największe niebezpieczeństwo. Być może wynika to z faktu, że jednak większość nas kojarzy SP wyłącznie z pożarami, a przecież ich działania zataczają o wiele szersze kręgi. Autorzy znani z wcześniejszej publikacji "Policjanci. Za cenę ryzyka" tym razem postanowili przybliżyć czytelnikom kilka dramatycznych reportaży odnoszących się do akcji przeprowadzonych przy pomocy PSP oraz OSP. Wśród tych historii przewijają się te dotyczące głośnych kataklizmów jak powódź z 1997r. czy ogromny pożar lasów w województwie śląskim. Nie brakuje tu jednak też opowieści mniej kojarzących nam się z tym zawodem: ewakuacja i późniejsze wyburzanie jednego z gdańskich wieżowców, w którym doszło do wybuchu gazu, a także katastrofy kolejowej pod Szczekocinami. Chociaż wydarzenia te miały miejsce kilka bądź kilkanaście lat temu, to jednak wciąż czytanie o samych akcjach przyprawia o dreszcze. Dodatkowo książka wzbogacona została o rozdział, w którym wyjaśnione zostały najważniejsze pojęcia łączące się z zawodem strażaka.Wypowiedzi uczestników tamtejszych wydarzeń (wciąż aktywnie działających w zawodzie), otwierają oczy na problemy z jakimi muszą się oni  mierzyć na co dzień.   Zdecydowanie jest to pozycja warta uwagi, jednak ze względu na drastyczne opisy idealna dla starszego czytelnika. Książki w wykonaniu tego duetu  szczerze polecam. Wartkie reportaże, ciekawe historie 6/6


Chciałam tylko dodać, że żadnej z powyższych pozycji nie otrzymałam w ramach współpracy (portfel byłby zdecydowanie szczęśliwszy, gdyby tak było, ale nie... :) ) 

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Gęsty olejek do włosów - pieprzowy z efektem mezoterapii Fitokosmetik

Udostępnij ten wpis:
Nic tak nie cieszy jak nowe kosmetyki, a  zwłaszcza te, które są zgodne z twoimi przekonaniami. Od pewnego czasu odkrywam świat kosmetyków ekologicznych. Wiem, że nie jestem w stanie zastąpić wszystkich używanych przez siebie tymi naprawdę przyjaznym dla środowiska, staram się jednak robić wszystko by było jak najlepiej. Zawsze wydawało mi się, że eko znaczy drogie. Byłam w błędzie. Dzisiaj chciałam Wam przedstawić jedną z kilku perełek z których korzystam,  a które w większości nie kosztują więcej niż 10 zł. Ciekawi? 



Początkiem lutego odkryłam kolejne "wiaderkowe" kosmetyki od Fitokosmetik. Moja przygoda z nimi zaczęła się jeszcze jesienią. Wtedy skusiłam się na  złote mydło do ciała i włosów, kolejno był olejek, następny olejek, gotowa glinka do twarzy. Dzisiaj natomiast dotarła do mnie kolejna glinka i tym razem postawiłam również na coś dla ciała  -  antycellulitowy scrub. O tych kosmetykach napiszę więcej  w późniejszym czasie. Teraz skupię się na olejku do włosów. Pierwsza wersja jaką zakupiłam, nazwana jest  olejkiem pieprzowym i ma za zadanie działać na skórę głowy jak  zabieg mezoterapii. Stosowanie kosmetyku jest  banalnie proste: po umyciu włosów na całej ich długości nakładamy odrobinę gęstego olejku i pozostawiamy od trzech do pięciu minut po czym spłukujemy. Przy takim czasie trwania zabiegu efekt jest naprawdę przyjemny, ale muszę wam się przyznać, że u mnie wyglądało to zwykle tak, iż olejek trzymałam na włosach nie dłużej niż minutę. Następnie spłukiwałam go i rozczesywałam całość. Wygoda użycia zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że od tamtego czasu nie używam żadnych innych kosmetyków pielęgnacyjnych. Zniknęły u mnie problemy z elektryzowaniem i poplątanymi pasmami. Nie mam zbyt długich włosów, ale nie oznacza to że wcześniej nie borykałam się z takimi problemami. Zwłaszcza po użyciu wielu kosmetyków utrwalających bądź układających fryzurę były tępe i szorstkie, a  teraz mogę cieszyć się ich sypkością. Mocno obawiałam się, że  olejki obciążą  włosy u nasady- to  jeden z problemów, który pojawiał się u mnie zawsze przy stosowaniu podobnych kosmetyków. Zaskakujące jest dla mnie to, że olejku mogę używać w  dużej ilości, a mimo to skóra głowy nie zaczęła się bardziej przetłuszczać. Na uwagę w  przypadku tych produktów zdecydowanie zasługują składy. Długo nie mogłam uwierzyć, że tyle roślinnych ekstraktów znalazło swoje miejsce w tak małym uroczym wiaderku.

Gęsty olejek do włosów - pieprzowy z efektem mezoterapii

Skład: hippophae rhamnoides  water  ( hydrolat z rokitnika zwyczajnego: nazwanego rosyjskim ananasem), prunus amygdalus dulcis oil (olej ze słodkich migdałów), arcitum lappa root oil ( olej z łopianu większego), 
carthamus tinctorius seed oil (olej z krokosza bawarskiego), simmondsia chinensis seed oil (olej jojoba), pinius sibirica seed oil (olej  z nasion cedru/pinii syberyjskiej), woda, capsicum annuum fruit extract (ekstrakt z ostrej papryki), juniperus communis fruit extract (ekstrakt z owoców jałowca), glycerin, behenamidopropyl dimethylamine (emulgator o działaniu antystatycznym), glyceryl monostearate (substancja natłuszczająca, ułatwia spłukiwanie), parfum, retinyl palmitate (mniej aktywna forma retinolu, zwiększa objętość włosów, elastyczność, połysk), tocopheryl acetate (ogranicza szybkość zachodzenia procesu utleniania zawartych w kosmetyku składników tłuszczowych, np. niektórych cennych olejów roślinnych), lactic acid (kwas mlekowy),  benzoid acid (kwas benzoesowy - konserwant), sorbic acid ( kwas sorbowy- konserwant), dehydroacetic acid (kwas dehydrooctowy- konserwant), benzyl alcohol (konserwant)



Dzięki substancjom aktywnym olejek ma za zadanie stymulować wzrost oraz zatrzymać wypadnie włosów. Radzi sobie z tym naprawdę dobrze i ja dostrzegam w/w efekty, a olejku obecnie używam każdorazowo po myciu włosów, co 2 dzień. Co ciekawe, pomimo sporej ilości ziół zapach nie jest męczący, a całkiem przyjemny -  roślinny. Nie utrzymuje się jednak  na włosach bardzo długo. Budyniowa konsystencja olejku sprawia, że aplikacja nie jest problematyczna. Z łatwością można nanieść olejek w każde z miejsc, równie łatwo jest go później wypłukać. Dużym plusem jest wydajność produktu- 155ml służyło mi przez dwa miesiące użytkowania, a jego cena jest naprawdę niska. Online można go dostać już za 5,90zł (osobiście zaopatruje się w kosmetyki tej firmy na ekobiecej i stamtąd pochodzą podane przeze mnie ceny). I pomyśleć, że początkowo skusiło mnie tylko i wyłącznie opakowanie...

Znacie te produkty? Miałyście z nimi do czynienia czy dopiero czekają w kolejce?





środa, 3 kwietnia 2019

Czy i jak czytamy, kto bierze udział w badaniach i jak to jest z wyzwaniami? Podsumowanie I kwartału 2019r.

Udostępnij ten wpis:
Zastanawiam się, ile z Was czyta? Nie dlatego, że musi, ale z przyjemności-  traktuje książkę jako formę relaksu.Nie  ukrywam, że moja obecna praca jest bardzo mocno związana z tą tematyką. Właściwie naprawdę mało jest innych zajęć przy wykonywaniu których książki miałyby aż takie znaczenie.Jednak chociaż wcześniej nie robiłam tego, co robię- czytałam. Zawsze śmieję się. że miłość do książek wyssałam z mlekiem matki , chociaż  to nie jest zbyt trafne stwierdzenie, bo jestem dzieckiem wychowanym na butelce (w obecnych czasach brzmi to mocno dwuznacznie). Niemniej jednak to mama zrodziła we mnie miłość do książek, za co z całego serca jej dziękuję. Osobiście wchodzę z założenia, że mamy wiele żyć, ale zapewne ciężko jest czytać, będąc w kolejnym np.kotem. To doczesne  może być jednak  bogatsze. Za sprawą  książek jesteśmy odważnymi bądź subtelnym kobietami, przeżywamy dramaty ale i radości, jednym słowem robimy wszystko to, na co nie możemy pozwolić sobie w realu.Nie każdy tak chce. Hm...ale  dlaczego?!



Pozwoliłam sobie stworzyć krótką ankietę, by przekonać się  czy faktycznie z tym czytelnictwa w Polsce jest tak źle. Ostatni raport Biblioteki Narodowej nie tyle mnie zasmucił, co zdziwił. Podobno od kilku lat jest źle, ale stabilnie. Tym razem wyszło na jaw, że w 28% domów nie ma ani jednej książki. Hm...Ciekawe czy było pytanie o czytniki? Mam wśród znajomych osoby, które czytają naprawdę dużo, ale książki u nich nie uświadczysz. Sama rozważam abonament np.w legimi



A może to pech?

I zwyczajnie trafiło im się akurat grono przeszło 3tys. nieczytających... 

 źródło

Kto w takim wypadku bierze udział we wszystkich wyzwaniach krążących po sieci?  Jak to się dzieje, że wciąż działają biblioteki? Każdą swoją dobę muszę podzielić teraz między pracę, a życiowy bardzo duży projekt, który  sam w sobie pochłania całą masę czasu i energii. Nie zmienia to jednak faktu, że  codziennie znajduje chociaż 5 minut, by przeczytać kilka kolejnych stron ciekawej książki. Pokusa jest spora, nie wiem czy macie świadomość jak dużo pojawia się nowych tytułów. To co przewija się w reklamach, mediach czy SM to zaledwie ułamek.Strach myśleć o ilu z nich nie jestem w stanie nawet usłyszeć. A mimo to istnieje kilka chorób związanych z tematem czytelniczym.

Abibliofobia - strach przed tym, że nie będzie czego czytać albo alogotransiphobia - nie będzie czego czytać podczas podróży transportem publicznym- ot, takie niezwyczajne ludzkie dramaty.

W bieżącym roku wzorem poprzednich lat biorę udział w wyzwaniu 52 książki/ 52 tygodnie  oraz innych tematycznych. Śmiało mogę powiedzieć, że styczeń i luty pod tym względem były bardzo udane.W każdym z nich zdołałam przeczytać po 6 tytułów  i szczęśliwie większość z nich okazała się  dobrym pozycjami, o czym wspomnę jeszcze w dalszej części posta. Niestety rynek czytelniczy jest teraz bardzo mocno uzależniony od social mediów, że z powodzeniem można wypromować książki nie warte uwagi (pomijam już fakt braku podstawowej korekty...) Perełki często giną w tłumie.  W stworzonej przeze mnie ankiecie zadałam pytanie o to, co wpływa na Wasze książkowe wybory?

Ciekawa jestem czy odnajdujecie siebie gdzieś wśród tych odpowiedzi? Czym się kierujecie przy wyborze kolejnej książki?

Wyzwanie 52/52 w I kwartale 2019r. 


Miałam ambitny plan robić takie podsumowania z końcem każdego miesiąca, ale mam aż  nadto pracy przy komputerze i prywatnie unikam go jak ognia. Nawet ten wpis w większości powstał dzięki opcji zapisu głosu...W ciągu ostatnich trzech miesięcy udało mi się  przeczytać 16 książek.Szczęśliwie większość z nich mogę z czystym sumieniem polecić, dwie nie spodobały mi się zupełnie, kilka określiłabym jako przeciętne. Zdecydowane NIE muszę postawić przy "Voxie". Zmęczyłam ją, po drodze kilkukrotnie wspominając, że rzucę ją przed końcem...



Najlepszy tytuł ciężko mi wybrać. Z przyjemnością wspominam:
-  "Sprawę dla koronera" ze względu na opis wielu ciekawych przypadków śmierci,
-"Ciemno, prawie noc" za magiczny klimat Dolnego Śląska i wspomnienie zeszłorocznego urlopu,
- "Niedźwiedzia i słowika" na równi z "Pogiętymi bajkami" za możliwość bycia dzieckiem jeszcze przez kilka chwil.

Bierzecie udział w wyzwaniach? Co dobrego ostatnio wpadło Wam w ręce?
Tytuły na które mam ochotę w kwietniu, znajdziecie na pierwszym zdjęciu. Może jakaś z pozycji zaciekawiła Was bardziej?


poniedziałek, 4 lutego 2019

Premiery lutego: tytuły, na które czekam!

Udostępnij ten wpis:
Obiecywałam sobie, że podobne zestawienia będę prowadzić regularnie, ale wyszło jak wyszło a właściwie wcale. Zabrakło mi oczywiście samozaparcia i systematyczności, bo ostatnio mocno przedkładam czas z rodziną i znajomymi ponad wszelkie inne sprawy. Mam kilka tematów, nad którymi muszę intensywniej pomyśleć i wśród tego wszystkiego blog niestety spadł na dalszy plan. Luty przynosi jednak kilka ciekawych tytułów, o których żal byłoby nie wspomnieć. Każdy z poniższych prezentuję z myślą, że będzie mi je dane przeczytać. Może nie wszystkie na bieżąco, ale w tym roku na pewno.

Sporo wydawców postawiło na premiery w połowie miesiąca i faktycznie w okolicach 13-go pojawia się ich najwięcej.Oby nie była to pechowa data :) 



"W czepku urodzone" - Weronika Nawara
Gatunek: literatura faktu

Pielęgniarki. Kończą trudne studia, dostają niskie pensje. Frustruje je, gdy traktowane są wyłącznie jako pomocnice lekarzy – przecież wykonują ciężką i wymagającą pracę. Często też niewdzięczną, bo pacjenci potrafią dawać w kość. A jednak kochają to, co robią. Czerpią z pracy ogromną satysfakcję i chcą opiekować się chorymi. Pielęgniarstwo to coś więcej niż zawód. Przejdź się z nimi po szpitalnym korytarzu, a dowiesz się, jak naprawdę wygląda ich życie. 



"Pielęgniarki" - Christie Watson
Gatunek: literatura faktu

Wzruszający, liryczny portret pielęgniarki i zarys losów ludzi, o których się otarła. 
Christie Watson przepracowała dwadzieścia lat jako pielęgniarka, a w tej osobistej, przejmującej książce uchyla drzwi szpitala i zdradza jego tajemnice. Prowadzi nas szpitalnymi korytarzami na rozmaite oddziały i poznaje z najbardziej niezapomnianymi pacjentami. 
Pójdziemy z nią pod rękę korytarzami i odwiedzimy maleńkie wcześniaki, które walczą o życie, zawieszone na granicy przetrwania dzięki sieci cewników i opiece pielęgniarek; usiądziemy pośród pacjentów onkologicznych i dowiemy się, jak na nich wpływa chemioterapia, zobaczymy z daleka, jak instrumentariuszka współtworzy łańcuch pomocy podczas operacji na otwartym sercu; staniemy z boku, gdy pielęgniarki z zatłoczonego SOR-u będą zmuszone odpierać fale pacjentów otumanionych alkoholem i narkotykami. Podejrzymy wnętrze apteki szpitalnej i zadumamy się nad tysiącami wydawanych recept, spędzimy trochę czasu w kostnicy w towarzystwie pielęgniarek i rodzin pacjentów. Przekonamy się, że ten najbardziej niedoceniany z zawodów to źródło podstawowej opieki i życzliwości. 

"Tajemnice pielęgniarek" - Marianna Fijewska
Gatunek: literatura faktu

Siostro, boję się!
To one są "przy łóżku" pacjenta, stale poddane ocenie – pacjentów, rodzin, lekarzy. Wzbudzają skrajne emocje – od uwielbienia, poprzez lekceważenie, po agresję. Młode i stare, wykształcone i przyuczone, entuzjastyczne i zgorzkniałe. Zbyt nisko opłacane. Przepracowane. 
Przestały milczeć. Opowiadają o sobie, o trudnych warunkach pracy, o chorych relacjach ze zwierzchnikami, o wzajemnych konfliktach. 
Z tych opowieści wyłania się portret środowiska, który każe nam się bać. Bo etap spolegliwych "sióstr" po prostu się skończył. Pielęgniarki chcą być traktowane przez system jak profesjonalistki, jeśli nie... tym gorzej dla systemu.


Moja miłość do reportaży powoli przeradza się w obsesję. Do tego stopnia, że dzisiejsze zestawienie zostało przez nie mocno zdominowane. Jak widać wydawcy starają się śledzić na bieżąco obecną sytuację, przez co zrobiło się trochę monotematycznie. Pierwsze był Reszka i jego "Mali bogowie", których przeczytałam jednym tchem, niesamowicie śmiałam się przy "Będzie bolało", by kilka tygodni później przejść w stan czytelniczej "Agonii". Po drodze byli jeszcze wstrząsający "Ginekolodzy", chwila ciszy i.... taaadaaamm... Ciekawe tylko czy wystarczy mi zdrowia na taką lekturę? Bo w razie gdyby nie, to Znak przygotował coś specjalnego...

"Wyznania przedsiębiorcy pogrzebowego" - Caleb Wilde
Gatunek:biografia

Spotykam was, gdy już nie żyjecie. Znam zakończenie wszystkich historii, łącznie z moją własną. 
Lubię mówić, że jestem przedsiębiorcą pogrzebowym z rodowodem: w moich żyłach, lekko licząc, płynie krew dziewięciu pokoleń przedstawicieli tego fachu. 
Jako dziecko bawiłem się w chowanego wśród trumien i nieboszczyków. "Caleb, nie huśtaj się na krześle. Pochowałem dzieciaka w twoim wieku, który w taki sposób przewrócił się i skręcił kark" – słyszałem od dziadka. Gdy dorosłem, chciałem odejść z rodzinnego biznesu tak daleko, jak się tylko dało. Pragnąłem zmieniać świat, a jak miałbym to robić, skoro wszyscy ludzie, z którymi pracowałem, byli... martwi? Wiem jednak, że boicie się śmierci. Wolicie udawać, że jej nie ma. Chcecie, by wychodziła tylnymi drzwiami. Powierzacie ją specjalistom. A zatem jestem. Opowiem wam, jak to będzie wyglądać krok po kroku. O balsamowaniu, ubieraniu do trumny, czuwaniu przy zwłokach. O ostatniej drodze, w którą bez wątpienia zabiorę każdego z was. 
Ale dziś zapraszam was do domu pogrzebowego. Poznajcie jego tajniki i dowiedzcie się, jak praca ze śmiercią uratowała mi życie.

Nie ukrywam, że śmierci się boję, chociaż  akurat nie swojej. Może przez to staram się z nią oswoić czytając podobne publikacje (a może zwyczajnie mam na tym punkcie lekką schizę :P) . Ostatnio z przyjemnością oddałam się lekturze "Sprawy dla koronera", którą serdecznie polecam wszystkim tym, których nie odstrasza masa opisów mniej lub bardziej nietypowych zgonów.

Tego samego dnia światło dzienne ujrzy też książkowe dziecko dwojga autorów, których duet już na etapie zapowiedzi wzbudza sporo emocji.Mówię tu o "Cymanowskim młynie" na który złożyli się twórczo M. Witkiewicz i S. Darda. Jak na swoim fb informuje autor, pomysł współpracy zrodził się kilka lat temu, bo w 2015r. Co z tego wyszło?

"Cymanowski młyn" -M.Witkiewicz, S.Darda
Gatunek:powieść

Małżeństwo Moniki i Macieja przechodzi głęboki kryzys. 
Oboje łudzą się, że tajemniczy prezent: urlop w leśnym pensjonacie, z dala od ludzi i cywilizacji, może jeszcze wszystko uratować. Początkowo ulegają romantycznym chwilom, jednak nagły wyjazd Macieja budzi demony przeszłości. Łukasz, przystojny syn właściciela, do złudzenia przypomina Monice jej byłego narzeczonego. Czy to tylko przypadkowe podobieństwo?
Wyjazd, który miał ratować związek, okazuje się początkiem trudnych do wyjaśnienia i niepokojących zdarzeń. Nic nie jest oczywiste, bohaterowie głęboko skrywają tajemnice, a na światło dzienne wypływają przerażające wspomnienia o krwawych zbrodniach sprzed lat. 
Kim tak naprawdę jest Łukasz? Czy małżeństwo Moniki i Maćka przetrwa próbę sił? I jaką rolę pełni dziewczynka ze starej wyblakłej fotografii? Mistrzowskie połączenie powieści obyczajowej i thrillera zapewnia lekturę na najwyższym poziomie emocji od pierwszej do ostatniej strony!


"Dom w zgodzie z naturą" - Christine Liu
Gatunek: poradnik

Chcesz żyć zdrowo i być przyjaznym naturze?
To naprawdę proste! Zacznij od małych zmian we własnym domu. 
Christine Liu, autorka popularnego lifestylowego bloga, podpowie ci, jak prostsze życie w duchu minimalizmu może stać się pierwszym krokiem w kierunku dbania o planetę. W jej książce znajdziesz proste wskazówki do życia w duchu less waste. Sprawdź, jak niewiele trzeba zrobić, aby twój salon, kuchnia czy łazienka były gospodarowane w sposób zgodny z naturą.

Robi się ze mnie mały ekologiczny natręt. Jednak wciąż wielu rzeczy zmienić nie potrafię. Może kolejna pozycja przybliży mnie do ideału?


A jak już jestem przy temacie domów, to bez wątpienia ostoją większości z nich są kobiety. Ich głosów wysłuchały A.Zbroja i A.Pajączkowska,  a następnie spisały je w książce.



"A co wyście myślały?" - A. Zbroja, A.Pajączkowska
Gatunek: literatura faktu

Kalina uważa, że facetowi więcej wolno. Bochenek tęskni za PGR-em. Stefania nigdy nie była w Warszawie, Gosia chce stamtąd wrócić. Chrześnica Iwony jest lesbijką, Marta była na czarnym proteście, a Dorota wysłuchuje żartów o swojej bezdzietności. Wiola nie zna nikogo, kto powiedziałby "nie wierzę w Boga", a Piotrowska zdradza, co słyszy w konfesjonale. 
Autorki ruszają z Warszawy i okrążają województwo mazowieckie, rozmawiając po drodze z rolniczkami, gospodyniami, sklepowymi, przedsiębiorczyniami, bezrobotnymi. Na ławeczkach, podwórkach, gankach, przy kuchennych stołach, słuchają opowieści o życiu w miejscach, skąd młodzież wyjeżdża do szkół, a mężczyźni na zarobek, gdzie starsze pokolenie umiera, a młode często już nie wraca. To próba oddania głosu tym, które pozostają niewidoczne i niesłyszane. Wieś przemawia na ogół co najwyżej głosem rolnika szukającego żony, polityka PSL-u lub wójta i księdza z popularnego serialu. A co z kobietami?

"Wymazać siebie"-Garrard Conley
Gatunek:biografia

Dziewiętnastoletni bohater pod naciskiem rodziców poddaje się terapii konwersyjnej, mającej go "uleczyć" z homoseksualizmu.  Celem chrześcijańskiej terapii gejów o nazwie Love in Action jest "nawrócenie" na heteroseksualizm, oczyszczenie z grzesznych impulsów i umocnienie wiary w Boga. Conley demaskuje obłudę systemu terapeutycznego, a jednocześnie w subtelny sposób pisze o miłości i seksualności. 

Tą smutną i przejmującą historię zekranizowano. Ciekawa jestem czy ktoś miał okazję oglądać?

"Gdybyś tylko wiedziała" - Hannah Beckerman
Gatunek: powieść

Tajemnica sprzed lat, która niszczy rodzinę. Czy prawda zawsze jest jednak najlepszym rozwiązaniem?Wzruszająca opowieść o rodzinie i sile wybaczenia. Niezwykle emocjonująca, ze wstrząsającym zwrotem akcji. Idealna dla wielbicielek Jojo Moyes i Jodi Picoult. 
Rodzina Audrey się rozpadła. Jej dwie dorosłe córki, Jess i Lily, są ze sobą skłócone, a nastoletnie wnuczki nawet się nie znają. Sekret sprzed trzydziestu lat – to jedyne, co nadal ich łączy. Kiedy napięcie sięga zenitu, decyzja, którą przed laty podjęła jedna z sióstr, teraz może wyjść na jaw. Czy pomimo skrywanej tajemnicy i trwającej wiele lat niezgody pojednanie jest możliwe? I za jaką cenę?

Skomplikowane historie rodzinne to moja bajka. Z chęcią przeczytam coś, co kryje w sobie wielką tajemnicę.Do tego ta wiosenna i optymistyczna okładka... wyczuwam ironię ;)




"Ja nie leczę, ja uzdrawiam" - Katarzyna Janiszewska
Gatunek: literatura faktu

Zwykle polegamy tylko na medycynie zachodniej, mimo to na spotkania z bioenergoterapeutami przychodzą tłumy. Dla niektórych jest to jednorazowa przygoda, inni jeżdżą na nie regularnie przez kilkanaście lat.  W Polsce zarejestrowanych jest ponad sto tysięcy uzdrowicieli. Żadna nisza, biznes jak każdy. Kilka tytułów prasowych, profesjonalne strony internetowe, kursy i sklepy z gadżetami. 
Co daje pacjentowi bioenergoterapeuta, czego nie potrafi dać lekarz? A jeśli coś daje, to czy to może szkodzić?Katarzyna Janiszewska dociera do pacjentów i ich uzdrowicieli. Rozmawia z etykami, duchownymi oraz lekarzami. Przygląda się mechanizmom stojącym za przemysłem uzdrowień. 
Kim naprawdę są bioenergoterapeuci? Cudotwórcami? Rzemieślnikami Pana Boga? Oszustami?

Na "Ja nie leczę..." trzeba będzie chwilę poczekać, bo oficjalną premierę książka ma dopiero 27.02. Po obejrzeniu kilku sezonów Kossakowskiego, nabrałam ochoty na lekturę.Kto wie ile prawdy jest w tym co mówią uzdrowiciele... i co albo kto tak naprawdę leczy ludzi?

Ciekawa jestem ile z osób zaglądających na mojego bloga czyta? Czekacie na któryś z powyższych tytułów? Napiszcie o swoich typach. Z chęcią dowiem się, co Waszym zdaniem jest warte uwagi?!


piątek, 4 stycznia 2019

Czy Nowy Rok= nowa ja?! Dlaczego zmiany są jak sól do kąpieli?

Udostępnij ten wpis:
Bardzo dawno mnie tu nie było. Istnieje kilka powodów, dla których zaniedbałam swojego bloga. W większości miała na to wpływ moja praca, która wymagała ode mnie w ostatnich tygodniach dużego zaangażowania. Wydawało mi się, że im więcej obowiązków na siebie wezmę, tym łatwiej będzie mi wpaść w rytm. Niestety, czas i życie szybko zweryfikowały ten stan rzeczy. Tak to nie działa. W wolnych chwilach myślałam tylko o tym, żeby móc w końcu usiąść z książką lub obejrzeć dobry film (zaległości mam spore, oj spore). W życiu są  też jednak inne rzeczy, a to, co nazywałam  swoim czasem wolnym na dobrą sprawę ostatecznie musiałam  poświęcić innym. Czy żałuję? Raczej nie. Chociaż nie jestem pewna czy ktoś tu jeszcze na mnie czeka?! Zmieniły mi się priorytety życiowe,  dlatego też kosmetyków będzie tutaj stosunkowo niewiele. Blog w końcu zaczyna dorastać wraz ze mną, a trochę kazałam Wam na ten proces czekać.  Im więcej obserwuję ludzi i świat, tym lepiej rozumiem, że oczekuje od  swojego życia czegoś innego. Teraz to mniej znaczy dla mnie więcej. Ostatcznie nie idę w  ilość, ale mam nadzieję, że uda mi się pójść w jakość. Być może zechcecie mi nadal towarzyszyć. Jedyne, co napawa mnie smutkiem to fakt,  że niestety zbyt wiele bliskich  mi osób zupełnie nie szanuje mojego czasu.Opracowałam może niezbyt ciekawą taktykę i zaczęłam wysyłać do ludzi te same sygnały co oni do mnie (więc jeśli kiedyś zacznę do Was narzekać na temat tego ile mam obowiązków łącząc pracę ze szkołą i życiem rodzinnym, to oznacza ni mniej ni więcej, że to Wy zaczęliście). A tak zupełnie serio wiele rzeczy  pozostawiam  tylko dla siebie,  jedynie mój mąż  wie jaką płacę za to cenę.  Zdecydowanie w nowym roku muszę się nauczyć doceniać samą siebie, swoją pracę na rzecz innych.  Wiem na pewno, że nie chcę się otaczać ludźmi,  którzy dostrzegają tylko negatywne aspekty, sama  nie chcę być również takim człowiekiem...  Mam nadzieję,   że kolejny  rok  postawi przede mną jak i  przed Wami  same wartościowe osoby,   że dostrzeżecie prawdziwy sens Waszego życia, znajdziecie swoje miejsce na ziemi. 


ANYŻ I ROZMARYN...

Rozmaryn- działanie antydepresyjne, rozgrzewające i poprawiające krążenie. Ideał dla zmarzniętych stóp. Dodatkowo wykazuje właściwości przeciwgrzybiczne.
Anyż - reguluje produkcję sebum. rozgrzewa mięśnie, a także odpręża i relaksuje.


W ciągu ostatnich tygodni poznałam (osobiście czy internetowo) sporo fantastycznych osób. Zainspirowało mnie to! Zdecydowanie na pierwszym miejscu pragnę podziękować dziewczynom z Klareko jeszcze raz. Sponsorowały organizowane przeze mnie spotkanie,  ale pozwoliły  mi też dodatkowo  na poznanie świata w nieco innym wydaniu. Oczywiście zmiany  to proces bardziej złożony i  nie okaże się nagle, że zrezygnuję ze wszystkiego co przetworzone, natomiast postaram się by mój przyszły dom był jak najbardziej fair wobec przyrody.  Całkiem niedawno zaczęłam doceniać to, że  daje mi ona poczucie wolności i niezmącony spokój. Kiedyś, by czuć, że żyję potrzebowałam nieustannego ruchu- miasto zapewniało mi do tego warunki idealne. W tej chwili nie wyobrażam sobie bym miała brać udział w tym  dzikim pędzie. Cieszę się, że powoli małymi krokami zmierzam w kierunku, który da nam obojgu wytchnienie. Zamierzam robić to, na co naprawdę mam ochotę. Jedną z takich rzeczy jest kręcenie  kosmetyków. Moja fascynacja roślinami pochłania mnie coraz bardziej. Liczba książek zielarskich w  biblioteczce rośnie, ale do tej pory niespecjalnie przekładało się to na moją wiedzę i zaangażowanie w tym temacie. Być może rok 2019 okaże się zielarskim przełomem? Póki co, zostawiam Was na rozgrzewkę  z bardzo prostym przepisem na sól do kąpieli stóp/całego ciała. Przepis ten jest tak banalny, że każdy  bez większego zaangażowania będzie w stanie go zrobić. To co mnie sprawia największą radość, to  satysfakcja z  samodzielnego wykonania. Mam nadzieję, że będzie towarzyszła i Wam. Wówczas przyjemność korzystania z takich kosmetyków jest o niebo większa niż z tych gotowych. 



W swojej historii wykorzystałam sól z Morza Martwego. Ilość (według potrzeb) wymieszałam w szklanym naczyniu wraz z dodatkami i łyżką oleju. Wyniesione ze szkoły kosmetycznej przyzwyczajenia przetrwały i każde surowce kosmetyczne mieszam specjalnymi szpatułkami/ew. drewnianymi sztućcami (nigdy metalowymi!).

Podczas domowej produkcji uświadomiłam sobie jednak, że jest coś czego mi brakuje. Zdecydowanie brakuje mi moździerza! Do wykonania swojego peelingu postanowiłam użyć gwiazdek anyżu oraz suszonego rozmarynu. Rozdrobnienie tych dwóch składników bez odpowiednich narzędzi to wcale nie taka prosta sprawa. A że ostatnio mam fazę na oleje roślinne postanowiłam swoją sól wzbogacić odrobiną oleju konopnego. Oprócz tego, że całość fantastycznie wygląda na zdjęciach, okazuje się, że również w użyciu mocno mnie zadowala.  Plusem soli do kąpieli jest  wręcz nieograniczona mnogość wariacji. Trochę  jak w życiu. Jemu też sami jesteśmy w stanie nadać odpowiedni koloryt: swoimi działaniami, doborem przyjaciół czy zmianą priorytetów. W całym tym procesie stała jest sól, sól jako "ja". Dodatki wybieramy według uznania. Przyjemnej zabawy z tworzenia! I wszystkiego dobrego w tym Nowym Roku!




Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia